JACEK SOJAN – Między Kątami Rybackimi a Rzymem – o wierszach Bohdana Wrocławskiego z tomu SKAZANY NA PERYFERIE

0
507


—————————————————————————-
Trzeba się zgodzić z faktem, że jak dla Rzymu Kąty Rybackie to peryferie, tak dla Kątów Rybackich Rzym również…

Na plaży w Kątach Rybackich

… … … … …
bitewne wyprawy rzymskich legionów
ateńskie dysputy
w których z ogromną nieśmiałością
próbowałem uczestniczyć

jąkałem się wtedy z przejęcia
moje rmiona podrywały ostre wiatry
nadciągające od nieodległego przecież morza

wyobraźnia podpowiadała mi że do sławy
wystarczy tylko krzesiwo
i świątynia Artemidy w Efezie

nie trzeba chodzić z kamykami raniącymi
policzki i dziąsła
wzdłuż samotnych plaż Kątów Rybackich

… … …

Co te dwa geograficzne punkty łączy? Najpierw morze, odwieczny szlak wędrówek narodów, pierwsza droga wypraw wojenno-poszukiwawczych. Po drugie, kultura łacińska z jej językiem i rzymskim prawodawstwem. Po trzecie, wspólna misja niesienia Chrystusa,  a więc też Dekalogu na kontynencie europejskim. W odniesieniu do poezji Bohdana Wrocławskiego  Rzym jako wzór cywilizacyjny  jest sztafażem, bo tu morze stanowi podstawowe tło pejzażowe  dla autorskich refleksji. Rozważania snują się równie szeroko jak morze, zgodnie z twierdzeniem, że morze jest bramą dla wszystkich kultur i cywilizacji, wlewających się historycznymi krokami na rozmaite lądy świata. Autor przelewa w swoje liryczne poematy swoje dotychczasowe doświadczenia życia we wszelkich jego przejawach emocjonalnych i intelektualnych, tworząc coś w rodzaju dziennika przenicowanego horyzontem wiedzy historycznej, literackiej, muzykologicznej, geograficznej, przyrodniczej…
Ten horyzont jest umiejętnie przesuwany w czasie i przestrzeni. Obejmuje zwrotne momenty rozwoju (upadku?) cywilizacji łacińskiej, także autobiograficzne sytuacje wyznaczające autorowi momenty artystycznego satori.

Na schodach rzymskiego Senatu

Odkąd zmyto krew ze schodów rzymskiego senatu
Brutus stał się nieśmiertelny
cywilizacja bogatsza
nikt nie przypuszczał że w życiu
może być coś ważniejszego niż republika rzymska

świat nadal odwiedzali uzurpatorzy
umierała miliony razy miłość
atakowali Germanowie

budowali nową cywilizację – każdy chciał
być wodzem najnowszej demokracji
i wygrać wojnę w imię pokoju

tymczasem wieśniacy
niespokojnie spoglądali w niebo
kruszyli suchą ziemię w palcach
i kłaniali się niżej niż zachodzące słońce

to w ich zgiętych plecach poeci odnajdowali natchnienie
a filozofowie spokój ciągle umykającego czasu

któregoś roku zbyt wcześnie opadły liście kasztanów
wszystkim wydawało się
że to umiera niespokojna Europa

nikt wtedy nie odgadł drogi do nowego lądu
nikt nie zbudował wieży w zamku fromborskim
z której Kopernik o twarzy ascetycznego anioła
patrzył w krążące dookoła słońca planety

i chociaż wieki mijają wolniej
niż stygnący na mrozie Syberii kubek gorącej wody
lub marznąca w tym samym czasie
krew zastrzelonego

to nam tworzącym siebie odejścia wydają się zbyt szybkie
a śmierć bardziej spragniona niż nagrzane w południe
piaski Syberii

… … …

na krańcach Sycylii trwa sjesta wieśniacy opadają
w głębokie krzesła w dłoniach trzymają kapelusze
chroniące przed słońcem ale i ono płaskie jak naleśnik
przylepiony do niebiańskiej patelni stanęło w miejscu

… … …
sczerwienieją norweskie fiordy jak błękitna krew
w czasie rewolucji francuskiej

morze stanie się zbyt chłodne i zachłanne
wtedy staniesz z nim na  łodzi
będziecie wyławiać wędką skaczące do nieba łososie

… … …

ale inni tańczą wzdłuż Półwyspu Iberyjskiego muzyka
wrze jak krew spragnionego radości życia torreadora
krok taneczny jest zbyt hardy i śmiesznie mały

… … …

jest noc przez najsmutniejsze zakamarki jej ciała
słychać niezbyt odległą kanonadę na Kaukazie
i na Bliskim Wschodzie

twoje dzieci śpią wśród rozrzuconych krasnali
i pluszowych misiów

kiedy się obudzą
zaczniesz opowiadać im o schodach rzymskiego senatu

Świadomość streszczająca w jednym wierszu jeden moment globalnej rzeczywistości ( Rzym – Syberia – Sycylia – norweskie fiordy – Półwysep Iberyjski – Kaukaz – Bliski Wschód i własne mieszkanie z dziećmi pośród swoich zabawek) jest zaprzeczeniem peryferyjności , chyba że zastosujemy odwzorowanie geometryczne, gdyż wówczas w tzw. globalnej wiosce każde miejsce wobec każdego innego miejsca znajdzie się na peryferiach (!!).
Introspekcja  bohatera wierszy ( autora – narratora – podmiotu literackiego) w zasadniczej warstwie opisowej mieści się w formule klerkizmu, postawy nieco wycofanej, ale wszystkimi dostępnymi zmysłami uczestniczącej tak w bezpośrednio doznawanej rzeczywistości teraźniejszej: …Na brzegu wygasa ognisko/ chłód od wody rozchodzi się po całym ciele/ orzeźwia… jak i zaangażowanego w zdarzenia dziejące się na peryferiach świata:

miejsce opuszczone przez miłość

Na placu Defilad
od kilku lat
pod latarnią stoi nadzieja

Ma w sobie powagę
woskowych figur
madame Tussauds

w oczach zdziwienie

którego nikt nie jest w stanie
zapamiętać

jej szept
zamazują
stukot maszyn drukarskich
błysk ekranów telewizyjnych
buńczucznie wykrzykiwane hasła

Wokół niej
niekończąca się parada

Jutro nad ranem
opakują ją w gazetowy papier

jak śledzie w czasach pogardy
Pod zgrubiałymi opuszkami palców
będziemy odczytywać brajlem
każdy smutek
jej ciała

zagubienie ulic
unerwienie ulic pełnych niepokoi
z których
zmuszeni jesteśmy emigrować

tak gubią się na barbarzyńskich szlakach
westchnienia
pełne naszych pragnień

i wędrówki
do tych miejsc
które już dawno opuściła
miłość

Poetyckie ja wpisuje się zarówno w duchowe przeżywanie natury z całym jej dobrodziejstwem: Tej nocy mewy były nadzwyczaj niespokojne/ Ich krzyk obudził mnie/ Przełamując/ Rozdartą szlochem poświatę księżyca/ wiedziałem/ to w ich wodną przestrzeń/ wdarł się cień drapieżnika/ Tak i my mimo doświadczeń/ Najczęściej bezbronni/ Wykrzykujemy całą swoją świadomość/ Nawet wtedy kiedy nasz głos/ Jest przez nikogo niesłuchany…ale także uczestniczy paralelnie w bolesnych doświadczeniach najnowszej historii, budując swoistą alegorezę ( biblijne jabłko – symbol złamania boskich nakazów etycznych):

Zapach jabłek

Nic innego nie pozostało – odgadywanie znaków czasu
które już nie istnieją
wcześniej wyobraźnia usunęła je z krwioobiegu
w cień zagubionych antykwariatów położonych
na zupełnych przedmieściach
między brudem ulic i natchnieniem starego malarza
błądzącego na peryferiach
najsilniejszych artystycznych uniesień

i mimo że rano budzi mnie cudowny zapach jabłek
pozostawionych wieczorem na biedermeierowskim stoliku
w porcelanowej wazie
oplecionej wizerunkiem Ewy i węża – to przecież
nadal nie potrafię pozbyć się z pamięci dróg pełnych kurzu

pyłu oblepiającego każdy nerw
stukającego niczym dzięcioł
w próchniejący pień

to właśnie stamtąd powracająca natrętna muzyka
pełna ciepła rozmawiających ze sobą instrumentów

na przewalonej taczce do przewożenia trupów
siedzi esesman gryzie jabłko
miarowy chrzęst wydobywany z jego szczęk
przeciska się do mojej wyobraźni
jest tak natrętny że nie mogę go odrzucić

i jest silniejszy niż kilka szybkich strzałów

upadku ciał w błotniste podłoże
rozbryzgów wody
która chaotycznie uderza w moją głowę
pochyloną nad starą książką

W uniwersyteckiej bibliotece pani pokasłuje
powoli wygaszając światła
rozumiem
powrót w zimowy chłód ulic jest nie do uniknięcia
mrok krąży w żyłach ale i uspokaja
niczym morfina dotykająca
każdego nerwu z osobna

już wiem że pamięć ma w sobie pasję archeologa
jest nazbyt skromna wobec miejsc
do których musi powracać

dociera do niej wiara
że każdy poród oprócz triumfu niesie
ze sobą ból
i zdarzenia
których nigdy na progu domu w jego czerni korytarza
dostrzec nie potrafimy

tymczasem mimo chłodu zaczyna padać deszcz
ulica pustoszeje
staram się szkicować jej smutek
jakieś zakamarki w które można się skryć
przed trwającą wiecznie obławą
czyjeś włosy
bielejące w ciągu kilkunastu minut pełnych napięcia i strachu
czyjś oszałamiający szloch
czyjś śmiech pełen radości
szept modlitwy
krzyk triumfu zwycięzców
ślady stóp na piasku
rozmazywane przez sypiący piaskiem wiatr
wzdłuż pustej jesiennej plaży w Kątach Rybackich

Dostrzegłem barkę
próbującą z ogromnym wysiłkiem wrócić do brzegu

zapewne to jedno dramatyczne zdarzenie
z obrazu Ajwazowskiego
jest warte mszy

Bajkał zamierał
kilka barek wypełnionych ludźmi

tonęło w ogromnym spokoju

na brzegu
na przewróconej do góry dnem łodzi siedział człowiek
w błękitnym mundurze enkawudzisty
z lornetką przy oczach obserwował agonię setek
potem wziął jabłko wbił w jego miąższ złote zęby
i z wielką starannością
oczyścił je aż do ogryzka

Czułem pulsowanie każdego nerwu
roztrzaskiwanego przez złote zęby

każdą literkę samotność słów
które w tym momencie stawały się nieobecne

tak mogą umierać poematy  i gubić swoje kształty
obrazy namalowane ręką starych mistrzów

i mimo że stale chcę powrócić
do młodzieńczych szaleństw
odwiedzając kartka po kartce
wszystkie zapamiętane pory roku

to wiem

jesienie stają się chłodniejsze
pamięć coraz natrętniejsza
pełna wykrotów blizn słonego smaku krwi  w ustach
dni suchych jak koraliki drewnianego różańca

i zapachu jabłek leżących w starej porcelanowej wazie

Poeta dystansu nieoczekiwanie okazuje się poetą zaangażowanym w najbliższą współczesność:

Smoleńska mgła

Mgła nad smoleńskim lotniskiem nadal nie opada
staje się trwała jak instytucje państwowe
które odznacza się w dni świąteczne  i tylko pogrzeby
wyzwalają nasze myśli wciąż jeszcze pozbawione wolności i wyobraźni

powoli przechodzimy wzdłuż ściany płaczu
słychać łkanie małego dziecka

to my wiecznie głodni szukający drogowskazów
my dzieci Szopenów Norwidów Fieldorfów
tych których pamięć śpi zasypana wieczną zmarzliną Syberii
i niedoskonałości
wolno przesuwający się wzdłuż Krakowskiego Przedmieścia
aż po sam kraniec  naszej samotności bólu
którego nie potrafimy jeszcze zrozumieć
ale który zawiązał nasze myśli na stałe

ogrzewam dłonie kubkiem z ciepłą herbatą wlaną z termosu
jest słona jak wyłkana nasza samotność
łzy które pozbawione naszej obecności
zaczynają własne dorosłe już życie

tymczasem ktoś gra na skrzypcach podnosisz oczy do góry
patrzysz skąd dobiega ten dźwięk
nie dostrzegasz nikogo kilka chmur dach Dziekanki szept modlitwy
ktoś otwiera ramiona szeroko
odgadujesz to Wisła zmęczona wędrówką
omija wyspę Sobieszewską i wpada do wiecznie głodnego morza

tak kończą się nasze niepokorne sny
Nadzieje
Samotność

Ale teraz wiesz rozumiesz dostrzegasz to
Obok ciebie są tacy sami jak ty
ci których ustawicznie pozbawiano sensu istnienia
Jesteście razem

Nareszcie razem
Blisko chmur zawiązujących muzykę skrzypiec delikatność westchnień

Widzisz małą rudą harcerkę
Odbiera od Ciebie kwiaty i światełko twojej nieobecności

Ustawia je wśród innych dziesiątek setek tysięcy
jest tak wspaniała jak najczystsza pierwotna pieśń skalnych pieczar
W których płonęło ognisko
zakreślające krąg ciepła i bezpieczeństwa

To nasz dom
Dom człowieczej pamięci skromności i potęgi

Nadal patrzysz na harcerkę
kiedy uśmiechnięta odgarnia opadające włosy
Oświetlają ją płonące znicze
I najczystsze ludzkie spojrzenia

Przyznaj
Jesteś wzruszony
Wzruszony tym że nie było ciebie tu wczoraj i jeszcze wcześniej
A tylko twoja wyobraźnia otworzyła się przy tej natchnionej muzyce skrzypiec

Która już na stałe zamieszkała w tobie

Wiersze charakteryzują się kompozycją otwartą. Wyznacznikami tematu jest bardziej lub mniej odległa przeszłość, poprzez którą poeta analizuje swoją teraźniejszość. Element temporalny gra naprzemiennie afirmacją i negacją, pesymizmem i optymizmem zarówno w odniesieniu do wartości i idei wyławianych w trakcie poetyckiej narracji jak i w stosunku do własnej sytuacji  obserwatora szukającego zgodnie z tytułem tomu dystansu i jak najszerszej perspektywy czasowej. Monolog liryczny rodzi się z wielu wątków wyłuskanych z rzeczywistości, wiedzy lekturowej i osobistych, niemal intymnych kwestii egzystencjalnych, autobiograficznych.
Autor przyznaje:

List który nie ma adresata

… … … … … …
… … … … … …

Widzisz ten cień jeźdźca
kłusującego w bryzgach nadbrzeżnych fal

w ręku trzyma miecz
pewnie przetnie nim równowagę naszego świata

rozsupła wszystkie więzy
do których nigdy nie dotarła wyobraźnia

Przyznaj
zgubiliśmy ją w filozoficznych rozważaniach
poetyckiej narracji świata

Siedzimy na zwalonym pniu na plaży w Kątach Rybackich
rozmawiamy o wszystkich chorobach naszego wieku

jemy chleb z wędzoną rybą
której kawałki wyrzucane w górę przez Demostenesa
z krzykiem wyłapują krążące nad nami mewy

Motywy statyczne i dynamiczne tworzące konstrukcję wierszy Wrocławskiego mają charakter kolażu tematycznego, w którym na czas teraźniejszy sielskich obrazów nakłada się historyczny przekaz o wymowie dramatycznej, podobnie jak to się dzieje w Weselu Wyspiańskiego ( na tle zabawy i dialogów bohaterów o butach pojawiają się ucięte głowy panów w rabacji galicyjskiej, pewnie też z powodu butów, których bosi chłopi zapragnęli dla siebie) :

But z Wołynia

W roku sześćdziesiątym trzecim profesor B. dał mi fragment buta
kawałek nieoczyszczonej skóry której geografia
wytrzeszczała się do świata oderwaną zelówką

ze znakiem tak tajemnym że nie mogły jej oświetlić
wszystkie dostępne wówczas podręczniki

i moja znikoma wiedza zagubiona w najciemniejszych zaułkach
braku chęci poszukiwań
wątpliwości

tak żyją królowie stojąc przed szafotem
i nie mają nic co mogłoby zastąpić wyobraźnię

pełen zdziwień odbierałem ten prezent
odczytywałem na zelówce skaleczenie struktury
które
wyciągało dłonie w głąb mapy
pełnej blizn poznaczonej tysiącami wątpliwości

Jestem pewien jej krwioobieg zatrzymał się na sekundy
a potem spiętrzony szalonym strumieniem
rozczesywał bolesną falą przysiółki wioski
fragmenty pól

już wiem zgaduję
że księżyc w tych dniach starał się zasłonić
swoje oczy wątłymi chmurami
i
oczekiwał rychłego  nadejścia dnia

tak jakby chciał uciec z książki
której okładki drżące od strachu

zamykały jego wyobraźnię
na dziesiątki lat

Dziś wiem – każdy umiera sam

i ten którego serce pęka na granicy wszechświata
i ta
która zasłania głowę dzieci przed uderzeniem siekiery
w ostatniej chwili odczytując wykrzywioną twarz rezuna

i nic nie znaczący przecież ból
jaki w ułamku sekundy przesunął się przez cały horyzont
niczym
kolorowe szkiełka w kalejdoskopie

nawet wtedy
kiedy jest lipiec z sadami pełnymi dojrzewających wiśni
których rozłupana na pół czerwień
plami swoją szlachetnością horyzont

tak trwają w nas niewygaszone ognie
trzask polan
szkła pękającego pod wpływem temperatury
w fragmentach którego
potrafimy odczytać to co najbardziej bolesne wczoraj

milczymy zasłonięci murami miast nowoczesności
ciągle jednak ci sami
milczymy zagubieni gdzieś na polnej drodze
gdzie jakiś krzyż opowieść otwierają szeroko drzwi
i wchodzimy do miejsc pełnych szaleństwa śmierci upokorzeń

wiemy zgadujemy nadal są w nas
fragmenty fundamentów porośnięte mchami

byt z literą Ł nad którym siedział szewc z Łucka
przywieźli go furmanką do Przeobraża
razem z tym który już nigdy w nim nie będzie chodził

trafił do mnie w sześćdziesiątym trzecim
z mapą pełną zakłóceń nieczytelności

Profesor B. powiedział mi
że tego dnia Święty Piotr polecił otworzyć
jak najszerzej bramy nieba

Można po lekturze stwierdzić, autor tomu SKAZANY NA PERYFERIE, szukający w Kątach Rybackich miejsca dla artystycznego rezonansu swoich przemyśleń nie rezygnuje ani z aksjologii ani z liryzmu ani z epiki, dając czytelnikowi w segmentach wierszy fabułę pogłębionej świadomości trwania, świadomości zwróconej i na doczesność egzystencji i na doświadczenia minionych pokoleń. Tkwi w tym ogromna potrzeba rozumienia wszelkich przejawów życia, tak w wymiarze historycznym jak i teraźniejszym, ogromna potrzeba scalenia pamięci z pragnieniami chwili jednostki.. To próba, dodajmy udana, stopienia się wiedzy o tym co ludzkie, przeżyte, doświadczone z podkreślaną stale w wierszach samotnością, obojętnością (wyobcowaniem) jednostki, która przyznaje się do bezradności, bezsilności własnej wyobraźni, która na przekór autorowi projektuje w wierszach barwną panoramę czasu i czasów, tworząc swoistą wizję peryferyjnego obserwatora. I na koniec:

Wracając do Kątów Rybackich
/Pamięci Jędrka Waśkiewicza/

Jesień dojrzewa
w poranionych przez liście miejscach
słone mgły ciągnące od morza
ogałacają nas z resztek światła
i jego dojrzałej świadomości

Wiesz Jędrek
byłem wczoraj w tym miejscu
w którym siedzieliśmy
na przyciągniętym przez sztormy
pniu dębowym

Pamiętasz
był węższy niż nasze marzenia

siedzieliśmy na nim w czterech
Z brzegu chudziutki
wyczesany wiatrem Gąsior
obok Jerzynka
którego uśmiech był szerszy
od nadbiegającej fali

a ruch dłoni miał wąziutki
niczym fraza w wierszach Śliwonika

W migawce utrwalonej przez pamięć
Romek stał odwrócony plecami
Rzucał w górę okruchy chleba
do rozkrzyczanych mew

ruch skrzydeł
spadanie fragmenty intensywnego życia

do dziś zaskakują mnie
mnie jedynego na zupełnym obrzeżu pnia
tuż obok ciebie
z twarzą wzniesioną do góry pełną zdziwienia
być może pytania
o rzeczy najodleglejsze

a może tak bliskie
że ich sens zginął poza kadrem

Kiedyś ktoś pytał mnie
dlaczego mówię do ciebie Jędrek
nie Andrzej

ty odpowiedziałeś za mnie
że Jędrek lepiej brzmi w chórze
a chór jest na górze

teraz wiem
powiedziała mi o tym Ania
twoja matka tak zwracała się do syna

i ten gest wynikający z rangi słowa
wracający do źródła
nie wysycha
zawsze dotyka nas najczyściej

Jędrek
tego pnia
na którym jakiś malarz z pleneru
zapisał farbą nasze nazwiska – nie ma

Do naszego brzegu
przywiodły go przygodne sztormy
I one odebrały swoją własność

Wepchnęły na powrót w czarną czeluść morza
jego najspokojniejszą otchłań

z której nie wychodzi żadne światło
żadne słowo
fragment wiersza

Latem w tym miejscu dzieci budowały zamki
szukały bursztynów

widziałem to

ta powieść nie ma jeszcze końca
tak jak nigdy nie miała swojego początku w nas
zupełnie przypadkowo
próbujących odgadnąć światło
w alfabecie nocy

zapisać go
wśród licznych ścieżek
którymi serce zawsze
odchodzi poza widnokrąg

W powyższym wierszu odczytujemy bez kłopotów jego bohaterów. Jędrek to nikt inny jak Andrzej K. Waśkiewicz, Gąsior to Krzysztof Gąsiorowski, Jerzynka to Zbigniew Jerzyna, Śliwonik to Roman Śliwonik. Wszystkie te osoby stanowiły swego czasu w warszawskim klubie Hybrydy grupę poetów pod nazwą Orientacja Poetycka Hybrydy ( wraz z Januszem Żernickim, Jerzym Leszinem). Grupa ta nie posiadała jednolitego programu, wspólnej wizji poezji, choć krytyka zauważyła wspólną dla wszystkich tendencję do klasycyzowania, antykizowania sztafażu literackiego, a zarzucała pułapkę metaforycznej rytualizacji i zjawisko to określała mianem formulizmu. No cóż, okres “małej stabilizacji” nie służył artykułowaniu ani otwartego buntu wobec politycznej rzeczywistości, stąd kostiumy i maski, ucieczka w prywatność. Co istotne, poetów tych, wraz z Bohdanem Wróblewskim łączy metryka urodzenia ( urodzeni tuż przed wojną, w trakcie i tuż po wojnie). Na tym tle poezja Bohdana Wrocławskiego okazuje się nadzwyczaj żywotna. But z Wołynia, jabłko, pień wyrzucony na plażę przez morze w myśl realizacji zasady od przedmiotu do podmiotu wraz z zastosowaniem “myślenia według wartości” (Tischner) pozwala czytelnikowi wraz z autorem pogodzić się z ułomnością własnej wyobraźni, nie pozwalającej do końca przeniknąć dziejów i naszego losu, pozwala zjednoczyć czytelnika z innymi czytelnikami:

Miejsce odwiedzin

… … … …
Stajemy
każdego popołudnia kołem
na rogu Wczorajszej i Przedwczorajszej
choć dobrze wiemy
nadto dobrze wiemy

że nikt nigdy
nie odwiedzi nas w tym miejscu

Wbrew pesymizmowi pointy samotność stojących w kołem stanowi punkt wyjścia by przyjrzeć się sobie, jest obietnicą wymiany marzeń, chwycenia się za ręce w poetyckim przesłaniu tomu wierszy pt. SKAZANY NA PERYFERIE.

/ Bohdan Wrocławski; SKAZANY NA PERYFERIE; Warszawa 2018 /

Jacek Sojan

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko