Irena Nyczaj – cztery opowiadania

0
286


Racja

Nikt się nie spodziewał, że to się tak skończy.

Henryka wszyscy znali na osiedlu. Był samotny. Wdowiec od kilku lat. Ubrany schludnie. Chodził co drugi dzień do sklepu po niezbędne produkty. Co tydzień do kościoła.

Nie doczekali się z żoną własnych dzieci. Mieli adoptowanego syna, którego pokochali szczerze. Odchowali, a kiedy znalazł pracę w innym mieście, Henryk został sam. Syn odwiedzał go regularnie z żoną i dwoma urwisami.

Henryk był nieco skrępowany, że nie czuł do malców szczególnie ciepłych uczuć. Denerwowała go ich żywiołowość, ale starał się panować nad sobą i nie okazywać zniecierpliwienia. W rozmowach z bliskimi podkreślał często konieczność dobrego wychowania potomków, jaka spoczywa na każdym rodzicu. Tu stawiał za wzór Mirka, ich syna, którego razem z żoną wychowali na porządnego i kulturalnego człowieka.

Mirek, adoptowany przez nich jako kilkulatek, był cichutki i spokojny. Jakby bał się narazić nowym opiekunom. Potulne zwierzątko.

Żona Henryka pokochała chłopczyka szczerze. Często tuliła go, śpiewała i mówiła:

– Mój skarbie. Kocham cię nad życie, syneczku.

Henryka cieszył ten widok. Szczęście żony było dla niego wszystkim. Spełnił jej marzenie. Sam miał wcześniej sporo wątpliwości i oporów. Ale czy to dziwne? Zwyczajnie bał się odpowiedzialności. A co będzie, jak się nie uda? To przecież obce dziecko…

Lecz gdy żona błagalnie spojrzała mu w oczy, zdecydował.

– Dobrze, kochanie, zgadzam się. Adoptujmy Mirusia.

Z czasem okazało się, że jego obawy były na wyrost. Miruś dał się lubić. Grzeczny, posłuszny, nie sprawiał żadnego kłopotu. Nawet gdy wchodził w trudny wiek dojrzewania, udało się im wszystkim przetrwać ten kataklizm prawie bez siniaków i otarć.

Mógł powiedzieć, że szczerze pokochał syna. Ich życie stało się pełne. Kompletne.

Teraz ten komplet – chociaż minus jeden – miał się powiększyć. Synowa była w ciąży. Oczekiwali córki.

Pomyślał o żonie. Szkoda, że nie zobaczy wnuczki. Starszego chłopczyka jeszcze zdążyła przytulić.

Raz Henryk przyłapał malców – zaintrygowany nagłą ciszą w pokoju, gdzie jeszcze przed chwilą szaleli – na nawiązywaniu zbyt bliskiego kontaktu, z użyciem śrubokręta, z kontaktem.

Spanikowany, postanowił wstrząsnąć wyobraźnią małych, nieświadomych niebezpieczeństwa urwisów.

– Jak zdejmę pas, to… – I odsłonił marynarkę, by wykonać groźbę.

– … To cię śpodnie oblecą – poważnie i rzeczowo zakomunikował młodszy mądrala, patrząc dziadkowi odważnie w oczy.

Henryk ledwo utrzymał poważną twarz. A w duchu pękał ze śmiechu.

Gdy wyjechali, trzeba przyznać – odetchnął. Zapanowała dobra, kojąca cisza. Życie wróciło do codziennej normy.

Henryk nie potrzebował ludzi. Niczym go nie inspirowali, zasadniczo oceniał ich mierny poziom intelektualny, banalne myślenie, miałkość wydawanych pochopnie sądów o wszystkim. I wiele jeszcze niezbyt pochlebnych cech.

Najlepiej było mu w domu. Oglądał telewizję, ale rozsądnie. Wybierał programy polityczne, a także z zagranicznych stacji – o przyrodzie, kosmosie, historii. Takie audycje czegoś przynajmniej uczą. I książki. Czytał dużo. Z literatury czerpał nieprzemijające wartości, wpływające na jego psychikę zbawiennie.

Za dużo przemocy wokół, pomyślał. Wszędzie tylko programy o narkotykach, gwałtach i morderstwach. Nawet o kłócących się sąsiadach. Do czego to podobne, by sąsiad sąsiadowi zagrodził wejście do domu?! Starsza kobieta musi wychodzić i wchodzić do własnego domu przez okno. Kto to widział takie rzeczy! I to u nas, w Polsce! Ludzie są tacy niedobrzy dla siebie. Skąd to się bierze?

Zamyślił się.

Uważał, że jest bardzo tolerancyjny. Nie lubił tylko hałasu. Po drugim zawale stał się bardzo wrażliwy na głośne dźwięki.

Denerwowały go szczekające psy, wrzeszczące dzieci, głośne zamykanie drzwi.

Wyciszył dzwonek do drzwi i nawet dźwięczną melodyjkę telefonu.

Cisza. Uspokojenie.

To lubił. Dlatego często chodził do żony. Ale nawet tam nie odnajdywał potrzebnego mu ukojenia. Wszędzie krzątają się ludzie, głośno rozmawiają, a nawet, o Panienko!, śmieją w głos. No, to już chyba nie uchodzi w tym miejscu.

Grzecznie zwrócił uwagę roześmianym, porządkującym grób kobietom. Zawstydzone, przeprosiły i już w ciszy prędko zakończyły porządki.

Ma rację, trzeba ludziom czasem uświadomić, co wypada, a co nie.

Zaczął zauważać coś, czego do tej pory, jak ze zdziwieniem skonstatował, wcale nie dostrzegał. Wokół mnóstwo przykładów zachowań ludzkich, na które trzeba reagować.

Teraz bez zastanowienia i skrępowania otwierał okno lub wychodził na balkon i wołał:

– Nie drzyjcie mi się pod oknem! Idźcie do siebie do domu!

Dzieciaki podskakiwały, wywalały języki i pukały się znacząco w głowy.

Henryk czerwieniał na twarzy.

Nie było już dla niego spokojnych chwil. Ciągle musiał interweniować.

– Jak można pluć na chodnik! Za wschodnią granicą chyba lepiej się zachowują… – rzucał wyniośle.

– Ale biją tymi drzwiami! Ciekawe, czy u siebie w domu też tak trzaskają…

– Po psie trzeba sprzątnąć. A jak dziecko albo niewidomy wdepnie? Pomyślała pani? – zwracał się czasem wprost do winowajczyni, która zamyślona, czekając na szczęśliwe zakończenie wypróżnienia pupila, nie bardzo kojarzyła, o czym ten człowiek mówi.

Sąsiadki mawiały:

– Zmienił się pan Henryk, zauważyła pani? Już o niczym się z nim nie porozmawia. Wszystko krytykuje.

– Czasem ma rację, ale tak to narobi sobie tylko wrogów…

– On się nie nadaje do ludzi. Po śmierci żony tak się zmienił. Pani wie, że ona chodziła modlić się do cerkwi? Porządna kobieta była, chociaż prawosławna.

– Co pani powie. A zgodnie żyli. On do kościoła, a ona do cerkwi! Nie wiedziałam. Ale grunt, że wierząca była. Bóg przecie jeden.

– No nie wiem. A te Allachy jakieś? Strach pomyśleć.

– Oj, pani kochana, lepiej odpukać, tfu, tfu! A ten Henryk pojechałby gdzieś, zajął czymś konkretnym. A tak tylko zgredzi i zgredzi…

Henryk lubił spacery nad niewielką rzeczką przepływającą w pobliżu bloków na jego osiedlu. Można tam odpoczywać na wygodnych ławeczkach i czuć się prawie jak nie w środku miasta, lecz na łonie natury. Spokój, cisza. Tylko miłe głosy ptaków i delikatny szelest poruszanych wiatrem listków.

Błogostan został brutalnie przerwany. Na sąsiednią ławkę opadli zmęczeni młodzieńcy. Głośny rechot – jakże prymitywny – podlewany piwem z puszek, które, o zgrozo, lądowały to w krzakach, to wprost na chodniku.

Tego było dla Henryka za wiele. Wstał, podszedł do młodzianów. Rozwaleni na ławce, nogi wyciągnięte na pół chodnika, w łapskach puszki z piwem, bezczelne gęby.

– Panowie – zaczął grzecznie – proszę ciszej. Tu ludzie chcą odpoczywać. A puszki wrzuca się do kosza.

Spojrzeli na niego, przysłaniając oczy od słońca. Popatrzyli po sobie i w śmiech.

Henryk nie odpuszczał.

– Jak się zachowujecie?! Jesteście w miejscu publicznym, gdzie obowiązują…

– Odpierdol się, dziadku! – zawołał któryś.

– Coo?! Jak możesz!

– Spłyń, pierdoło, albo ci, kurwa, pomożemy!

Henryk zacisnął szczęki i pięści.

– Ty chamski łbie! – zawołał czerwony z gniewu. – Jak śmiesz tak do mnie…

Młody podniósł się i jednym mocnym ciosem powalił starszego pana na ziemię. Pozostali zaczęli kopać dotąd, aż bezwładne ciało przestało zdradzać jakiekolwiek oznaki życia.

Wtedy zepchnęli je do rzeki, płytkiej w tym miejscu.

I wynieśli się.

Ciało mężczyzny w rzeczce zauważyli przypadkowi spacerowicze.

Na ratunek było już za późno.



Tacy sami…

Mam na imię Jan.

Za ścianą mojego rodzinnego domu mieszka człowiek, którego nienawidzę najbardziej na świecie – Piotr, mój bliźniak.

Ludzie odkąd pamiętam mówili:

– Ale jesteście podobni!

– Jak dwie krople wody.

– Jak dwie połówki jabłka.

– Jak…

Nie chciałem słuchać. Co ludziom do tego, co oni mogą wiedzieć.

Często dodawali:

– Wy to się musicie kochać! Wspaniale mieć takiego brata.

Czasem ktoś z młodzieży rzucał:

– Takiego klona!

Nienawidziłem brata od zawsze. Za to, że był nieustannie obok mnie. Klon.

Zauważyłem, że nosi takie same ubranka. Któregoś razu mama zmartwiona spostrzegła:

– Popatrz, Krysiu (to starsza siostra), jaka dziura w spodenkach Janeczka. I w bluzeczce! Co to się stało? Trzeba zacerować.

– Nie opłaca się, mamo. Wyrzuć.

– To w co go ubiorę?

– Jak to? Chyba ma jakieś inne rzeczy.

– Ale trzeba tak samo, jak Piotrusia…

– Niekoniecznie. Nie muszą identycznie wyglądać.

– Oj, Krysiu. To przecież bliźniaki.

– I co z tego? Może nawet lepiej, żeby ich odróżniały chociaż ubrania?

Mama się zafrasowała. Nie bardzo wiedziała, co o tym sądzić.

Nie było trudno doprowadzić mojego brata do płaczu. Miałem mnóstwo pomysłów, które wprowadzone w czyn owocowały rykiem klona i pospieszną interwencją siostry lub mamy.

– Oj, Janeczku, dlaczego dokuczasz Piotrusiowi?! Popatrz, płacze przez ciebie.

Właśnie. Ale przecież nigdy go nie uderzyłem. Doszedłem do perfekcji w dręczeniu brata. Widziałem strach w jego błękitnych okrągłych oczach. W takich samych moich lęku nie było.

Odwracał wzrok.

Kiedy zachorował pierwszy raz, mama powiedziała:

– Popatrzcie. Są tacy sami, a tacy inni! Janeczek to okaz zdrowia, a Piotruś…

Wrócił ze szpitala odmieniony. Unikał mnie, był milczący, obcy. Jego twarz zroszona kropelkami potu odbijała się w moich oczach. I wtedy odwracałem wzrok.

Kiedyś wyciągnął rękę, aby pogłaskać psa. Mojego psa wilczura.

– Nie dotykaj! Nie patrz na niego! I nie mów nic, nie wołaj go! – Zacisnąłem pięści.

Brat patrzył na mnie, a jego niebieskie oczy pociemniały.

Po kolejnym ataku choroby trzeba było wysłać Piotra do sanatorium w górach. Musiał zmienić klimat.

Odetchnąłem.

Nie opowiem całego swojego życia, bo i po co.

Weszliśmy w dorosłość oddzielnie. On chorowity, ciągle „słabował na płuca”, jak mówiła babcia, ustawicznie leczony, hospitalizowany, rehabilitowany.

Nie współczułem mu. Zajęło mnie wreszcie moje własne życie. Życie bez klona. Gdy wracał z kolejnych pobytów w lecznicach, cała rodzina żyła jego zdrowiem, a raczej brakiem tegoż. Wprawdzie babcia pocieszała mamę, że z tego wyrośnie, ale chyba żadna z nich w to nie wierzyła. Był już dorosły, chociaż jeszcze bardzo młody. Było oczywistym, że Piotr nie będzie studiował i nie ożeni się pewnie nigdy. „Chociaż, kto wie, mówili zatroskani krewni i znajomi, nigdy nic nie wiadomo”.

Ożenił się niespodziewanie.

Pewnego razu przywiózł i przedstawił rodzinie miłą dziewczynę poznaną w sanatorium.

Po roku doczekali się córki, a wkrótce potem chłopców bliźniaków.

Dzieci rosły i rozwijały się wspaniale. Mój brat promieniał szczęściem.

Dziewczynka nie interesowała mnie zupełnie, a chłopcy… Przepadali za sobą, byli identyczni i nierozłączni. I zawsze ubrani inaczej. Moja matka, a ich babcia kiedyś zagadnęła synową:

– Czemu nie ubierzesz ich tak samo? Przecież to bliźniaki.

– Piotr nie chce. Wręcz mi zabrania. Bardzo tego pilnuje.

Moja matka nie mogła się nadziwić. Nie bardzo wiedziała, co o tym sądzić.

Nie miałem jakoś szczęścia do kobiet. Wszyscy uważali, że jestem piekielnie inteligentny. Skończyłem z wyróżnieniem studia na politechnice, dostałem dobrze płatną pracę. Byłem duszą towarzystwa, sypałem jak z rękawa dowcipami, czarowałem dziewczyny, które zmieniałem jak rękawiczki. Żadnej jednak nie udało się usidlić mnie na dłużej, choć próbowały. Do żadnej nie czułem nic więcej, niż pożądanie, które po krótkim czasie, spełnione, wygasało szybko jak jesienne ognisko na ugorze pod lasem.

Kiedy zerwałem z kolejną narzeczoną, mama powiedziała:

– Popatrzcie, są tacy sami, a tacy inni! Piotruś to samo szczęście i sukces, a Janeczek…

Piotr był zupełnie odmieniony. O chorobie dawno zapomniał. Rozkwitał. W ich połowie domu rozbrzmiewały radosne głosy dzieci. I muzyka. Oboje z żoną, choć niewyuczeni, pięknie śpiewali, trzeba przyznać. I grali – też amatorsko – ona na skrzypcach, on na pianinie. Dzieci wtórowały im jak mogły. Babcia promieniała.

– Popatrz, Krysiu, jak się kochają nasze maluchy!

To była prawda. Chłopcy nie rozstawali się ani na chwilę. Prawdziwe klony. Razem się bawili, razem jedli i spali. Byli identyczni.

Piotr mawiał:

– Chyba was nie rozróżniam. Ty jesteś Pawełek?

– Nie, tato – chłopczyk chichotał radośnie, nie podejrzewając ojcowego psikusa – jestem Janeczek.

– A, Janeczek. To wspaniale! Kocham cię, Janeczku.

– A mnie, a mnie? – wołał drugi.

– Ciebie też, ciebie też. Kocham was obu bardzo! – I tulił w objęciach te dwa swoje szczęścia.

Janeczek… Dzieciak o moim imieniu. Z moimi okrągłymi niebieskimi oczkami. Mały drań.

Nie, nieprawda. To prześliczny aniołek, miły i delikatny. Taki sam jak jego brat klon.

Patrzyłem na nich jak urzeczony. Doskonali. Cudni.

Mój klon całkowicie wyzdrowiał, a zacząłem chorować ja. Może dlatego, że paliłem jak smok, podupadłem mocno na zdrowiu. Lekarze coś dostrzegli w moich płucach. Stwierdzono, że to nieoperacyjny guz. Dobrze chociaż, że mama, nie dowiedziawszy się strasznej diagnozy, odeszła do lepszego świata, gdzie zapewne spotkała się ze swoją matką – naszą babcią. I patrzą teraz obie, zatroskane, na nasz wspólny, podzielony dom.

Za ścianą rodzinnego domu mieszka człowiek… lepszy.



Wina

Pamięci Nadzi –
nieodżałowanej Przyjaciółki

Siedzę w pociągu, który za chwilę ma ruszyć z moskiewskiego dworca do Warszawy. Odczuwam jakiś niesprecyzowany niepokój. Może coś zostawiłam w hotelu? Parę butów lub nocną koszulę wciśniętą pod poduszkę? Może… Lecz chyba mój niepokój ma inne przyczyny…
Na dworcu tłoczno. Ludzie drepczą w różne strony. Wysoka kobieta w dużym białym kapeluszu i jasnym wiosennym płaszczu rozgląda się wokół. Czeka na kogoś? Otula ramiona powłóczystą jedwabną chustą z długimi frędzlami.
Skąd znam tę chustę?
Rozświetlone słońcem przestrzenie, stepy po horyzont. Kiedyś, przed laty, gdy razem ze mną jechała Oksana, tamta podróż iskrzyła się jej śmiechem, była zaprzeczeniem męczącego zapadania w sen, który nie daje wypoczynku. Oksana nie pozwalała mi drzemać. I nie gniewałam się na nią, choć zawsze nuży mnie i usypia jazda. Przy niej żyłam intensywniej…
Jedna z kobiet w przedziale jest Rosjanką. Bardzo chce rozmawiać, upatrzyła sobie mnie i, choć tego nie lubię, zmuszam się do słuchania. Że jedzie do córki, która wyszła za Polaka, że chce odwiedzić młodych, ale najbardziej ciągnie ją do wnuczki, dziewuszki ślicznej i mądrej – mówi po rosyjsku i po polsku – o tu, na zdjęciu córka, a to – wnusia Tanieczka.

*

– Oksano, to ty? I twoje dziecko?
– Tak, to ja i moja Tańka.
Oglądam zdjęcia, jest ich dużo. Czyje to fotografie? Ręce mi nagle drżą, zdjęcia wysypują się, zbieram je spłoszona, przepraszam nieznajomą.

– Oksano…
– Posłuchaj, muszę ci opowiedzieć! To zdarzyło się na Syberii. Byłam taka młoda, o tu, popatrz, tu w spodniach i chustce na głowie, gotuję dla całej brygady geologów. Kochaliśmy się i byliśmy wolni w bezmiarze dzikiej przyrody. Ręce miałam czarne i poparzone od garów z wrzącą zupą, od ziemniaków z ogniska, od blinów. Wieczorami śpiewaliśmy z gitarą, aż serce zamierało i łzy dusiły. A Tańka szalała, stapiała się z przyrodą, aż mnie to chwilami przerażało. Nie odczytałam w porę znaków. Kiedyś nocą ptak uderzył w okno baraku…
– Jakie znaki? Że ptak uderzy w okno? To się przecież zdarza.
– Nie zrozumiałam wówczas, o, ja głupia, nie zrozumiałam!
– Nie wierz w prymitywne gusła, jesteś wykształcona, świadoma.
– Czemu drwisz z mądrości ludu? Moja matka była prostą, niepiśmienną kobietą, ale znała się na znakach. Przed śmiercią dziadka spadł obraz. Mama tylko się przeżegnała. A na drugą noc starik umarł.
– To przypadek. Nie wolno wierzyć w takie głupstwa. Mamy dwudziesty wiek.
– Znaki są. Niezmienne i dla każdego jednakowe. Ale trzeba umieć je czytać. Ty żyjesz w mieście, wasza przyroda jest inna. A tam… każda trawka, każda smuga lasu mówi do ciebie. I ty słuchasz… I ja słyszałam, ale nie rozumiałam jeszcze. Czułam, że mnie dwudziestoletniej, beztroskiej, kochającej nic nie może się stać. Nocami biegaliśmy z Aloszką do gwiazd i tylko czasem stawałam nagle, odpychałam jego ręce i rzucałam się na ziemię. Czy ją całowałam? Czy w szlochu próbowałam jej smaku? Dlaczego łzy rozsadzały mi duszę? Dlaczego wówczas kochałam przestwór nieba, a nie Aloszę?
– Wiem, Oksano, nie mów, nie targaj zabliźnionych ran.
– Nie wiesz, nie możesz wiedzieć, nie masz dziecka. Kiedy mi powiedzieli o katastrofie, nie mdlałam. Biegłam, aż serce zmęczone powaliło mnie tuż przy dymiących szczątkach helikoptera. Proklataja Sybir`, gdzie tylko koń albo powietrze… A Tańka tak się napraszała: „Przewieź mnie, tato, ja chcę mamę zobaczyć, o, taką malutką”. I pokazywała swój paluszek. Miała trzy latka.
Alosza długo dochodził do zdrowia. Krzyczał, że żyć nie chce, nie może żyć, kiedy ona… A ja mówiłam: „Możesz żyć, to nie twoja wina”. Wina… niczyja. To było najgorsze. Nie umiałam z tym po dawnemu żyć.
Kiedy wyzdrowiał, powiedział: „Wyjedziemy stąd, zaczniemy od nowa”. I wyjechaliśmy – każde w inną stronę. Znienawidziłam go. Wróciłam do matki, do Moskwy.

*

Wtedy w lesie, gdy spacerowaliśmy we troje, czuliśmy się przyjaciółmi dzięki Oksanie. Brodziliśmy boso po strumieniu. Piotr czytał Uniwersytet Kazański, a ona mówiła mi do ucha gorącym szeptem, że powinnam właśnie teraz, zaraz zabrać mu książkę i dotknąć go, pocałować. Uciekałam od tych słów spłoszona, a ona mnie goniła. Przewróciłyśmy się w strumieniu. Śmiała się bardzo głośno, ten śmiech szalał po lesie, burzył ciszę mchów. Spojrzałam na nią – piękną, dorodną kobietę. Rozerwała sukienkę, nabrała wody i odchylając głowę głaskała szyję i piersi dłońmi. Wtedy przyszedł Piotr. Patrzył urzeczony na Oksanę w strumieniu. Podszedł, klęknął przed nią.
– Nic sobie nie robiliście z mojej obecności!
– Ciebie tam przecież nie było.
– Tak, nie było mnie tam wtedy…
Widziałam, jak odpływa powoli Uniwersytet Kazański. Szłam brzegiem, a książka płynęła. Wreszcie wzięłam ją i zawiesiłam jak bieliznę do wyschnięcia na gałęzi schylonego nad rzeczułką drzewa. Patrzyłam w słońce, moje oczy były suche i puste.

*

Ile godzin już jedziemy, ile godzin przed nami? Za oknami pociągu ciemność, w przedziale duszno. Miarowy stukot kół i miarowe oddechy śpiących. Wychodzę na korytarz.

*

…Już kończyłam pracę, gdy wszedł zdyszany i poprosił o połączenie z Polską, z Warszawą. Odmówiłam, tłumacząc, że za późno, a kiedy opuścił wzrok i odwrócił się powoli, zawołałam, żeby poczekał, że połączę…
Rozmawiał niedługo. Patrzyłam na jego wysoką sylwetkę i czarne włosy. Och, jaki przystojny!
Oniemiałam, gdy zobaczyłam go stojącego u wejścia. Czekał na mnie?! Wstydziłam się swoich nędznych pantofli i chustki na głowie.
Wyglądał bardzo elegancko. Wiesz, że już nie pamiętam, kiedy go pokochałam. Czy wtedy, od razu, pierwszego wieczoru? Czy może wówczas, gdy z szacunkiem całował ręce mojej matki-analfabetki? On, naukowiec. Tylko siostrze mojej, starszej o dwadzieścia lat, nie spodobał się. Mówiła: „Nie wychodź za niego, Oksana, nie wychodź. On ci nie da szczęścia. Nie rzucaj Ojczyzny”. Wiem, ona mnie bardzo kochała i nie chciała stracić. Bała się o mnie.
– A matka?
– Chyba ją onieśmielał. Był dla niej jak książę, który miał jej córkę zabrać do pałacu, a może nawet do całego królestwa. Podziwiała jego mądrość, tytuł naukowy, pochodzenie. On to wyczuwał, bo lubił z nią rozmawiać najbardziej. Nigdy nie brakowało im tematów.
Pobraliśmy się Moskwie i zaraz zabrał mnie do Polski. Znalazłam się w innym świecie. Wszystko mi się tu podobało. Mężczyźni, jakich nie znałam, którzy całowali mnie w rękę! Julian, mój Jul. Jak bardzo się kochaliśmy! Byłam znowu szczęśliwa. Gospodarzyłam w pięknym mieszkaniu, gotowałam najlepsze rosyjskie dania i czekałam na niego.
– Szybko nauczyłaś się języka. Mówisz wspaniale, znasz tyle odcieni słów.
– Po prostu kochałam i wiedziałam, że wiele potrafię. Miałam dużo czasu, więc czytałam wszystko, co mi wpadło w ręce. Chodziłam do sklepów, dużo rozmawiałam. Chciałam poznać język polski, mój nowy język.
Nie od razu to się, oczywiście, udało. Pamiętam, kiedyś robiłam zakupy w dużym sklepie. Zauważyłam, że kasjerka wydała mi za dużo. Więc mówię: „Pani jest pomylona”. A ona poczerwieniała, żachnęła się i rzekła coś do mnie, czego nie bardzo wtedy rozumiałam. Powtarzam: „Pani jest pomyIona, pani mi dała za dużo pieniędzy”. I ona wtedy zrozumiała, uśmiechnęła się, podziękowała mi i przeprosiła. To ja powinnam przeprosić, ale wówczas nie wiedziałam, co znaczyły moje słowa.
Jul zrobił ze mnie damę, namówił na studia. Skończyłam rusycystykę, kupowałam wielkie kapelusze i jedwabne chusty. Jeździliśmy po całej Europie.

*

– Dlaczego płaczesz, Oksano?
Patrzyła rozszerzonymi szarymi oczyma i dusiła w uścisku ciężarną kotkę. Przez łzy mówiła jej bursztynowym oczom: Zazdroszczę ci, och, jak ci zazdroszczę! Nagle potem odrzuciła ją, strzepnęła sukienkę, zerwała się i zakręciła mnie w obrocie. Zatoczyłyśmy się na stół, już obie roześmiane.
– Idź – wykrzyknęła rozogniona – nastaw tę płytę, tę, którą lubię!
– A którą lubisz?
– Och – prychnęła zniecierpliwiona – nie denerwuj mnie!
Wiedziałam, więc dlaczego drażniłam się z nią? Oddaliłam się bez słowa. W regale kolekcja płyt. Czego tu nie ma! Nastawiłam Patetyczną. Wspaniała muzyka wypełnia pokój, dociera w każdy jego zakątek. Jest już w kuchni i drugim pokoju. To był pokój Juliana. Nie ma tam już jego książek, notatników, nie ma żadnych śladów jego obecności.
Wróciłam do kuchni. Oksana stoi z rękami w zlewie. Dłonie są nieruchome. Woda leje się. Oksana ma zaciśnięte oczy.

*

Otworzyłam oczy. Czy spałam? Niemożliwe. Pociąg pędzi. Kobieta szlocha przez sen? Czy to mnie ściska w gardle?

*

Nie mogłam płakać, nie płakałam, gdy weszliśmy razem z jej siostrą i byłym mężem do kostnicy. Natychmiast poznaliśmy Oksanę, a raczej tylko zarys jej ciała. Twarz i dłonie były przykryte czymś białym, może watą lub gazą…
– Dlaczego – pytała Eugenia ocierając łzy. – Dlaczego to zrobiłaś?

*

Pędzę pod jej dom, rozpycham gapiów…
– Kim pani była dla denatki? – pyta milicjant. – Proszę z nami.

*

Stół już nakryty. Piotr wnosi dymiącą pizzę, którą sam przyrządził i na ten czas wyprosił nas z kuchni, uśmiechając się, jak zwykle, nieśmiało, jakby z zawstydzeniem. Oksana klaszcze w dłonie i śmieje się głośno niby kilkuletnia dziewczynka. Odłamuje gorący kawałek i woła: „Luizo, chodź tu szybko, Luizo!”. Za chwilę marszczy brwi i tupie nogą. „Gdzie ta idiotka się podziewa?! Luiza!”.
Do pokoju niespiesznie wchodzi, ocierając się o drzwi i meble – jak gdyby to było nieodzownym, na poły rytualnym obrzędem – kotka Luiza w majestacie rychłego macierzyństwa. Jest ociężała. Patrzy, jakby wiedziała wszystko o każdym z nas, o sobie i całym losie świata.
Oksana klęka, całuje kocicę w nos i podaje jej pizzę na talerzyku z serwisu. Stara, piękna porcelana z finezyjnym ciemnoniebieskim wzorem. Kotka wącha uważnie danie i odchodzi, tak samo dostojnie i poważnie jak weszła.
Oksana dalej klęczy na podłodze.
– Ile trwa ciąża u kotów? – pyta nagle. Zrywa się i nerwowo chodzi po pokoju. – Ona już chyba powinna urodzić. Dlaczego nie rodzi?
– Bo ją trzymasz w domu – mówię. – Zapasła się, nie ma ruchu, leży bez przerwy na fotelach i się degeneruje.
– Nie żartuj, bo sprawa jest poważna – żachnęła się. – Jutro zawiozę ją do lecznicy. Tak, poproszę Tadeusza, żeby nas podrzucił.
– Może najpierw – wtrącił milczący, jak zwykle, Piotr – obliczyć tę ciążę? Masz encyklopedię albo coś takiego?
– Czuję, że to już powinno być. Ona musi urodzić, musi! Jutro jedziemy do lekarza.
Oczy Oksany wilgotnieją. Podchodzi do półki z książkami i bierze jedną z nich. Oboje z Piotrem wiemy, że to są wiersze Jewtuszenki. Oksana siada na podłodze i zaczyna:

Ja razlubił tiebia… Banalnaja razwiazka.*)
Banalnaja, kak żizń, banajnaja, kak smierť.
Ja oborwu strunu żestokogo romansa,
gitaru popołam – k czemu łomať komieď!

Czyta tekst wiersza przejmująco. Słowa wdzierają się w moją duszę, chociaż bronię się całą sobą przed nastrojem, dziwnym nastrojem wytwarzanym przez nią.
Piotr zdaje się nie słuchać. Patrzy w podłogę, potem sięga po papierosa, a później rozlewa wino do kieliszków.

Gumanniej nie twierdiť „lublu…”, kogda ty lubisz.
Kak tiażeło potom iz etich samych ust
usłyszat’ zwuk pustoj, wran’jo, nasmieszku, grubosť
i łożno połnyj mir priedstaniet łożno pust.

Oksana zamyka książkę zdecydowanym ruchem, wstaje i podchodzi do stołu.
– Dlaczego nie jecie? Wszystko już zimne! Z wami to nic nie można… No, bierzcie, jedzcie. Albo od razu to wyrzućmy!
Pije wino. Nie patrzy na nas. Patrzy tam, skąd przychodzi do niej piosenka. Tęskna rosyjska pieśń o drogach we mgle i kurzu, o stepowym burzanie, o nieznanej doli człowieczej. A potem nagle zapalają się jej oczy. Stawia kieliszek, podrywa się z krzesła i spadają na nas Oczi czornyje.
Jak ona to wykonuje! Głosem – raz aksamitnie namiętnym, to znów rozrywająco niskim, aż ściska mnie coś w gardle, drapie, aż muszę zakasłać, by ukryć wzruszenie, nie, może raczej zażenowanie, że tak można śpiewać – tak rozpasanie, tak chutliwie i tak cygańsko.
Ma nad nami władzę? Przecież na jakiś jej nieuchwytny sygnał śmiejemy się, sygnał – milkniemy, sygnał – pijemy wino…
Biegną godziny. Za oknami noc. Nie liczę minut, godzin, tych przedziwnych chwil, które bez reszty mnie pochłaniają. A jednocześnie gwiazdy za oknem wołają, chcą pokazać mi inną rzeczywistość, przestrzeń czystego, lekkiego powietrza.
– Otwórzmy okno – mówię. – Nadymiliśmy. Zagazujemy przyszłą mamusię i to już będzie bez wątpienia nasza wina. Zbiorowa.
Oksana nie reaguje. Jest gdzieś poza. Piotr otwiera balkonowe drzwi i płomyki świec zaczynają migotliwy taniec.
Wiemy, co zaraz będzie. Oksana klęczy nieruchomo, skulona, z głową opartą na kolanach. Zaczyna grać monodram.
… Jawi się Julian. Chmurny, wysoki. Jego oczy przeszywają nienawistnym, zimnym spojrzeniem butelkę wina i nas przy stole.
Oksana podchodzi doń i łasi się. Podaje mu kawałek pizzy na talerzyku z biało-granatowej porcelany. On odwraca się i odchodzi. Oksana wypuszcza z rąk talerzyk i pochyla głowę. Bierze z półki album, otwiera tam gdzie ślubne zdjęcia. Idzie do przedpokoju, z szafy wyciąga biały kapelusz i długie rękawiczki z cienkiej skórki.
– To on mi kupił w Rzymie. I ten sweter, wiesz, ten czarny…
Wiem. A Piotr? Piotr patrzy na nią z podziwem. Jest wspaniała jak królowa. Włosy związane w węzeł, jej miękkie, delikatne włosy okala ogromne rondo kapelusza. A spod niego patrzą rozwarte oczy wypełnione bólem.

*

– Dlaczego zapraszasz tylu przypadkowych ludzi, Oksano?
– Nie mogę, nie chcę być sama. I proszę, nie mów nic więcej, nie rób mi wyrzutów. Nie mogę inaczej.
– Możesz. Musisz się trzymać.
– Co to znaczy? Jakie masz prawo, żeby tak mówić?! Nic nie przeżyłaś… Czy wiesz, że będę musiała wrócić?
– Jak to?
– Tak to, tak to! – krzyczała. Patrzyła na mnie dziwnie, tak, patrzyła ze złością… – Ale nie wrócę. Nie chcę wrócić na pocztę. Co by ludzie powiedzieli? Tu mam tylu przyjaciół! Nie odjadę stąd, gdzie on… Nie mam wyjścia.
– O czym ty mówisz?
– O niczym. Za miesiąc kończy mi się paszport.
– I co z tego? Byłaś w konsulacie? Starasz się o obywatelstwo?
– Nie mogę dostać obywatelstwa i nie wiem dlaczego. Nic nie rozumiem. Gdybym miała dziecko! Ale nie mam… nie mam.
Chciałam objąć drżące w szlochu ramiona i nie mogłam. Stałam jak słup soli.
– Saniu – mówiłam bezładnie – uspokój się, nie płacz. Znajdzie się sposób. Przecież możesz… wyjść za mąż!
– Idiotka.
– Jaka idiotka, no jaka?! Możesz fikcyjnie. Piotr się zgodzi na pewno. Przecież się w tobie kocha i gdybyś tylko chciała, to…
– Czyś ty oszalała już zupełnie?
– To chyba ty masz w głowie nie tak. Tu trzeba dobrze pomyśleć, bo jak nie – to co zrobisz?
– Zabiję się.
– Wariatka. Że też ci język nie skołczeje.
Zamilkłyśmy. Jakoś żadna nie miała co powiedzieć. Patrzyłyśmy na siebie zdziwione czy może przerażone?
– Skołczeje! Skołczeje! Jakie piękne słowo! Nie znałam go! – klasnęła w ręce jak dziewczynka. I zaczęła się śmiać, za nią ja. I śmiałyśmy się, śmiały aż do łez.
– Chodź – powiedziała, ocierając oczy i chichocząc – chodź, pomożesz mi zrobić porządek w szafie. O, popatrz, to mój ślubny kapelusz. I rękawiczki. („Rękawiczki są białe, długie prawie do ramion”). Załóż je, przymierz – mówi z płonącymi oczyma. – Nie – wykręcam się – mam mniejsze ręce. Ona, zresztą, wcale nie zwraca uwagi na moje słowa, na mnie. Wydaje się, że bez reszty pochłania ją to bezmyślne przekładanie z miejsca na miejsce starych, niepotrzebnych rzeczy.
– Kurtka Jula, nie zabrał jej…
– Nie mówmy o nim. Wiesz, że go nie lubię.
– Kocham go, kocham coraz bardziej. Dlaczego to zrobiłam?
– O czym mówisz? O rozwodzie?
– On przestał mnie kochać po tym, jak mu powiedziałam…
– O tej głupiej zdradzie?
– Nie tak, nie mów tak. Zakochałam się, przecież wiesz. Nie powinien był mnie zostawić na tak długo. Nawet nie pisał listów. Dlaczego? Nie umiałam bez niego żyć.
– Nie umiałaś czekać. Uległaś chwilowej namiętności, fascynacji. Czemu nazwałaś to od razu miłością? Po co się pospieszyłaś, dlaczego mu powiedziałaś?
– Nie mogłam inaczej. Nie umiem kłamać.
– A może to był dla niego tylko pretekst? Mieliście tak różne charaktery! Spójrz prawdzie w oczy i nie zadręczaj się winą. Może gdybyście mieli dziecko…
– Zrobiłabym wszystko, żeby wrócił.
Oksana siedzi przed rozmemłaną szafą, przyciska twarz rękami, ciałem targa szloch. Płacze głośno, przerażająco. Kiwa się miarowo, trzymając za głowę. Nie widzi mnie, nie słyszy, choć ją wołam, ciągnę za ręce, chcę je oderwać od nieprzytomnych oczu. Trzęsę się, ten płacz wypełnia mnie i miażdży swoją pierwotnością, żywiołem ziemi.

*

– Proszę przygotować deklaracje celne i dokumenty.
Zaczyna się krzątanina. Niemłoda Rosjanka ziewa, aż łzy stają jej w oczach. Celnicy mają nieprzejrzane twarze.

*

– Oksano, co ty mówisz, nie ma żadnych myszy. Jest kotka w domu.
– I pająki… Kiedy ona śpi – wychodzą. Idą do mnie. Jest ich dużo.
Starałam się opanować lodowate przerażenie.
– To tylko nerwy – mówiłam szybko. – Nie znosisz samotności. Zostanę z tobą, tylko pobiegnę, powiem w domu, wezmę coś do spania…
– Ale przyjdziesz zaraz?
– Przyjdę.

*

Zawiodłam cię wtedy, Oksano. Nie wróciłam, chciałam inaczej oddychać, zasnąć w swoim łóżku, nie słuchać twoich słów, nie tłumaczyć wciąż od nowa, uspokajać.
Nie pokazywałam się u niej przez tydzień. Ona też mnie nie szukała. Była semestralna przerwa zimowa i my, wykładowczynie na rusycystyce, też mogłyśmy nieco odpocząć. Wyjechałam z Jurkiem, którego nie lubiła. Chciała mnie od niego odciągnąć, była zaborcza. Męczyła nas, a my byliśmy zaczarowani.
Czy nie widziałaś, nie czułaś, nie rozumiałaś?

*

– Myślę, że chcesz być kochana, Oksano.
– Każdy tego chce.
– Tak, każdy, ale ty pragniesz bardziej. Jesteś niecierpliwa, podświadomie chcesz zmusić do miłości.
– Czy to źle?
– Chyba źle. Masz wiele cech dziecka… Sądzisz, że wszyscy są tacy jak ty – spontaniczni, szczerzy i szczodrzy.
– Nikt mnie nie oszukał przecież.
– Nie w tym rzecz, poddajesz się, przegrywasz. Jesteś bezbronna, słaba, nieprzygotowana na obojętność, egoizm, dwulicowość.
– Nie chcę być na to przygotowana.

*

Gdy przyprowadziłam ją do nas, do domu rodziców pierwszy raz, ubraną w taliowany płaszcz i futrzany toczek, mój ojciec zachwycony zawołał: „Anna Karenina!”. A ona uściskała go serdecznie, z całą spontaniczną szczerością swojej rosyjskiej duszy.
Czy było jej dobrze wśród nas na wigilijnej wieczerzy? Czy śpiewając z nami kolędy, nie odchodziła jednak gdzieś daleko w nieznane i odległe miejsca, w inny wymiar czasu?
„Rozumieliśmy, co cię wówczas rozrzewniało, Oksano. Ale przecież nie mogliśmy dać ci więcej, oprócz siebie, rodziny, która cię pokochała”.
„To było dla mnie wszystko. Nawet nie wiesz, ile dla mnie znaczyliście”.
„Więc dlaczego, dlaczego się poddałaś?”.

*

Doktor Malawska patrzy na mnie zza grubych szkieł. Mądre, uważne oczy.
– Mogę na panią liczyć?
– Oczywiście.
– Proszę więc wykupić lekarstwo. I najważniejsze: trzeba jej wydzielać po pastylce trzy razy dziennie.
– Nie rozumiem…
– Ona nie jest teraz w najlepszym stanie, znam ją. Nie można jej dać do ręki całej fiolki. I trzeba pilnować, żeby przyjmowała regularnie. Nie może być ani dnia przerwy. Czy pani sobie z tym poradzi?
– Mieszkam bardzo blisko, dwa kroki, nie będzie żadnego kłopotu.
– To świetnie. I jeszcze jedno. Musi pani czuwać, żeby… no, żeby nie wypiła w tym czasie ani kieliszka alkoholu, nawet wina. Ten lek w połączeniu z alkoholem może stać się…
– Trucizną?
– Można tak powiedzieć. Dla jej chorego serca… Czy pani podejmie się tego?
– Jeżeli nie ma innego wyjścia… To bardzo duża odpowiedzialność. A może lepiej byłoby do szpitala?
– Próbowałam. To było pierwsze, co starałam się zrobić. Chciałam ją położyć u siebie na oddziale, ale odmówiła. Skoro ją pani zna, to wie, że trudno ją przekonać. Jeśli coś postanowi…
– Tak, wiem.

*

Warszawa. Już w domu. Zbieram bagaże, chcę wyjść jak najprędzej. Pociąg zwalnia. Patrzę na nieznajomych podróżnych z radością i ulgą.

Kto biegnie tam? Zdyszana wysoka kobieta w białym wiosennym płaszczu i dużym kapeluszu. Z ramion zsuwa się koronkowa chusta z długimi frędzlami… Skąd znam tę chustę?
Rozgląda się spłoszona, przyciska do piersi torebkę.
Szuka kogoś? Oczekuje?

Irena Nyczaj
__________
*) Przestałem kochać cię… Banalne rozwiązanie.
Banalne to jak życie, zwyczajne tak jak śmierć.
Gitarę swoją więc na dwie połówki złamię,
romansu struny zerwę – po cóż komedię grać!
            […]
Lepiej nie mówić „kocham” wtedy gdy się kocha.
Jak ciężko będzie potem, gdy z tych samych ust
usłyszysz kłamstwa złe, szydercze, puste słowa
i świat z pozoru pełny pogrąży fałszu pustka.

Tłumaczyła Irena Nyczaj



Zachłanne

Ojciec mojej ciotki Jadwini ma 96 lat. Ciotka jest jego jedyną opiekunką. Nie ma dzieci ani męża. Mieszka „pod ojcem”, piętro niżej. Codziennie rano przychodzi, ostrożnie otwiera drzwi i od progu pyta:

– Ojciec, żyjesz?

– A co – odpowiada – myślałaś, że umarłem?

Czasem jego odpowiedzi są bogatsze w treść. Na przykład:

– A co. Jak dociąpię do setki, to potem już poleeeciii! – Jego czarne jak węgiel oczka, niewyblakłe jak u wielu starych ludzi, filuternie rozbłyskują żarem niewygasłej młodości.

Za młodu był z niego niezły „podwikarz”. Wino, kobiety i śpiew. To lubił. Pięknie śpiewał i akompaniował sobie na gitarze. Miał niespożytą energię. Z opowiadań rodzinnych wyłaniał się obraz amanta. Nawet po ożenku nie zaprzestał czarować pięknych pań grą i śpiewem.

Był artystą. Malował pejzaże – wyłącznie z natury – rozstawiając sztalugi w najpiękniejszych miejscach swoich ukochanych gór. Kładł farbę cieniutko, dokładnie odwzorowując górskie hale, spadziste kwadraty poletek i rosochate drzewa. Nie malował tylko postaci ludzkich ani zwierząt. Swoimi obrazkami obdarowywał znajomych i rodzinę. Wielu się podobały. „Snopki i chmurki jak żywe” – mówili. Ja natomiast uważałam, że są kiczowatą amatorszczyzną, nic niewartą. Byłam wówczas rozżalona po drugiej, nieudanej niestety próbie dostania się na Akademię Sztuk Pięknych; wciąż dużo rysowałam i malowałam, chodziłam pilnie na wykłady jako wolny słuchacz oraz na uwielbiane przez wszystkich zajęcia – rysunek wieczorny, do czego zachęcił mnie kolega, student pierwszego roku. Nasi mistrzowie przekazywali nam tajemnice, dzięki którym zaczynaliśmy widzieć więcej, inaczej i pełniej. Ciało starej, żylastej, wysuszonej kobiety nie było dla nas ciałem człowieka, lecz formą, gdzie zbiegały się rozliczne meandry linii, załamania, cienie. A martwa natura ustawiona na stoliku… to nie mógł być zbiór przedmiotów, a tło „barszczem”, „wypełniaczem”, „zapchajdziurą”. Każdy centymetr rysunku czy obrazu musiał żyć prawdziwie. Przemawiać do odbiorcy.

– Znowu te „fiołki”?! Dorzuć trochę gówna!

Zaczynaliśmy rozumieć, czym jest, a nie powinna, dosłowność i „ładność” w sztuce. „Fiołki i g…” – chłonęliśmy idee, które na naszych pracach przeobrażały się czasem w dziwaczne stylizacje.

Podbudowana radami prowadzących zajęcia prawdziwych artystów, uznałam, że posiadłam tajemną wiedzę twórczego widzenia, kreowania świata. Gdy nasz artysta zapytał mnie, co sądzę o jego obrazach, nieco zażenowana, ale jednak wierna prawdzie sztuki odpowiedziałam:

– No wiesz, wujku, nie możemy odtwarzać nawet najpiękniejszego widoku jeden do jednego, no tak… realistycznie.

– Dlaczegóż to? – oburzył się. – Przecież tak wyglądają łąki, góry, drzewa. Co mam zmieniać? Mam namalować jakieś „pikasy” czy co? – Roześmiał się ironicznie. I nabrał do mnie dystansu. Więcej o sztuce malowania nie rozmawialiśmy.

Świetnie fotografował. Miał ogromny aparat z dużym wysuwanym obiektywem, przedmiot zazdrości i podziwu mojego brata. Do dziś, gdy oglądamy stare rodzinne zdjęcia, przyznajemy zgodnie, że najlepsze z nich wykonał wuj Metody. I to jego imię. Chyba z przejęcia i zaskoczenia nikt go nie zdrabniał, co było nagminną praktyką w rodzinie. Jan był Iśkiem, mały Stanisław Siunkiem, Barbara Bajką, Marian Mańkiem… Bywało jeszcze lepiej. Jedna z ciotek, już wiekowa, w objęciach alzheimera, zwykła zwracać się do swojego 50-letniego syna Pawła: Puciuś, a do drugiego, Igora – Goluś.

Na jednym ze zdjęć moja piękna, uśmiechnięta mama trzyma mnie na ręku, a moja twarz, okrągła twarzyczka małego dziecka, krzywi się na widok czarnego obiektywu aparatu wuja Metodego. Podziwiam doskonałą jakość fotografii. Tyle lat…

Wuj Metody znał się na samochodach, potrafił dokonać drobnych napraw, uprawiał wspinaczkę górską i co tam jeszcze… Miał na koncie jakieś drobne usprawnienia dotyczące sprzętu do łowienia ryb. Mężczyźni w rodzinie zachwycali się jego wynalazczą inwencją. Mnie to akurat zupełnie nie obchodziło, jednak doceniałam ciągłą chęć twórczego wysiłku wuja. Prawdziwym jego osiągnięciem była, innowacyjna jak na tamte czasy, pomoc dydaktyczna dla szkoły podstawowej – tablica flanelowa, mająca znacznie usprawnić pracę nauczyciela. Wuj tłumaczył nam jej zastosowanie, wzbudzając zasłużony aplauz słuchających.

Niezły był też z niego gawędziarz, dusza towarzystwa. Do dziś krążą w rodzinie jego opowieści, skrzące się dowcipem, ciekawe, gotowe opowiadania mające swą dramaturgię i puentę. Król życia! Zdarzało się, że słyszeliśmy jego gawędy bądź wywiady w radio. Zdziwieni dowiedzieliśmy się, że znajoma pani redaktor, prowadząca audycje dla Polonii w Australii i Stanach, znająca niezwykły talent gawędziarski wuja Metodego, poprosiła go kiedyś, by uratował audycję. Jej rozmówcą miał być stary góral, ale zaniemógł i redaktorka spanikowana przypomniała sobie o Metodym. Audycja wypadła wspaniale. Nikt nie miał wątpliwości, że wypowiada się rdzenny mieszkaniec naszych polskich Tatr. A kiedyś zadzwoniła: „Panie Metody, czy zgodzi się pan, potrzebna mi rozmowa z chłopem z Mazur… przepraszam, prostym chłopem…”. „Nie ma problemu!” – odpowiedział. Podobno głosy z Polonii po tych audycjach były entuzjastyczne.

– Ojciec, żyjesz?

Bywa niekiedy, że staruszek odpowiada na pytanie córki bardziej skąpo.

– A co.

Jadwinia krząta się, ustawia w lodówce przyniesione produkty, gotuje lekkostrawne śniadanie.

– Nie będę jadł tej mamałygi. Zrób mi porządne śniadanie, jak dla chłopa.

– Z ciebie jaki chłop, no, jaki?

– A ty popatrz na siebie. Zestarzałaś się.

– Oj, ojciec, ojciec.

Pewnego dnia zabrakło odpowiedzi. Jadwinia nie przestąpiła progu, pobiegła do sąsiadki.

– Ojciec się nie odezwał!

– To czemu pani nie zobaczyła. Może chory?

– Nie wejdę sama.

– Dlaczego?

– A jak umarł? Chyba bym sama umarła, jakbym zobaczyła trupa! O Jezu!

– Ale to przecież ojciec… – Sąsiadka westchnęła.

– Strasznie się boję umarłych – jęknęła Jadwinia.

Już od progu usłyszały charczący dźwięk. Staruszek był rozpalony i półprzytomny. Lekarz pogotowia zadecydował o hospitalizacji. Podejrzewał zapalenie płuc.

– W jego wieku to może być… Pani wie… – zatroskała się sąsiadka.

Jadwinia uciekła spojrzeniem. Otarła oczy.

W szpitalu wszystko było prostsze. Czyste, jasne salki, miłe pielęgniarki sprawiały, że Jadwinia szła w odwiedziny do ojca rozluźniona, bez lęku. Nie przerażał jej nawet widok twarzy śpiącego starca z woskowożółtą cerą i czeluścią zapadniętych półotwartych ust.

Po kilku dniach stan chorego się poprawił.

Jego współtowarzysz przywołał Jadwinię i konspiracyjnie przekazał bulwersującą wiadomość, że starszy pan „przegonił” – tak się wyraził – przegonił księdza, który chciał go wyspowiadać, mówiąc, że on nie potrzebuje pośredników i w razie czego sam sobie tam gdzieś poradzi. Ksiądz był zdziwiony.

Do domu wrócił odmieniony. Powiedział do córki:

– Chcę mieć pielęgniarkę. Załatw to, chyba mi się należy.

Przydzielona opiekunka społeczna, na oko 60-letnia przystojna blondyna, miała dużą praktykę w opiece nad starszymi ludźmi i wywiązywała się ze swoich obowiązków nadzwyczaj dobrze. Wychodzili razem na przechadzki. Staruszek był pełen werwy i chęci do życia. Spacerowali codziennie około godziny, co dziadek uważał za podstawę dobrego samopoczucia.

– Spaceruj, spaceruj, Jadwiniu, to pożyjesz tyle co ja – mówił z przekonaniem.

Jadwinia odetchnęła. Poczuła, że życie i dla niej nabrało nowych barw. Już nie do sklepu rano, a do fryzjera. Z nowym uczesaniem, przeglądając się w mijanych oknach wystawowych, a nawet szybach zaparkowanych aut, z zadowoleniem przyznała, że nie jest jeszcze tak najgorzej. Wstąpiła do kawiarni, posiedziała przy kawie i ciastku rozluźniona.

„Pani Lucyna wyjątkowo się udała – pomyślała Jadwinia. – To przecież także bywa jak los na loterii. Tyle się słyszy strasznych rzeczy o bezwzględnych opiekunkach, wręcz znęcających się nad bezbronnymi staruszkami. Z drugiej strony, czy można tak potępiać drugiego człowieka? Kto nie opiekował się starym, zgorzkniałym i niedołężnym starcem, ten nie wie, ile trzeba mieć siły i cierpliwości…”.

Dni upływały spokojnie. Ojciec był zadowolony. Jadwinia pomyślała nawet, że mogłaby wreszcie zadbać o siebie. Pojechać do sanatorium lub na wczasy. Ten pomysł przedstawiła ojcu i opiekunce. Nie widzieli przeszkód, wręcz zachęcali, by wreszcie, mając taką okazję, odpoczęła i pomyślała tylko o sobie, o swoim zdrowiu i psychicznej kondycji.

Na sanatoryjnym turnusie rehabilitacyjnym Jadwinia czuła się odnowiona, pełna werwy i witalnych sił. Seria zabiegów, jakim ją poddano, a także uczestnictwo w licznych wycieczkach i, przede wszystkim, codziennych wieczorkach tanecznych sprawiły, że Jadwinia zasmakowała nowego życia. A nawet obudziły się w niej dawno zapomniane uczucia. Okazało się otóż, że „wpadła w oko” zupełnie przystojnemu i zadbanemu mężczyźnie chyba w jej wieku, może nawet, strach pomyśleć, młodszemu.

Władysław zadeklarował chęć, by odwiedzić ją w rodzinnym mieście w celu kontynuowania znajomości. Świat nieco zawirował, lecz kobieta co rychlej sprowadziła samą siebie do pionu. „Nie trzeba się spieszyć. Ale, z drugiej strony, gdy się ma ponad 70 lat, czy można czekać jak młode?”.

W domu oczekiwały obowiązki. Staruszek ojciec. Mimo że miał opiekunkę – ta przychodziła przecież tylko na określony, nie bardzo zresztą długi czas – ciężar odpowiedzialności za jego życie spoczywał na niej, Jadwini.

Po powrocie z sanatorium świat zawalił się i Jadwinia przywalona gruzami bezpiecznego dotąd bytowania, poczuła, że stoi przed ścianą i nie wie, dokąd iść.

Spanikowana pobiegła do jedynych krewnych – moich rodziców – i przekazała straszną, wręcz hiobową wieść. A co za tym idzie, poprosiła o radę i pomoc.

– Mój ojciec chce się żenić.

– Oszalał?! Z kim? – wykrzyknęli razem zaskoczeni moi rodzice.

– Tak, oszalał. Więc kiedy wróciłam z sanatorium, okazało się, że opiekunka sprowadziła się do niego. To jeszcze nic. Ale on mi zakomunikował, w jej obecności, że się kochają i chcą zawrzeć małżeństwo.

– Zwariował… W jego wieku! Zamiast myśleć o życiu wiecznym…

Jadwinia w rezygnacji opuściła ręce. Cała radość z nowego życia, jakiego miłe zwiastuny miała okazję poznać, ustąpiła uczuciu ołowianego ciężaru. Kto jej pomoże?

– Pomóżcie mi – wyjąkała.

– My? A jak, Jadwiniu? Ty musisz z ojcem porozmawiać, przekonać. Zaraz, zaraz, jeśli oni się pobiorą, to ona będzie dziedziczyć po nim. Mieszkanie, Jadwiniu! Nie możesz do tego dopuścić!

– To co mam robić?

– Może skontaktuj się z jakimś prawnikiem, niech doradzi, co w tej sytuacji…

Jadwinia wyszła od kuzynów z całkowitym zamętem w głowie. Własna bezradność przerażała ją. A teraz musi stanąć do walki z młodszą, silną i zdeterminowaną lwicą. „Oj, ojciec, ojciec, coś ty narobił”.

Ojciec. Nie mogła mu nic zarzucić. Za młodu wspaniały, energiczny w ciągłym wymyślaniu przeróżnych zabaw z jedynaczką, dawał oparcie, siłę.

I teraz znów emanowała z niego radość i młodzieńcza pasja.

Przystanęła przed ławeczką na skwerku, usiadła. W południowym słońcu przymknęła oczy. Co robić?

Ojciec nie zdaje sobie sprawy, co mu gotuje los. Ujrzała, jak opiekunka z miłym uśmiechem podaje mu co rano stosowne lekarstwa. Czegoś dosypuje do filiżanki. No tak, a czego się można było spodziewać? Że zechce być żoną choćby przez jakiś czas? Męczyć się z tym uciążliwym starym, spróchniałym gratem, który – nie jak mebel przecież – coś mówi, czegoś chce, naprzykrza się.

Ocknęła się z silnym postanowieniem, że powie ojcu, ostrzeże go jeszcze w porę.

Ojciec był głuchy na jakiekolwiek argumenty. Podjął decyzję i koniec. A jak się Jadwini nie podoba, ma przecież swoje lokum i niech tam siedzi. A jemu niech da spokój. Jest dorosły i odpowiada za to, co robi.

No właśnie. To było najbardziej nieprawdopodobne, choć istniało i zatruwało każdą chwilę Jadwini. Gdyby wcześniej wystąpiła o ubezwłasnowolnienie ojca, choćby ze względu na wiek? Bo zdrowie miał dobre, na nic się nie skarżył ani nie leczył. Ot, jakieś pigułki na lekkie nadciśnienie i cholesterol. Nic takiego, wszyscy biorą. Nawet nie wiedziała, czy taką sprawę można było załatwić, nigdy się tym nie interesowała. A tu masz. Jakże teraz by się przydało.

Postanowiła, że porozmawia z Lucyną.

Opiekunka, już nie taka miła, jak wcześniej, potwierdziła uczucia, jakimi darzy „przystojnego starszego pana”, który jej się oświadczył, a ona się zgodziła.

Nic dodać, nic ująć. Zdruzgotana, upokorzona Jadwinia wiedziała już, że pozostała tylko droga prawna. Poczuła bezradność i strach. Bała się prawników i sądów. Nigdy nie korzystała z ich pomocy. A teraz… Od czego zacząć? Czy w ogóle uda się znaleźć kogoś, kto zrozumie jej sytuację? A jeśli prawnik powie, że ojciec przecież sam stanowi o sobie, nie jest psychicznie chory… Co wtedy?

Chyba żeby zostawić to wszystko swojemu biegowi…

Swojemu? Musi ocalić mieszkanie, jej zabezpieczenie na starość. Nędzna emerytura, gdyby nie korzystanie z ojcowych pieniędzy, byłaby rzeczywiście głodowa. A tu pcha się babsko obce i wyciąga łapy po jej majątek!

Wróciła do mieszkania ojca.

Już od progu usłyszała śmiechy. I dźwięki gitary! Jej prawie stuletni ojciec grał i śpiewał! Bawili się w najlepsze! W kieliszkach nalewka, na stole przekąski, Lucyna w rumieńcach, bluzka niedopięta. Jadwinia osłupiała, ale tylko na moment.

– Wynoś się precz, wywłoko! – natarła z krzykiem.

Tamtą zatkało z wrażenia. Okrągłymi oczami patrzyła to na Jadwinię, to na przyszłego męża. Wstała zza stołu, obciągnęła przykrótką spódniczkę.

– A ty czego tu szukasz, suko? – wysyczała. – Chcesz ojca pozbawić wszystkiego, co kocha?!

– Kocha?! To ty kochasz jego pieniądze! I mieszkanie, diablico! On cię nic nie obchodzi! Wynoś się i nie wracaj!

– To ty się wynoś! – wrzasnęła i ruszyła w stronę Jadwini. Ta nie cofnęła się. Złapała Lucynę za wyfiokowane kudły i z zaskoczenia, choć była szczuplejsza, walnęła jej głową w blat stołu. Lucynę zamroczyło, z nosa poleciała krew. Jadwini to nie przeraziło, wręcz odwrotnie. Dopadła babę, trzasnęła na odlew z lewej i poprawiła z drugiej strony. Opiekunka zwaliła się na podłogę. Jadwinia już chciała przypieczętować zwycięstwo kopniakiem w tułów rywalki, co widziała nieraz na filmach w telewizji, gdy wtem ojciec bez jednego dźwięku osunął się na dywan. I leżeli tak obok siebie przyszli państwo młodzi, a nad nimi stała rozczochrana, czerwona na twarzy, dysząca Jadwinia.

Dopadła do ojca. Rzęził, wywrócone oczy były przerażające. Jadwinia, nie patrząc, co dzieje się z omdlałą, wybiegła i od sąsiadki wezwała pogotowie.

Lekarz stwierdził zgon staruszka.

Obie kobiety zeznały zgodnie, że aktywnie starały się ratować starszego pana, który choć niewysoki, jednak bezwładny okazał się zbyt ciężki i nie dały rady zapobiec jego (i swojemu też) upadkowi na podłogę.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko