Adam Lizakowski – Czy poeta Czesław Miłosz był kosmitą? Część 3

0
99

Śladami Miłosza

Podobnie było podczas wykładów uniwersyteckich poety, tłumów ludzi  (Amerykanów) nie było, również  rodaków w salach wykładowych  na  University of California Berkeley nie widziałem. Ale jak to w życiu bywa zdarzają się wyjątki, jednym z nich był wykład prowadzony przez Lillian Vallee młodą tłumaczkę poety, (jeszcze sprzed czasów noblowskich) urodzoną w Niemczech Zachodnich. Lillian to  córka polskich weteranów II wojny światowej, którzy kilka lat po jej zakończeniu osiedli  na północy USA w robotniczym mieście Detroit.  Współpraca Miłosza z Lillian pokazała, że poeta skierował kroki młodej studentki na ścieżkę tłumacza, po prostu  korzystał z każdej okazji, aby promować polską kulturę, dbał o nią jak mało kto i trudno się dziwić, że z czasem poczuł się jak prawdziwy jej gospodarz. Lillian miała wykład o Gombrowiczu i jego „Dziennikach”, które jak się później dowiedziałem za namową pana Miłosza tłumaczyła na język angielski.  Do poety zwracała się per Czeslaw, oczywiście po angielsku, tak bezpośrednio, jakby była jego rówieśnicą, co mi się wtedy bardzo nie podobało. Za każdym razem, gdy mówiła Czeslaw to zrobił, Czeslaw  zrobił tamto, krew burzyła mi się w żyłach, będąc już pięć lat w Ameryce jeszcze nie mogłem się przyzwyczaić, że bardzo młoda osoba mówi do tak szacownego człowieka per ty. Ale taka jest właśnie Ameryka, i nigdy nie mogłem zrozumieć, dlaczego moi profesorowie kazali mi mówić do siebie po imieniu, bo według nich zwracanie się po nazwisku dość dziwnie brzmi w ich uszach. Byłem prawdopodobnie jedynym Polakiem, obcym,  tzn. niezwiązanym z poetą w żaden sposób, który chodził  za nim po księgarniach, teatrach, instytucjach kulturalnych, na wykłady akademickie oraz w miejsca, w których poeta miał odczyty. Nawet jeździłem za nim po miastach wokół San Francisco, np. Palo Alto, gdzie w 1987r., na Uniwersytecie Stanforda, odbierał Nagrodę Praw Człowieka Fundacji Aurora w imieniu państwa Zbigniewa i Zofii Romaszewskich, którzy nie mogli odebrać jej osobiście.

Chemia uczuć

Nie było tak zwanej “chemii” jak mówią Amerykanie pomiędzy poetą a rodakami, chemii, która by pozwoliła wybudować most, po którym lub na którym doszłoby do porozumienia pomiędzy nim a Polonią amerykańską. Zabrakło jakiejś osoby, która by potrafiła przekonać obie strony do wzajemnej “miłości”, na której skorzystałyby na pewno obie strony. Stara Polonia, ta wojenna z powodów politycznych nie akceptowała Miłosza i jego postawy w czasie II wojny i po jej zakończeniu. Jak wiemy z wielu źródeł zaraz po wojnie poeta prowadził otwarcie antyemigracyjną politykę, na przykład – z Anglii nadesłał dla tygodnika „Przekrój” złośliwy portret dowódcy powstania warszawskiego, generała Bora-Komorowskiego. Jak wiemy poeta nie darzył wielką sympatią przedwojennej Polski, którą przypominała mu powojenna emigracja przede wszystkim w Londynie. Dlatego nie ma, co się dziwić, że emigracja żołnierska nie tolerowała go i też jest trudno i jednoznacznie ocenić poetę czy faktycznie aż tak bardzo „lubił komunistów” czy aż tak bardzo „nienawidził” przedwojenną Polską i jej mentalność elit rządzących w Anglii.

Młoda Polonia, „ Solidarnościowa” albo „złodziei czereśni” zbyt mało wiedziała o poecie, a przede wszystkim nie interesowała się poezją, czy ogólnie mówiąc literaturą/kulturą na tyle, aby aktywnie w niej uczestniczyć także finansowo. Nie było porozumienia powstał mur nieufności do siebie nawzajem, a ten był wyjątkowo wysoki. Wzniosła go nie tylko nieufność, ale przede wszystkim polityka i patrzenie na sprawy kultury, a raczej nie interesowanie się nią, w zrozumienie Miłosza.  Miłosz miał plan na kulturę, najpierw sam „siebie wymyślił”, eksperymentował na amerykańskim polu kultury z polskością.  Polonia, nigdy takiego planu nie miała i nawet dzisiaj w XXI wieku takiego planu nie ma, chociaż na tysiące organizacji polonijnych, zawsze jest ktoś „od kultury”, ale działalność taka to przede wszystkim organizowanie różnego rodzaju spotkań związanych z obchodzeniem rocznic historycznych, czy wydarzeń religijnych. Miłosz poruszał się w kosmicznym temacie, jakim była i jest polskość w Ameryce, opisywał Amerykanom polskość w ten sam sposób, w jaki astronomowie opisują dalekie planety czy galaktyki. Polonia i jej przywódcy jak już zostało napisane poza świętami narodowymi i rocznicami tak daleko nie sięgali, trzymali się własnego podwórka przyziemnego, a on sięgał gwiazd. On się zastanawiał nad samotnym człowiekiem w tłumie, opisywał refleksje nad istnieniem człowieka, opisywał Amerykę cały czas myśląc o Polsce. Polonia swoją wrażliwość i silę widziała w organizacjach Polonijnych, piknikach, kościoła i szkółkach niedzielnych. Miłosza myślenie było przede wszystkim o sobie, on był słońcem wokół niego wszystko się kręciło, bo on najwięcej wytwarzał energii i najwięcej wydzielał światła. Inaczej można powiedzieć, że  n myślał, jakim sposobem przewieźć przez rzekę niepamięci jeszcze kilku pisarzy/poetów, oczywiście on był i sternikiem i żaglem i sterem, nawet wiatrem, który w żagle dmuchał. Polonia czegoś takiego, jako zbiorowość nie potrzebowała,  nawet w ten sposób nie myślała, ją interesowały aktualne sprawy polityczne w Polsce, nimi bardziej żyła niż tym, co się działo w polityce w Ameryce. Przeciętny Polak w Chicago dużo wie więcej o Polsce niż jego rodak w swojej ojczyźnie. Zainteresowanie Polaków ojczyzną tak bardzo głęboko i mocno z czasem przełożyło się na to, że z roku na rok tracili kongresmenów, senatorów, burmistrzów, radnych nawet w takich stanach jak Michigan, Wisconsin, Illinois, New York, New Jersey, w których rodaków jest setki tysięcy.

Korzyści z polskości?

„Nikt do mnie nie pisze, zupełnie jakbym przestał istnieć, i być może gruntuje się we mnie sceptycyzm co do celowości pisania i drukowania po polsku – zwierzał się Miłosz Jerzemu Giedroyciowi w roku 1961”. (Andrzej Franaszek, Miłosz, Biografia, s.611).

Pisanie po polsku w Ameryce, to wyjątkowa strata czasu, bo korzyści z polskości jest bardzo niewiele w Ameryce, można nawet powiedzieć, że do polskości w Ameryce tylko się „dokłada lub dopłaca”, bo polskość tego wymaga, jest słaba, chora, i należy się nią opiekować.  Polacy czy Amerykanie polskiego pochodzenia nie mają pomysłu na to jak wyeksponować polskość nie mówiąc już o tym jak na niej zarobić, tak jak to robią Włosi, Irlandczycy, Żydzi czy nawet Rosjanie. (Nie oznacza, że Polacy nie są dobrymi patriotami i chrześcijanami, nas interesują Polacy od strony kultury). Miłosz piszący tylko i wyłącznie po polsku miałby teoretycznie czytelników i to bardzo by mu pomogło psychicznie, tak jak każdy twórca potrzebował odbiorcę, i nie był pod tym względem  niczym wyjątkowym. Z drugiej strony Polonia/Polacy wiedzieliby, że są znani nie tylko z ciężkiej ponad ludzkie siły, pracy za najniższe stawki, ale mają swojego człowieka w strefie kultury amerykańskiej. (Tysiące dowcipów tzw. Polish jokes, o głupich Polakach, opowiadanych przez Amerykanów przy każdej okazji). Do spotkań poetycko-literackich rodaków z poetą właściwie nigdy nie dochodziło. Los po 1945 roku podzielił ich, poezja mądrości, doświadczenia, rozliczenia z przeszłością Miłosza, nie były tematem do dialogu z czytelnikami, którego może i Miłosz szukał, ale Polonia nie była gotowa  do żadnego dialogu. Jednak będąc świadomym, że takie spotkania poety z Polonia są potrzebne do jednego takiego  spotkania doprowadziłem  w roku 1989.  Była jesień i akurat autor „Ogród Nauk” został przeze mnie „przyłapany w Berkeley”. Jeden krótki telefon i poeta wyraża zgodę, drugi szybki telefon do naszego księdza proboszcza Andrzeja Maślejaka, ten też wyraża zgodę, „cały szczęśliwy”, że spotkanie może odbyć się w kościele, czyli na gruncie neutralnym. Poprosiłem koleżankę Wiesławę, aby pojechała samochodem do Berkeley po poetę, spod jego domu do kościoła a po spotkaniu odwiozła do domu. Czy było wiele osób, tak było, zainteresowanie duże, choć to był zwykły szary dzień roboczy i na dodatek jesienny i deszczowy. Najważniejsze, że pan Czesław nie odmówił ani mnie, ani rodakom. Zrobił to bezinteresownie, podarował nam swój czas i jego decyzja bardzo podobała się młodym Polakom, pokazał, że może nie jest jednym z nas ciężko pracujących fizycznie na budowach, warsztatach, magazynach wielkich sklepów, ale jest jednym z nas ciężko pracującym za biurkiem ku chwale polskiej kultury. A mam poza ciężką pracą on był potrzebny, jego wiersze, aby wśród Amerykanów, Meksykanów, Wietnamczyków i wielu innych, móc powiedzieć, my tu ciężko tyramy, pot cieknie nam po plecach, ale tam w Berkeley na wzgórzu jest taki gość, jeden z nas, co ma łeb jak sklep i jeszcze mu rośnie. Ten kosmita rozmawia z diabłem w nie wiadomo, jakim języku, ciągnie go za ogon, ten mu wszystko mówi jak na spowiedzi, a poeta spisuje to po polsku. Jak tylko może obsmarowuje na czarno diabła przed Panem Bogiem, robiąc piekło jeszcze czarniejsze niż jest, pod warunkiem, że Pan Bóg umie czytać po polsku.

Jak zostałem „Noblistą?

Jesień roku 1988 była dla mnie bardzo pracowita, wcześniej złożyłem podanie o amerykańskie obywatelstwo do Urzędu Imigracyjnego, dlatego musiałem przygotowywać się do egzaminu ustnego i pisemnego. Dużo czasu spędzałem na czytaniu różnego rodzaju skryptów, książek, broszur dotyczących konstytucji i historii stanu Kalifornia i Ameryki. Tej historii najnowszej i tej dotyczącej czasów wojny z Anglikami,  musiałem, sporo dat, nazwisk, wydarzeń  opanować pamięciowo. Egzaminy zdałem bezbłędnie i powstała możliwość, że zanim zostanę oficjalnie zaproszony na przysięgę, otrzymam certyfikat stwierdzający, że jestem obywatelem amerykańskim oraz paszport mogę zmienić swoje polskie nazwisko na jakieś amerykańskie. Na przysięgę czekało się wtedy ze trzy miesiące, więc czasu było niewiele, ale ja nie mogłem się zdecydować, czy zostać przy swoimi nazwisku czy wymyślać sobie coś amerykańskiego.

Sugerowali mi to urzędnicy imigracyjni, a nawet zachęcali, bo będzie im łatwiej wymawiać moje nowe nazwisko, poza tym będzie o wiele mniej kłopotów w życiu codziennym.  Sam wiele razy miałem ochotę zmieć Lizakowski  na amerykańskie np. Lickman lub Litopon. Rozpoczynałem nowe życie w nowym kraju, dobrze byłoby rozpocząć je z nowym nazwiskiem. Tak robiło przede mną miliony Polaków, miliony emigrantów ze wszystkich kątów świata.  Długo o tym myślałem i jakoś żadne mi się nie podobało ani też żadne oryginalne nie przychodziło mi do głowy. Z Richardem  razem bardzo dużo tłumaczyliśmy mojej poezji na angielski, bo Richard  sam, beze mnie nie tłumaczył. Sporo też wysyłałem wierszy do amerykańskich pism literackich i miałem wrażenie, że miałbym więcej publikacji gdybym miał amerykańskie nazwisko, a nie polskie. Po co komu taki poeta, którego nazwiska nawet nie można wymówić. Przy okazji zacząłem  z ciekawości w miejskiej bibliotece doszukiwać się czy są jacyś Lizakowscy w Ameryce i okazało się że są i to sporo ich. Najwięcej przybyło w drugiej połowie XIX wieku i to z Kaszub, a osiedlali się  głównie w stanach Wisconsin, Minnesota, Dakota, to jest bardzo zimnych północnych stanach.

W październiku tego roku też odbyła się w śródmieściu w Berkeley w  siedzibie YMCA promocja najnowszego numeru poetyckiego pisma The Galley Sail Review, w którym była zamieszczona moja twórczość poetycka. Prasa lokalna dużo o tym pisała a w komunikacie prasowym obok miejscowych poetów  było zamieszczone także moje nazwisko. Zadzwoniłem do pana Czesława  aby się pochwalić, że będę czytał swoje wiersze podczas promocji pisma z wieloma gwiazdami lokalnej sceny poetyckiej z San Francisco, Oakland, czy Berkeley m.in z:.Jaimes Alsop, Jack Mueller. Mary Rudge, H. D. Moe, Robert Sward, Morton Felix, czy beatnik Jack Mueller. Pan Czesław już wiedział o tym spotkaniu, pogratulował mi, ale ja nie miałem odwagi zaprosić go. Jakie było moje zdziwienie gdy podczas mojego właśnie czytania wierszy w drzwiach YMCA  pokazał się kosmita pan Czesław z Carol. Kosmita ubrany jak zawsze w marynarce, wełniany krawat, wygolony, wyczyszczone buty, jasna wyprasowana koszula i spodnie.

Popatrzył na mnie spod krzaczastych brwi, jakoś chłodne, ale się nie przestraszyłem jego wzroku.

Powstało poruszenie,  gdybym nie czytał to bym wstał, podszedł do niego i zaprosił, aby usiadł w pierwszym szeregu, a tak pan Czesław usiadł sobie skromnie na końcu sali. Oczywiście poeci amerykańscy beatnicy, albo w kręgów beatników tak samo byli zdziwieni jego obecnością jak ja sam. Oni byli ubrani dziwnie w jakieś stare jeansy, przetarte  na tyłkach i kolanach, w rozciągniętych swetrach lub w koszulach flanelowych wypuszczonych na spodnie. Z pierścieniami po kilka na każdej ręce, z indiańskimi wisiorkami na szyjach. Polski poeta wszystkim im był znany z nazwiska, ale tylko niektórzy go widzieli na własne oczy, potrafili rozpoznać w tłumie. Miłosz był akademickim poetą, a oni byli poetami ulicznymi tzw. street poets.  Nic ich nie łączyło ze światem Miłosza i odwrotnie. Oni czytali wiersze w pubach i kawiarniach, na skrzyżowaniu ulic i w parkach, a on na campusie uniwersyteckim lub uznanych „biznesowych księgarniach”, które raczej nie miały na swoich półkach tomików wierszy poetów ulicznych. On sprzedawał w księgarniach swoje tomy wierszy po 20, 30 dolarów, a oni po 3 lub 5 dolarów w  barach. Często oddawali swoje tomiki za filiżankę kawy, piwo lub lampkę wina.

Obecność poety z Berkeley w życiu literacko – poetyckim nie jest właściwie odnotowana u poetów mieszkających nad Zatoką San Francisco, łącznie z będącymi u szczytu sławy poetów z beat generation. Co wcale nie oznacza, że o Miłoszu nie słyszeli, albo go nie znali, jak już wyżej napisałem słyszeli i to bardzo dużo, ale jego poezja i to, co robił, była im zupełnie obca. Natomiast ku mojemu całkowitemu zdziwieniu na licznych spotkaniach poetyckich, w których uczestniczyłem, gdy powiedziałem, że jestem z Polski, poproszono mnie kilka razy o recytację po polsku wiersza Tadeusza Różewicza pt.”W środku życia”. Znali tłumaczenie Miłosza tego wiersza na angielski, ale chcieli usłyszeć go polsku było to dla nich ważne. Hippisi-poeci w San Francisco nie znali twórczości Herberta czy Miłosza, ale uczyli się na pamięć wierszy Różewicza.  Uwielbiali tę zwrotkę:

siedziałem na progu domu 
ta staruszka która 
ciągnie na powrozie kozę 
jest potrzebniejsza 
i cenniejsza 
niż siedem cudów świata 
kto myśli i czuje 
że ona jest niepotrzebna 
ten jest ludobójcą 

Wiersza tego nie znałem, ale w San Francisco Public Library było kilka półek z książkami polskimi. Było sporo Mrożka, polskiej klasyki i tomiki wierszy Różewicza. Piszę to dla tych osób, które z błyskiem w oku pytają się mnie o popularność Miłosza w Ameryce przed i po Noblu.  Także dla tych, co w życiu nie kupili tomiku wierszy, nie byli na spotkaniu poetyckim, ale zadając takie i podobne pytania myślą, że popularność poety w Ameryce, w świecie jest równa popularności gwiazd filmowych. Dostał Nobla, to musiał być znany, – tak wciąż myśli wielu – sławny przede wszystkim zbił majątek na poezji, itp. Aby podeprzeć się mocnym argumentem zacytuję samego poetę, który tak pisze o sobie: „Otak, nie cały zginę, zostanie po mnie wzmianka w czterdziestym tomie encyklopedii w pobliżu setki Millerów i Mickey Mouse. Jak widać poeta dobrze wiedział o znaczeniu poezji, zdawał sobie sprawę ze swojej sytuacji i poezji w świecie współczesnym, do której podszedł z humorem. Pisał o tym wielokrotnie w wielu swoich wspaniałych pracach na temat roli poety i poezji we współczesnym świecie.

Kobiety w życiu poety

Po śmierci żony  pani Janiny poeta w drugiej połowie lat osiemdziesiątych związał się na stałe z Carol Thigpen, która w 1992 roku została jego żoną. Carol była Amerykanką z krwi i kości,  potrafiła każdego dolara oglądać nie raz, nie dwa, ale trzy razy. (Nie ma nic  w tym złego, że lubiła szanować pieniądze).W trosce o zdrowie męża nie pozwala mu się objadać stekami, ani spożywać alkoholu, była wyznawczynią wszelkiego rodzaju diet i szczupłych sylwetek. Wiedząc to, gdy „wpadałem do mistrza” to na samym dnie w torbie z książkami miałem kawałek swojskiej kiełbasy na zagrychę, bo Carol, nie pozwala jeść „Czesiowi” polskiej kiełbasy, bo to nie zdrowo. Z mojego polskiego punktu widzenia, była skąpa a może nawet i chytra, ale z amerykańskiego punktu widzenia, była zwykłą Amerykanką, purytanką, dla której każdy cent się liczył, a zdrowie, to największy skarb, bez żadnych tam metafor. Mój polski  rozum  nie potrafił tego zrozumieć, bo zawsze wydawało mi się, że jeśli jest mnie na coś stać lub mogę sobie pozwolić, to dlaczego dla samego siebie mam być skąpym i czegoś tam sobie żałować. Jak większość Polaków przejadałem i przepijałem sporą część swoich dochodów w przeciwieństwie do Amerykanów, oszczędzanie i odmawianie sobie, to raczej „sztuka” której nie znam. Wydawanie lekką ręką pieniędzy na drogą tłustą polską kiełbasę od rzeźnika Józefa. Sikory z San Bruno, a nie na sucharka, popijanego mlekiem, czy herbatą bez cytryny i cukru to nie tylko głupota, ale obraza amerykańskiego Pana Boga, który pozwolił zarobić tego centa. Pan Czesław bardzo często ustępował amerykańskiej Carol, zgadzał się z nią, przecież obżarstwo czy łakomstwo to wielki grzech, pisał o tym i tak naprawdę po raz pierwszy na późnią starość uczył się Ameryki właśnie od Carol.  Żył, mieszkał w Ameryce przez trzy dekady, ale tak naprawdę to znał ją tylko teoretycznie, polegało to na tym, że nie miał tak naprawdę swojego środowiska amerykańskiego (poza studentami i pracą), i tak samo jak jedno drzewo nie stanowi lasu, tak on samotny w tej wielkiej próżni, pustce nie znał tego kraju. To tak naprawdę Carol była pierwszą osobą, która „uczyła Ameryki i oswajała poetę z Ameryką” od tej najważniejszej strony, jaka jest, tzw. życie codzienne.  Po raz kolejny zmieniła się Miłosza perspektywa widzenia i rozumienia Ameryki, to Carol „wyciągnęła poetę jak ślimaka za rogi z muszli z jego słowiańszczyzny i polszczyzny, albo mówiąc jeszcze  inaczej przesadziła go do innej gleby.”  Teraz  myślenie po angielsku i język angielski jest językiem „oficjalnym” przez 24 godzinę na dobę, a wcześniej było odwrotnie. Patrzymy w przyszłość a nie przeszłość co było „normalne” dla poety przez całe dekady. Nie cierpimy, ani nie jesteśmy emigrantem tylko prawowitym obywatelem Ameryki, „poetą amerykańskim”, zaakceptowanym przez środowisko poetów amerykańskich, a nie tak jak to było wcześniej „na niby”. Życie z Carol zakończyło definitywnie „wędrówkę emigranta Odyseusza”, Miłosz był już w swojej amerykańskiej Itace. Przyjaźnie i kontakty z wieloma amerykańskimi intelektualistami za życia poety w Ameryce nabrały jeszcze „większych rumieńców”, bo niezastąpiona Carol uczyniła, że poety „język angielski, podobnie jak wcześniej francuski do czytania lektur i książek” stał się językiem codzienności. Paradoks polega na tym, że poeta więcej wiedział „książkowo”  o Ameryce niż Amerykanie, ale ta wiedza nie czyniła go Amerykaninem, a wyczytane wiadomości z książek, gazet czy przewodników po rezerwatach, to było dobre do pisania i kreowania w szklanej kuli, w której żył. Z punktu widzenia żony, Carol poeta po trzydziestu latach w Kalifornii wciąż był emigrantem z Polski. Dopiero kontakt z nią dwadzieścia cztery godziny na dobę, pozwolił mu poznać  Amerykę od strony praktycznej, doświadczył ją mentalnie, psychicznie i fizycznie na własnej skórze dosłownie i w przenośni. Takiej Ameryki nie znał od strony kuchni i lodówki, stołu i kredensu, także pustką, w której żył ona dzięki amerykańskiej żonie ożyła, bo rozpoczął się nowy rozdział w jego życiu, tak zwany ciąg dalszy przygód w Ameryce, który został przerwany poprzez przenosiny małżeństwa państwa Miłoszów do Krakowa. Oczywiście nie można poety porównywać z Polakami z Nowego Yorku czy Chicago, gdzie większość z nich nie mówi ani nie pisze po angielsku i żyje tak intensywnie Polską, że niewielu Polaków w Polsce tak żyje i przeżywa wszystko to, co się dzieje w ojczyźnie jest w stanie z nimi się równać.

Poeta potrzebował twardej amerykańskiej kobiecej ręki, najpierw pani Janina go „krótko” trzymała, później była Carol. Obie bardzo mu się przysłużyły i były bardzo pomocne, Carol była nie tylko impresario, kierowcą, sekretarką, organizatorką jego życia osobistego i literackiego w Ameryce a później w Polsce, można powiedzieć, że będąc trzydzieści trzy lata młodszą od poety, poświęciła mu swoje życie. Poeta przeżył ją o dwa lata.

Jak zostałem „Noblistą, ciąg dalszy.

Ale wracajmy do  spotkania poetyckiego,  moja koleżanka Mary Rudge, która była moim przewodnikiem  po scenie poetyckiej w Bay Area wtedy zaniemówiła. Po spotkaniu wszyscy poszliśmy na piwo jak to było w zwyczaju. W pubie po dwóch piwach Mary odzyskała  głos, przy wszystkich obecnych oznajmiła że poeta Noblista przyszedł specjalnie na to spotkanie dla mnie,  bo moja twórczość bardzo  mu się podoba. Pochwaliła mój amerykański akcent, mówiąc, że prawie wszystko zrozumiała co przeczytałem,  a po chwili dodała,  kto wie czy nie słuchaliśmy wierszy następnego polskiego noblisty, wznosząc wysoko w górę rękę z butelką piwa, patrząc w moją stronę. I tak od tego czasu zostałem noblistą, nikt nie mówił mi po imieniu, tylko noblista. Pół biedy było gdy przedstawiała mnie Amerykanom, ale gdy w towarzystwie byli Polacy na przykład w Cafe la Boheme, to był dla mnie koniec świata. Nawet przy szukaniu nowego nazwiska amerykańskiego przez moment pomyślałem czy nie nazwać się Adam Nobel.  Skończyło się jednak na tym, że zostałem przy nazwisku swojego ojca i przodków, którzy na Kaszuby przybyli w połowie XVIII  wieku z Holandii, (teraz wiem, że jest to udokumentowane w księgach parafialnych na Kaszubach) i głupio bym się czuł gdybym po dwustu latach, wielu generacjach Lizakowskich zaparł się siebie.

Jak poznałem ogrodnika poety?

Osobiście nie znałem Marka, ale schodząc w dół schodami do domku pana Czesława, trzeba było najpierw przejść koło domku ogrodnika,  bo nie sposób było go nie zauważyć, jak zawsze się krzątał wokół „swojej posesji” lub siedział wraz z rodziną czy znajomymi na ławkach przed domkiem. Moje wizyty u pana Czesława zawsze były planowane na pół godziny, nie dłużej.  Ale gdy rozmowy o poezji i życiu przeciągały się, robiło się zbyt późno abym schodził z góry na której mieszkał poeta do miasta do autobus czy szedł do kolejki podmiejskiej.  Wtedy pan Czesław litował się nade mną i dzwonił po Marka a ten czekał na mnie na górze przy garażu i był gotowy zawieź  mnie na stację podziemną BART. (Bay Area Rapit Transportation). Dom poety był zwany przez nas młodych „Domem na Kurzej Stopce” (taki był mały, jedno piętrowy, drewniany, bardzo skromny) ale o wygodnych pomieszczeniach. Natomiast domek  ogrodnika, też drewniany był wybudowany specjalnie dla gości i nieoficjalnie był nazwany przez młodych  „Grass House”  i był zawsze pełnem gości. Nie jestem pewien czy pan Czesław wiedział o tym, jak młodzi nazwali jego domy, ale myślę, że uśmiałby się szczerze z tym określeń.

Podczas mojej pierwszej rozmowy z Markiem  podczas jazdy samochodem sporo się dowiedziałem  o nim samym. Rozpoczęliśmy rozmowę, jak to emigranci od tego, kto skąd jest z Polski, jak się znalazł w Ameryce, jak mu się tutaj żyje? Marek był bardzo ciekawy skąd ja  jestem, jak poznałem pana Czesława, co u niego robię godzinami, także wyczuł ode mnie alkohol, więc nie musiał się domyślać, że piliśmy. W telegraficznym skrócie, po dziennikarsku, jak mnie uczyli Amerykanie w szkole, trzysta słów w trzy minuty, stosując odpowiednie pauzy, i ani jednego więcej słowa.  Po angielsku nazywa to się „presentation”, czyli w tym przypadku przedstawienie siebie samego a po polsku chwaleniem się. Opowiedziałem memu kierowcy o sobie, (po raz milion dwieście tysięczny raz), wiele rzeczy niepotrzebnych i potrzebnych, zdając sobie z  tego sprawę, że  opowiadanie o sobie na emigracji to taki rytuał. Oczywiście mówiłem więcej niż planowane trzy minuty, bo jestem gaduła nie z tej ziemi. Powiedziałem, że jestem z Dolnego Śląska, to znaczy z Dzierżoniowa, a to znaczy, że z pobliskich Pieszyc, a to znaczy z Gór Sowich, a to są Sudety Środkowe, że pracuję i mieszkam w San Francisco, w samym centrum miasta na ulicy Leavenworth a pracuję, jako apartament manager małego budynku, bo tylko osiemnaście mieszkań, praca nie jest ciężka, najważniejsze to dopilnowanie, aby mieszkańcy płacili na czas, reszta to właściwie pikuś, ale ważne a właściwie obowiązkowe było to, że muszę przebywać w budynku od 22 do 6 rano. Poza tym muszę dbać o czystość budynku, od czasu do czasu odkurzyć schody, pozbierać papiery sprzed budynku, przetrzeć szklane drzwi wejściowe z klamką mosiężną i polerować specjalną pastą skrzynkę na listy, ot takie tam duperele. Poza tym jestem studentem San Francisco City College, studiuję dziennikarstwo, które bardzo lubię, a moim ulubionym zajęciem jest robienie wywiadów do naszej studenckiej gazety „The Guardsman”. Jestem reporterem a do moich obowiązków należy przeprowadzić raz w miesiącu wywiad ze studentami na dowolny temat typu, co pan/pani myśli o samochodach w kolorze czerwonym, i czy ludzie jeżdżąc taki samochodami, są inni niż ci, co jeżdżą np. białymi. Do wywiadów na kampusie wybierałem najładniejsze studentki, oczywiście musiałem pamiętać, aby były i czarne i białe, hinduski i Azjatki, etc. Chłopców też wybierałem do tych wywiadów, aby była równowaga, etc. Czasem był ze mną fotograf, czasem nie, wtedy sam robiłem dziewczyną zdjęcia, a one się do mnie przeważnie przymilały, pytając się skąd jestem, i co to mam za akcent, taki śmieszny. Na początku mówiłem, że jestem z Poland, ale większość myślała, że z Holland, bo nie wiedzieli, że jest taki kraj jak Poland. Z czasem wpadłem na pomysł i mówiłem im, że jestem z innej planety niż Ziemia, że jestem kosmitą. To im się podobało, a ja nie musiałem się irytować ich arogancją. To bardzo Marka ubawiło, dodałem też, że piszę wiersze, mam małe dwa tomiki po angielsku i należę do grupy poetów z San Francisco Hospitality House, gdzie mamy tzw. workshopy w każdy poniedziałek od 6 do 8 wieczorem.  Że bardzo często drukuję swoje wiersze w miesięczniku ‘The Tenderion Time”, który ta organizacja wydaje, a tak generalnie to nie narzekam i bardzo mi się w Kalifornii i San Francisco podoba. Mam swojego tłumacza z polskiego na angielski, mojego już teraz przyjaciela Richarda Rehla, itd. Żyć i nie umierać, i w sumie całe moje życie w San Francisco z detalami opowiedziałem z taka ilością szczegół i tak osobiście, jakby był moim przyjacielem do stu lat, ale dawno nie widziany,.

Od Marka dowiedziałem się, że artystą, interesuje się teatrem, sam nawet napisał jakąś sztukę teatralną, jeszcze w Polsce, ale teraz jest studentem the San Francisco Art Institute na wydziale tak modnego wówczas video. Jakim cudem spełniał jak to u pana Czesława bywało różne „role domowe” tego momentu jego wypowiedzi nie zapamiętałem, bo dość zawile mi to opowiedział.

Pogawędkę z Markiem musiałem kończyć, choć bardzo miło nam się rozmawiało, chciałem zdążyć na ostatni podmiejski pociąg do San Francisco. Na koniec Marek zapytał się mnie, o czym rozmawiam z Miłoszem przez tyle godzin?  Gdy mu odpowiedziałem, że o poezji, popijając wiersze wódką, że poeta pyta się mnie, co o myślę o jego wierszach, które czytał mi na głos, prosząc o moją opinię, po prostu, co o nich sądzę?.  Na koniec tajemniczo popatrzyłem na Marka mówiąc – poeta pisze dziennik pt. „Rok Myśliwego” i też obszerne fragmenty tego dziennika czyta mi na głoś. Mój kierowca zrobił taką minę, jakby prąd go kopnął.

Z czasem pan Czesław opowiedział mi jakim to ogrodnikiem jest Marek. Miał nim być, czyli kimś, kto dogląda ogród, dom, czyści rynny z liści i igieł sosnowych, przegania szkodniki wiewiórki, (było ich tysiące) sarny i jelenie, które chodziły sobie spokojnie po ogrodach, jedząc wszystko to, na co miały ochotę (posesje wokół domów nie były ogradzane, nie było płotów, itp.), zjadając kwiaty, etc. Pan Czesław bardzo bał się o swój dom na „Kurzej Stopce”, nie dosyć, że był drewniany, to „wyrósł” dosłownie w lesie, pośród wielkich drzew, sosen kalifornijskich, które podczas dużych wiatrów mogły mu zagrozić. Na pytanie pana Czesława, co Marek myśli o tych drzewach, czy są bezpieczne  dla domu, etc., ten zapytał się poety, na jakiej wysokości chce, aby je ściąć. Zdaje się, że to była ostatnia  rozmowa pana Czesława z Markiem na temat ogrodnictwa.

Marek po dwóch latach znajomości był już moim przyjacielem, który poznał moich wielu przyjaciół, m.in arcyciekawego pana Stanisława Ludwika Lewickiego urodzonego w 1910 roku w Czerniowcach, nauczyciela łaciny, oraz mojego przyjaciela tłumacza Richarda Rehla, który był świadkiem na moim ślubie. Poznałem Marka bliżej i dowiedziałem się, że mocno związany z „Solidarnością” w Częstochowie, za swoją działalność był internowanym w czasie stanu wojennego, po wyjściu jak to określił z „internatu” razem z Anią zdecydowali się na emigrację, najpierw do Francji, a później do Kalifornii. Pan Czesław był ojcem chrzestnym ich córki Natalii”.

Artur Kowalski

Na marginesie mogę dodać, że pan Czesław właściwie nigdy nie odmawiał moim prośbą dotyczących osób które do niego kierowałem, a dzięki niemu miałem też okazję spotkać lub nawet poznać wiele ciekawych osób. Nie o wszystkich będę wspominał, ale warto na pewno wspomnieć o panu Arturze Kowalskim i jego według mnie genialnej książce pt.” Kochałem ją nad życie”: wspomnienia byłego komunisty. Książka ukazała się dzięki pomocy  Przyjaciół i Towarzyszy broni z Brygady im. Jarosława Dąbrowskiego w Hiszpanii, San Jose, California, w 1986 roku. Otóż pan Artur, którego dnia w 1988 roku zadzwonił do redakcji „Razem” z prośbą o rozmowę ze mną, Krzysztof przekazał i wiadomość wraz z telefonem pana Artura i tak się rozpoczęła nasza znajomość. Pan Artur zaprosił mnie do siebie do domu w San Jose, ponieważ uważał, że ma ciekawą propozycję dla naszego pisma. Pojechałem z Richardem do przemiłego pana, który okazał się rocznikiem 1911, tak samo jak mój ojciec i pan Czesław. Ofertą którą mnie zainteresował była już wspomniana książka, aby jej fragmenty przedrukowywać w naszej gazecie. Książkę pochwalił już sam Czesław Miłosz, któremu chciało mu się przeczytać manuskrypt  wielu stron o czym jest na stronie 16, to coś niesamowitego, po raz kolejny ukłon wielkiego pisarza w stronę kogoś, kto prosi o poradę, wskazówki, pomoc. Z racji tego, że sam poeta wspomniał o mnie i o wydawanym piśmie przez młodych w rozmowie z panem Arturem, ten byłby zaszczycony gdyby nasze skromne pismo też znalazło miejsce na publikację o jego książce, może wywiad z autorem? Oczywiście miejsce się znalazło, kilka stronić z książki zostało przedrukowanych na łamach „Razem, niestety do wywiadu nie doszło, czego do dzisiaj żałuję, ale najważniejsze jednak dla mnie było to, że dzięki panu Czesławowi poznałem człowieka prawdziwego komunistę. Nigdy wcześniej nie widziałem na własne oczy prawdziwego komunisty, człowieka, który tak napisał o sobie: Moja żona marzyła o macierzyństwie, ale przekonywaliśmy się nawzajem, że wychowywanie dziecka musi osłabić naszą aktywność polityczną. Gardziliśmy myślą o zabawie i tańcach. Uważaliśmy to za składową część „drobnomieszczańskiego stylu życia”. Artur Kowalski, od 17 roku życia zawzięty komunista, ucieka przed policją polską na Zachód w roku 1931. Członek francuskiej, belgijskiej, polskiej partii komunistycznej, żołnierz-ochotnik Brygad M międzynarodowych w Hiszpanii. Od 1949 do 1969 roku sekretarz i kierownik działu międzynarodowego „Trybuny Ludu”. Po raz kolejny uciekł z Polski w 1969 roku. Nie wiem czy pan Artur doczekał upadku komunizmu, czy odwiedził Polskę przed śmiercią, nawet nie wiem kiedy umarł. Zniknął z mojego życia tak samo szybko jak  się pojawił trzydzieści lat temu. Miał plany, aby wydać książkę po angielsku, aby ona stała się obowiązkową lekturą dla tych wszystkich co uwierzyli w komunizm.

Pan Artur był łódzkim Żydem, jego kolejna żona była też Żydówką, przy obiedzie w jego domu o tym mi powiedział, ale co najbardziej zapamiętałem z tego obiadu, że pan Artur przedstawił mi się jako człowiek z pasją, ciekawy świata i ludzi, interesujący się polityką i kulturą. A gdy po obiedzie na deser w ramach „teraz coś dla ducha”, tak to powiedział,  zaczął cytować z pamięci „Pana Tadeusza” nie mogłem sobie poradzić ze łzami. Był jak do tej pory, jedynym człowiekiem -jakiego spotkałem – który twierdził, że zna na pamięć poemat Mickiewicza. I tak można pisać o panu Arturze i jego arcyciekawym życiu setki stron i to wszystko dzięki panu Czesławowi.

Spotkanie z Adamem Zagajewskim

Pisząc o panu Czesławie nie sposób nie wspomną o poecie Adamie Zagajewskim, może na samym początku dodać ulubionym poecie, bo jest to ważne dla mnie i wielbicieli twórczości pana Adama.  To dzięki poecie z Berkeley poznałem poetę z Krakowa Adama Zagajewskiego, który był już poetą z Paryża, w którym mieszkał i od czasu do czasu odwiedzał Amerykę i Kalifornię.  29 kwietnia 1989 roku pan Zagajewski miał spotkanie autorskie w San Francisco w kościele The First Unitarian Church. Świetnie mówił czytał po angielsku i zrobił ogólnie mówiąc bardzo dobre wrażenie na Amerykanach. Spotkanie poprowadziła  Victoria Nelson z San Francisco Poetry Center a udział w nim wzięli tłumacz Miłosza profesor, poeta Robert Hass z macierzystego uniwersytetu poety w Berkeley i Renatą Gorczyńską. Tomik wydało wydawnictwo Farrar, Straus and Girroux w Nowym Yorku,  w 1985 roku.

Po spotkaniu poszliśmy grupą przyjaciół do restauracji chińskiej, aby tam przy rybie podanej  w chińskich warzywach, zupie z chińskimi pierożkami, porozmawiać o życiu na emigracji i w Polsce, o poezji i codziennej pracy, która pozwalała zapłacić rachunki.  Poeta Zagajewski ciekawy był jak się żyje w San Francisco, skąd jesteśmy z Polski a my jak się żyje w Paryżu. W pewnym momencie, gdy poeta z Paryża po wysłuchaniu „mojej historii życia”, to, że jestem z Dzierżoniowa (czasem mówiłem, że jestem z Pieszyc, czasem z Dzierżoniowa)  zaczął miło i sympatycznie wspominać Dni Literatury w Dzierżoniowie, (organizowała je pani dyrektor MBP Maria Zarzycka – Chołody wraz z Domem Kultury „Pegaz” w latach siedemdziesiątych) nabrałem odwagi, aby go poprosić o zabranie kilku moich wierszy do „Zeszytów Literackich”. Oczywiście wierszy nie miałem w torbie, bo nawet nie zakładałem, że pójdziemy razem na kolację, ale była możliwość aby je poecie dostarczyć do hotelu na drugi dzień. Poeta jednak odmówił, sugerując, że będzie dla mniej najlepiej jak wyślę je pocztą do Paryża. Po kilku tygodniach wysłałem, raz i drugi, w przeciągu prawie trzydziestu lat wysyłałem do pani  redaktor Barbary Toruńczyk wiersze z pięć razy.  Moje wiersze jej się nawet podobały, bo nigdy nie napisał, że nie podobają  się, ale nie na tyle, aby je publikować. Zawsze uzasadniała swoją odmowę, na przykład tym, że są zbyt emigracyjne, albo nie wpisując się w tematykę jej pisma, która koncertowała się na Polsce. 

Natomiast z poetą Adamem Zagajewskim spotykałem się wielokrotnie w Stanach w San Francisco w Chicago w Krakowie i po raz kolejny po latach w roku 2010. Wtedy poprosiłem go o napisanie wstępu do mojego zbioru wierszy pt. 156 listów poetyckich z Chicago do Pieszyc i ku mojemu miłemu zaskoczeniu poeta się zgodził, wprawdzie zajęło mu to prawie pół roku, ale jedną stronę maszynopisu napisał. Dołączyłem ją do maila, który wysłałem do Pieszyc, do Wydziału Promocji Miasta, który prowadził i finansował całe przedsięwzięciu i pech ciał, że słowo wstępne poety krakowskiego, gdzieś się zapodziało. Kilka lat później będąc w Krakowie zadzwoniłem do niego z prośbą o spotkanie, ale był zbyt zajęty, jednak wskazał miejsce (kawiarenka) gdzie zostawiłem dla niego ów tomik wierszy, bez wyjaśniania, dlaczego nie ma w nim jego wstępu. Wstęp pana Zagajewskiego był dla mnie dużą radością i wyróżnieniem i na prawdę bardzo się nim cieszyłem, tym bardziej, że sam mistrz Miłosz zawsze, ale to zawsze mówił o twórczości z dużym uznaniem i to publicznie i wśród znajomych. Pamiętam, że raz, a było to w roku 1988 po spotkaniu poetyckim, w którym pan Czesław mówił o poezji polskiej, gdy podszedłem pogratulować mu wystąpienia, ze zmartwioną miną zapytał się mnie czy mi się podobało (często się mnie pytał, co myślę o jego najnowszej książce, publikacji czy wierszu, wieczorze autorskim) i nawet nie czekając na odpowiedź dodał, zapomniałem wspomnieć Staszka Barańczaka. Tak, pan Adam Zagajewski był jego zdecydowanym faworytem.

Ślub

Prywatne akcenty związane z poetą kosmitą, to nie tylko czytanie wierszy i rozmowy wierszach, pan Czesław bardzo interesował się  tym co robiłem, jak sobie radziłem w Ameryce itd. Dlatego też postanowiłem  zaprosić go na swój ślub. Pierwszego grudniu roku 1989.  Pan Czesław przyjął zaproszenie osobiście, z narzeczoną pojechałem do niego do domu, aby mu je wręczyć. Chyba był  zdziwiony moją decyzją, byliśmy u niego z narzeczoną kilka razy, ale, żeby zaraz się żenić, tego chyba po mnie się nie spodziewał, widziałem to po nim, ale nie odezwał się ani słowem, jak zawsze śmiał się tym swoim tubalnym głosem i był w świetnym humorze. Na  ślubie miał być wraz z Carol, obiecał,  ale się nie pojawił, coś ważnego go zatrzymało/przeszkodziło, natomiast wysłał piękny kosz kwiatów wraz z przeuroczą kartą ślubną i życzeniami. Zaproszenie też zostało wręczone osobom z kręgu poety, wspomniany już wcześniej Marek Pacholec wraz ze swoją dziewczyną Anią.  Zaprosiłem też sekretarkę pana Czesława wraz z mężem, ale ona przyszła sama z Pacholcami, bo on akurat odbywał jakąś praktykę zawodową w Moskwie.  Bardzo miła i sympatyczna dziewczyną, z którą rozmawiałem przez telefon, gdy pana Czesława  lub Carol nie było w domu. U niej też zostawiałem wiadomości dla niego, które ona mu zawsze dostarczała.

Dzięki Poecie z Berkeley publikowałem w paryskiej „Kulturze”

Dzięki poecie z Berkeley miałem dużo więcej szczęścia w „Kulturze” paryskiej  prowadzonej przez redaktora Jerzego Giedroycia. Polegało na tym, że to nie ja wysyłałem swoje wiersze do wielkiego redaktora a sam pan Czesław, który zawsze mnie lojalnie uprzedzał, że Giedroyć na poezji się nie zna, i absolutnie nikt nie ma wpływu na jego decyzje. Publikuje to, co uważa za słuszne, co jemu się podoba, i nigdy się nie ugina nawet przed największymi autorytetami. Tak się dla mnie szczęśliwie złożyło, że moja twórczość redaktorowi się spodobała. Ale też kilka moich wierszy nie przyjął do druku, był jednak jedynym w Europie redaktorem, który za wiersze płacił, nawet takim jak ja początkującym poetom. Na łamach „Kultury” opublikowałem aż do śmierci redaktora, przez dwanaście lat, dwadzieścia cztery wiersze.  Tematyka mojej twórczość ułożyła się dwukierunkowo: Polacy w Ameryce, San Francisco, Kalifornia, słowem o emigrantach.  I drugi temat, „odkryty” przez pana Czesława dla mnie, to mała ojczyzna i jej historia, Góry Sowie, miasteczka sowiogórskie, Bielawa, Pieszyce, Dzierżoniów i inne miasteczka, wioski wokół Wielkiej Sowy.

Literacki Paryż bardzo mnie interesował, okazało się, że to nie tylko „Kultura” czy „Zeszyty Literackie”, ale i jest pismo  „Kontakt”,  wydawane  przez sławnego  wówczas działacza Solidarności Mirosława Chojeckiego. Napisałem do redaktora pisma, poety Macieja Niemca, który drukował i w „Kulturze” i w „ZL”, aby dowiedzieć się czy jest szansa na druk wierszy.  Później wysłałem do niego fragment mojego dziennika kalifornijskiego do publikacji i tak rozpoczęła się ciekawa korespondencja i papierowa znajomość. Maciej zamieszczał od czasu do czasu moją twórczość,  wysyłał kartki, ale też pisał  piękne długie listy i jak  się okazało, też znał osobiście Miłosza.  Opisywał jego pobyt w Paryżu, pisał o sobie, o życiu emigranta we Francji.  Znajomość przerodziła się w przyjaźń, dzięki poezji poznałem ciekawego i mądrego człowieka

Przeprowadzka z San Francisco do Chicago 1991. Lata 90’        

Zimą 1990 roku z żoną zadecydowaliśmy przeprowadzić się do Chicago, powodów było kilka, żona pierwsza wyleciała samolotem przed Nowym Rokiem, miała znaleźć mieszkanie i pracę dla siebie, może nawet i dla mnie. Praca, to był główny powód wyjazdu, ona nie mogła znaleźć dobrze płatnej pracy w San Francisco, bo nie mówiła po angielsku.  Ja musiałem czekać do wiosny aż śniegi w Sierra Nevada i Środkowego Zachodu w Utah, Nebrasce, itp., stopnieją. Miałem „na głowie” wiele spraw dopilnować, pozamykać, zlikwidować mieszkanie, zapakować meble i inne rzeczy na auto i w drogę przez Amerykę prawie trzy tysiące kilometrów. Wyjechałem wypożyczoną pół ciężarówka z firmy U-Haul w kwietniu 1991 roku. Nie bardzo chciałem wyjeżdżać z San Francisco, rok wcześniej skończyłem z dziennikarstwem i przeniosłem się z City College of San Francisco na Wydział Slawistyki University of California w Berkeley. Trzęsienie ziemi jesienią 1989 było następnym powodem, dla którego musieliśmy wyjechać z miasta, „ono napędziło” żonie sporo strachu. „Złapało ją” w samochodzie na środku ulicy, przestraszyła się mocno, bardzo mocno, jak ściany domów i latarnie uliczne leciały na nią. Zginęło kilkanaście osób, dwie dzielnice nadmorskie prawie się zapadły. Ja przeżyłem kilka mniejszych trzęsień w Kalifornii i jakoś się nie bałem, jej było to pierwsze i ostatnie. W San Francisco mieszkała tylko trzy lata, a przeleciała do Ameryki z Belgii z Brukseli, gdzie mieszkała wiele lat. Teraz, gdy wspominam pana Czesława, to wydają mi się śmieszne te nasze spotkania, żona nie znała angielskiego, więc z Carol rozmawiała po francusku, a ja z panem Czesławem po polsku lub po angielsku, w zależności, czy była z nami Carol czy nie. Chicago w porównaniu z San Francisco, było dużo tańsze, a także oferowało dużo więcej pracy, poza tym tęskniliśmy z żoną do Polaków, od których w San Francisco byłem odizolowany. Miałem pisać przecież po polsku, a nie silić się na angielski, bo pan Czesław dobrze mi wytłumaczył, że poetą amerykańskim nie będę. Oczywiście o swoich zamiarach poinformowałem pana Czesława, który tym się nie ucieszył, podobnie jak moi amerykańscy przyjaciele, na wieść o wyjeździe do Chicago pukali się w czoło.  Chicago kojarzyło im się z czymś dużo gorszym niż San Francisco. Rozumiałem ich i nie miałem zamiaru bronić Chicago, którego jeszcze nie widziałem, a z drugiej strony można zadać sobie pytanie, ile jest takich miast w Ameryce, na świecie, co mogą równać się z San Francisco?

Moja podróż z San Francisco do Chicago trwała cztery dni, bez nerwów, bez pośpiechu dojechałem szczęśliwie, cały i zdrowy – jak to się mówi – bez większych przygód po drodze. Żona faktycznie wynajęła mieszkanie w domu jedno piętrowym w dzielnicy kiedyś ukraińskiej, obecnie meksykańsko- portorykańskiej na ulicy Fullerton, ale właścicielem naszego mieszkania był Ukrainiec Ivan. Zajmowaliśmy wysoki parter pięć pokojów, (130 mkw.) a na pierwszym piętrze, mieszkała wieloosobowa rodzina Polaków, byłych mieszkańców spod Białegostoku. Chicago przyjęło mnie wielką ulewą, ale rodacy bardzo serdecznie. Spodobało mi się miasto, mieszkaliśmy bardzo blisko polskiej dzielnicy Jackowo, w sumie na nogach można było dojść wszędzie, lokalizacja świetna, bo w samym sercu dzielnicy Logan Square na północy miasta. Żoną już pracowała, jako gosposia u bardzo bogatego człowieka, zawodowego maklera giełdowego pochodzenia francuskiego, który był już na emeryturze, ale wciąż kupował i sprzedawał tak zwane „stocki”. Multimilioner mający mieszkanie ponad 200 mkw., (całe piętro) w dzielnicy milionerów Golden Coast nad samym brzegiem jeziora Michigan.

Doktor Wojciech A. Wierzewski

Chociaż mój chicagowski przyjaciel Wojciech A. Wierzewski chyba nigdy nie spotkał osobiście poety, kosmity pana Miłosza, to muszę napisać o nim kilka zdań, bo był wielkim miłośnikiem twórczości poety z Kalifornii, co oczywiście w dużym stopniu pomogło i mi w Chicago dzięki właśnie Wotjkowi. Wojciech był korespondentem  chicagowskim miesięcznika „Razem” wydawanego przez Krzysztofa Waznera w San Francisco, którego ja byłem redaktorem naczelnym. Może jeszcze warto wspomnieć, że Wierzewski był absolwentem  Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego i wieloletnim pracownikiem naukowowo tej uczelni. O panu Wierzewskim wtedy nic nie wiedziałem, i nawet nie miałem zielonego pojęcia, że jest tak bardzo ważną osobą w polskim Chicago, przede wszystkim był redaktorem naczelnym najstarszej polskiej gazety codziennej na świecie pt. „Zgoda”.  Był naukowcem, nauczycielem akademickim prowadził kursy polonistyczne i filmowe na Governors State University, Loyola University, Illinois State University i DePaul University. Kilka razy w roku wysyłał materiał do naszej gazety i  tak jak my wszyscy nigdy nie dostał za swoje materiały jednego dolara, wszyscy pracowaliśmy za darmo, a jeśli były jakieś pieniądze to za reklamy, które Krzysztof przeznaczał na zapłacenie drukarza. Czasem Wojciech nadsyłał do nas materiały, które ogłaszał drukiem w prasie chicagowskiej wcześniej, ale dla nas nie miało to znaczenia, bo nikt w San Francisco nie czytał gazet w z Chicago.

Przede wszystkim pisał o życiu kulturalnym Polonii chicagowskiej, o nowościach w świecie filmu lub teatru, słowem był człowiekiem od kultury. Chociaż znaliśmy się poprzez gazetę, to o swoim wyjeździe z San Francisco nawet do niego nie pisałem, bo już od ponad roku pismo przestało wychodzić i kontakt się nam urwał.  Poza tym o nigdy do mnie nie wysyłał żadnych materiałów, nawet korespondencja nasza dotycząca spraw bieżących pisma; np., kiedy będzie następny materiał, jaki będzie obszerny, komu można by wysłać pismo, kogo poprosić w Chicago o prenumeratę, albo o reklamę, ile trzeba zostawić miejsca w piśmie na następny miesiąc etc wszystko szło przez Krzysztofa ręce. Na adres  redakcji, czyli jego własnego mieszkania, redakcją była mieszkaniem właściciela pisma, co w warunkach emigracyjnych nie było czymś nadzwyczajnym. Liczyliśmy że nasz redaktor W. Wierzewski pomoże nam w Chicago zdobywać nowych czytelników, nowe prenumeraty, a  nawet reklamy, ale nic takiego nie nastąpiło. Polonia chicagowska nie interesowała się pismami wydawanymi w Chicago, coż dopiero w Kalifornii. Wojtek pracował dla Związku Narodowego, jak było powiedziane największej organizacji Polaków na świecie, ale ku naszemu rozczarowaniu, dla nas nic nie wynikało a liczyliśmy na wiele. Oczywiście materiał nadsyłał do druku, ale ani jednej prenumeraty ani jednej reklamy od niego czy za jego pośrednictwem nie otrzymaliśmy. W naszych głowach Chicago stolica Polonii nie tylko amerykańskiej, powinno nam pomoc w promowaniu polskości w dalekiej Kalifornii, niestety nic takiego nie nastąpiło, ani bliskość prezesów największych organizacji w tym Kongresu Polonii Amerykańskiej, ani weterani, słowem nikt nigdy nam nie pomógł, ani finansowo ani dobrym słowem. Ani jeden cent nie nadszedł z Chicago do nas poza firmą POLAMER zajmującą się wysyłką paczek do Polski, do której Krzysztof osobiście zadzwonił i rozmawiał z szefową panią Wiesią, jakoś się z nią dogadał.  Była też firma linii lotniczych LOT z Nowego Jorku, która u nas się reklamowała, ale to wszystko było kroplą w morzu, wszystko robiliśmy za darmo dopłacając samochodem benzyną, znaczkami pocztowymi, rachunkami za telefony,  a własnego czasu nikt  nigdy nie liczył.

Gdy po dwóch tygodniach pobytu w Chicago zadzwoniłem do niego, to zaprosił mnie do swojego biura, do głównej siedziby  najbogatszej i drugiej najstarszej organizacji polonijnej w Ameryce, Związku Narodowego Polskiego, która znajdowała się na ulicy Cicero. To on dla mnie był takim drugim panem Czesławem w Chicago, tak wspaniale ułożyło mi się życie, samemu nie mając na nic żadnego wpływu. To Wierzewski przeprowadził ze mną  pierwszy wywiad w życiu dla gazety „Kalejdoskop” (weekendowa wkładka kulturalna do gazety codziennej Dziennik Związkowy). Kilka lat później zdjęcie moje znalazło się na okładce „Kalejdoskopu” co było powodem wielu ataków na mnie przez „poetów chicagowskich” którzy nie zawsze byli z samego Chicago, ale z innych miejsc Ameryki. Nie chodziło im tylko o samo zdjęcie, ale także o to, że mnie się lansuje na „największego poetę emigracji solidarnościowej”, ale są przecież też inni poeci, dużo lepsi ode mnie, o których może i nikt nie wiele, ale piszą dużo lepsze wiersze tylko nie umieją się tak jak ja bezczelnie lansować. Niezadowoleni gdzie tylko mogli, to próbowali mi dołożyć, co trwa zresztą do dzisiaj, bo poeta pamięta i poeci to takie bardzo pamiętliwe jest plemię, lepiej z nimi nie zaczynać.

Na przestrzeni lat w Chicago wiele razy pisał o mojej twórczości, do wielu pism, m.in. do „Gwiazdy Polarnej”, „Głosu Polek”, promował moje imprezy literacko-poetyckie w Chicago, był bardzo życzliwy, nie tylko dla mnie, ale dla wszystkich tych co pracowali dla polonijnej, polskiej kultury w Chicago. Dzięki jego wstawiennictwie znalazłem pierwszą prace w Chicago, zostałem członkiem redakcji „Kalejdoskopu”, weekendowego dodatku do „Dziennika Związkowego”, zaraz po przyjeździe z San Francisco. To on uczył Polaków i mnie historii Polonii amerykańskiej, nikt tak jak on z taka pasją nie pisał o polskich emigrantach w Ameryce, historii Polonii amerykańskiej. Myślał nawet o napisaniu historii Polonii w Ameryce, bo bardzo usłużniej uważał, że historią Polaków Ameryce nawet sami Polacy się nie interesują. Współczesna Polonia niewiele wie o swoich korzeniach. Wierzewski był autorem wielu świetnych  publikacji o wybitnych Polakach w Ameryce, w tym książek: „Pegaz za Oceanem”, „Polskie Chicago, lata osiemdziesiąte, lata dziewięćdziesiąte” (Wydawnictwo Adam Marszałek 2002) oraz „Polskie tropy w Ameryce” (Oficyna Wydawnicza Kucharski 2008). Był członkiem wielu organizacji polonijnych, społecznych i naukowych m.in Polskiego Instytutu Naukowego, Polskiej Fundacji Kościuszkowskiej, Związku Narodowego Polskiego. Umarł w wieku 67 lat w 2008 roku w szpitalu na serce, ponoć pielęgniarka podała mu nie te tabletki co powinna, były za mocne i serce nie wytrzymało. Mój  przyjaciel zasłużony działacz polonijny, człowiek, który przez długie lata pisał i bronił piórem Polaków i polskości w Ameryce,  należał do najbardziej wpływowych osób w środowisku polonijnym w USA był jedną z najważniejszych postaci Polonii amerykańskiej umarł w amerykańskim szpitalu z powodu human error, tak to nazywają Amerykanie.

Chicago miasto polskich aktorów

O panu Czesławie nie zapomniałem i o poezji też, bardzo szybko zorganizowałem grupę poetycką pod nazwą „Niezapłacony Rent”, poetów i poetek w Chicago nie brakowało, a aktorów jeszcze było więcej. Trudno mi sobie dzisiaj wyobrazić polskie Chicago bez polskich aktorów, było i setki, były polskie teatry, kabarety, słowem aktorzy byli chlebem i solą chicagowskiej Polonii. Były też tak zwane programy autorskie radiowe emitowane ze polskiej stacji radiowej WPNA z przedmieścia Chicago, miejscowości Oak Park, w której to mieszkał poeta Tymoteusz Karpowicz. Tak dziwnie się składało, że spora część programów była prowadzona przez aktorów, choćby program „Na serio”, Ewy Milde i Bogdana Łańko, którego często byłem gościem. O zacięciu literackim był też program Marka Cywińskiego czy Sylwestra Skóry „O nas dla nas”, który prezentował moją twórczość na falach radiowych swojego programu. Bardzo życzliwi byli dla poetów też aktorzy, Stanisław Wojciech Malec z którym miałem najwięcej spotkań poetyckich,  i utrzymuję kontakt  do dzisiaj, nawet po jego i moim powrocie do ojczyzny. Wspaniałe aktorki Aneta Ziaja, Barbara Kożuchowska,  Alicja Szymankiewicz, Iwona Zapasiewicz,   Elżbieta Kochanowska-Michalik, Agata Paleczny. Super koledzy Jarek Maculewicz, Krzysztof Arsenowicz, Maciej Goraj,  czy właściciele programu „Pół żartem, pół serio”, Barbara Choroszy i Andrzej Szopa. Po roku miałem już prawie trzydzieści wierszy chicagowskich, które wysłałem do pana Czesława z prośbą o ocenę i kilka słów, co o nich myśli. Fragment jego listu włożyłem na tył okładki tomiku, który wydałem jesienią 1992. Tomik ukazał się w serii wydawniczej, jako druga pozycja, grupy poetyckiej „Niezapłacony Rent” pod tytułem „Współczesny prymitywizm”. Pan Czesław pisał tak:

Drogi Panie Adamie!

Otrzymałem Pana wiersze i przeczytałem je zaraz, co u mnie jest częste, bo dostaję mnóstwo skryptów i po zaglądnięciu odkładam… A wiec jednak opłaca się pisać prawdę czy też starać się pisać prawdę, i to właśnie Pan robi, wbrew przyjętym opiniom, że ”poezja” to, co innego niż pisanie prawdy. Nawet z tak okropnej rzeczywistości jak polskie Chicago można, więc coś zrobić.

Ostatnie zdanie było bardzo kontrowersyjne i nawet nie przepuszczałem, że stanie się kością niezgody pomiędzy mną, moja żoną a Polonią chicagowską. To, że nakład tysiąca egzemplarzy tomiku nie sprzedam w jeden rok to było wiadoma jak dwa razy dwa jest cztery.   Zajęło mi to prawie dwadzieścia lat. Nie jest tajemnicą, że poezji nikt nie kupił, ale „całe Chicago wiedziało”, że Lizakowski z Miłoszem obraża rodaków ciężko pracujących. Pomysł z przedrukowaniem fragmentu prywatnego listu pana Czesława do mnie okazał się bardzo niefortunny. Nikt nie wziął mnie w obronę,  pomimo fantastycznych znajomych, przyjaciół, którzy, wiele lata swojego życia poświęcili na promocję polskiej kultury w Chicago, Ameryce. Wiedzieli doskonale o czym Miłosz pisał, nikt z nich nie był w stanie wyżyć z polskiej kultury. Taka była prawda, smutna i ciężka, którą doświadczyło wielu osobiście. Setki ludzi, którzy nigdy nie byli na moim spotkaniu poetyckim, nie widzieli ani  mnie ani  jednego tomu moich wierszy, nie przeczytali ani jednego wiersza, mieli o mnie złe zdanie, bo według nich obrażałem „tysiące  ciężko pracujących Polaków w Ameryce”. Powstało wiele nieporozumień, wiele różnego rodzaju plotek, podawanych z ust do ust przez ludzi, których nigdy nie widziałem na własne oczy.  Kroplą, która dopełniła „czarę goryczy” był wiersz z tomiku opublikowany na łamach listopadowej paryskiej „Kultury”, (1992), pod tytułem „Prezes”, który został zrozumiany, jako mój atak na prezesa Polonii Amerykańskiej, Edwarda Moskala. Z czasem ta burza poza moim plecami ucichła, ja nie za bardzo się tym wszystkim przejmowałem, ale moja żona tak, co oczywiście kładło się cieniem na nasze życie małżeńskie.  Żona uważała też, że pisanie wierszy i całe te zamieszanie z panem Czesławem szkodzi naszemu biznesowi, bo w 1993 roku założyliśmy księgarnię, najpierw jedną na południu Chicago na Archer Avę., A drugą na północy na Belmont Avę., i nazwaliśmy ją na cześć naszej wspaniałej złotej Kalifornii „ Polska Księgarnia Golden Bookstore.” O nieporozumieniach z tomikiem wierszy nie mówiłem, ani nie pisałem do pana Czesława, bo wydawało mi się to, jako kuriozum, nie warte zawracania poecie głowy.

Pan Czesław wraca do ojczyzny

Pan Czesław zdecydował przenieść się z Kalifornii do Krakowa w 1993 r., nie od razu na stałe, wiem, robił to stopniowo,  zima w Ameryce, lato w Polsce. Robił to z wielu powodów jednym z nich była myśl, że najlepiej umiera się wśród swoich, z drugiej strony starał się przyzwyczajać swoją żonę do Polski, która prawdopodobnie nie czuła się w niej najlepiej. To, że pana Czesława znał „cały Kraków”  w niczym nie ułatwiało Amerykance aklimatyzacji, z której, jak to zawsze przy przeprowadzce z jednego miejsca w drugie wynikają drobne, choć uciążliwe niedyspozycje, towarzyszy dyskomfort człowieka oderwanego od znajomego otoczenia, pozbawionego poczucia zadomowienia i swojskości. Wiedziałem to z własnego doświadczenie i znałem te uczucie, bo w życie przeprowadzałem się prawie dwadzieścia razy. Ta przeprowadzka do Chicago spowodowała, że mój kontakt  noblistą stawał się coraz to luźniejszy.  W roku 1993 po raz ostatni spotkałem się z nim  w Chicago, gdy zawitał do miasta wraz z  Carol zaproszony przez Chicago Arts Instytut, po spotkaniu poeta zaprosił mnie wraz z moją żoną do hotelu na następny dzień. Rozmawialiśmy bardzo krótko w sumie to pan Czesław pytał jak zawsze przytomnie o zyski i straty z powodu przeprowadzki. Mówiłem mu o zyskach w Chicago w porównaniu z San Francisco, przede wszystkim jako twórca, bo wiadomo w Chicago „miliony Polaków”. On podobnie myślał o Krakowie, jako wielkim zysku w porównaniu z Berkeley, a pobyt w Ameryce jako  studia na jednej wielkiej uczelni. Oczywiście ukończył te studnia z wyróżnieniem, większość czasu (życia) poświęcił/wypełnił pisaniem i czytaniem, uczeniem się Ameryki. Interesował się amerykańskim społeczeństwem, kulturą, pociągała go, ale i odpychała i zniechęcała do wnikliwszych badań. Lubił auta, samoloty, biblioteki, amerykańską cywilizację, z takim samym entuzjazmem pisze o zwierzętach Ameryki co o ludziach, ale zwierzęta opisywane są bardziej sympatyczniej.

Pan Czesław nie odmawia

Kilka razy prosiłem o wsparcie pan Czesław, przeważnie o takie wsparcie prosili poeci. W 1994 roku pojawił się Ameryce, a raczej na przedmieściach Chicago młody zaradny życiowo poeta z Opola Paweł Marcinkiewicz, zadzwonił do księgarni, umówiliśmy się, zaprosiłem go do siebie do księgarni. Paweł pracował gdzieś na przedmieściach jako opiekun do starszej osoby. Celem jego pobytu w Chicago, jednak nie była praca zarobkowa, a gromadzenie materiału do pracy magisterskiej. Ale być w Ameryce i nie pracować, takiej okazji nikt nie może przepuścić, więc obie prace były ważne dla niego, bo coś tam od niechcenia praktyczny poeta wypominał o kupnie mieszkania w Opolu.

Spotkaliśmy się wiele razy, bardzo miło i ciekawie mi się rozmawiało z nim i tak od słowa do słowa on opowiadał o Polsce, co się tam dzieje w poezji, literaturze, a ja opowiadałem o swoim życiu i tym sposobem dotarłem do pana Czesława. Paweł z czasem poprosił o adres domowy poety do Berkeley, na który napisał do niego list, a (pan Czesław kosmita) odpisał mu prawie natychmiast.  Pół roku Paweł wrócił do Opola a w roku 2000 wraz z kolegą poetą z tego samego miasta Jackiem Podsiadło zostali laureatami nagrody Czesława Miłosza.  Paweł Marcinkiewicz nie był jedynym poetą, który poprosił o adres pana Czesława z myślą o napisaniu do niego.  Takich „Marcinkiewiczów” rozsianych po całym świecie, do których pan Czesław odpisywał i to błyskawicznie były setki, może nawet i tysiące. W samym Krakowie będzie ze dwieście osób, (jeśli nie więcej), do których poeta kosmita pisał, prowadził z nimi korespondencje. A gdzie Wrocław, Poznań, Gdańsk czy Lublin, etc. Pan Czesław był kosmitą pisał listy, dawał rady ludziom ,których nieznań, którzy się  do niego  zwracali, nie pytał co pan/pani umie, jakie skończyła szkoły, jaka jest pana/pani pozycja, z sobie tylko znaną przenikliwością czytał wiersze ludzi nie mających pojęcia o pisaniu wierszy jak i działa wybitnych poetów. Nie było ważne kto kim jest, dla niego było ważne to, że do niego się zwracali, prosili o pomoc, zaufali mu, on po prostu cieszył się że ludzie piszą  wiersze i do niego się zwracają. Nie znam nikogo nawet podobnego do niego aby tak postępował, kto by miał tyle szacunku dla najmniejszej „trzciny intelektualnej” i tytana pracy.

Jeden z najwybitniejszych badaczy, naukowców zajmujących się twórczością pana Czesława, pan Aleksander Fiut, także przyjaciel Noblisty (nigdy nie byłem przyjacielem Noblisty, nie dostąpiłem tego zaszczytu) w wywiadzie dla stron internetowych Culture.pl powiedział (13) „Adres miałem od Jana Błońskiego, z którym się przyjaźniliśmy. Zaraz dostałem odpowiedź, co było dla mnie ogromnym wydarzeniem. To tak jakby dostać list od Mickiewicza! Bo już wówczas uważałem, że jest to największy polski poeta.” Osobiście poznałem ze trzydzieści osób, do których pan Czesław napisał lub odpisał, w rozmowie ze mną każda z nich twierdziła, że listy od poety z Berkeley są dla nich bardzo ważne.  Adres poety udostępniłem też dziennikarce chicagowskiego „Dziennika Związkowego” Bożenie Jankowskiej z Warszawy. Uważałem, że jej poezja może spodobać się panu Czesławowi. I się nie pomyliłem, bo poeta odpisał, pochwalił ją, a ta fragment listu włożyła na okładkę swojej następnej książki z wierszami. Ta bezinteresowność poety powala z nóg każdego kto się o tym mało znaczących faktach dowiaduje. Jak  to ludzie dziwią się – Miłosz odpisuje ludziom „znikąd”, każdego szanuje i pisze tak, jakby szczerze przejął się tym co przeczytał. Ton jego odpowiedzi jest oschły, ale życzliwy, pisze tak jakby poezja nie miała dla niego tajemnicy. Większość amatorów wierszy cytuje listy poety na swoich nowo wydawanych tomikach, co świadczy o tym, że Miłosz miał szacunek dla każdego i w każdym „poecie”: coś zobaczył, nad czymś się pochylił lub zastanowił, zwrócił uwagę lub dodał odwagi.

A to Polska właśnie

Muszę też wspomnieć o tym, że gdy pojawiali się rzadko, bo rzadko, ale się pojawiali goście z Polski  w San  Francisco, jak na przykład wspaniały pisarz, piewca Warszawy i nie tylko Marek Nowakowski, pan Czesław po moim jednym telefonie zgodził się abym go przywiózł na krótką rozmowę. Pan Czesław lubił pomagać najbardziej tym, co jeszcze nie mieli żadnego dorobku, albo dopiero co rozpoczęli swoją tzw. działalność literacką. Chętnie  odpisywał na listy ludzi, chyba dla każdego miał czas,  nie wiem, czy wszystkim i każdemu odpisywał, ale ludziom z mojego kręgu tak. Bardzo go za to ceniłem i podziwiałem, wielki wspaniały poeta, a znalazł czas dla każdego. To było niebywałe, on laureat Nobla, pisze osobiście, ręcznie list od poety X.  Gdy zachodziła potrzeba nawet dzwonił do mnie do Chicago, do księgarni, z prośbą o polskie książki, nawet o rozmówki polsko- angielskie, czy słowniki polsko-angielskie dla swoich znajomych w Kalifornii. 

W roku 1995 zwróciło się do mnie Wydawnictwo Dolnośląskie z Wrocławia z prośbą o udostępnienie zdjęć profesorowi Andrzejowi Zawadzie, który rozpoczął pracę nad książką pt. „ Miłosz” wydanej w serii „A to Polska właśnie” i tak rozpoczęła się moja trzecia  przygoda tak zwana  fotograficzna z Czesławem Miłoszem, która trwa do dzisiaj. Zdjęcia poety były wystawiane już  w wielu miejscach od Chicago po Wilno i od Pieszyc po Warszawę, były też zamieszczone w wielu pismach literackich wydawanych w kraju i za granicą.

Z upływem czasu pan Czesław przebywał w Polsce więcej i więcej, o tym jak mu się tam żyje prywatnie, dowiadywałem się od mojego przyjaciela i dobrego znajomego noblisty, poety Marka Skwarnickiego. (Poznałem go dzięki Miłoszowi, bo wysłał do niego moje wiersze a ten je publikował w „Tygodniku Powszechnym”).  To, co się dzieje w życiu literackim Krakowa i jak Miłosz daje sobie radę w kraju, wiedziałem z mass mediów, z gazet wydawanych w Polsce a sprzedawanych przeze mnie w mojej księgarni w Chicago m.in. „Tygodnik Powszechny”. W grudniowym numerze „TP” (1995) Skwarnicki napisał m.in. Poznałem go za pośrednictwem Czesława Miłosza, który sobie wiersze Lizakowskiego upodobał, gdy ten mieszkał jeszcze w San Francisco. I wiele ciepłych słów o mojej twórczości, które zamieściłem na okładce tomiku pt. „Niezapłacony czynsz – wiersze pieszyckie”.  Tomik wydała oficyna OBOK w Dzierżoniowie, 1996 roku. Czy to mi pomogło chyba, nie, bo na spotkaniach autorskich w Ameryce i kraju, pochlebstwa Miłosza i Skwarnickiego piszącego, że moja poezja jest kroniką świadomości młodszego pokolenia emigrantów”, że w kraju nie została przyjęta na to jak zasługuje, wywołuje moja konsternację, gdy ludzie mówią głosem zadowolonym z samych siebie, mi w twarz, że Miłosz na poezji się znał, czego dowodem jestem ja. Dla do takiego rodzaju zakłopotania dawno już przywykłem i nie podejmuję tematu.

W tym też roku po raz ostatni rozmawiałem z poetą przez telefon, była to złota polska jesień, bo pani poetka Wisława Szymborska otrzymała nagrodę Nobla. Dzwonili do mnie, do księgarni Polish-Bookstore Amerykanie z różnych mass mediów z prośbą o wywiad na temat laureatki, jej poezji, jak się poezja polska sprzedaje w Ameryce, itp. Szczęście to było ogromne tym bardziej, że akurat na zimę wrócił z Polski pan Czesław. Wszyscy z jego pobytu w USA skorzystali nawet ja, bo swojemu przyjacielowi Andrzejowi Kieszowi, właścicielowi programu radiowego „Sami Swoi” z polskiej radiostacji1490 AM WPNA podałem numer telefonu domowy pana Czesława, aby ten zechciał powiedzieć kilka słów o pani Szymborskiej. Oczywiście wcześniej uprzedziłem poetę, że będą do niego dzwonić, itp.

Lipiec, rok 2004. Chicago

Zanim dojechałem do Krakowa i ojczyzny to w piątek 18 lipca o godzinie 17 otworzyłem po raz kolejny swoją wystawę zdjęć pana Czesława, tym razem w znanej w Chicago polskiej księgarni D&Z na ulicy Belmont Ave.  Przy okazji (wcześniej) kolega, poeta, redaktor Janusz Kopeć przeprowadził ze mną obszerny wywiad dla szanowanej i cenionej gazety codziennej „Dziennik Związkowy”, który ukazał się w dniu otwarcia wystawy. Była to dla mnie bardzo miła chwila i niespodzianka, bo wywiad w gazecie ukazał się w dniu otwarcia wystawy. Wystawa trwała przez jeden miesiąc od 18 lipca do 18 sierpnia.  Pod koniec lipca spakowałem walizki i poleciałem do Polski, do Dzierżoniowa a następnie do Krakowa.

Śmierć Poety

Od dwóch dni jestem w Krakowie, jest sobota, piękny, upalny dzień sierpniowy na rynku krakowskim „miliony” ludzi jak zawsze. Z domu wyszedłem po śniadaniu na przystanek autobusowy przed 11 rano, i po długich spacerach po Wawelu, księgarniach i „Empiku” w „Galerii Krakowskiej” jestem w knajpce „Vis a Vis”. Muszę odpocząć, od prawie pięciu godzin bycia na nogach. Nikogo ze znajomych nie spotkałem, nikogo nie widziałem, znajomy barman pyta się mnie czy wiem, że zmarł poeta Czesław Miłosz. Odpowiadam, że nie wiem i na sztywnych nogach wychodzę na ulicę pod parasol, aby spokojnie wypić piwo. Przez moment zapadła w mojej głowie cisza, rozglądam się po ludziach, szukam na ich twarzach czegoś, co mógłbym nazwać cierpieniem z powodu śmierci geniusza. Ilu z nich ma jego książki? Ile osób w Krakowie, co ma jego książki w swoich domach? Powstawał jakiś chaos w mim mózgu i nagle uświadomiłem sobie, że nie mam prawa tak stawiać pytania, że to niesprawiedliwe i całkowicie oderwane od realiów życia. Jakiejś szalbierstwo z mojej strony i wróciło do mnie takie samo uczucie, jakie miałem podczas tłumaczenia wierszy Walta Whitmana, gdy w pewnym momencie piszę jak Walt Whitman własne wiersze, co wywołało we mnie wściekłość. Wiedziałem od Marka Skwarnickiego, że jest z nim bardzo źle i że śmierć ostrzy już kosę. Nie byłem zdziwiony jego odejściem, gorączkowo rozmyślałem jak zapamiętać dzień śmierci kosmity. Nagle zdałem sobie sprawę, że dlatego jestem w Krakowie właśnie teraz, bo on tego chciał, (wmawiam to sobie) a to, że kilka tygodni wcześniej otwierałem wystawę jego zdjęć w Chicago też nie było przypadkiem, że on to wszystko ukartował. Istne szaleństwo myślę – dodając w myślach, ale kosmici tak mogą robić, oni wszystko mogą zrobić, co normalnemu człowiekowi nawet nie przyjdzie do głowy, dla nich to pestka.  Za wszelką cenę próbuję przypomnieć sobie jeden z moich ulubionych wierszy pana Czesława Wyznanie, z tomiku” Kroniki” s.75. (14) aby powiedzieć go z pamięci. Komu powiedzieć – pyta jedna myśl – gdzie i komu pyta druga myśl. A trzecia odpowiada; idź pod dom poety, tam pod drzwiami zrób to.  Panu Czesławowi sprawisz największą przyjemność, lepiej nie będzie trzeba. Tak, to dobry pomysł – sam siebie chwalę. Wcześniej robiłem to w jego salonie, stojąc przed szklanymi drzwiami patrząc nie na poetę a na zachodzące słońce nad Zatoką San Francisco.

Panie Boże, lubiłem dżem truskawkowy
I ciemną słodycz kobiecego ciała.
Jak też wódkę mrożoną, śledzie w oliwie,
Zapachy: cynamonu i goździków.
Jakiż więc ze mnie prorok? Skąd by duch
Miał nawiedzać takiego? Tylu innych
Słusznie było wybranych, wiarygodnych.
A mnie kto by uwierzył? Bo widzieli
Jak rzucam się na jadło, opróżniam szklanice,
I łakomie patrzę na szyję kelnerki.
Z defektem i świadomy tego. Pragnący wielkości,
Umiejący ją rozpoznać gdziekolwiek jest,
A jednak niezupełnie jasnego widzenia,
Wiedziałem, co zostanie dla mniejszych, jak ja:
Festyn krótkich nadziei, zgromadzenie pysznych,
Turniej garbusów, literatura.

Tak teraz rozpocznie się turniej garbusów, spokojnie dopijam piwo i bez pośpiechu, dzwonię do Marka Skwarnickiego. Mówię tylko stało się pan Czesław nie żyje, jak dojść do jego domu. Marek zajęty, nie chce długo rozmawiać, cierpliwie objaśnia i zaprasza do siebie, ale już po pogrzebie poety.

Koniec części 3, cdn.

Adam Lizakowski

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko