Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

0
165


Okropieństw Houellebecqa nigdy dość

Mam złe przeczucie, że to może być jedna z ostatnich powieści Michela Houellebecqa, bo skoro główny bohater „Serotoniny” Florent-Claude-Labrouste egzystuje na takim dnie na jakim go obserwujemy, to gdzie może zostać usytuowany bohater kolejnej hipotetycznej powieści ciągle niedoszłego kandydata do Literackiej Nagrody Nobla? W piekle? A może już pod dnem piekła? No dobrze, ale co po piekle? No bo mrok i rozpacz bijąca pod niebiosa z kart prozy Houellebecqa są coraz mroczniejsze i coraz bardziej rozpaczliwe. A co do Nobla, to  powiem tak: Panie i Panowie z Komitetu Noblowskiego w Sztokholmie albo nie znają na literaturze, albo są hipokrytami i mają pietra przed sprzeciwieniem się „poprawnej”, konwencjonalnej opinii, według której Houellebecq to pisarz popowy. A z niego taki pisarz „popowy” jak z Balzaca, którego powieści abonowały ku rozrywce damy z towarzystwa na prowincji i w Paryżu w czasach Ludwika Filipa, jako dodatek do magazynów poświęconych modzie i innych „żurnali”. Dodajmy do tego element  z zakresu biografii pisarza, jej aspektu, by tak rzec, biologicznego, z którego wynika, iż poza tym, że nie dość że nie jest on już młodzieniaszkiem (rocznik 1958), to prowadzi przy tym rabunkowy dla swojego organizmu tryb życia, wypalając dziennie dziesiątki papierosów, wypijając codziennie kilka butelek wina i stroniąc pogardliwie od wszelkiej, szeroko rozumianej higieny życiowej, czym zwyczajnie sam wpędza się do grobu. Zejdę jednak z Houellebecqa – jego życie, jego ciało, nic mi po prawdzie do tego i kieruję uwagę na powieść, aczkolwiek jako czytelnik mam jednak interes, by pisał do późnej starości jak Kraszewski czy Lew Tołstoj. Całe grono recenzentów opisało już szczegółowo tę krańcową depresję w jakiej żyje bohater „Serotoniny” Labrouste, jego ratowanie się przed nią chemią farmaceutyczną, jego obrzydzenie do świata, do jego niezmierzonej ohydy, jego diagnozę obumierającej w coraz szybszym tempie cywilizacji zachodniej, rozpad wszelkich uczuć, więzi, nawet popędu seksualnego, degrengoladę wszystkiego. U Houellebecqa ten stan totalnej katastrofy moralnej i fizycznej zachodniej cywilizacji upostaciowuje niegdysiejsza „słodka Francja” ze „słodkim” Paryżem na czele. Nawiasem mówiąc, uważam to streszczanie w recenzjach tzw. fabuły, przebiegu akcji, czy jak by tego nie nazwać, za działanie nielojalne wobec czytelników, za niefrasobliwe odbieranie im przyjemności czerpanej z niespodzianek doznawanych w trakcie lektury, pomijając już,  że to odtwórcza „głupiego robota”, robiona po najmniejszej linii oporu. Niezależnie od tego, jeden z krytyków zauważył pewien paradoksalny rys „Serotoniny”, który jednakowoż nie wyraża się w tym, że cierpienia i absurd egzystencji Labrouste’a to przyprawione hedonizmem męki bogatego paryskiego burżuja konsumującego  majątek rodowy. To byłby banał stary jak świat, a przy tym dobrze znany i nie zmienia tego okoliczność, że bohater ma w swoim totalnym zblazowaniu, zniechęceniu, znudzeniu i zbrzydzeniu egzystencją własną i światem, że ma mianowicie problem ze wzbudzeniem w sobie zwyczajnego hedonizmu. A że „Serotonina” jest także powieścią antykonsumpcjonistyczną (w tym wymiarze akurat idzie Houellebecq tradycyjnym szlakiem radykalnej lewicy zachodniej), więc ten antykonsumpcjonizm uprawiany przy pomocy rozpasanej konsumpcji również ma rysy szydercze czy autoszydercze. Ów paradoks „Serotoniny” polega natomiast na tym, że pisarz który do tej pory nie stworzył ani jednej prawdziwie pozytywnej postaci, tym razem ją do „Serotoniny” wstawił i jest to – o horrendum!!! – francuski arystokrata wyznający, a przy tym z powodzeniem praktykujący tzw. tradycyjne  wartości, w tym przypadku starofrancuskie w sosie katolickim, w tym harmonijne, niemal mistyczne małżeństwo, zamiast uganiania się za byle orgazmami. Nie chce mi się wierzyć, że Houellebecq, ten bezwzględny szyderca ze wszystkich i wszystkiego, naprawdę wierzy i na serio każe nam uwierzyć, że w spadkobiercach arystokratycznej Francji jej ocalenie.  Na to nie zdobyłby się we Francji nawet najbardziej skrajny prawicowiec i konserwatysta, a autor „Serotoniny” takim jednak nie jest. Węszę w tym raczej celową, złośliwą prowokację ze strony Houellebecqa, który wie, że dominującą we Francji, nienawidzącą arystokracji jak wściekłej zarazy, krytykę liberalno-lewicową może to tylko rozwścieczyć do imentu, a w najlepszym razie wzbudzić w stosunku do niego nienawistną szyderę, że oto w całej „krasie” i już bez osłonek objawiły  się czarno-reakcyjne poglądy pisarza. A to tylko taka, ot, stylistyczno-retoryczna, przekorna figura literacka. Czym jednak jest dla czytelnika ten (prawda – lekko zneutralizowany przez wspomnianą, pozytywną postać) ponury, gigantyczny katalog wszystkich nędz współczesnego świata i ponurej kondycji człowieka, w porównaniu z którym czarny, przepełniony rozpaczą obraz zarysowany w XX wieku przez francuskich egzystencjalistów jawi się niczym słodka i cienista Arkadia? Czy nie jest to  – nomen omen – konsumpcja odgrzewanych kotletów, wędrowanie dobrze znanym szlakiem, a mówiąc najordynarniej – doznanie typu „ale to już było?”. Otóż właśnie, moim zdaniem – nie i w tym zaprzeczeniu zawiera się uznanie Houellebecqa, nie pierwszy skądinąd raz, za pisarza wielkiego. W jego alchemii literackiej jest właśnie to coś, co sprawia, że czytanie jego prozy, to źródło dzikiej przyjemności czytelniczej. Zgadzam się zatem z Wojciechem Orlińskim, który napisał, że „Serotonina” to „lektura lekka i przyjemna”, tak jak dla każdego prawdziwego konesera literatury „lekturą lekką i przyjemną” jest lektura wszelkiej wielkiej literatury. Tak, na tym polega inny paradoks, że lektura katalogu najstraszliwszych okropności egzystencji, obraz nudy i obrzydliwości, które ona rodzi jest jako akt czytelniczy źródłem prawdziwej przyjemności. Słowem – życie sobie, ponura diagnoza sobie, a satysfakcja estetyczna sobie. Czy jeszcze ktoś wierzy, że estetyce blisko do etyki? Przecież – nie bądźmy hipokrytami – nic nam nie sprawia takiej przyjemności jak obserwowanie cierpienia obcych bliźnich. To rodzaj voyerystycznego sadyzmu light. Zatem ponowna lektura monotonnych, powtarzających się okropności w wydaniu Houellebecqa jest po prostu przyjemnością. Cenną uwagę o walorach jego prozy sformułował (nawiasem mówiąc od dawna uważałem to samo), krytyk Wojciech Stanisławski: „Jest oczywiście w „Serotoninie”, jak we wszystkich poprzednich powieściach, zapomniana trochę zdolność wprowadzenia na poziom literatury doświadczeń powszechnych, ba, wszechogarniających, które jednak dotąd pozostawały niedostrzegalne dla pisarzy, niejako przezroczyste: zaczepiali  je swoim piórem publicyści, migały w tle niczym elementy scenografii, bywały przedmiotem humoreski, nigdy dotąd jednak nie stały się przedmiotem poważnej powieści, nie zauważono ich jako składowej, ba, determinanty naszego życia”. Zgoda, z jednym tylko akcentem  polemicznym – problem nie polega na tym że wspomniani „inni pisarze” tego czy innego nie dostrzegają. Problem polega na tym, że brakuje im genialnego talentu literackiego Houellebecqa. Nic mnie nie interesuje, czy Houellebecq jest lewicowcem czy prawicowcem, konserwatystą, reakcjonistą czy nihilistą. Dla mnie mógłby być nawet samym diabłem.  Interesuje on mnie bowiem tylko jako pisarz, jako artysta. I jako diagnosta świata.  Z jego ust, czy raczej spod jego pióra, a może jednak z jego klawiatury, spijam z przyjemnością wszelką ohydę, bo Houellebecq wielkim pisarzem jest (bez cudzysłowu). Koniec i bomba, a kto nie przeczyta, ten trąba. 

Michel Houellebecq – „Serotonina”, przekł. Beata Geppert, Grupa wydawnicza Foksal (WAB), Warszawa 2019, str. 334, ISBN 978-83-280-6639-7


Ten stary, niezawodny Wolter

Do licznych książkowych „relikwii” w mojej domowej bibliotece zaliczam edycję (rok1971) „Powiastek filozoficznych” Woltera we wspaniałej piwowskiej serii „Klasyki polskiej i obcej”, w przekładzie Tadeusza Boya-Żeleńskiego. Od tamtego czasu (48 lat) i Wolter i Boy przeszli w przestrzeni polskiej recepcji drogę od kanonu do lamusa. Tego pierwszego wyklęto jako pierwszego spiritus movens sprzeciwu wobec Religii i Tradycji, ojca chrzestnego wszelkiego „duchowego lewactwa”, rewolucji kulturowej, nowożytnego prawodawcę ateizmu i nihilizmu. Tego drugiego – jako żadnego tam nawet niedobrego liberalnego, „zdradzieckiego” polskiego inteligenta, lecz jako zwyczajnego „komucha” i „sowieciarza”. Nic mnie jednak takie etykiety nie interesują, bo interesuje mnie tylko wielka literatura. Gdy otworzyłem egzemplarz nowej edycji „Powiastek” przypuszczałem, że znajdę tam jedynie te, które znam: „Kandyda”, „Zadiga”, „Prostaczka” i „Tak toczy się światek” – kanoniczne świadectwa oświeceniowej wiary i esencję wolterianizmu. Tymczasem znalazłem tam dodatkowo dziewięć innych powiastek, których nie znałem, więc uczulam na to właścicieli wspomnianej starej edycji i miłośników prozy Woltera, gdyby nie wiedzieli. Nabywając tę edycję z piękną okładką, nabędą rzecz w znaczącym stopniu nową. Lekturę zacząłem od końca, od powiastki „Uszy hrabiego Chesterfield i kapelan Gudman” i znalazłem tam tego najsmakowitszego Woltera  z jego przekorą wobec ustalonych sądów, z jego niepokorą wobec utartych opinii i pojęć, z jego brawurową i nie liczącą się z niczym dezynwolturą w formułowaniu opinii zawsze obrazoburczych, często ekstrawaganckich (jak ta o wpływie wypróżnienia bądź niewypróżnienia jelit na nasze życie duchowe, która po prawdzie wcale nie jest tak zupełnie od czapy, co wielu może potwierdzić), z jego sceptycyzmem wobec wszelkich „poprawności” (paradoksalnie, bo to nikt inny jak Wolter jest ojcem krytycznej a nawet szyderczej postawy w stosunku do tzw. „politycznej poprawności”), wobec wszelkich złudzeń („Jeannot i Collin”) i tak dalej. Powróciłem też oczywiście do dużych pereł tego kanonu z „Kandydem” na czele. I także ta ponowna lektura, pierwsza tak uważna po wielu latach, pozytywnie zweryfikowała moje wątpliwości co do tego, czy mające przeszło dwustuletnią metrykę „powiastki filozoficzne” Woltera nie są już jedynie tylko zabytkiem kultury piśmienniczej, cennym jako składnik tradycji, „obiekt muzealny”, ale „nieczytliwym”, martwym jako teksty z językowego i historycznego punktu widzenia. Otóż nie. Klarowność i żywość prozy Woltera jest wręcz współczesna w swoim brzemieniu, co zapewne stanowi także zasługę translatora. Poza pewnymi rekwizytami z epoki, tworzywo „powiastek filozoficznych” może być, a może nawet powinno, podlegać naszemu współczesnemu przetwarzaniu myślowemu. Gdy się czyta Woltera, wcale nie czyta się anachronicznego filozofa w pudrowanej peruce, ale niemal „naszego współczesnego”. To niewiarygodne, jak ciągle tak samo lub bardzo podobnie, nasz „toczy się światek”.

Wolter – „Powiastki filozoficzne”, przekł. Wstęp i przypisy Tadeusz Boy-Żeleński, Wydawnictwo Marek Derewiecki, Kęty 2016, str.430, ISBN 978-83-64408-75-5


O miłości i wstydzie

Dzięki Państwowemu Instytutowi Wydawniczemu, po unikalnej możliwości zanurzenia się we współczesnej prozie chińskiej („Sen wioski Ding” Yana Lianke), mogłem przesunąć palcem po mapie Dalekiego Wschodu na północny wschód i znaleźć się w Japonii. Tam ów palec zatrzymał się na wielkim nazwisku Yukio Mishimy. Z czasów nastoletniego dzieciństwa (1970) pamiętam, jak przez mgłę, pokazywane w czarno-białej telewizji krótkie migawki z publicznego, honorowego samobójstwa przez harakiri, dokonanego przez niego w Tokio na jakimś dachu, po tym jak spełzł na niczym prawicowy, wojskowy bunt, który pisarz inspirował. Prawie pół wieku to wystarczająco wiele czasu, by zadać pytanie, czy Mishima (rocznik 1925) jest jeszcze pisarzem współczesnym. Po prawdzie był klasykiem już za życia nie tylko dlatego, że kandydował do literackiego Nobla, ale także dlatego, że w swojej wyszukanej stylistycznie, realistycznej ale też poetyzującej prozie odwoływał się do tzw. tradycyjnych wartości starej Japonii, kraju samurajów i kodeksu busido, „wartości” wywodzących się jeszcze z czasów feudalnych. Dwa lata po śmierci Mishimy (1972) ukazał się polski przekład „Ballady o miłości”,  a po wielu latach także „Złota pagoda” czy zbiory jego opowiadań „Zimny płomień” i dramatów (m.in. „Madame de Sade”). Uderzające w prozie u Mishimy jest to m.in. że mimo silnej ideologicznej, a nawet politycznej konotacji postaci pisarza, właściwie nie ma u niego polityki wprost, niewiele jest historycznych zdarzeń, a raczej ich odległe tchnienie. Mishima to bowiem przede wszystkim „pisarz miłości”. Jego proza jest przepojona atmosferą frenetycznej, zmysłowej namiętnej miłości. W pisarzu oddanym opisywaniu, w wyszukanej formie artystycznej, psychologii i fizjologii miłości, namiętności polityczne, faszystowski kult czynu i siły zrodził się trochę niespodziewanie dla postronnych, choć właśnie z tego kultu piękna i siły ciała (mogącego przywieść cokolwiek na myśl prozę Niemca Ernsta Jűngera). „Wyznanie maski”, to pełna gęstej zmysłowości, realistyczna powieść o seksualnym przebudzeniu młodego mężczyzny, która przyniosła Mishimie pierwszy rozgłos i która ukazała się dokładnie 70 lat temu (1949). To także powieść o seksualnym  tabu, o wstydzie, nazywanym kiedyś pruderią, fenomenie, który właściwie zniknął z horyzontu współczesnej kultury obyczajowej. Zjawisku, które gdy istniało, bywało często źródłem dyskomfortu i frustracji, ale trudno uwolnić się od poczucia, że wraz z jego zniknięciem świat erotyzmu został o coś zubożony, o jakąś nutę tajemniczości. Lektura „Wyznania maski” to bardzo dobry punkt wyjścia na szlak prozy wybitnego japońskiego pisarza.

Yukio Mishima – „Wyznanie maski”, przekł. Beata Kubiak Ho-Chi, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2019, str. 237, ISBN 978-83-06-03492-9

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko