Jacek Bocheński – Opera

0
390

Córka nie moja, lecz profesora Pisarka, z którą po jego śmierci trochę się zaprzyjaźniłem, twierdzi, że fanatyzm, jak rozmaite szały, rodzi się z miłości i że rodząc się zawiera w sobie „jednocześnie zalążek destrukcji”. To nie jest wyłącznie myśl Doroty. Wynika z pierwotnej myśli Eurypidesa, bo Dorota mówi o granej w Salzburgu operze „Bachantki” niemieckiego kompozytora Hansa Wernera Henzego (1926-2012). Libretto tej opery napisali poeta W. H. Auden i współautor Ch. S. Kallman na podstawie arcydzieła, które blisko dwa i pół tysiąca lat temu stworzył Eurypides. Dorota dostrzegła w reżyserowanych przez Krzysztofa Warlikowskiego „Bachantkach” uwodzicielskie widma współczesnego świata: populizmu, a może potencjalnego faszyzmu. „Jak to się dzieje, że zauroczenie, wszystko jedno: ideą, religią czy człowiekiem, może uruchomić tak potężne emocje, tak skutecznie porwać tłumy, że potrafi przeistoczyć się w niszczącą siłę?” – pyta w recenzji „Oszołomienie” z premiery „Bachantek” wykonanych 16 sierpnia 2018 na salzburskim festiwalu muzycznym (Salzburger Festspiele). Recenzję, którą publikowały w Polsce „Didaskalia Gazeta Teatralna”, przesłała mi, wzburzona, mam wrażenie, ekscesami współczesnej polityki.

Muzyki Henzego, podobno genialnej, nie słyszałem, inscenizacji Warlikowskiego w Salzburgu nie widziałem, ale jestem oszołomiony, jak Dorota, głębią i aktualnością operowego dramatu. Wieczna mądrość Eurypidesa sprawdza się raz jeszcze w trendach społecznych i politycznych dwudziestego pierwszego wieku.

„Bachantki” pokazują mechanizm amoku. Młody bóg Dionizos przybywa do Teb, aby potwierdzić swoją boską potęgę, z gotowym już mitem założycielskim kultu, a w poczuciu osobistym po to, by zemścić się za doznane upokorzenia własne i matki. Ludzie mianowicie nie wierzą, czemu trudno się dziwić, że królewna tebańska Semele zaszła w ciążę z odwiedzającym ją pod postacią człowieka Zeusem i że owocem tego związku jest właśnie Dionizos. „Do końca będziemy mieć wątpliwości – komentuje Dorota – czy nie jest to uzurpator, pospolity oszust”. Przeżył, cudownie ocalony przez ojca, bo Semele, ujrzawszy Zeusa na usilne życzenie w jego prawdziwej postaci energetycznej, spaliła się żywcem. „Dosłownie spłonęła z miłości do niego” – pisze Dorota.

W rzeczywistości kult Dionizosa pojawił się w Grecji późno i spotykał z oporem. Takie jest historyczne podłoże samego mitu i tragedii Eurypidesa. W salzburskiej inscenizacji opery Henzego głównym celem tebańskiej „misji” Dionizosa będzie, jak wnoszę z opisu Doroty i jak powiedziano by w Polsce Prawa i Sprawiedliwości, „odzyskanie” Semeli. Dionizos nie dąży do przejęcia tytularnej władzy politycznej w Tebach. Zainteresowany jest istotniejszą władzą nad „zmysłami i umysłami” ludzi. Rządzenie ich emocjami decyduje o wszystkim. Taki wszechstronny, można powiedzieć, ideologiczno-psychologiczny rząd dusz zdobędzie brawurowo bóg odurzenia, namiętności, orgii, wina i krwi. Trzeba przyznać, że ma co oferować ludziom i to czyni.

Nieistotną władzę polityczną w Tebach sprawuje chwilowo król Penteusz, który jednak zginie z rąk własnej matki, gdy ta, uwiedziona charyzmą Dionizosa, oszaleje i jako jedna z bachantek zamorduje syna. Trzeba dodać, że Penteusz to skądinąd brat cioteczny Dionizosa. Z pewnego punktu widzenia na pytanie, co jest tematem utworu Eurypidesa, można odpowiedzieć: rodzina.

Fundamentalną rolę w podboju Teb i świata przez boskiego pretendenta gra zatem, by użyć aktualnej polszczyzny, odzyskanie zmarłej Semeli, której należy się nie śmierć, lecz uwiarygodnienie i wniebowzięcie. Od początku przedstawienia zamiast nieżyjącej Semeli zaznacza swą obecność jej sarkofag, widoczny na scenie, jak powiada recenzentka, w sferze sacrum czyli w kaplicy. Zrazu gromadzi się tam na modły garstka starszych kobiet. Z czasem wychodzi na jaw moc uzdrawiająca złożonych w sarkofagu „relikwii”. Przyciąga chorych i niepełnosprawnych. Tak w sferze sacrum „zacznie działać rzucony przez Dionizosa czar, który opęta tebańczyków”. Momentem przełomowym stanie się cudowne uzdrowienie sparaliżowanej dziewczynki.

Ale Dionizos porwie masy nie tylko dzięki udziałowi w cudzie z dziewczynką, gdy objawi się przy Semeli, którą w końcu wskrzesi i wyniesie jako nieśmiertelną boginię na Olimp. Z religijnego punktu widzenia można przyjąć, że dzieło Eurypidesa mówi o dramatach wiary.

Jednak oprócz sfery sacrum, wcale nie głównej, jest na scenie sfera profanum: publiczne miejsce główne. Do tego centrum zaczną w chwili przełomu napływać z obu stron widowni „elegancko ubrani” statyści, nie różniący się ubiorem od publiczności, jakby to ona zapełniała stopniowo arenę operowych wydarzeń. Bo też w istocie jesteśmy to „my”. Tknięci tajemniczym impulsem staliśmy się w jednej chwili wyznawcami nowego boga. Uwierzyliśmy w Dionizosa razem z coraz większym tłumem wokół nas.

Ta nadzwyczajna konwersja nie jest prostym oportunizmem, choć w pewnej części prawdopodobnie jest. Dorota: „Tebańczycy, którzy dopiero co zapewniali zgodnym chórem, że „Penteusz…jest naszym panem”, nagle powtarzają: „Ayayalya! Długośmy czekali! Śpiewajcie, tebańczycy, chwalcie boga Dionizosa!”. Przemiana jest skutkiem autentycznego urzeczenia, na które pośrednio lub bezpośrednio wpływa wiele czynników. Najważniejsza bodaj siła dionizyjska, namiętność, uosobiona w przedstawieniu jako naga tancerka, ale też jako „ciało astralne” samego Dionizosa, działa zapewne w podświadomości tebańczyków, gdy dokonują spontanicznie wyboru politycznego. Nie inaczej, moim zdaniem, dzieje się w naszej podświadomości, gdy to robimy.

Sfera intymna kojarząca się z seksem, ośrodek największej wrażliwości, podniecenia i mieszanych emocji, coś, co w relacji Doroty nazywa się sypialnią Agaue, matki Penteusza, jest miejscem wspólnym „narodzin, zwierzeń, seksu, solennych deklaracji, ale i mordu” . Ten mroczny splot motywów intymnych czy okołoseksualnych przenika systemy nerwowe mieszkańców Teb i wpływa na ich decyzje polityczne poza kompetencjami umysłu. To w Tebach.

My, dodam od siebie, mamy swoje wrażliwe i drażliwe sploty motywów okołoseksualnych. Uchodźcy czyli inwazja muzułmańskich samców, którzy nam zgwałcą nasze kobiety. Aborcja. Moje prawo do mojego brzucha. Zabijanie nienarodzonych. Mąż do kuchni, zmywać naczynia! Przestępczość seksualna w sferze sacrum, pedofil w kościele i tak dalej. Nie wiedzieliśmy. Nie było tego! Dość! Amok. Czekaliśmy tak długo. Nie wiedzieliśmy, że czekamy. Śpiewajcie, Polacy! Chwalcie sprawcę zmiany. To w Polsce.

Sypialnia Agaue zostaje zredukowana do brzucha tej pobudliwej, zazdrosnej i straszliwej w szale bachicznym kobiety. Tu się wszystko dzieje. Przerażony Penteusz będzie próbował schronić się w tym brzuchu, z którego chciałby może znów przyjść na świat, a którego symboliczną repliką jest szafa stojąca w sypialni Agaue. Penteusz zostanie jednak rozszarpany. Matka schowa pod suknią jego wyrwaną z ciała głowę i tak ją jeszcze w toku akcji poniesie.

Z psychoanalitycznego punktu widzenia można w dziele Eurypidesa zobaczyć również tragedię o takim, psychoanalitycznym charakterze.

W naszej aktualnej recepcji, w odbiorze Doroty, pośrednio moim oraz austriackich czy niemieckich krytyków, salzburskie „Bachantki” mają przede wszystkim wstrząsającą wymowę socjologiczno-polityczną. Na koniec sam Dionizos, chyba nie tylko w imieniu własnym, lecz także swoich czcicieli, “oblewa wszystko benzyną z wielkiego kanistra – cytuję za Dorotą.- Siada w mroku, trzymając zapalniczkę w drżącej dłoni. Tę dłoń widzimy na projekcji w biało-czarnym, zwielokrotnionym powiększeniu”.

Punktem dojścia jest więc samozagłada? Spłoniemy na własne życzenie, jak Semele w objęciach Zeusa? Z zachwytu, rozkoszy odwetu, wściekłości, upojenia i rozczarowania?

A “może – kończy recenzentka wracając do początkowej myśli – wszystko to jest dziełem inteligentnego, charyzmatycznego oszusta, któremu daliśmy się oszołomić.”

Z tym zostajemy.

Ostatnie słowa mojej przyjaciółki Doroty, przesłane z Wiednia: „Siedzimy na beczce prochu”.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko