Rafał Górski – To jednak miłość daje prawdziwą wolność

0
53
Na zdj. Jolanta Skorochodzka, Urszula Szmidt i Dawid Malec, fot. Bartek Warzecha, archiwum TD

Rafał Górski pisze po premierze spektaklu „Motyle są wolne” Leonarda Gershe’a w reżyserii Zbigniewa Lesienia. Przedstawienie wystawił Teatr Dramatycznym im. Aleksandra Węgierki w Białymstoku:

Tydzień po udanej i entuzjastycznie przyjętej przez widzów polskiej prapremierze „Hobbita” J.R.R. Tolkiena Teatr Dramatyczny im. Aleksandra Węgierki w Białymstoku wystawił spektakl „Motyle są wolne” Leonarda Gershe’a w reżyserii Zbigniewa Lesienia. Przedstawienie na Scenie Kameralnej to przede wszystkim dobra rozrywka.

Reżyser kolejny raz podjął się realizacji sztuki napisanej przez Amerykanina Leonarda Gershe’a. Dramat, jak podaje broadwayowska baza danych, został wystawiony w 1969 roku. Później, na podstawie tej sztuki, Gershe stworzył scenariusz do filmu (1972) pod tym samym tytułem, który nawiązuje do cytatu z książki „Samotnia” (ang. „Bleak House”) Karola Dickensa. W obsadzie białostockiej wersji znaleźli się reprezentanci najmłodszego pokolenia aktorów – niesamowita Urszula Szmidt oraz wciąż windujący w górę Dawid Malec. Oprócz nich na scenie zaprezentowała się Jolanta Skorochodzka – ostatnio w większej roli wystąpiła jako Podstolina w „Zemście” wystawionej przez Henryka Talara. Natomiast gościnnie ukazał się Michał Kamiński, który przed kilkoma miesiącami z powodzeniem zagrał w „Gałązce rozmarynu” w reżyserii Rafała Matusza.

Spektakl rozpoczyna się od piosenki śpiewanej przez Dawida Malca przy zgaszonych światłach. Don – główny bohater spektaklu mieszka w wynajętej kawalerce w Nowym Jorku. Wyprowadził się od swojej nadopiekuńczej matki za namową sąsiadki. Aby się utrzymać, zamierza komponować piosenki. Chłopak jest niewidomy, jednak, jak się okazuje, doskonale sobie radzi w nowym miejscu. Ubrany w czarne spodnie, koszulę i sweter bez rękawów, ze wzorami rombów. Kiedy matka usłyszy przez telefon hałas dobiegający zza ściany, natychmiast bombarduje syna pytaniami.

Po chwili w mieszkaniu Dona pojawia się Jill – nowa sąsiadka: na głowie blond peruka, ubrana w ciemne spodnie w paski i czerwoną bluzkę na ramiączkach, przełamaną kratą w górnej części. To sympatyczna, szczera początkująca aktorka, przybyła z Los Angeles. Później okazuje się, że jej stylizacja to tylko kostium postaci, którą ma zagrać. Bohaterowie szybko nawiązują porozumienie. Jill dokładnie ogląda mieszkanie sąsiada. Towarzyszy temu ledwie hamowany słowotok. Wyciszonego Dona uznaje za świetnego słuchacza, zwierza mu się więc ze swojego życia. Oznajmia, że po sprinterskiej znajomości wzięła ślub, a małżeństwo trwało zaledwie sześć dni. Czasem się opamiętuje w swoich opowieściach, lecz nie trwa to długo. Objawia też komicznie chorobliwy apetyt – bardzo dobrze oddaje to scena pikniku na podłodze w mieszkaniu.

Po upojnej nocy Jill, w miejscu pikniku, pokazuje swoje pamiątki, ukryte w tajemniczym kuferku. Niespodziewanie do mieszkania wkracza przyodziana w garsonkę z wpiętym białym kwiatem Pani Baker – matka Dona. Zdejmuje czarny prześwitujący kapelusz. Ma ze sobą torby z zakupami. Od początku zaniepokojona jest zastaną sytuacją, tym bardziej że młodzi są ubrani tylko w bieliznę, a Dona dodatkowo ozdabia dość oryginalna fryzura, wykonana przez Jill. Oczywiście Pani Baker cisną się na usta niezliczone pytania. Sprawdza całe mieszkanie w najdrobniejszych szczegółach i pogardliwie wypowiada się o skromnych warunkach. Jak się można spodziewać, dziewczyna i kobiecie nie szczędzi swoich opowieści z życia, w tym tej o licznych rozwodach matki i ojczymach. Pani Baker jest zszokowana, nie kryje swojego zażenowania i niechęci. Bezskutecznie próbuje namówić syna do powrotu. Kiedy nadarza się okazja, Pani Baker zatrzymuje Jill na chwilę dyskretnej pogawędki. Pointując rozmowę, dziewczyna oznajmia matce, że najważniejsze jest to, czego chce Don, a nie to, czego potrzebuje.

Po rozmowie z Jill w matce dokonuje się jakaś zmiana. Jest spokojniejsza. Kiedy dziewczyna spóźnia się na umówioną z Donem kolację, Pani Baker jest ewidentnie zmartwiona. W końcu po dłuższej chwili zjawia się Jill w hipisowskiej stylizacji. Nie jest sama. Towarzyszy jej Ralph Austin – reżyser, u którego ma grać. Ralph to nieokrzesany mężczyzna z krzykliwą czapką na głowie i fantazyjnie zawiązanym szalikiem. Z wielką ekscytacją i nachalnością prezentuje swoje dziki reżyserskie wizje. Don nie jest zadowolony ze wspólnych planów Jill i Ralpha. Po wyjściu pary, Don oznajmia matce, że chce z nią wrócić do domu. Jednak ta zaskakująco niechętnie reaguje na niespodziewaną decyzję syna. Zdziwionemu Donowi, oświadcza, że jest już gotowy na samodzielne życie. Wraca do domu sama.

Don chce zatrzymać Jill i przekonać, że z nim będzie jej lepiej. Niestety, to mu się nie udaje. Wybucha dramatyczna kłótnia. Siedzący sam na podłodze chłopak, wyznaje, iż gorszą niepełnosprawnością, niż jego fizyczna ułomność, jest emocjonalne kalectwo Jill, która boi się swoich uczuć i nie chce przyznać, że jest w nich zakochana. Nieoczekiwanie dziewczyna wraca do Dona, wpadając w uściski i poszukując… jedzenia.

„Motyle są wolne” to pełna humoru historia o skomplikowanej relacji pomiędzy dwojgiem młodych ludzi. Z opowieści tej wynika, że niedojrzałość emocjonalna jest dużo boleśniejsza niż niepełnosprawność fizyczna. Don, który był izolowany od niebezpiecznego świata przez nadopiekuńczą matkę, nie zna prawdziwego życia. Wydawałoby się, że powinien być nieporadny w sferze emocji i uczuć, jednak okazuje się, iż chłopak nieco lepiej od innych bohaterów radzi sobie z emocjami i wkracza w życiową dojrzałość. To właśnie Don zdrowo podchodzi do życia, demaskując nieporadność pełnosprawnych bohaterów, którzy z definicji powinni być lepsi. Taka izolacja to częsty przypadek wśród rodzin doświadczonych niepełnosprawnością. Chcąc chronić bliskich, nie zdają sprawy, że tak naprawdę ich krzywdzą. W taki sposób postępuje Pani Baker, ale potrafi się zmienić. Z kolei Jill chce być wolną, dlatego nie jest w stanie zaangażować się w dłuższe relacje. Jednak okazuje się, że pozorna, łatwa wolność jest zniewoleniem, koniecznością ciągłych ucieczek od rzeczywistości. Na wolność trzeba zasłużyć, a prawdziwą wolność przynosi miłość. Wydaje się, że bohaterka ostatecznie to sobie uświadamia.

„Motyle…” dają aktorom możliwość solidnej prezentacji rzemiosła. Potwierdzają umiejętność zręcznego prowadzenia dialogu, wydobywania komizmu postaci. Dawid Malec, w spektaklu Lesienia, wypada nie gorzej niż w udanej kreacji Albinosa w „Błocie” (reż. Martyna Łyko). Aktor ma postawione przed sobą najtrudniejsze zadanie, bo, w odróżnieniu od pozostałych, na scenie przebywa niemal przez cały spektakl. Dodatkowo ma do wypowiedzenia sporo teksu. Postawione przed sobą zadanie wykonuje bez zarzutów. Od pierwszych sekund, kiedy to śpiewa w ciemności, do finałowej sceny w ramionach Urszuli Szmidt oprowadza widzów po perypetiach życia swojego bohatera. W roli niewidomego wypada bardzo przekonująco. Aktor naturalnie i umiejętnie ukazuje też radość Dona i lekkie zawstydzenie poznaną Jill. Don jako jedyny nie jest przerysowaną postacią. Dzięki doskonale poprowadzonej roli można bez problemu zauważyć, że chłopak odróżnia się na tle innych bohaterów. Jednym z atutów Dawida Malca jest plastyczna mimika. Najlepiej to widać w scenie, gdy Jill zjawia się u Dona wraz z Ralphem. Ta rola potwierdza artystyczny rozwój młodego aktora.

Po poruszającym występie w „Obławie” (reż. Jana Nowara) – Urszula Szmidt tym razem na scenie pojawia się w zupełnie innej odsłonie. Aktorka, wkraczając na teatralne deski, natychmiast skupia uwagę na swojej bohaterce: jest dynamiczna w mowie i w ruchu, doprowadza do śmiechu, gdy nazbyt poważnie wygłasza mało poważne treści, celnie uzewnętrznia zwariowaną i nieco odrealnioną osobowość Jill, doskonale ogrywa kostium. W bardzo zabawnej scenie pikniku aktorka deminstruje łapczywe spożywanie posiłku. Urszula Szmidt w roli Jill, udowadnia, że i w tak zwanym lżejszym repertuarze sprawdza się znakomicie. Para sceniczna Malec – Szmidt prezentuje zgrany aktorski duet.

Jolanta Skorochodzka uatrakcyjnia przedstawienie postacią Pani Baker, nadając jej belfersko-prokuratorskie usposobienie. Prowokuje do śmiechu, kiedy ironicznie reaguje na opowieści Jill. Aktorka zadziwia bardzo staranną wymową. Porusza się dostojnie po scenie, potęgując komizm swojej postaci. Jednak momentami popadała w sztuczność, choć z drugiej strony jeszcze mocniej przejaskrawia to postać matki. Dobrze też odgrywana  jest przez nią scena rozdarcia wewnętrznego, gdy akceptuje usamodzielnienie syna, ale się z tym nie godzi. Michał Kamiński w roli bezpośredniego, nieokrzesanego Ralpha wypada całkiem dobrze. Choć gra epizodyczną postać, potrafi podczas swojego wejścia w całości skupić na sobie uwagę publiczności za sprawą nadekspresyjnego zachowania. Kamiński skłania do nieokiełznanej wręcz reakcji, kiedy przesadnie wybucha reżyserskim entuzjazmem. Aktor brawurowo wciela się w postać mężczyzny niemającego żadnych hamulców. Zapamięta się jego przedziwny wyraz oczu i niecodzienną mimikę. Przykład Michała Kamińskiego potwierdza, że nie ma małych ról.

Zawodzi kiczowata scenografia Elżbiety Terlikowskiej-Misiak. Zbyt wiele tu tandetnie codziennych elementów. Jedynie skrzynia na kółkach, służąca jako stół, jest najciekawsza, bo inna niż pozostałe nazbyt realistyczne meble. Kostiumy tej samej artystki są lepsze, choć wciąż oczywiste. Z pewnością jednym z atutów przedstawienia jest ilustracyjna muzyka Piotra Mikołajczaka.

„Motyle są wolne” to drugie wystawienie tej sztuki w białostockim Teatrze Dramatyczny tym razem, po trzydziestu sześciu latach, w reżyserii Zbigniewa Lesienia. Sztuka Gershe’a realizowana jest przez reżysera po raz czwarty. Niewiele tu nowego w stosunku do poprzednich realizacji. Od reżysera, tak dogłębnie zaznajomionego z meandrami tekstu Gershe’a, oczekiwałoby się czegoś więcej. Zbigniew Lesień poprowadził historię w stronę farsy, za mało pogłębiając psychologię postaci. Większość z emocji serwowanych przez aktorów, w sposób oczywisty, wynika z wypowiadanych przez nich słów. W natłoku przesadnego komizmu zatraca się niedostateczne wyeksponowany sens przenośny, który w dramacie jest niezwykle istotny. Przykładowo, podczas oglądania adaptacji filmowej dokonanej przez Miltona Katselasa doświadcza się ledwie życzliwych uśmiechów. Na szczęście, mimo reżyserskich „starań”, czasem nachodzą widzów głębsze refleksje. Pomimo tych wszystkich niedociągnięć „Motyle…” stanowią dobrą rozrywkę, dostarczającą dużo śmiechu. Na pewno – podczas najnowszej produkcji „Węgierki” – nie można się nudzić. „Motyle są wolne” to dobra propozycja, by miło spędzić wieczór.

Rafał Górski

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko