Jagoda Opalińska – W kwestii Wesela – ważny i uważny głos Wawrzyńca Kostrzewskiego

0
219

            Inscenizacja Wawrzyńca Kostrzewskiego autentycznie boli. To oznacza, że jest aż do trzewi „wyspiańska”. Sięga bowiem do snu o potędze, który nie tylko chwyta za gardło, ale też niesie soczysty teatr. Uwikłany w historię, aktualność, poetycki cudzysłów, dźwięk, obraz, przestrzeń, światło, gest, ruch, taniec. Cyzelowany szczegół goni synestezyjną metaforę. Rozpędzone kadry wstrzymuje bezruch. Szeroki plan przenika ostre zbliżenie. I na odwrót. „Raz dokoła, raz dokoła”.

            Takie materii pomieszanie w spektaklu Wesela (prem. Teatr TV, styczeń 2019) fascynuje, a jednocześnie budzi wiele pytań. Nie ma przebacz. Nie ma chłodnego dystansu, ale i nie ma aluzyjnej doraźności. Jest natomiast scenicznie uwarunkowany wyrazisty teren sporu.

            Z tym większym zdziwieniem odebrałam recenzję Antoniego Buchały zamieszczoną w Arcanach (I-IV 2019). Dwumiesięcznik godny i poważny, a tekst – mówiąc delikatnie – myślący inaczej. Powiedzmy wprost. Osąd reżyserii wyprowadzany poza ramy inscenizacji wikła się już a priori w polemiczny absurd. Sięgnijmy więc przykładu.

            U Kostrzewskiego Chochoł to upiór, czyli ożywione na moment zwłoki owinięte w śmiertelne całuny. Nie ma zatem róży chwilowo uśpionej i czekającej na wiosnę, nie ma u weselników przebłysków świadomości, kiedy to odsłania im się owa róża, czyli prawda o nich samych przykryta słomą oportunizmu i doraźnych tłumaczeń.

            Mój Boże. Widzisz Prokeschowskiego ducha i nie grzmisz. Halina Łabonarska, której Szanowny Recenzent nie zauważył (sic!) stworzyła niezwykle sugestywny, syntetyczny wizerunek Chochoła. I nie jest to w żadnym wypadku cmentarne truchło, które „uparcie próbuje zreanimować polskie truchła z przeszłości, aby swoim trującym oddechem przenikały zdrową tkankę narodu”.        No cóż, dopiero tak wyraziście osadzony w rzeźbiarskiej formie Chochoł Łabonarskiej umieszcza poezję, śpiew, gest, ruch, taniec w obszarze gorzko-dyskursywnego memento. Fakt, że nie pachnie różą, nie imituje polnego straszydła. Stąd spokój Isi. Ale też fakt, iż wynoszą go w spektaklu cmentarne dymy, i że ciągnie się za nim odór wojennych zgliszczy. Stąd płynie nasz ból. Stąd wykluwa się tragiczna świadomość kolejnej przegranej. Wszystko dzięki precyzyjnie ważonym środkom wyrazu. Ten rodzaj gestyczno-ruchowo-brzmieniowej pajęczyny potrafią ujarzmić tylko prawdziwi mistrzowie teatru. Świadomie opancerzony przekaz musi ranić. Zwłaszcza że pogłos klęski uderza widza –  oddziałując w ścisłym, funkcjonalnym przymierzu inscenizatorsko-aktorskim – rykoszetem i bez znieczulenia. A, co kluczowe, komunikat rezonuje na linii wspaniale pogłębionej, choć trudnej i subiektywnej teatralizacji narodowego być – nie być – trwać.

            Skoro zaś recenzencką turę zainicjował Chochoł, niechże się pojawi Jasiek Marcina Stępniaka. Powiedzmy szczerze, dialog z Chochołem Haliny Łabonarskiej trzyma w interpretatorskich ryzach. A tu trema, nerwy, zwłaszcza że aktor-świeżak, dopiero co po studiach. Ale poleciało! Pięknie, z podskokiem, rodzajową emfazą, a równocześnie w trybach znakomicie sygnalizowanego (ostatnie sceny!) tragizmu. Żal tylko wstrząsających ujęć z odkopywaniem przez Jaśka złotych rogów. Idea chwyta za gardło. Tym bardziej szkoda, że miga utrwalona w kilku jakby nieco pośpiesznie realizowanych obrazach – zagubiwszy plan przytrzymanego zbliżenia. Powtórzmy. Idea arcyważna, przenikliwa i warto by reżyser kiedyś jeszcze do niej powrócił.

            Tymczasem tu i teraz proponuję drogę szlakiem innych wykonawców. Precyzyjny porządek dialogu, system powtórek, skrótów, dzielonych i łącznych kwestii określają kierunek i temperaturę dyskusji. Bierze w nich udział cały zespół, ale też pojawiają się soliści.

            Znakomite, gęste aktorstwo bez ekwilibrystycznych ozdobników przedstawia Gospodarz Grzegorza Małeckiego. Najpierw serdecznie pobłażliwy wobec rozhukanej gromady weselników. Potem już sam niesiony nurtem biesiadnej gadaniny. Sięgnąwszy pełnego goryczy krzyku: „nastrój, macie ot nastroje: w pysk wam mówię litość moją”, omdlewa na historycznym cmentarzysku. Mocną klamrę tych zbliżeń tworzy finałowy modlitewny apel wzruszający prostotą przekazu „a Matka Boża w koronie, na Wawelskim zamkowym tronie siedząca manifest pisze”. Piękny, szlachetny w konturze, a jednocześnie zwarty, lapidarny wizerunek.

            Niepokój, tajemnicę skrywaną między poezją a społecznymi realiami niesie Rachela Olgi Sarzyńskiej. Portret świadomie osobny. Kształtowany na granicy samotności z wyboru i z urodzenia. Odważna, a jednocześnie bezradna Rachela staje przed nami jako świadek pamięci zatrzymanej w wojennych popiołach, które coraz silniej otaczają weselny tłum. Niezwykle trudna rola. Koronkowa aktorska robota!

            Zupełnie inaczej w barwnie kontrastowanym zbliżeniu pojawiają się Klimina Ewy Konstancji Bułhak i Radczyni Agnieszki Suchory. Z jednej strony – soczyście organiczny rodzajowy witalizm. Z drugiej – precyzyjnie dawkowany środowiskowy dystans. Ewa Bułhak, kiedy patrzy słucha, czy ripostuje jest na wskroś malowana pędzlem Wyspiańskiego. Natomiast Radczynię Agnieszki Suchory od stóp do głów wypełnia zadziwienie, że maluczcy tego świata swój rozum mają. Cedzi więc słówka, spogląda wzrokiem żmii i raz po raz wypuszcza mimiczny dąs.

            W obszarze już nie kontrastu, lecz powinowactwa spotykają się Dziennikarz Tomasza Schuchardta i Poeta Piotra Adamczyka. Łączy te role świetnie wyszlifowana konwersacyjna dezynwoltura. Ale też nabierają rozpędu, kiedy kolokwialnej swobodzie wtórują dwie młode zdolne aktorki (tegoroczne absolwentki Warszawskiej Akademii), czyli Maryna Agaty Różyckiej i Zosia Martyny Byczkowskiej. Na werbalne zawijasy aktorskiej starszyzny, (tak, tak Panowie – licznik bije), odpowiadają utrafionym w kadencję wersu wierszem Wyspiańskiego, pojawiając się równocześnie w oparach „Wyspiańszczyzny” (korowód – zbliżenia).

            Wróciwszy do wizerunków Dziennikarza i Poety trzeba się jeszcze zatrzymać w godzinie zjaw. Tam bowiem Dziennikarz Schuchardta mierzy się ze znakomitą figurą Stańczyka, której szkielet Mariusz Bonaszewski lepi na polskim cmentarzysku. Kiedy Stańczykowska drwina nabiera  głęboko tragicznego wymiaru, dziennikarskie ego opada w otchłań bez-nadziei i bez-czynu. Na „daj dłoń” Poety, Dziennikarz mówi „daj spokój”. Tak się objawia sięgający serca i umysłu wszechwładny marazm…

            Większy wybór półtonów i półcieni zostawia przestrzeń Poety. Choć też obrabowany z wolności przez Rycerza –  rola Przemysława Bluszcza znakomicie wsparta na fundamentach tworzywa werbalnego – Poeta nadal fruwa po obrzerzach słownej ekwilibrystyki. Ba, nawet pomaga ślicznej i naturalnej Pannie Młodej (Diana Zamojska) zlokalizować Polszczyznę-Ojczyznę.

            Powtórzmy. Aktorska wspólnota w obsadzie Wesela nosi rys autentycznej zespołowości. Zwartych, specyficznie osobnych aktorskich zbliżeń pojawiło się sporo. M.in.  Krwawe Inferno upiora, uchwycone z lustrzanej perspektywy Dziada rezonera – Adam Ferency. Ostra, a jednocześnie starannie cyzelowana nadekspresja Hetmana – Marian Opania.  Konny wizerunek Wernyhory jak z płócień Wojciecha Kossaka – Daniel Olbrychski. Pan Młody, sympatycznie nieporadny jako inteligent dystrakt – Piotr Ligienza. Gospodyni, personifikacja ludowego ciepła i ludowej mądrości – Dominika Kluźniak. Marysia, plastyczny kadr wsparty naturalnym wdziękiem i kroplą niespełnienia – Małgorzata Kocik.  Haneczka, na pół diablica, na ćwierć kobieta – Karolina Charkiewicz. Głos Ojca wyraźnie rozpoznawalny w natłoku biesiadnych migawek – Piotr Cyrwus.

I tak wędrując ścieżką rozmaitych stylizatorskich tropów, zbliżamy się do szczególnej przestrzeni Czepca – Michał Czernecki. Co tu dużo mówić, po prostu artystyczne rękodzieło tkane w przymierzu prawdy i żywiołu. Rzecz wymaga jednak przypisu. Na krakowskiej prapremierze przedstawiano tekst często preparowany i pod dyktatem cenzury, i pod presją towarzyskiego ambarasu, jaki zgotował krakusom Wyspiański. Wszystkie zmiany tekstu wszechstronnie wyjaśnili Aniela Łempicka i Jerzy Got. Natomiast tu i teraz chciałabym tylko wydobyć fakt, że wśród usuniętych fragmentów znalazł się moment, gdy Ksiądz i Żyd pospołu osaczają Czepca-dłużnika, a on z iście Rejowskim przytupem ripostuje: To któż moich groszy złodziej, czy Żyd jucha, czy dobrodzij?

W prapremierowej wersji ostał się tylko rubaszny Ksiądz dobrodziej oraz rodzajowy konterfekt Żyda arendarza. Później akurat te dialogi przywracano w bardzo różnych satyrycznych ujęciach. Lecz nie tu leży moja wątpliwość. Czernecki Czepcową zamaszystość  wydobył w całej głębi i zapalczywej i łobuzerskiej odwagi. Tyle że nie miał słownego wsparcia, kiedy wyjaśniał burdę z Żydem: Juzem myśloł, że się stoczył, on się tylko krwiom zamroczył. W spektaklu obraz zaiskrzył cuchnącym ogniem, co dobitnie pokazały reakcje Żyda i miastowych gości. No, cóż – bijatyka jest bijatyką, ale trzeba znać nieobecny kontekst dramatu. W oryginale Wyspiańskiego Czepiec-rozbijaka wyjaśnia: „A to było przy wyborach”. Czyli kiedy? Otóż w 1900 roku do parlamentu Austro-Węgier startował działacz chłopski Franciszek Ptak z Bieńczyc. Rozpolitykowany i rozgorączkowany Czepiec opowiada jak w Sokolskim dworze, tzn. w krakowskim budynku Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”, ścierał się w tłumie wyborców i napotkał przeciwnika Żyda. Fakt faktem walczył siłą, co już naganne, ale nie uruchamiał żadnych rasistowskich demonów… I właśnie w ramach szerokiej perspektywy, którą otwiera spektakl, wydał mi się ten akcent niepotrzebnym uproszczeniem. Lecz suma sumarum, drapieżna, soczysta rola Czepca, wspaniale współtworzy paletę inscenizatorskich kolorów, które odnajdują się na linii pytania: skąd i dokąd zmierzamy?

Polska chata rozgadana, a dookoła wstrząsające pogorzelisko-cmentarzysko. Stare nagrobki, wojenne zgliszcza, okaleczona bombą rzeźba Chrystusa sprzed warszawskiego kościoła Św. Krzyża, zarys smoleńskich schodów. Tym szlakiem się przewija korowód weselników. Niesie ich zdeformowany, straceńczy pęd. Łączy zdeformowany sen o Niepodległej. Ostre akordy dopełnia klaustrofobiczny posmak. Publicysta „Arcan” zobaczył tam „…upiory przeszłości, które nie mają nam nic ciekawego do powiedzenia”. Po trzykroć nie! Czy rzecz ciekawa nie wiem, gdyż nie o newsy tu chodzi, lecz o nasze narodowe status quo, o diagnozę, która boli, wywraca bebechy, wkręca się w duszę i… otwiera dyskurs. Wszystko za sprawą – osadzającej symbolikę w kręgu wyzwań i refleksji – wizji inscenizatora.

            Klarowna, syntetyczna struktura. Układ tekstu akcentujący i zawiłość i logikę dyskusji. Intensywne aktorstwo podporządkowane metaforze. Przestrzeń usytuowana między rodzajowym szczegółem, planem historii i współczesności (scen. Katarzyna Nesteruk). Zdjęcia (Adam Bajerski) w ostrym zbliżeniu i w perspektywie deformacji. Taniec (Jarosław Staniek, Katarzyna Zielonka) w okowach zatrzymanego gestu i odkształconego ruchu. Muzyka (Piotr Łabonarski, Barbara Derlak, Tomasz Waldowski) splątana z przesłaniem i symboliką poetyckiego wersu.

            Wszystkie te linie, idąc wzdłuż i wszerz dialogu, prowadzą do myślowego sedna. Mimo iż wedle fabularnej chronologii świta – robi się coraz mroczniej. Nadzieję przesłania letarg. Czas sięga bez czasu. Zostaje tylko światło odbite w oczach tulonej przez Gospodynię maleńkiej, ślicznej jak z obrazka, dziewczynki (Janina Kostrzewska). Tylko jeden błysk. Tylko jeden znak. Ledwie muśnięta szansa szansy. Pytanie, który to już raz?

Jagoda Opalińska

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko