Włodzimierz Kłaczyński – Pudełko*

0
361
Stefan Rusin

 Zanim wspomnę o naszym historycznym (dzięki Heniowi Jaśkiewiczowi) stole, muszę zorientować ewentualnych czytelników co do ilości i składu naszego roku, oraz wspomnieć o różnych polityczno-społecznych niuansach, ciekawych ze względu na zetempowsko-ubeckie koneksje niektórych koleżanek i kolegów. Było nas na początku roku akademickiego sto siedemdziesiąt osób. Ta horrendalna liczba studentów wzięła się stąd, że ministrom Skrzeszewskim (panu i pani) zachciało się tworzyć socjalistyczną inteligencję z dołów społecznych, czasem czteroklasowych, czasem siedmioklasowych. Stworzyli tak zwane „studia przygotowawcze”, gdzie z tego rodzaju osób, byłych ubowców, prowincjonalnych działaczy partyjnych, jakichś niedouków robotniczych, tworzyli dwuletnie szkoły, po których nie wydawali żadnego świadectwa, a tylko wysyłali na uczelnie listy nakazujące obowiązkowe przyjęcie tych osób na różne wydziały bez egzaminów. Stąd później się wzięli docenci bez matury. Niektórzy drogą „kucia” po nocach, po poprawkowych egzaminach, po komisjach w końcu chwytali rytm nauki i potrafili pokończyć nawet trudne wydziały. Takim na medycynie był Bober, chociaż to, co on wyprawiał i w czym uczestniczyli tchórzliwi profesorowie, to całkowite curiosum, niemożliwe do wyobrażenia na innych uczelniach. Po jego bezprzykładnym wyskoku, chodziło o to, że wypożyczał pokój w baraku prostytutkom i ich klientom, powinien był być bezapelacyjnie wyrzucony z uczelni. Jednak profesor psychiatra wziął go do szpitala psychiatrycznego w Abramowicach i w ten sposób uratował przed skreśleniem z listy studentów. Chociaż Bober chorował, to na komisji dyscyplinarnej powiedział: „Sprawicie satysfakcję czarnej reakcji, kiedy mnie wyrzucicie!” Blisko pięćdziesięciu takich działaczy i naukowców in spe znalazło się na naszym roku, a do tego doszło jeszcze około dwudziestu działaczy po maturach w technikach weterynaryjnych, którzy sądzili, że zetempowskie obyczaje będzie można kontynuować na uniwersytecie.

Szefem uczelnianego ZMP na UMCS był student prawa, brat słynnego aktora filmowego i teatralnego, Wojciecha Siemiona i chociaż miał duże wpływy zachowywał się przyzwoicie. O jego dalszych losach po ukończeniu uczelni nic nie wiem, bo — po prostu — tym się nie interesowałem. Natomiast na moim roku pojawił się niejaki Szustaczyński, którego ojciec w Gliwicach był świetnym krawcem i obszywał całą elitę polityczno-kapitalistyczną na Śląsku. Przepłacił on przewodniczącego Zarządu Powiatowego ZMP w Gliwicach i tenże wydał nie należącemu do organizacji synowi „matadora krawiectwa” taką opinię, że Siemion natychmiast zrobił go u nas na roku przewodniczącym ZMP. Opowiadał o tym Bezpalko, ale już po latach, kiedy ani Szustaczyńskiego nie było na weterynarii, ani nikogo nie obchodziło dogorywające ZMP.

Ale na razie wydawać się mogło, że wszystko toczy się jak należy. Świadczyło o tym pierwsze zebranie ZMP na roku, gdzie brylowali panowie: Tworek, technik weterynarii — nazywaliśmy go arbiter elegantiarum ze względu na wyszukany styl ubierania się, zresztą, jak się potem okazało, skończył weterynarię bez wysiłku, Rudolf Górski — były szef UB z Miechowa, Hołody — bonza partyjny, Śliwa — przewodniczący ZMP w Liceum Weterynaryjnym w Puławach. Ten dał się poznać od razu, bo na pierwszym zebraniu zapytał: „Czy ja mam tutaj z bydłem do czynienia, czy z ludźmi?!” Było bowiem dla niego za głośno. Ten Śliwa został przewodniczącym ZMP po Szustaczyńskim, który popisał się „szpadryną” podczas inauguracyjnej bójki z kelnerami z „Europy”.

Śliwa szybko skończył urzędowanie i zniknął po pierwszym semestrze. Pojawił się jeszcze na zebraniu, jak się okazało dyscyplinarnym, innego koła ZMP. Niejaki kolega Łupina, z drugiego już roku weterynarii, miał odegrać rolę „kata” w stosunku do delikwenta, drugorocznego kolegi Mariana Wilkosza, zwanego później Szopkarzem. Tak więc kat, czyli Łupina ( późniejszy po latach poseł Solidarności, znany działacz w Lublinie) przyszedł na nasze zebranie wyrzucać z ZMP Wilkosza, który przez dwa lata był jego kolegą, a nie zdawszy egzaminów znalazł się u nas. Jego wojskowa przeszłość, forsowanie Nysy i inne ciężkie przejścia, spowodowały, że pozwolono mu powtarzać rok.

Łupina rozpoczął od typowych zagrań mówców zetempowskich: od planu sześcioletniego, wojny koreańskiej i Wietnamu, a potem skoczył na Wilkosza: że jest niegodny być zetempowcem, bo ciągle gra na organkach, zamiast się uczyć, że zadaje się z nieodpowiednim towarzystwem, itd., itd. Wnioskuje Łupina, żeby Wilkosza wyrzucić, co ma uczynić nasze koło ZMP — i to natychmiast.

Zarząd siedzi do nas twarzami, wyraźnie widać, że jest za, jak na rewolucjonistów przystało. Już, już mamy przystąpić do głosowania, kto wie, czy nie w skrócie, zatem od razu: „Kto jest przeciw?” A tu wstaje Bezpalko, kumpel Szustaczyńskiego, który akurat miał tę sprawę ze „szpadryną” i zamiast przyjść na zebranie poszedł „na wódkie”.„Szustak, gdzie idziesz?” „Na wódkie!”Tak więc jest Bezpalko.

— Czy mogę zabrać głos?

— Proszę! Proszę! — mówi Śliwa.

— Chciałem się spytać kolegę Łupinę, czy Wilkosz był w ich kole na roku?

— Był — mówi Łupina.

— No, to dlaczego kolega nie wnioskował wtedy, żeby Wilkosza wyrzucić z organizacji?

— Przez niedopatrzenie… — mówi Łupina.

— To — mówi Bezpalko — ja bym wnioskował, żeby ten, kto winien jest tego niedopatrzenia, został ukarany. Może naganą, może upomnieniem, ale na karę zasługuje.

— Jak się kolega nazywa? Proszę o nazwisko! — usiłuje się stawiać Łupina.

— Proszę bardzo! Bezpalko się nazywam i nic do kolegi Wilkosza nie mam, ani też moi koledzy.

— Tak! Tak! — odzywają się głosy.

I Łupina poszedł jak zmyty.

O tym Łupinie to warto coś powiedzieć. Dociągnął na weterynarii do czwartego roku. Egzaminów dyplomowych nie zdawał. W jakiś sposób „przerzucił” się na filologię polską i zaczął od pierwszego roku. Marksizm-leninizm mu chyba zaliczyli, bo to miał na weterynarii, zachował też etacik w AZS-ie. Nie odkłania się byłym kolegom. Podczas przewrotu gomułkowskiego w 1956 roku jest niewidoczny. Za to w 1981 roku jest już widoczny, wyraźna zmiana poglądów. W pierwszych „wolnych” wyborach zostaje posłem Solidarności. Kariery wielkiej nie robi.

Czytam teraz dzienniki Łapickiego. We wprowadzeniu autorstwa jego córki znamienne zdanie: „Kto się nie umoczył w socjalizmie?” Racja!

Pierwszy dzień ćwiczeń z anatomii. Wchodzę do sali w Collegium Anatomicum, pełną już ćwiczących przy stołach. Rozglądam się za miejscem dla siebie, trochę onieśmielony i zdezorientowany. Po prawej stronie widzę stół niezbyt obsiadły ćwiczącymi, przy którym króluje zażywny jegomość gładko wygolony o jowialnej twarzy dobrodusznego poczciwca. On też zwraca uwagę na mnie, bezradnie stojącego i rozglądającego się, bo czyni krok w moją stronę i mówi:

— O, widzę, że młodzieniec nie ma jeszcze przydziału.

Czerwienieję zaskoczony takim tytułem, ja, młodzieniec, i nagle zagadnięty odpowiadam speszony:

 — Tak, to znaczy się tak, nie mam jeszcze przydziału.

— To proszę bardzo, niech młodzieniec stanie przy naszym stole. Mamy tutaj skrypt, który znacznie nam ułatwi pracę.

Podchodzę do stołu otoczonego wianuszkiem adeptów, wpatrujących się w pożółkłą kupę kości, wysypaną przed chwilą przez laboranta i w leżący na stole skrypt, równie pożółkły ze starości, używany zapewne przez pokolenia studentów, być może, jeszcze przez studentów lwowskiej Alma Mater, postrzępiony i z pierwszą kartką ledwo się trzymającą całości. Ktoś litując się nad ćwiczącymi poprawił piórem i atramentem wyszarzały druk tego skryptu w jego pierwszych słowach i rzuca się w oczy to, co stało się wyraźne po tym zabiegu, a więc: „Os occipitalis…”

W tym czasie wyglądający na ponad trzydziestolatka jegomość, który utytułował mnie młodzieńcem, pyta:

— Ja nazywam się Henryk Jaśkiewicz, a młodzieniec?

Podaję pośpiesznie swoje nazwisko. Podobnie inni. Wysoki chłopak, gołowąs, stojący obok Jaśkiewicza mówi: „Dębski”. Dalej stoi Przemek Grzegorzewski, którego już zdążyłem poznać. Następnie podaje swoje nazwisko Karasiewicz, zwany później Incisura, o przerzedzonych włosach i wysokim czole, potem Bezpalko, ten kolega Szustaczyńskiego, wreszcie Kwaśniewski, nijaki blondynek. On jeden potrafi zrozumieć knajacki język Bezpalki, który używa go w rzadkich chwilach zdenerwowania. Ten Bezpalko, mocno zaciągający po lwowsku, to grubokościsty i silnie umięśniony chłopak.

Naprzeciw mnie stoi osobnik o tępej twarzy, który nie wymienia swojego nazwiska, jakby go to wszystko nie obchodziło. Jak potem się zorientowałem, nazywał się Waleniak, a porozmawiać z nim było można tylko o organizacji zetempowskiej, która go skierowała na studium przygotowawcze i o spawaniu siodełek do eshaelek, przy których pracował w Starachowicach.

Potem do naszego stołu jeszcze doszli koledzy Rzepisko i Domin, chłopak w wieku Henia, bardzo narzekający na współlokatora, który sprowadzał sobie prostytutki, bo gdzieś tam zarobił przy budowie fabryki samochodów. Żalił się:

 — Heniu, on zasłania ją prześcieradłem, ona za tym parawanem się rozbiera i włazi do łóżka, a on na nią. Ja już tego dłużej nie wytrzymam! A jeszcze przy płaceniu wali ją w pysk, zaś ona krzyczy: „…kiedy się to skończy!”

Kości! To ta część anatomii, która jest naprawdę trudna, bo trzeba najpierw określić gatunek zwierzęcia, a ma się do dyspozycji konia, krowę, świnię, psa, kota, kozę i owcę. Określić gatunek to jeszcze głupstwo, ale także trzeba określić po łacinie szczegóły, dzięki którym znalazło się właściwe rozwiązanie zagadki. Te różne guzki (tuber, tuberositas), szczeliny (incisura, fissura) i inne cechy charakterystyczne dla danego gatunku, odróżniające jakąś kość dużego psa od kozy. I czym się różni circumferentia articularis u tych dwóch zwierząt.

Po półtora miesiącu tej udręki przede mną u jednego z asystentów pierwsze kolokwium, które mało kto zdaje, mnie się akurat udało. Niektórzy zdają je dopiero za którymś tam razem w przerwie semestralnej. W końcu widzę niektórych, jak przerzuciwszy się na medycynę zdają śpiewająco kości człowieka i kiedy spotykamy się na schodach (mamy prosektorium w jednym budynku), odwracają głowy, udając, że gdzieś coś zauważyli. Do tego wszystkiego wędrówki na piechotę do zakładów chemii, mikrobiologii, epizoocjologii w Collegium Maius na Stalingradzkiej i z powrotem, fizyki w Liceum Staszica na Racławickiej, nieraz dwa razy dziennie. I poszukiwanie obiadów na ogół w stołówce robotniczej, czy w Caritasie na Świętoduskiej, a w ostateczności w restauracji końskiej obok Bramy Krakowskiej. Czasami kino. W Lublinie jest ich trzy, a osławione jest Rialto na Starym Mieście z lożami i bufetem. Tam trzeba iść grupą, bo możesz dostać „fangę” od mieszkańca Starówki, któremu się nie spodobasz.

Te zapasy z życiem powodują u niektórych stresy i zaburzenia odporności, co owocuje przypadkami gruźlicy. Dla takich delikwentów, u których stwierdza się przy okresowych badaniach gruźlicę, na Czechówku, w sąsiedztwie stołówki akademickiej urządzono tak zwane półsanatorium z pojedynczymi lub najwyżej dwuosobowymi pokojami; inne posiłki, łykają PAS i czasami mają ulgi z terminami egzaminów i kolokwiów.

Nagle w tym wszystkim dostaję wezwanie na milicję do IV komisariatu. Lecę tam i czekam ze cztery godziny, wyglądając jakiegoś funkcjonariusza w cywilu, który wyjdzie na korytarz i mnie wezwie. Widzę już, dlaczego tak długo przechodzą przez ten pokój wezwań. Z powodu trudności przy spisywaniu formalności! Imię, nazwisko, adres, zawód — grzebiący piórem w kałamarzu funkcjonariusz jest tak powolny, jakby dopiero uczył się pisać.

Po zapisaniu imienia i nazwiska i dojściu w końcu do zawodu, mówię:

— Jestem studentem UMCS, Wydział Weterynaryjny.

— Co to znaczy to UMCS?

— Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej.

Niedołężnie skrobie tym piórem, aż atrament pryska.

— No, uniwersytet Marii. Pokażcie legitymację!

Pokazuję, bo na razie żądał dowodu osobistego, który mu podałem. Mozolnie odpisuje „Marii Curki Skłodowskiej”. Widocznie jest to nowy pracownik, pisze z przygryzioną wargą, w końcu odetchnął, oparł się na oparciu krzesła. Patrzy na mnie badawczo, wreszcie zagląda do jakiejś kartki.

— To wy macie styp… stypendium — sylabizuje — …mieszkaniowe?

— Było kiedyś takie stypendium, nie wiem czy teraz jest. Nie mam żadnego stypendium. Nawet mieszkaniowego.

— No, mówcie prawdę!

— Powtarzam, nie mam żadnego stypendium! No, bo jak?.. Jakbym miał, to bym brał jakieś pieniądze z kwestury. A nie biorę.

— A dom akademicki macie?

— Nie mam. Mieszkam kątem w kuchni u pani Filipeckiej na Buczka.

Skrobie coś.

— Podpiszcie!

Podpisuję i myślę: „Poprawiać tę „Curkę”? A niech tam! Może się obrazi…”

— Do widzenia!

Jak to mi się zdarza, ni z tego, ni z owego popadam w tarapaty. Takie niewielkie, intymne, jak kiedyś z tą Bożenką, która chciała, a ja się bałem. Gdzie się spodziewałem, że w tej zapowietrzonej kuchni, na tym dostawionym łóżku, w jakiś sposób zwrócę na siebie uwagę. Moi współlokatorzy wszyscy pracują, o różnych porach wychodzą i przychodzą, jadą do żon i narzeczonych, czy jak tam te kobietki zwać i zdarzają się takie dni, szczególnie soboty i niedziele, że nikogo nie ma, tylko ja siedzę nad zeszytem, w którym zapisuję ćwiczenia, bo o skrypty dalej jest trudno.

Siedzę nad tą chemią nieorganiczną, w której czasami znajduję wzory zapamiętane z geologii i z konfliktu z profesorką. I przypomina mi się Dzień ZMP-owca i cała ta komedia, w której uczyli uczniowie, a profesorowie się przypatrywali.

A tu drzwi się otwierają i wchodzi jakaś dziewczyna. Potem się zorientowałem, że to nie dziewczyna, a kobieta i to poważna, bo mająca wnuki. Ale wieje od niej jakąś perfumą, pewnie zagraniczną, ma w ręku malutką torebeczkę.

Mówi:

— Przepraszam! — jakby zaskoczona i słusznie, bo ani ja jej nigdy nie widziałem, ani ona mnie. Jednak nie traci rezonu i przypatrując się mi, dodaje: — Boże mój! Wydawało mi się, że weszłam do czyjegoś mieszkania, że pobłądziłam, bo jak dotąd, to tu pana nie widziałam. Przyszłam do pani Filipeckiej. Nie ma jej?

— Nie ma — powiedziałem — poszła na wieczorną mszę do kościoła.

— Ach, tak. To nie w porę się wybrałam.

Pomyślałem, że trzeba coś powiedzieć i mówię:

— Może pani usiądzie. Mnie pani Filipecka nieledwie przytuliła, bo gdyby nie ona, to bym chyba nocował pod Krakowska Bramą. Dostawiła tu łóżko, lokatorzy którzy tu mieszkają, zgodzili się i tak tu się zatrzymałem. Może jak się rozglądnę, to coś innego znajdę.

I tak sobie rozmawiamy, aż przyszła pani Filipecka i bez zdziwienia mówi zwyczajnie:

— Dziunia, co cię do mnie sprowadza?

Przechodzą do dalszej części mieszkania i słyszę, że rozmawiają o jakimś lekarzu weterynarii, który chyba jest zięciem tej pani. Wtedy orientuję się, że nie jest to dziewczyna, no, powiedzmy stara panna, a poważna kobieta.

Wraca jeden z lokatorów, węszy.

— O, jak tu ładnie pachnie!

— Jakaś pani tu była — bąkam i zagłębiam się w zeszyt, bo prawie zapomniałem, że leży mi na kolanach.

Ta Dziunia żegna się z panią Filipecką i wychodzi. Nie zwraca uwagi na mojego współlokatora, skręca do mnie i podaje mi rękę (znowu fala perfum), a kiedy puszczam jej dłoń, czuję, jak jej ręka wędruje do góry. Wnętrze jej dłoni obejmuje mój podbródek i wargi. Jest to tak szybkie, że tylko bardziej czuję perfumę. Ona idzie do drzwi i w drzwiach odwraca się, patrzy mi w oczy.

— Dobranoc!

Za dwa dni znowu przychodzi ta Dziunia. Pani Filipecka jest w domu. Mówi mi dobry wieczór i przechodzi do pokoju. Rozmawia z gospodynią. Słyszę, że brzęczy jakimiś słoikami. Pogadują o wiśniach, widocznie przyniosła jakieś przetwory na zimę, potem szybko się żegna. Mówi, że kupiła bilet do kina Apollo w dole ulicy Buczka i przechodząc koło mnie wciska mi jakąś karteczkę.

— Dobranoc! — uśmiecha się porozumiewawczo w drzwiach. Kiedy poszła, kładę pomięty papierek na zeszycie. „Proszę wyjść, czekam, tyle tylko i aż tyle”.

Zrywam się, narzucam kurtkę.

— Zapomniałem, że mam się zobaczyć z kolegą — mówię do lokatorów. Przyjmują to bez zdziwienia. — Dobranoc! — Wychodzę w mrok ulicy Buczka. Rozglądam się. Dziunia spaceruje kilkanaście metrów od bramy.

— Chciałam z panem porozmawiać — mówi szybko. — Niech pan jutro o szóstej przyjdzie na ulicę Gminną 30. Będę czekała. Potrzebuję pańskiej rady.

— Dobrze — wykrztusiłem.

— Gminna 30 — powtórzyła. — Muszę już iść. Trzeba, żeby mnie tu Filipecki zobaczył — szepnęła i poszła.

Musiałem pochodzić po ulicach, żeby zapozorować te wizytę u kolegi.

Na drugi dzień w południe, idąc na obiad (świńska szczęka z ryjkiem z ziemniakami i kapustą na drugie) do „Nadbystrzyckiej”, poszukałem tej Gminnej. Rzeczywiście, była taka uliczka, odchodząca od Bystrzyckiej i znalazłem numer 30. Znajdowała się tam cofnięta od jezdni chałupka, drewniana, niewielka. Matowo świeciła szybka w małym oknie wychodzącym na kusą uliczkę.

Po obiedzie czułem się — prawdę powiedziawszy — nadal głodny, bo był to okres „przejściowych socjalistycznych trudności w zaopatrzeniu”. Poszła naprzód polityka uspółdzielniania, kołchozów i ani się spodziewając władze stanęły przed chłopskim oporem, biernym, bo biernym. Skończyły się nagle dostawy żywności, bo skończyła się hodowla. Pojawiły się tak zwane „bony”, żeby nie nazwać tego kartkami, taki eufemizm, i dlatego gotowano te szczęki, które ze względu na szczerzenie zębów nie potrafiły zaspokoić głodu. Zjadłem ziemniaki i kapustę, a potem szybko poleciałem do restauracji końskiej przy Krakowskiej Bramie, gdzie spotkałem Henia Jaśkiewicza i Mariana Wilkosza, lekko pijanych i przypiętych do jakiejś blondyny, nawet ładnej, ale z wadą stawu biodrowego. Kiedy wstała z krzesła, mocno kulała. Po prostu kusztykała bokiem.

Opowieści, którymi raczyli ją panowie, dotyczyły ich przygód wojennych i miały się skończyć u niej w domu, do czego serdecznie namawiała. Ja miałem swoją przygodę na Gminnej i chociaż mówiła mi „Panie Włodeczku!”, bo Marian Wilkosz mnie przedstawił, musiałem zrezygnować z tej zabawy, zapewne mocno zakrapianej. Wróciłem do domu po wspaniałym końskim gulaszu, a oni — kusztyk, kusztyk — poszli w głąb Starego Miasta, gdzie zamieszkiwała gościnna blondyna. Miałem więc opuścić ćwiczenia z WF. Państwo ludowe, jak się potem zorientowałem, przy tych nagle pojawiających się brakach w zaopatrzeniu zaczęło kłaść duży nacisk na wychowanie fizyczne, które miało poprawić zdrowie młodzieży.

O pół do osiemnastej w ciemności idę na tę Gminną. W ciemnym wieczorem oknie świeci się słaba żarówka, wpada mi w oczy futrzany kołnierz płaszcza Dziuni, ale jej samej nie dostrzegam. Pewnie siedzi w głębi. Widzę uchylone drzwi do sieni, już mam wchodzić, ale przeszkadza mi starawa kobietka ubogo ubrana, która proponuje mi zabawę, rozglądając się, bo w owym czasie za prostytucje karano obozem. Żeby się odczepić, rzucam, że nie mam pieniędzy, jednak ona ma na to radę: „Dasz mi pan koszulę!” — mówi.

Pocieszam ją, że przyjdę jutro. Ktoś tam idzie po drugiej stronie i ona kieruje się do niego. Jestem wolny i wchodzę w te uchylone drzwi. Zamykam, a Dziunia wygląda z tego pokoju, w którym siedzi. Cofa się i w tym bladym świetle uśmiecha się do mnie.

Grzecznie mówię:

— Dobry wieczór!

Odpowiada:

— Rozbierz się, tu jest ciepło, jest napalone — pokazuje na „kozę”, stojącą przy przeciwległej ścianie.

W tym pokoiku rozgrywa się scena, którą ze względu na osobisty charakter pominę.

Rano lecę na ćwiczenia z histologii. Odbywają się w dużej sali kliniki chirurgicznej. Czuwa nad nimi doktor Wiśniewski, który kończy teraz medycynę i pracuje u profesora Krwawicza, słynnego okulisty, a dodatkowo jest asystentem na histologii. Weterynarię kończył we Lwowie, na Akademii Lwowskiej. Surowy czterdziestolatek, którego wszyscy się boją. Stoi teraz przy Waleniaku, który odkrył, że w jego preparacie coś się rusza.

— Bo pan w nim obiektywem flaki wygniata, kręć pan w drugą stronę! — krzyczy Wiśniewski.

Siadam grzecznie na miejscu przy „swoim” mikroskopie, biorę szkiełko z preparatem i umieszczam na stoliku urządzenia. Pilnie wpatruję się w komórki dwunastnicy.

Obok mnie siedzi Lucyna, dziewczyna chyba już po trzydziestce, malutka, fertyczna i ładna kobietka, którą Marian Wilkosz określa po swojemu, bo przez te trzy miesiące zdołał „oblecieć” większość naszych pań. „Człowieku! — mówił — ona ma cipkę jak pączuszek!” Lucyna jest po studium przygotowawczym, ale należy do pilnych, kolokwia zdaje, nawet „kości” zaliczyła za którymś tam razem. Teraz obrzuca mnie uważnie wzrokiem, a potem — tak jak ja — przybliża oko do okularu mikroskopu.

 Ćwiczenia upływają, ma być kolokwium u profesor Sławikowskiej, której skrypt obowiązuje. Któryś z asystentów z położnictwa podśmiewa się z początku tego skryptu: „Kopyto końskie (nawiasem mówiąc, aparat bardzo delikatny) jest narządem, który ma kontakt z podłożem”. Ale grunt, że jest skrypt. Po godzinie ćwiczeń następuje rozluźnienie, sąsiadka odwraca się do mnie i uśmiecha się.

— Słabo dzisiaj wyglądasz, Włodziu… — mówi szeptem.

— Dlaczego? — pytam.

— Z kim ty masz do czynienia? Pewno z gospodynią…

— Moja gospodyni ma siedemdziesiątkę z okładem — śmieję się.

— No to kto cię tak okrutnie ściął? — pyta znowu szeptem.

— Co ściął?

— No, szyjkę ci twoja panna pokancerowała. Jakaś temperamentna? — Czerwony jak burak łapię się za koszulę pod gardłem i ciągnę dekolt do góry. — Teraz lepiej — śmieje się dyskretnie Lucyna.

Po ćwiczeniach stawiam kołnierz kurtki i biegnę na Stalingradzką na ćwiczenia z chemii. „Muszę powiedzieć Dziuni — myślę — żeby mnie tak nie dekorowała!” Po obiedzie wstępuję do kwestury. Widzę moje nazwisko w krótkim szeregu nazwisk. Obok Przemek Grzegorzewski, Spisak, Karwacki z zootechniki. Mamy zgłosić się. Myślę, że zrobię to jutro, bo adiunkt Kraczkowski nie lubi spóźnionych.

Na drugi dzień pędzę na Plac Litewski do kwestury i wybiegam stamtąd z Przemkiem Grzegorzewskim, padam na ławkę i zacieram ręce. Od drugiego semestru mam dom akademicki. W świeżo wykończonym bloku A dostałem przydział obok Przemka i Ryśka Targońskiego. Będziemy kombinować, żeby mieszkać w jednym pokoju.

Z tej radości poszliśmy do knajpy przy Świętoduskiej, takiej poniżej poziomu jezdni, gdzie Targoński zaraz zadysponował po kotlecie schabowym, a do tego zamówił — oczywiście — pół litra. Ten Targoński coraz mniej mi się podobał i zacząłem żałować, że tak szybko się umówiłem na to przyszłe wspólne z nim mieszkanie. Przemek Grzegorzewski właściwie o tym zadecydował, ale ja, słuchając przechwałek tego Targońskiego, a i tego, że po tej nocnej zabawie w knajpie została mi pusta kieszeń, coraz mniej jasno patrzyłem w przyszłość.

Ten Rysiek był nieodrodnym synem mieszczańskim z małego miasteczka nad Wieprzem, z Krasnegostawu, zapewne z rodziny dosyć zasobnej, pewny siebie i pełen pogardy dla otoczenia, a już szczególnie dla tych naszych rządzicieli zetempowskich po studium przygotowawczym i technikach weterynaryjnych. Z pieniądzem się nie liczył, „kości” jeszcze nie zdał, ale za to cokolwiek wiedział o kulisach naszego powodzenia, to znaczy o jakimś przestępstwie w kwesturze, w której ukradziono stypendia mieszkaniowe kilkunastu studentów, i że z tym przestępstwem myśmy trzej, bo Spisak z nami nie poszedł, byli związani.

Targoński był po maturze i mieszkał gdzieś na Starym Mieście z trzema innymi, których nazywał „chłopami”, ale nie w sensie pochlebnym, tylko pejoratywnym, bo widocznie pochodzili ze wsi i nie grzeszyli błyskotliwością, chociaż też byli po maturach. Gęba mu się nie zamykała, kiedy opowiadał o swoich przewagach w sporcie. Grał w jakiejś drużynie be-klasowej w tej swojej mieścinie, boksował w wadze półśredniej, miał kolegę zapaśnika Swatowskiego, sławnego na całą Polskę i znał trenera zapasów Kozyrskiego, który należał do pokolenia Pytlaka i Cyganiewicza. W sumie nikt sobie przy nim nie pogadał. Musiał słuchać. A kiedy powiedziałem, że pływamy w Wisłoce od kwietnia, to wytrzeszczył oczy i uznał, że mówię nieprawdę, bo kąpać się można w rzece dopiero po świętym Janie. Zaś kiedy dodałem, że mając piętnaście lat przepłynąłem tam i z powrotem Zielony Staw Gąsienicowy w Tatrach, to go zupełnie zatkało, bo sam nie umiał pływać. Popatrzył na mnie wrogo i zaraz zaczął opowiadać, że jego brat w wojsku to przy ćwiczeniach rzutu granatem miał sprawę karną i musiał rzucać drugi raz; dopiero mu uwierzyli. Za pierwszym razem granat jeszcze nie opadł na ziemię i już eksplodował. Sierżant więc wrzeszczał na niego, że przetrzymał go w ręku po uruchomieniu zapalnika. Dopiero przy drugim rzucie przekonał się, że brat Ryśka tak daleko rzuca, że granat nie doleci do końca rzutu i eksploduje w powietrzu.

Tym podobne opowieści i przechwałki towarzyszyły nam przez całe posiedzenie w tej knajpie; poszła i druga półlitrówka, a on wołał: „Nie łam się, chłopczaku!” Kiedy wyszliśmy z knajpy, miałem wyczyszczone kieszenie i w z konieczności zdecydowałem się sprzedać krew w stacji krwiodawstwa, żeby dociągnąć do pieniędzy, które mi przysyłali rodzice. Jeszcze po drodze przeszedł na dziewczyny i zanim się rozeszliśmy, zdradził, że pójdzie na noc do jednej medyczki, która mieszkała na stancji. Nazywał ją dosyć pogardliwie Kozą. Poznałem ją później przy jakiejś okazji, zupełnie przyzwoita dziewczyna, studiowała wtedy na ostatnim roku, a tak jak on pochodziła z Krasnegostawu. Był mocno nabuzowany amoroso, więc miała z nim zapewne sto pociech.

Byli na naszym roku różni bajarze, jak Marian Wilkosz zwany Szopkarzem, czy Jurek Miller, o których potem napiszę, ale nikt ich nie brał serio, a ich konfabulacje zbywało się uśmiechem czy nawet szyderstwem. Nie daj Boże szydzić z tego, co mówił Targoński. Lepiej było milczeć, bo zaraz rzucał się do bitki.

Sprzedałem tę krew, robili to liczni koledzy, a niektórzy jak Heniek Jaśkiewicz regularnie, a także dziewczyny. Miałem znajomą ze Stalowej Woli, miała na imię Hanka, nie chcę wspominać jej nazwiska, bo pewno jej i jej siostry (obydwie skończyły medycynę) potomkowie gdzieś żyją, ale Hanka też regularnie „się spuszczała”. Obydwie były piękne i wspominam je bardzo dobrze.

Sprzedałem krew i urwawszy się z części zajęć pojechałem na Boże Narodzenie do Mielca. W moim rodzinnym mieście nie byłem cały kwartał. Tutaj, gdzie dzisiaj jest ZUS, zrobiono bocznicę kolejową, gdzie wyładowywano budulec na osiedle. Wybudowano dwie szkoły, jedną potem „odziedziczyła” milicja, nazywano ją czterdziestką i do dzisiaj jest tam policja. Ulica Cyranowska zupełnie zniknęła, nabudowano nowych bloków, a Zwoźni porzucili milicję i wzięli się z powrotem za murarkę. Wybudowano nowy stadion piłkarski z bieżnią, to nic, że później go rozwalono i postawiono na tym placu bloki, bo wystawiono jeszcze piękniejszy z halą sportową. Teraz po latach hali już nie ma, bo będzie się budowało nową na miejscu starej, ale tamta służyła czterdzieści lat. I stadion też już jest nowy i nowoczesny.

Poszedłem na stary Mielec. Tutaj nie ma żadnych zmian. Stoi nawet samotna betlejemka przed szkołą, która różne koleje losu przechodziła, a teraz jest w niej Liceum Pedagogiczne. Ale przynajmniej spotkałem Bożenkę Bartuzi. Szła z jakimś chłopcem. Powiedziałem dzień dobry, odpowiedziała półgębkiem, chłopak zaraz pociągnął ją za rękę. Pewno to ten, któremu „wypożyczała” ojcowską spluwę.

A dalej dochodząc do Dębickich widzę księdza Rzepkę. Chwilę się zastanawiałem, czy mam powiedzieć pochwalony Jezus Chrystus, czy dzień dobry. Mówię w końcu „Pochwalony, księże doktorze!”, bo wiem, że zrobił doktorat z teologii. W szóstej klasie byłem najlepszym uczniem z religii i pamiętam, że zdobyłem to zaszczytne stanowisko recytując przez prawie pół godziny gawędę o Arce Przymierza. Wyliczałem dokładnie, ile palików było z drewna akacjowego, ile łokci bisioru, ile złota na naczynia liturgiczne, aż ksiądz Rzepka z zachwytu zamykał oczy, a na wywiadówce powiedział mamie, że mogę być kandydatem na alumna seminarium duchownego. Mama wyszła z wywiadówki z rozjaśnioną twarzą i aż mnie pogłaskała po głowie.

Całkowicie aprobowałem enuncjacje naszego wspaniałego katechety, którego zresztą zawsze lubiłem, nie mówiąc już o dzisiejszych katechetach i katechetkach.

Moja wnuczka w szkole średniej miała z góry na dół bardzo dobre świadectwo, a katechetka ze względu na to, że dziewczę nie należało do żadnej religijnej organizacji, czy kółka różańcowego, czy też sodalicji, zawsze „psuła” jej świadectwo dobrym z religii.

Zaprosił mnie ksiądz Rzepka do siebie. Mieszkał przy ulicy Piłsudskiego, potem Stalina, potem Mickiewicza, w jednym pokoju pełnym książek i długo przekonywał, że jest coś, o czym filozofom się nie śniło, z czym się zupełnie zgadzałem i zgadzam. Ciągle uważam, że infuły, złoto, pierścienie, liczne sanktuaria, pasy słuckie i purpura nie mają nic a nic wspólnego z tym, co się filozofom nie śniło.

Rozeszliśmy się po długiej rozmowie, serdecznej i zakończonej znakiem krzyża nad moją głową.

Przyszedłem do domu tuż po południu, upichciłem sobie obiad, bo mama i tato byli jeszcze w pracy, a Wiesław i Bogdan korzystali z wakacji zimowych, które akurat wcale nie były zimowymi, bo śniegi spadły dopiero w lutym.

Pamiętam dobrze tę zimę, bo już się przeprowadziłem do akademika i zamieszkałem w bloku czerwonym od świeżej cegły, a naprzeciw w polach pełnych wąwozów i pagórków pół miasta szalało na nartach i prowizorycznych skoczniach. Rysiek Targoński z Bezpalką i Kwaśniewskim założyli drużynę piłkarską i rozpoczęli treningi poranne biegowe, nawet namawiali mnie na to i pokazywali kornerówki wypożyczone z AZS-u, ale ja chociaż na targowicy, która była przed naszym domem w Mielcu, grywałem w piłkę bez opamiętania, nieraz uzyskując wysoki wynik, co trwało po kilka godzin, jakoś nie mogłem się nagiąć do tej zimowej dyscypliny, a korzystając z tego, że AZS rozpoczął treningi bokserskie, zacząłem uczęszczać na te zajęcia.

Mieliśmy trenera Kowalczyka („Kituj! Kituj! A jakby ci siadł, to odskakuj do neutralnego rogu!”), którego bardzo lubiliśmy. Przyjemnie mi było po latach, kiedy znalazłem się na jakimś jubileuszowym zjeździe w Lublinie i podszedł do mnie Kordzielewski, z którym trenowałem i sparowałem. Opowiadał mi, że już później, kiedy po dyplomie poszedłem do pracy, on zdobył mistrzostwo wojewódzkie w wadze piórkowej czy lekkiej. Treningi narażały mnie na ciągłe starcia ze znacznie cięższymi ode mnie wesołkami, którzy zaczepiali mnie „po kielichu”: „Ej, bagsior, jakbym ci tak przypierdolił, to byś siadł na dupę!” I musiałem się oganiać. Taki jest los muszych i kogucich wag.

To przydało mi się po latach, kiedy ważyłem 74 kilo i w prawej ręce miałem niezłego „kopa”, a sołtys wsi Grzybów mówił dyskretnie do dyrektora rolnictwa: „Panie dyrektorze, z tym weterynarzem to bym nie chciał się bić! Taki Jasiek Klaus — opowiadał — chłop od rozganiania wesel, przyszedł pijany na szkolenie rolnicze i zabrał się do bicia wykładowcy. Ten weterynarz uciekł na korytarz szkolny, bo to było w szkole, a Jasiek za nim. Lecę na ten korytarz, bo się boję nieszczęścia, a tu wykładowca stoi se spokojnie, zaś Jasiek leży. Cucili my go wodą!”

Pierwszy semestr nie był trudny w sensie zaliczeń. Wyszkolenie wojskowe na dostatecznie, botanika na dobrze, fizyka na plus dostatecznie, kości na dobrze. Jakieś tam marksizmy u doktora marksisty Fica i spokój. Ale nie ma lekko. Nie można było zapomnieć o roli organizacji zetempowskiej, a raczej jej czynownicy nie dawali zapomnieć. Pierwszym, który podjął się przypominać o tym, że wykłady są obowiązkowe, był Jasiu Krzyżanowski, późniejszy profesor położnictwa i ginekologii weterynaryjnej, który należał do wierchuszki ZMP. Człowiek sobie śpi w najlepsze, a tu otwierają się drzwi i Jasiu wsadza głowę. „Koledzy, wykład z mikrobiologii!”, czyli gnaj na nogach na koniec Stalingradzkiej, dzisiaj Lubartowskiej, potem wracaj i leć znowu na koniec Stalingradzkiej na ćwiczenia z chemii. Trwało to z rok, ale na drugim roku się zacięło i skończyło się gadanie: „Koledzy, dyscyplina studiów jest faktem, którego nie można odrzucać”. A skończyło się zupełnie prozaicznie.

Na naszym roku był Piotruś, który jednego dnia zaczął chodzić po profesorach z indeksem i żądać zaliczenia materiału tak natarczywie, że odwieziono go do Abramowic ciupasem i tam przeleczono elektrowstrząsami. Piotruś stracił semestr, ale wszyscy zaczęli się z nim liczyć, bo golił się brzytwą. I pewnego dnia po solennym budzeniu i przypominaniu o dyscyplinie studiów, Piotruś, który akurat mieszkał z Jasiem Krzyżanowskim w bloku A, wyjął z rana po obudzeniu go brzytwę i zaczął ją ostrzyć najpierw na kamieniu, a potem na pasku. Naostrzył ją i oglądał pod światło, a wszyscy pobudzeni przypatrywali się temu z niepokojem. Kiedy mieszkańcy pokoju jedli śniadanie, Piotruś zaczął mówić: „Ja jestem chory i szkodzi mi poranne budzenie. Zaczynam się denerwować i mam takie widzenia!..”

A trzeba powiedzieć, że blok w owym czasie był otoczony niezebranymi jeszcze wzgórzami i tam, gdzie dzisiaj jest „Żaczek”, była kilkumetrowa wycięta w lessowym wzgórzu ściana, do której pracowicie podjeżdżały furmanki. Wozacy (jeden z nich był jednoręki, ku memu podziwowi) nakładali i furmanki odjeżdżały. Było to coś w rodzaju ludzkiego mrowiska. Tłumek pracujących kręcił się, jednoręki ujmował potężną szuflę w połowie styliska i napełniał swoje lotry równo z pracującymi obydwoma rękami chłopami, a ściana ciągle stała. Piotruś przypatrzył się tej ścianie i z trzaskiem zamknął brzytwę. „Coś mi się widzi — powiedział — że czyjaś głowa bardzo by pasowała na tej górce!” I tyle.

Budzenie i mowy o dyscyplinie studiów skończyły się jak brzytwą uciął. Jasiu zaczął się zajmować swoimi sprawami i porzucił sprawę dyscypliny studiów.

Wesołe to było, podśmiewano się cicho, ale są różne gatunki literackie. Nie tylko satyra i bajka, ale jeszcze liryka, epika i dramat. Dramat i jego twórca odnalazł swoje miejsce po dwudziestu chyba latach, w końcu lat siedemdziesiątych, kiedy Piotruś pracował jako kierownik lecznicy w Kolbuszowej, niewielkiej mieścinie, ale sławnej z powodu wydania na świat Krzaklewskiego w sensie biologicznym i społecznym, który poszedł w świat razem ze szkodnikiem Buzkiem i całą ich kamarylą.

Ale wróćmy do Piotrusia. Kokosów on tam nie robił, bo w weterynarii — dopóki jej nie sprywatyzowano — nie było takiej możliwości. Za to żądano także prac darmowych, na przykład dla uczczenia rewolucji październikowej czy wyzwolenia Warszawy.

Piotruś w swojej naiwności nie tylko wziął udział w takim „czynie społecznym” i wymalował ogrodzenie lecznicy zakupioną przez siebie farbą, ale i za czynność malowania wystawił sobie rachunek na lecznicę i zagarnął trzysta złotych, czyli obciążył Wojewódzki Zakład Weterynarii w Rzeszowie tą marną kwotą. Dzisiaj nawet kodeks cywilny nie obejmuje takiej sumy, bo dopiero powyżej pięciuset złotych mówi się o jakichś karach.

Traf chciał, że w Wojewódzkim Zakładzie Weterynarii w Rzeszowie rządził wtedy srogi dyrektor Skorupko, a jego Berią był kolega z naszego, to znaczy z roku mojego i Piotrusia, dr W. Ł., kiedyś student dobry, ale niczym się nie wyróżniający. Za to nie skalał sobie rąk pracą wśród chłopstwa w terenie i od razu w ciągu półrocza zatrudnił się w administracji weterynaryjnej. Satysfakcja żadna, ale jaka władza! Niektórzy ludzie znajdują szczególną przyjemność w tym, że są zwierzchnikami, a jeszcze inni dodają do swojej tytulatury („Tak jest, panie dyrektorze!”) bezwzględność i chamstwo. Pan W. Ł. celował w tym i kiedy znalazł podczas kontroli ten nieszczęsny kwit na malunek ogrodzenia wystawiony przez Piotrusia, to zaraz dosiadł konika! Afera, zwolnienie z pracy chyba z „wilczym biletem”, a tu chłopisko ożenił się, spłodził dwoje dzieci. Małżonce nie zwierzył się z tego ważnego defektu zdrowia, jakim jest choroba psychiczna. Wstrząs, jaki nastąpił po aferze na pół województwa (nie pierwszej u znakomitego „administratywisty”) spowodował nawrót choroby i Piotruś wrócił do szpitala. Z Kolbuszowej zniknął. Gdzie się podział, nie wiem, jak zareagowała żona, biorąc różne aspekty sprawy pod uwagę, też nie wiem, chociaż się dopytywałem. Potem były zmiany administracyjne w kraju. Zmieniłem stanowisko i miejsce pracy. Straciłem sprawę z oczu.

Wspominałem już o lessowym błocie, w którym tonęły ścieżki prowadzące do bloku A i niedokończonego bloku B, połączonego z blokiem A łącznikiem, nad którym były trzy piętra bloku A. Pod ów łącznik prowadziła ścieżka, bo o drodze nie ma co mówić, budowy ówczesne tego nie przewidywały. Traktor Lanz-Bulldog dawał sobie radę z problemem dróg. Po wprowadzeniu się do bloku ze swoimi larami i penatami, a było to po południu pewnego styczniowego, pochmurnego dnia i umyciu butów z klejącego się błocka, powoli zaczęliśmy się ścielić i oglądać nasze pomieszczenie. Stało w nim sześć łóżek piętrowych, żelaznych i był duży „pawlacz” drewniany, pomalowany na biało, z wielkim „stryszkiem”, w którym można było bezpiecznie spać. Koledzy z zootechniki z trzeciego od nas pokoju sprowadzili raz dziewczynę, która wlazła na „pawlacz” do śpiącego tam osiłka „waleta” po dosyć spokojnym „obsłużeniu” śpiących na dole. Jak on się dorwał do niej, to słychać ją było na całym piętrze. Nie przeszkadzało jej to i przyszła się myć do łazienki z rana w nocnym dezabilu z ręcznikiem przerzuconym przez ramię. Tę dziewuchę nazywaliśmy „studentką chóru”, bo z zootechniki, którą studiowała w pierwszym semestrze pozostało jej uczestnictwo w chórze, gdzie pilnie brała udział w próbach i występach. Kiedy w końcu zrobiono portiernię, po paru awanturach przy próbach wejścia do bloku gdzieś się podziała.

Podziała się, a błocko pozostało i pewnego dnia przyszli Bezpalko, z którym mieszkałem i Kwaśniewski („Baksior, baksior, jakbym ci…”) i zwlekli z łóżka Raka, chłopczynę gdzieś spod Wrzaw znad Sanu, być może potomka stacjonujących tam kiedyś Finów, bo był czarnooki przy różowej cerze i kazali mu iść ze sobą.

— Chodźcie z nami! — powiedzieli do Targońskiego i do mnie, a Kwaśniewski dodał: — Baksior chodź, to ci pomoże w treningach, jak się trochę pozginasz!

Idziemy wszyscy w zapadającym już mroku, nad nami kołysze się zawieszona na jednym drucie lampa i widzimy, że została kupa płyt chodnikowych, a część z nich utworzyła ścieżkę przez błocko. Bezpalko i Kwaśniewski zaczęli z wieczora, kiedy jeszcze było jako tako widno, rzucać te płyty w błoto i wracać suchą nogą w to miejsce, gdzie stanął potem blok asystencki i gdzie te płyty leżały. I znów suchą nogą po płytach i z powrotem z płytą w błoto. Zrozumieliśmy, że w końcu będziemy mogli chodzić jak ludzie, czyli bez uciążliwego mycia butów i ochoczo wzięliśmy się za te płyty. Wracający gdzieś z miasta mieszkańcy dochodzili do błota po płytach, niektórzy zatrzymywali się, nie patrząc na przedstawiciela Rady Mieszkańców Owsickiego, który załamywał ręce i jęczał: „Koledzy! Koledzy! Wy, synowie robotników i chłopów niszczycie materiały budowlane!”

Rysiek Targoński otrzepał w końcu ręce i powiedział, widząc rosnącą grupę chętnych do pomocy: „Niech teraz chłopy robią, ja idę do miasta!” Poszedł, ubrał się i wrócił dopiero rano z opowieścią o pięknej żonie boksera Szali wagi średniej. Ten akurat siedział w więzieniu za pobicie jakiegoś „przystawiacza” do jego piękności, z czego Rysiek solennie wczoraj skorzystał i nawet dostał zdjęcie z dedykacją ładnej idiotki, bo Szala miał długi wyrok, jako że zbyt mocno bił i po pijanemu, co w ówczesnym sądzie doraźnym nie oznaczało złagodzenia wyroku. Oglądaliśmy to zdjęcie i cmokali. Bezpalko chciał adres, ale Targoński był honorowy i mówił: „Jak się zakochała we mnie od pierwszego wejrzenia — bo spotkał ją w Wiśle z koleżanką, którą ona zaraz spławiła — to nie będę z siebie robił durnia. Pochodzę do niej, bo dziewczyna tego warta!”

Rano przeszliśmy na zajęcia po w miarę suchej ścieżce, popatrzyliśmy na ślady po kupie płyt i jakichś przedstawicielach kierownictwa budowy oceniających szkodę, ale sumienia mieliśmy czyste. Rak podśpiewywał pod nosem swoją ulubioną piosenkę „To akademicki wic, najpierw coś, a potem nic!”, aż mu Kwaśniewski powiedział: „Zamknij się!” Szliśmy jak to w środę bywało na Studium Wojskowe, gdzie ćwiczył nas kapitan Orłowicz.

Dużo było w polskim wojsku w owym czasie oficerów, którzy mieli nazwisko od orła — Orłowicz, Orliński, Orłowski itd. Nie tylko zresztą oficerów w wojsku, bo na naszym roku był Adler, zdolny, solidny student, który w drugim semestrze nosił nazwisko Orłowski. Ożenił się, spoważniał, a miał piękną żonę, że mogła pozować do obrazów. Potem przeniósł się do Warszawy, bo żona właśnie była w Warszawie. Dogadałem się z nim, bo kiedyś coś mówiłem o Pustkowie i Mielcu. On podszedł do mnie, na ogół był milczący, i poruszony zaczął mi opowiadać o Pustkowie i o swojej ucieczce z obozu śmierci, jakim był Pustków, gdzie zginęli jego rodzice. Znalazł przytulisko u jakichś chłopów, którym do śmierci będzie wdzięczny.

Pustków był obozem pracy, ale pracy zamęczającej więźniów. Półzamęczonych dostrzeliwano. O Mielcu mówił jak o swoim mieście i nie wspominał o jakichkolwiek krzywdach. Kiedy ostatnio czytałem przypadkowy utwór, nie wiem czy to był felieton, czy donos, w którym „użyteczny idiota”, urodzony w Mielcu grubo po drugiej wojnie, pisał o jakimś „pogromie Żydów” w Mielcu — to ja, który przeżyłem w Mielcu całe swoje życie, a okupację i okres do matury przecież doskonale pamiętam, to chwytam się za głowę i pytam, gdzie i kiedy, i kto?

Owszem, byli w czasie okupacji „szmalcownicy” i bandyci, których tępiło AK, ale po wojnie nie było żadnych pogromów. Miała raz miejsce „ruchawka” na rynku, faktycznie, padło kilka strzałów, ale sprawa nie dotyczyła wracających Żydów. To milicjanci napadli na bank i inni milicjanci ich osaczyli. Wspomnieć można Żyda, mecenasa Verstandiga, ale ten pod nazwiskiem Zając był „doradcą” na UB, nieszczęśliwy, bo w czasie okupacji tuż po holokauście bandyci z Chrząstowa wymordowali mu rodzinę.

Wracam ze Stalingradzkiej z ćwiczeń z chemii z panią Kraczkowską. Oddycham z ulgą, bo to już ostatnia „przechadzka” w poprzek Lublina, można spokojnie usiąść i poczekać, aż „kołchoźnik” zacznie nadawać odcinek jeszcze socrealistycznej powieści Lema „Astronauci”. Załoga statku kosmicznego już jest na Wenus, znajdują jakieś druciane cuda, które popiskują do nich nieznanym szyfrem. Targoński tak spuentował ten pomysł autora: „Zobaczysz, jak to się będzie kończyć, to te kosmonauci będą stać z temi drutamy i śpiewać międzynarodówkę!”

Widzę, że przed naszą ścieżką stoi Henio Jaśkiewicz, jest lekko napity, bo pewno sprzedał krew. Patrzy w ślad za przeprawiającym się z ciężarem po płytach Szopkarza, czyli Wilkosza. A właśnie zawraca dorożka i jedzie do miasta, ale Henio widocznie chce wracać na piechotę. Piękny marcowy dzień nastraja do tego. Zobaczywszy mnie, mówi, jak to on: „O, młodzieniec!” (lubi jeszcze tytułować „naukowcem”). Po ciężkim dniu patrzy za Wilkoszem, który prawie niesie jakiegoś fest chłopa i mówi:

— Pomogłem Szopkarzowi załadować do dorożki pod „Wisłą” jakiegoś naukowca z trzeciego roku, bo tak go spito, że co go Wilkosz wpakował z jednej strony, to on wylatywał z drugiej, a jak go stamtąd z dorożkarzem wyciągnęli i wpakowali do środka, to on znowu wylatywał na chodnik. Jeszcze się milicja mogła przyplątać, bo IV komisariat niedaleko, to w końcu jak oni go włożyli, to siadłem obok i go trzymałem!

Patrzymy za Marianem Wilkoszem, przy którym zatrzymuje się jakiś nieznany kolega i coś mówi, a nawet krzyczy. Wilkosz bezradny, bo blokuje mu drogę, składa spitego na płyty i dyskutuje z tym krzykaczem, w końcu łapie go wpół, podnosi i brnąc przez błoto stawia na samotnej płycie w środku bajora. Wraca, podnosi delikwenta i pchając przed sobą, i niosąc go (działo się to w miejscu, gdzie dzisiaj jest wejście do „Żaczka”), zbliża się do bloku. Idziemy szybko po płytach, bo ten odstawiony elegancik w czystych butach stojący na płycie rusza w pogoń za Wilkoszem, brnąc i nie żałując butów i mankietów spodni. Na portierni dopiero, kiedy pojawili się koledzy półnieboszczyka i zabrali go do pokoju, uznojony Wilkosz odetchnął, ale zaraz dostał się w obroty tego eleganta, który no… już nie był takim eleganckim od dołu i wrzeszczał: „Nazwisko! Nazwisko! Ja wam pokażę! Po stypendia przychodzicie! Już ja wam dam zapomogę! Won z uczelni! Won!” Okazało się, że jest to zastępca przedstawiciela ministra nauki przy uniwersytecie. Samym przedstawicielem był lekarz medycyny, potem po pracy w Korei, gdzie na froncie wyspecjalizował się w chirurgii, a ten zastępca był na trzecim roku Wydziału Medycznego, co mu nie przeszkadzało pełnić zaszczytnej i dobrze płatnej funkcji.

Mariana Wilkosza wylegitymowano, ubłocony „zastępca” uspokoił się i odszedł, wcześniej coś popisawszy w notesie. Ja zaprosiłem Henia do nas i po chwili przyszedł Wilkosz. Przyniósł pół litra czegoś tam, co widząc Rak sięgnął do przepastnej walizy i nasmażył słoniny z cebulą. Wilkosz był bardzo sprawny fizycznie i już wypoczął po tych przejściach. I mówi:

— Koledzy, pożegnamy się chyba, bo ten dupek mi nie daruje. Ale mam znajomego pułkownika i do tego od polityki, uderzę do niego, może uda się go uruchomić. Semestr mam zaliczony, szkoda by było!

Wypiliśmy to, co było, Rak poleciał po drugie składkowe pół litra. Heniek miał ładny głos, rozśpiewał się. Była to ciekawa piosenka, on twierdził, że kiedy do Lublina przyjechał w trzydziestym ósmym roku cadyk z Lidy, bardzo sławny, to sobie przyswoił to, co Żydzi śpiewali. Zapamiętałem tego niewiele, zaś brzmiało to mniej więcej tak:

„Łejbym zajbym, łejbym zajbym, milka her eu! au! Hava nagila, hava nagila!

Tylko tyle zostało mi w głowie z tej długiej pieśni. Za to drugą pieśń zapamiętałem doskonale, bo przy ogólnym aplauzie kilka razy chórem ją odśpiewaliśmy, zanim Heniu nie poszedł. Brzmiała ona tak:

„Dziesięć tysięcy kawalerii,

osiemnaście pułków artylerii,

wojska lądowe i lotnicy,

strzelcy, tabory i łucznicy,

pułk mameluków z Afryki skwarnej

i starozakonny oddział sanitarny

strzegli pilnie cnoty panny Lineloty,

ale jej nie obronili,

chociaż ich było

dziesięć tysięcy kawalerii…”

I tak dalej.

To można było śpiewać przez cały wieczór.

Kiedy Henio poszedł, zabrakło tematów, bo dotąd opowiadał o Bieszczadach, gdzie po zabraniu go do wojska ucierali się z UPA. Uczestniczył w Akcji „Wisła”. Ale zaraz Wilkosz, jako że przeżył niezłe emocje, zaczął głębiej zajmować się ostatnimi dwoma dniami, bo jak się okazało od dwóch dni uczestniczył w fecie, której ofiarą padł Powroźnik, kolega z trzeciego roku. Tenże semestr wcześniej był na praktyce w Nowym Dworze na wybrzeżu i ów tam poznał, oprócz innych interesujących ludzi, trzech leśników pracujących w okolicznych lasach. Znajomość przerodziła się w przyjaźń, więc jakże to nie odwiedzić przyjaciela. Rozpoczęło się przedwczoraj w „Wiśle” z udziałem siedzących tam stale pań, pijących wodę i palących papierosy, potem przeniesiono się na Stalingradzką, gdzie leśnicy wynajęli u kogoś kwaterę z łazienką, którą Wilkosz bardzo chwalił. Dziewczyny były oryginalne, bo żadna nie chciała… no, powiedzmy spać… z jednym z leśników, bowiem nie był w wojsku.

— Ja bym się nie położyła z kawalerem, co nie był w wojsku! — rzekła ta, co z Wilkoszem miała pójść do łóżka.

A ja na to:

— Śpisz z oficerem, cipo! — I od razu zmiękła. Potem ją spławiłem do tego, co nie był w wojsku. — Jak — mówię — miał być w wojsku, kiedy był na studiach. Zresztą przecież tańczyłaś z nim i przytulałaś się do munduru!

— No tak — wyjaśnia — ale to było tak od oka!

— Idź, idź, nie pierdol!

I poszła. Spała tam do rana.

A Powroźnik był zupełnie pijany i jak przespał do rana, to musiał klina wypić. O dziesiątej, kiedy „Wisłę” otwarli podjechaliśmy dwoma dorożkami, ale ja do śniadania nie piję, to byłem przytomny. Powroźnik po tym klinie zaczął pić i pił, a ja się trochę szwarcowałem, to ci leśnicy mówią: „Weź go i niech otrzeźwieje w domu!” Najgorzej było wsadzić go do dorożki, ale akurat Henio był i mi pomógł.

— Który Henio? — spytał Bezpalko, co świadczyło, że Rak nie na darmo latał po wódkę.

—A Henio „Młodzieniec” — powiedział któryś, a Bronek zwiesił głowę.

                                                                                  Włodzimierz Kłaczyński

———————-

*powieść autobiograficzna (fragment)

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko