Jan Adam Borzęcki – Berenika

0
371
Franciszek Maśluszczak

    To zdarzyło się wkrótce po powrocie słuchu, kiedy mój wyciszony skutkiem wypadku świat znowu otworzył się na dźwięki, które całkiem świadomie wyciszałem udając głuchego jak pień. Siedziałem w kawiarni, do której przychodziłem w każdy wtorek i piątek o godzinie 17, i delektując się dobrą kawą przez godzinę-półtorej czytałem gazetę lub bezmyślnie rozglądałem się po gościach starając się odgadnąć ich wiek, profesję i wzajemny stosunek. Dzięki stopniowemu powrotowi słuchu mogłem też podsłuchiwać rozmowy, co na początku sprawiało mi dużą satysfakcję, ale rychło rozczarowała mnie ich porażająca banalność. Bo jeśli przez dłuższy czas jest się dotkniętym głuchotą, wydaje się, że ludzie mówią do siebie same ważne rzeczy. Wraz z powrotem słuchu wraca jednak rozczarowanie ich płytkością, nijakością podejmowanych tematów, nieumiejętnością wysławiania się i rozrzutnym traktowaniem słowa. W efekcie przestaje się je odbierać, traktując jako niepotrzebne zakłócanie ciszy.

Późną jesienią, zimą i wczesną wiosną w lokalu bywało luźno, bo miejscowi zazwyczaj do kawiarń nie chodzili, a o tej porze roku turyści zaglądali raczej rzadko. Z tego też powodu właściciele przędli cienko, a wielu zaraz po sezonie zamykało kawiarnie, otwierając je dopiero przed nowym. Z nadejściem jesieni Stare Miasto spowija melancholijna zaduma, stare kamienice garbią się i drzemią, a znad Wisły ciągnie mgielnym chłodem. I właśnie taki Sandomierz lubię najbardziej – cichy, melancholijny, z rzadkim przechodniem, półprzymkniętymi oczami okiennic, zwijający się w kłębek wokół Rynku i wcześnie chodzący spać.

Siedziałem więc przy stoliku wertując gazety, popijając kawę i przegryzając ciepłą szarlotką z tutejszych jabłek, których smak cofa aż do widoku suto okwieconych, wiosennych sadów. Siedziałem samotnie, bo liczba wolnych miejsc nie zmuszała do dosiadania się do cudzego stolika. Poza tym w naszym mieście wszyscy wiedzieli o moich problemach  z mową i słuchem i nie stawiali mnie w kłopotliwej sytuacji. Toteż jeśli nawet w kawiarni zjawiał się ktoś znajomy, zazwyczaj kończyło się na podaniu ręki, wypowiedzianych z rozpędu kilku słowach i zdawkowym  uśmiechu, a potem znajomy siadał przy innym stoliku i popatrując w moją stronę, od czasu do czasu posyłał przepraszający grymas.

Tego dnia do stolika podeszła atrakcyjna kobieta w średnim wieku, szeroko uśmiechnęła się, pytającym gestem wskazała stojący naprzeciw mnie fotel i nie czekając na pozwolenie usiadła.

Nie musiała się przedstawiać, bo jakiś czas temu byłem jej pełnomocnikiem w sprawie rozwodowej, kiedy to jej mąż, uznany w mieście chirurg, uwikłał się w romans z dużo młodszą lekarką. Po rozwodzie toczyliśmy zacięte boje o podział majątku i powinności alimentacyjne. Batalię wygraliśmy pozbawiając go dachu nad głową i znacznej części zawartości bankowego konta, ale z alimentacją córki poszło nieco gorzej, bo zaraz po wyroku czmychnął do Stanów i ukrył się na tyle skutecznie, że nie można go było namierzyć. Moja była klientka miała około czterdziestu lat, oryginalną urodę i ciekawy styl ubierania się. Z wykształcenia była ekonomistką i pracowała w jednym z miejscowych banków zajmując w nim jeden z wyższych foteli. Mieszkała w niewielkiej willi na przedmieściu i była matką kilkunastoletniej córki, której odziedziczona po matce uroda przysparza licznych adoratorów. Moją nową stolikową towarzyszkę najbardziej pamiętałem z powodu rzadkiego imienia Berenika, które znajomi kaleczyli zdrobnieniami nazywając ją Berką lub Niką. Nasza znajomość pozostawała na zasadzie służbowych relacji, co oznacza, że po zakończeniu procesów łączyło nas jedynie okolicznościowe powitanie. Raz i drugi zetknęły nas towarzyskie obowiązki, ale bez intencji zacieśnienia zażyłości. Chwilami odnosiłem wrażenie, że moja wiedza o jej osobistych sprawach deprymuje ją, pozbawia pewności siebie i skłania do schodzenia mi z drogi. Szanując jej racje też starałem się nie narzucać, nie prowokować rozmów, a mijając ją pozdrawiałem milczącym skinieniem głowy. Nie ukrywam jednak, że pod moją obojętnością krył się cień pretensji o lekceważenie mojej życzliwości i dobrej woli. Nie chodziło o to, abym liczył na jakąś wdzięczność za pomoc prawną, bo za to otrzymałem zapłatę, ale skoro rozeszliśmy się w dobrej komitywie, chyba normalne byłoby okazanie mi choćby szczypty sympatii. Tym bardziej od osoby mającej ambicje intelektualne i zasiedziałej w miejscowej elicie. Chociaż adwokackie doświadczenie dowodzi, że znacznie więcej wdzięczności i życzliwości okazują osoby proste i bez intelektualnych aspiracji. Tacy ludzie zazwyczaj okazują też więcej zaufania i chociaż trudniej przychodzi im zrozumienie prawniczych zawiłości, łatwiej wyzbywają się podejrzliwości. Najgorsi są tacy, którym wydaje się, że sami wszystko najlepiej wiedzą, a rolą adwokata jest jedynie techniczna obróbka ich poleceń. Na początku praktyki wyprowadzało mnie to z równowagi, ale z czasem nauczyłem się z nimi radzić. Kiedy nie przyjmowali racjonalnych argumentów, zazwyczaj pytałem czy nie byłoby lepiej, gdyby poszukali bardziej dyspozycyjnego adwokata, bo ja dla nich chyba nie jestem wystarczająco dobry. Co prawda ryzykowałem utratę klienta, ale czasem lepiej jest go stracić, niż przysporzyć sobie długotrwałych kłopotów.

Ponieważ taki stan trwał dość długo, nasza znajomość z Bereniką stawała się coraz bardziej odległa. Co jakiś czas dochodziły do mnie plotki o jej towarzyskich wyskokach, nowych związkach i ich dramatycznych rozpadach, ale jakoś mało mnie to interesowało. W końcu wchodziłem w wiek, kiedy młode kobiety sprowadzają żal za minioną witalnością, a dla sporej części mężczyzn zwiastują jedynie problemy. Wszak wiadomo, że w pewnym okresie życia, kiedy mężczyźnie siadają hormony, pojawia się pragnienie udowodnienia sobie, że to tylko przejściowy kryzys i wystarczy zmiana partnerki, aby wszystko wróciło do normy. Bo przecież trudno aby ktoś, z kim przeżyło się kilkadziesiąt lat, mógł jeszcze rozkołysać zmysły i wywoływać namiętności. W tej sytuacji młoda kobieta jawi się jak nadzieja na powrót beztroskiej, jurnej młodości, a nawet punkt startu do kolejnego życiowego odcinka. I tak oto odrzucając logikę rzucamy się na głęboką wodę, w której większość tonie. Tak jak kilku moich kolegów, którzy w pewnym momencie wręcz uwierzyli w nieśmiertelność. Z tej naiwności później spowiadali się, siedząc w głębokim fotelu w mojej kancelarii. Zazwyczaj sprawiali wrażenie o wiele starszych niż przed romansem, który najczęściej okazywał się banalną farsą skutkującą utratą nie tylko domu i walorów materialnych, ale przede wszystkim tej niezbędnej w pewnym wieku pewności siebie. Bywało że, żony wybaczały im to może ostatnie szaleństwo, ale byli też tacy, którzy pozostawali samotni, skutkiem czego w dwóch przypadkach skończyło się samobójstwem, a w trzecim zapiciem się na śmierć. Toteż kontent byłem, że nie uległem podobnej pokusie, a młode kobiety podziwiałem z daleka i z emocjonalnym dystansem. Wydawało mi się, że w życiu miałem wystarczająco wiele kobiet, aby w pewnym wieku spasować i zadowolić się wspomnieniami. 

 Biorąc więc pod uwagę dotychczasowe stosunki, zdziwiłem się, że zdecydowała usiąść przy moim stoliku mając świadomość, iż nie może liczyć na konwersację. Tym bardziej, że w kawiarni było kilku jej znajomych, którzy głosem i gestem zapraszali ją do siebie.

Przez jakiś czas siedzieliśmy cicho poprzestając na ciepłych uśmiechach, a potem ona wyjęła z torebki długopis i pisząc na serwetce zapytała, czy pozwolę jej zostać przy moim stoliku. Odpisałem, że wdzięczny jestem za wyróżnienie mnie, ale obawiam się, iż z powodów obiektywnych nie będę mógł spełnić jej oczekiwań. W odpowiedzi sięgnęła po kolejną serwetkę: „Wiem, że pan nie mówi i nie słyszy, ale zupełnie mi to nie przeszkadza. Może to nawet lepiej, bo dosyć mam tych mających za wiele do powiedzenia i chętnie z panem pomilczę. A jeśli pan pozwoli będę mówić, a pan będzie udawał, że mnie słyszy”. Odpisałem, że postaram się być pilnym słuchaczem.

Przyznam że z zaskoczenia na chwilę przestałem panować nad sobą i przestraszyłem się czy przypadkiem nie zdradziłem się, że słyszę, ale w tym momencie do stolika podeszła kelnerka. Widocznie obecność kobiety przy moim stoliku także ją zdziwiła, bo dyskretnie poinformowała Berenikę o moich komunikacyjnych dysfunkcjach, co moja towarzyszka skwitowała stwierdzeniem, że wie, ale nam, starym znajomym takie drobnostki nie przeszkadzają. A kiedy kelnerka przyniosła jej kawę i wuzetkę, wbiła widelczyk w ciastko i zaczęła swój monolog.

– Zastanawiam się, jak mam się do pana zwracać. Gdyby pan słyszał, z pewnością nie odważyłabym się zaproponować przejścia na ty, ale w tej sytuacji chyba nie sprawi to panu różnicy. Proponuję więc, abyśmy dali spokój konwenansom i mówili sobie po imieniu. Nie będę ukrywać, że już dawno miałam ochotę to zaproponować, ale wydałeś mi się taki ważny i niedostępny, że spasowałam. Owszem byłeś grzeczny i miły, ale jakoś tak w sposób urzędowy, wytrenowany, trzymający na dystans. Przyznam też, że poczułam się zawiedziona, bo podobałeś mi się i miałam ochotę na bliższe poznanie. I może nawet bym próbowała, ale wspólni znajomi mówili, że dla ciebie liczy się wyłącznie żona, a na inne kobiety patrzysz jak na powietrze. Chociaż powiem ci, że ta twoja obojętność  denerwowała mnie, bo zazwyczaj z męskim oporem radzę sobie całkiem nieźle. Może gdybym była młodsza byłabym bardziej uparta, ale w moim wieku trzeba umieć rezygnować…

Szczerze przyznaję, że jej słowa sprawiły mi dużą przyjemność, bo od dawna nie zdarzyło się, aby ktoś był wobec mnie tak szczery i spontaniczny. Poza tym było to tym bardziej przekonujące, że wiedząc o mojej głuchocie nie musiała niczego udawać. Błogo połaskotany słuchałem, bacząc aby się nie zdradzić, że słyszę. Za zasłoną milczenia czułem się na tyle bezpieczny, że pozwoliłem sobie nawet na prowokacyjne obmacywanie wzrokiem jej piersi, rejestrację linii papilarnych ust oraz zaglądanie głęboko w oczy. Widocznie świadomość moich komunikacyjnych ograniczeń ośmieliła także ją, bo patrzyła mi prosto w oczy, starając się mówić wolno i starannie, jakby zależało jej, aby jednak coś do mnie dotarło. Jakby odgadując moje myśli, nawiązała do mojej głuchoty.

– A swoją drogą dobrze, że tego nie słyszysz, bo pewnie wziąłbyś mnie za wariatkę. A może zresztą by ci to pochlebiło? Wy mężczyźni lubicie jak tracimy dla was głowy i opowiadamy głupstwa. Dlatego gdybyś słyszał, pewnie nie zdecydowałabym się na taką szczerość, a zanim bym się z czegoś zwierzyła, musiałabym się solidnie upić. Najłatwiejsza byłaby rozmowa z kimś, komu się wierzy, ale o zaufanie znacznie trudniej, a alkohol działa szybko i usprawiedliwia każde zachowanie. Poza tym trudno o zaufanie, jeśli ma się przykre doświadczenia. Dotyczy to przede wszystkim kobiet, bo w kontaktach z mężczyznami zazwyczaj istnieje jakieś erotyczne niedopowiedzenie i zniekształcająca ostrość porozumienia forma wzajemnej kokieterii. Problem jednak w tym, że o pewnych sprawach, zazwyczaj tych najważniejszych, nie chce się rozmawiać z kobietą. Z nią można o modzie, kosmetykach, dzieciach, można poplotkować o znajomych, ale coś przeszkadza w pójściu na całość. Może to niewiara w umiejętność obiektywizacji, bo wychodzi się z założenia, że skoro jest kobietą, z pewnością myśli tak samo jak ja. Dla większości kobiet granicą życiowej odwagi jest miłość, a potem kompasem wyłącznie macierzyństwo. Pewnie to zew natury, ale także skutek kulturowego przymusu, wedle którego najważniejszą, niektórzy twierdzą nawet, że jedyną powinnością kobiety jest rodzenie i wychowywanie potomstwa. Tyle tylko, że wtedy najczęściej odrywają się od świata i przestają myśleć szerzej, skupiając się na wąsko pojętych sprawach domu. Tematem rozmów staje się więc apetyt dziecka, ząbkowanie, gaworzenie i zdrowie pociechy, a przeszkadza każde szersze uchylenie drzwi. A potem trudno się z tego wydostać, bo nawet jeśli dziecko pójdzie do przedszkola lub szkoły, rozhuśtane poczucie opiekuńczości nie opuszcza niemal do końca, z czasem przenosząc się na wnuki. Z żadną z koleżanek nie rozmawiałam na temat moich problemów małżeńskich, nie opowiadałam wrażeń po nocy z kochankiem ani nie wprowadzałam w inne życiowe tajemnice. Na szczęście – przepraszam bo w twoim odbiorze chyba nie brzmi to zbyt dobrze – twoja ułomność pozwala pominąć ten niepewny etap, bo nie muszę obawiać się bolesnego komentarza. Z tej racji mój monolog mogę traktować jak list na Berdyczów. Zaletą sytuacji jest także to, że realnie istniejesz, dzięki czemu mam do kogo mówić. A ja od zawsze chciałam mieć powiernika, ale dotąd jakoś nie wychodziło bo albo byłam zbyt naiwna i za szybko uznawałam czyjąś bliskość, albo nie miałam szczęścia spotkać kogoś takiego. A przecież przyjaźnie podobno się zdarzają, chociaż w moim przypadku to wciąż hipoteza, bo żaden z moich znajomych tego nie potwierdza. W twoim przypadku ośmiela mnie także to, że masz w sobie coś, co wzmaga apetyt na szczerość. Może ośmielający wzrok z czytelną wolą życzliwego wysłuchania bez prawienia morałów i ferowania wyroków? Może to wytrenowana, profesjonalna umiejętność, a może tak interpretuję to ja, bo potrzebuję szczerej rozmowy? Chociaż patrzysz tak, że na początku miałam wątpliwości czy istotnie nie słyszysz i zaczęłam wstydzić się mojego ekshibicjonizmu, ale już się rozluźniłam…

Słuchałem jej z przyjemnością, bo już dawno nikt – z wyłączeniem Anny – nie mówił wyłącznie do mnie, a jeśli już, to tylko ktoś nie mający świadomości moich ograniczeń. Ktoś taki zwykle czekał na odpowiedź lub komentarz, a kiedy pokazywałem, że nie słyszę i nie mówię, uśmiechał się przepraszająco i odchodził. Albo z twarzą wykrzywioną złością machał ręką gestem odpędzającego muchę. Najwięcej mówiła do mnie Anna, ale my byliśmy sobie na tyle bliscy, że te jej monologi wydawały się czymś całkowicie naturalnym i domowym. Przecież gdyby to ona była niema i głucha, ja także bym do niej mówił, opowiadał, jak przeszedł dzień, co mnie zdenerwowało, a co ucieszyło, radziłbym się jej w co się ubrać, informował o której wrócę i jakie mam plany na jutro. Monologi Anny były niejako przedłużeniem naszych wcześniejszych dialogów i świadectwem tego, że tak naprawdę po wielu wspólnych latach mniej liczą się słowa, a bardziej kod wzajemnego zrozumienia.

Ponieważ umilkła, a ja nie chciałem zrazić jej natrętnym przyglądaniem się, zapaliłem fajkę, co wywołało natychmiastową reakcję.

– Wiesz, lubię w tobie to, że palisz fajkę i pachniesz wanilią. Zawsze lubiłam zapach wanilii i wyobrażałam sobie, że mój dom i mój mężczyzna będą pachnieć wanilią. Mojego byłego namawiałam do palenia fajki, ale on wolał papierosy. Mówił, że nie ma cierpliwości do zabawy z fajką, a poza tym palenie fajki jest zwyczajnym snobizmem, a on nie ma zamiaru robić z siebie odmieńca. Kiedy byłam młoda, nie wiedzieć czemu palenie fajki łączyłam z umiejętnością słuchania muzyki poważnej i oglądaniem sztuki. Może dlatego, że jako kobieta nie mogę palić fajki, moja wrażliwość artystyczna pozostawia sporo do życzenia. Dziś już wiem, że gdybym nawet paliła fajkę, nic by mi to nie pomogło, bo na słuchanie muzyki poważnej brakuje mi cierpliwości. Wyjątkiem są koncerty organowe w sandomierskiej Katedrze, podczas których odbijające się od kolorowych witraży dźwięki wracają jakby łagodniejsze i oswojone. Najbardziej lubię Katedrę w sierpniowe i wrześniowe popołudnia, kiedy ciepłe, pomarańczowe słońce wpada przez wielkie okna i odbija się w rzeźbach i złoceniach, dzięki czemu święci zyskują aureole, a anioły wydają się lżejsze od powietrza… W taki właśnie złoty dzień brałam tu ślub, chociaż do dziś zastanawiam się, czy przypadkiem owo światło nie było przyczyną tego całego ślubnego zamieszania. Bardzo możliwe, bo chociaż moje małżeństwo trwało zaledwie kilka lat, już stojąc przy ołtarzu wiedziałam, że nic z tego nie będzie. Ta pewność jednak nie przeszkodziła nam, aby w pełen deszczu i wina weekend stworzyć nowe życie, które dziś pod postacią coraz piękniejszej córki przysparza mi coraz większych problemów. Tak myślę teraz, ale będąc w ciąży wydawało mi się, że ten stan jest największym dowcipem Pana Boga. Nie uważam, by ciężarna kobieta stanowiła atrakcyjny widok i popieram pradawny zwyczaj ukrywania niewiasty w tak zwanym błogosławionym stanie. Nigdy nie czułam się równie nieatrakcyjna i brzydka jak wtedy, kiedy nosiłam w sobie dziecko. Ale najtrudniejszy do zrozumienia był fakt, że noszę w sobie coś żywego, a posiadanie we własnych wnętrznościach kompletnego człowieka było dla mnie przeżyciem jak z horroru. Takie odczucia przeplatały się z chwilami pełnymi natchnionego macierzyństwa, co sprawiało, że z każdym miesiącem byłam mniej stabilna emocjonalnie…

Przerwała, a po jej oczach można było poznać, że tamte wspomnienia nie są dla niej miłe. Potem podniosła do ust filiżankę, aby po odstawieniu jej podjąć monolog na nowo.

– A swoją drogą nie wiem dlaczego psychiczny ekshibicjonizm względem ciebie jest dla mnie tak kuszący. Może dlatego, że w przypadku naszych relacji jest on po prostu możliwy? Wobec rodziny nie można być ekshibicjonistą, ponieważ żyjąc wśród nich zna się ich zalety i ograniczenia oraz łatwe do przewidzenia reakcje. Nie składnia to do większej otwartości, a nawet wręcz przeciwnie. Pewnie dlatego więcej powierza się nieznajomym. Najłatwiej zwierzyć się komuś zupełnie obcemu mając pewność, że to jedyne spotkanie i drugiego raczej nie będzie. Na przykład współpasażerowi pociągu, komuś przypadkowo spotkanemu przy kawiarnianym stoliku lub, jak mi się to zdarzało, nieznajomemu wędkarzowi, który przez godzinę był łaskaw dzielić swoją uwagę między mnie i spławik. Byłam mu tak bardzo wdzięczna, że gdyby chciał, byłam skłonna spędzić z nim w wiklinach całą noc, oddając nie tylko sen. Taki stan jest jak narkotyczny seans i możliwy jest chyba tylko przelotnie i wobec osób nieznajomych. Bo kiedy spotykasz kogoś, z kim decydujesz się zostać na dłużej, nie otwierasz się ze strachu, że ucieknie. Z moimi partnerami nie rozmawiam o wielu sprawach, a już z pewnością o moich wcześniejszych erotycznych doświadczeniach bo wtedy zawsze pojawia się zazdrość, wymówki, a potem złość i trzaskanie drzwiami. Najgorsze jest, że nie da się z tym nic zrobić, bo przecież przeszłości nie zmienisz, a tradycja i kultura stawia kobietę na straconej pozycji. Wiem, że gdy będę zbyt szczera, mój partner potraktuje mnie jak dziwkę i powie, że z kurwami się nie zadaje. I jak wytłumaczyć mu, że to co on nazywa kurestwem było szukaniem miejsca w życiu? Może naiwnym, ale każdy z nas ma prawo do naiwności i pomyłek. Nauczona doświadczeniem wolę więc nie ryzykować i udaję skromną, i pokorną. No i oczywiście poważną, bo kopulacja to przecież sprawa poważna, a cielesne obcowanie to nie żadne tam śmichy-chichy. No może w burdelu, ale nie podczas układnego, uczciwego chędożenia, kiedy każdemu z kochanków zależy na zrobieniu jak najlepszego wrażenia. Kiedyś w trakcie seksu zdarzyło mi się, że wyobraziłam sobie, że unoszę się pod sufitem i patrzę na to nasze podskakiwanie i pojękiwanie; wyobraziłam sobie trzęsące się jak galareta pośladki i machające nogi, wybuchłam śmiechem. Powiedziałam o tym kochankowi, ale on nie potrafił załapać komizmu sytuacji i obraził się, że zamiast sapać i jęczeć z zadowolenia pozwalam sobie na takie fantasmagorie. Wyskoczył z łóżka, ubrał się i bez pożegnania wybył. Zresztą ty sam najlepiej wiesz jak wrażliwi bywają mężczyźni na tym punkcie. Kobieta zawsze powinna popadać w zachwyt, a potem ekstatyczne omdlenie, bo jeśli tego nie zrobi, zaczynają się nieporozumienia, podejrzliwość lub zarzuty o brak zaangażowania, pod ciężarem których związek powoli idzie na dno. Czy w tej sytuacji można dziwić się, że tyle kobiet udaje orgazm? Nie będę udawać, że tego nie robię. I to znacznie częściej niż przeżywam prawdziwy orgazm. Wchodzę w to, bo bawi mnie obserwacja nieporadnego samca przekonanego o swej erotycznej atrakcyjności, wałacha udającego pełnokrwistego rumaka, jebaki patrzącego z góry na mających problemy z ujeżdżaniem kochanki i nie zdającego sobie sprawy ze swoich braków. Lubię patrzeć na to prężenie mizernych muskułów, ten dumny ogień w oczach i tytani zachwyt samym sobą! Zabawne jest, że mężczyźni, chociaż podobno zdają sobie sprawę, że spora część naszych orgazmów to pic na wodę, trwają w błogim przekonaniu, iż to udawanie zdarza się innym, ale nigdy im. Z doświadczenia wiem, że zazwyczaj o swojej boskości seksualnej przekonani są mężczyźni przed czterdziestką i że dopiero po przekroczeniu tego wieku, a może nawet dopiero po pięćdziesiątce zaczynają rozumieć jak działa ciało kobiety i czego potrzebuje. Aż żal, że wtedy tak mało wierzą w swoją atrakcyjność i możliwości. Albo są zbyt wierni, jak nie przymierzając, siedzący przede mną…

Pokiwała siedzącemu w drugim końcu sali znajomemu, miniaturowym widelczykiem poszturchała ciastko i znowu popatrzyła na mnie badawczo.

– A swoją drogą dobrze, że nie słyszysz tego mojego mędrkowania, bo gotów byłbyś nie uwierzyć żadnej kobiecie, a nawet wątpić w szczerość tych z przeszłości. A może właśnie ta nieszczerość, to udawanie i codzienny kamuflaż jest formą uwiarygodnienia się, a może raczej wkupienia się w wasze łaski, zniwelowania różnic w rozumieniu świata, środkiem wzajemnej akceptacji mimo wszystko? Może to taki środek przeciwbólowy pozwalający na wyrównywanie naszej drogi do siebie? Tyle tylko, że po kilku dawkach przestaje działać… E, poszłam w psychologię, co zazwyczaj prowadzi mnie do przygnębienia i sięgnięcia po kieliszek. Już dawno doszłam do wniosku, że skoro w moim przypadku zbyt intensywne myślenie powoduje zagubienie, powinnam się go wystrzegać. Bo po co budzić licho? Sama nie wiem czego tak naprawdę chcę, bo przecież obiektywnie patrząc, moje życie jest całkiem nieźle poukładane. Mam dobrze płatną pracę, mieszkam wygodnie i znacznie wyżej od przeciętego standardu, nie muszę zbytnio oszczędzać, mam udaną, piękną córkę oraz perspektywę rychłego zostania teściową i babcią, a potem przeżycia wygodnego finiszu. Nie powinno mnie już stresować nieudane małżeństwo bo dawno doszłam do wniosku, że stało się tak, jak powinno się stać, a decyzja o wystąpienie o rozwód była jedną z najtrafniejszych, jakie zdarzyło mi się podjąć. Tyle tylko, że z człowiekiem jakoś tak jest, że ciągle wszystko widzi w ciemnym kolorze. Może to odium samotności, bo chociaż obracam się wśród ludzi, mam kupę znajomych i przyjaciół, jakoś nie czuję tej szczególnej formy bliskości i zrozumienia. Najbardziej stresuje poczucie, że w razie gdyby powinęła mi się noga, nie ma nikogo na kogo mogłabym poważnie liczyć. Coraz częściej wydaje mi się, że celem tego wspólnego bycia jest jedynie przyjemne spędzenie czasu i zabicie nudy, a nie przysporzenie sobie poczucia bezpieczeństwa. W każdym razie często mam wrażenie, że jestem sama jak palec. Może więc rzeczywiście czekam na kogoś? Ciekawa jestem czy też tak masz? Wiem, że to głupie pytanie, bo przecież wy z Anną macie siebie i to wam wystarcza. A może i wy tylko tak udajecie? Bo chyba  różnimy się mniej, niż nam się wydaje…

Potem spojrzała na zegarek i nerwowo zapakowała torebkę.

– Cholera, zagadałam się i na śmierć zapomniałam, że umówiłam się z przyjaciółką, aby pomóc jej w organizacji wesela córki. Przyda się, bo trudno przewidzieć, kiedy przyjdzie moja kolej. W końcu jak się ma córkę, nie zna się dnia ani godziny! Idę, ale jeśli pozwolisz, czasem koło ciebie usiądę i znowu pogadamy. Nie wiem czemu, ale po tej spowiedzi jakoś mi lżej…

I poszła.

* * *

Usiadła, zamówiła kawę, a potem zaczęła lakierować paznokcie palców lewej dłoni. Podziwiałem wprawę, z jaką to robiła, bo nawet w momentach, kiedy patrzyła na mnie, pędzelek bezbłędnie odnajdywał właściwe miejsce. A potem odłożyła lakier i patrząc mi w oczy, zaczęła swój zwykły monolog.

To było już nasze kolejne kawiarniane spotkanie z Bereniką, podczas którego, nie mając pojęcia, że  słyszę, szczegółowo wprowadzała mnie w swoje sprawy. Świadomość awarii mojego słuchu spowodowała jej całkowite otwarcie i pewien jestem, że wobec mnie była bardziej szczera niż wobec najlepszych przyjaciółek. Po kilku spotkaniach wiedziałem o niej niemal wszystko – od wspomnień z dzieciństwa i młodości, przez sprawy sercowo–łóżkowe, aż po aktualne problemy. W przekonaniu, że to do mnie nie trafia, mówiła wszystko, co chciała, nie unikając spraw wstydliwych, bulwersujących i banalnych. A opowiadała tak sugestywnie, że czasem z trudem nad sobą panowałem.

Prawdę mówiąc byłem jej wdzięczny za tę szczerość, bo w ten sposób spełniała moje ciche marzenie o poznaniu tajemnicy kobiecej natury. Od kiedy pamiętam zawsze ciekaw byłem kobiecego widzenia świata, które choćby ze względów fizjologicznych musiało dalece różnić się od męskiego. Przede wszystkim ze względu na macierzyństwo w szerokim tego słowa znaczeniu. Na tyle silne, że po opierzeniu się własnych dzieci, przenoszone jest na wnuki, a nawet prawnuki. I to zapewne daje im psychiczną przewagę nad mężczyznami, których Natura/Bóg i cywilizacja wyposażyły w znacznie płytsze zasoby poczucia obowiązku, rekompensując większą porcją abstrakcji i zdolnością orientacji przestrzennej.

Podczas tego spotkania była wyraźnie zestresowana i może dla rozluźnienia się zamówiła jedną, potem drugą lampkę wina, aby po ich wypiciu wygłosić monolog:

– Nie śmiej się, ale czuję się tak, jakbym się w tobie zakochała, a jeśli jeszcze tak się nie stało, chyba stoję w przedsionku i powolutku dojrzewam. Nie bój się, pewnie przesadzam, a tak lirycznie wpływa na mnie niecodzienność naszych relacji, złudzenie, że jesteś inny od tych wszystkich palantów, którym wydaje się, że każda z nas jest przede wszystkim cipą i marzy wyłącznie o słodkim barłożeniu. Dawno doszłam do wniosku, że powinnam się zakochać w kimś, kto umie słuchać i milczeć, a ponieważ chyba takich nie ma, pozostaje mi ktoś całkowicie pozbawiony głosu. I chociaż może zabrzmi to idiotycznie, miałam szczęście trafić na ciebie. Nie to, abym ci źle życzyła, ale skoro los tak zdecydował… Zauważyłeś, że ludzi najbardziej dzielą słowa? Czyny też, ale zazwyczaj pierwsze są słowa. Od nich zaczyna się zarówno dobro, ale przede wszystkim zło, bo ono jest bardziej widoczne. Tyle tylko, że w przypadku dwojga ludzi dobro zazwyczaj trwa stosunkowo krótko, a potem najczęściej pozostaje tylko zło lub upokarzająca obojętność.  Znam to z autopsji, bo właśnie przez tę obojętność zerwałam moje małżeństwo. Przez to beznamiętne patrzenie na siebie przy stole, omiatanie się wzrokiem, który od dawna i tak już nikogo nie widzi. Takim jałowym, niby przychylnym, ale w istocie niewidzącym, który z czasem nie rejestruje nawet wzajemnej obecności; wzrokiem zapamiętującym nawet drobne przedmioty, ale pomijającym siedzącą  vis-à-vis osobę, która od dawna stała się przezroczysta, a przez to zbędna. Jakby przestała rzucać cień, wydzielać zapach, coś tam mówić, o coś tam pytać, mówić czułe słowa lub przeklinać, być delikatną lub trzaskać drzwiami, w coś się ubierać lub chodzić nago. I choćbyś stawał na głowie, te oczy w dalszym ciągu pozostają obojętne, a jeśli już coś się w nich pojawi, to raczej zdziwienie, zniecierpliwienie lub złość na to, że ktoś śmiał przerwać tę cholerną beznamiętność, wszedł z butami w święty spokój i zupełnie niepotrzebnie przypomniał o swoim istnieniu. Nawet nie wiesz – a może zresztą wiesz bo żyjesz dłużej niż ja? – ile wrogości może okrywać taka obojętność. To jak zanurzanie się w brudnej cieczy ze świadomością, że już się nie wypłynie, jak pływanie w szambie, jak trumienny chłód, żałobna msza albo jak śmiech przed uduszeniem. To powszechny dowód na to jak liryczny romans zmienia się w tragedię, którą powoli akceptujemy, wmawiając sobie, że skoro tak jest, widocznie tak być musi. A może zresztą z braku konkretnej wizji życia i obawy, że może być jeszcze gorzej?

Ale po co ja ci to mówię? Jestem pewna, że to znasz i gdybyś tylko mógł, z pewnością byś potwierdził. Nie wierzę, że u ciebie jest inaczej, bo raczej to zasada bez wyjątków. Chyba że ty i twoja żona nimi jesteście. Zawsze zastanawiałam się, skąd biorą się bajki o szczęśliwych małżeństwach i trucie o dozgonnej miłości. Bo jeśli tak bywa, to dlaczego nie znam ani jednego takiego przypadku? Owszem, znam pary udające miłość, przywiązanie i wzajemną życzliwość, ale jak popatrzysz głębiej, przekonasz się, że to tylko pozory, a może raczej objawy głębokiej hipokryzji kultywującej zasadę o opraniu brudów we własnej pralce. Tak było z moimi rodzicami, którzy w domu żarli się na potęgę, ale na ulicy jedli sobie z dziobków, stawali się wzorami małżeńskiej i rodzicielskiej miłości, chociaż ojciec latał za babami, a matka chętnie zwabiłaby jakiegoś faceta, gdyby nie brak odwagi i dbałość o pozory. Nienawidziłam ich za tę kurewską hipokryzję i zawsze starałam się zrobić coś, żeby zedrzeć z nich te cholerne maski! Ale ich cierpliwość była silniejsza! Pewnie wtedy przesiąkłam pogardą dla życia w maskach, bo późniejsze życie było tropieniem takich kretyńskich teatrów. Sądzę, że właśnie to przewrażliwienie stało się przyczyną fiaska mojego małżeństwa i kilku późniejszych związków. Bo nic na to nie poradzę, że kiedy czuję rozrzedzenie uczucia, a wspólna obecność zaczyna być grą pozorów, nie umiem tego zaakceptować i trzaskam drzwiami. Chyba mam uczulenie na obłudę i fałsz, ze szczególnym uwzględnieniem relacji damsko-męskich. Pewnie jestem idealistką, ale wciąż jeszcze wyobrażam sobie, że ludzie decydujący się na wspólne życie powinni pasować do siebie jak mechanizm szwajcarskiego zegarka. Co prawda taki zegarek też może się zepsuć, ale jest zbyt cenny, aby go wyrzucić. Wystarczy dobry fachowiec, aby doprowadzić go do porządku. W małżeństwie takim zegarmistrzem powinna być miłość, odpowiedzialność, wzajemne przywiązanie, zaufanie, które potrafią zniwelować ewentualne zgrzyty zmęczonych trybików. Tym bardziej że z czasem łóżkowe zapasy bledną i potrzeba innego kleju… Oj gdybyś słyszał, pewnie pośmiałbyś się z mojej śmiesznej naiwności, ale cieszę się, że ją jeszcze zachowałam, bo dzięki temu łatwiej znoszę byle jaką rzeczywistość… Ale dość na dziś, bo gotowam cię uśpić. Pa i do zobaczenia. I nie przejmuj się tym moim wyznaniem, chociaż jeśli ci to sprawi przyjemność…

Chyba zapomniała, że nie słyszę. Ale przyjemność faktycznie mi sprawiła.

* * *

To spotkanie zapamiętałem, bo – co tu ukrywać – pochlebiło mojej męskiej ambicji, która chociaż spłowiała, przecież jednak zachowała trochę koloru. Bo z tą ambicją jest tak jak ze chodzeniem po schodach – przez kawał życia wspinamy się, starając się osiągnąć szczyt, a kiedy już wejdziemy albo przynajmniej jesteśmy blisko, robimy w tył zwrot i z każdym krokiem jest się niżej. Podczas drogi najlepiej patrzeć pod nogi, bez oglądania się wstecz oraz patrzenia w dół, bo coraz większe zachwianie równowagi grozi upadkiem, a w pewnym wieku kości słabiej się regenerują. Zresztą jak większość narządów. W pewnym wieku najbardziej sprawdza się stoicyzm skutkujący mądrą, a przede wszystkim zdrową refleksją o szkodliwości nadmiernych oczekiwań oraz skromnością w ocenie swoich możliwości. Bo jest czas bycia pięknym, silnym, ważnym i pewnym siebie, a potem nadchodzi okres intelektualnej refleksji i porządkowania emocji. Wtedy rzeczą nierozważną jest pozwalać sobie na porównywanie siebie do tego z przeszłości, kiedy gotowym się było do przenoszenia gór, stawiania bliźnich na baczność i zaliczania wszystkich kobiet świata. A już szczytem nierozwagi jest pozwolić sobie na pretensję wobec samego siebie, formułować zarzuty, że nie zrealizowało się zbyt ambitnych planów. To najbliższa droga do zawału i utraty szansy na spokój wtedy, kiedy jest najbardziej potrzebny.

Moje rozmyślania przerwała Berenika, która po odebraniu telefonu zaczęła monolog:

– Czuję się w obowiązku poinformować cię, że za trzy dni wyjeżdżam i nie będzie mnie dwa lub trzy tygodnie. Na zaproszenie koleżanki jadę do Prowansji pooddychać zapachem lawendy i pochodzić śladami Van Gogha, a przede wszystkim oderwać się od tej cholernej, beznadziejnej codzienności, która chyba najbardziej mnie postarza. A teraz trzymaj się dobrze, bo powiem coś takiego, po czym spadniesz z krzesła. Wyobraź sobie, że kiedy wczoraj wieczorem pomyślałam o wyjeździe, nagle zdałam sobie sprawę, że będę za tobą tęsknić! Zaskoczyło mnie to tak bardzo, że zaprzestałam pakowania i przez dwie godziny siedziałam w ciemności przy kawie i kieliszku zastanawiając się nad własnym skomplikowaniem. I chyba po raz pierwszy uświadomiłam sobie, jak ważne są dla mnie nasze spotkania. Jak podświadomie na nie czekam, jak się do nich przygotowuję i jak spieszę się, aby zdążyć. Że w imię twojego milczącego towarzystwa odrzucam propozycje spotkań z innymi mężczyznami. Nawet tymi, na których mam ochotę… Jestem dowodem na to, że każdy człowiek powinien mieć swojego spowiednika, którego podstawową zaletą jest umiejętność słuchania i powstrzymania się od zbędnych morałów. Od czasu do czasu człowiek powinien otworzyć okna i solidnie się przewietrzyć. Dla mnie takim właśnie wietrzeniem jest rozmowa z tobą… Miałam ci to wczoraj napisać, ale doszłam do wniosku, że wyjdę na taką kretynkę i że po przeczytaniu może nawet odpędzisz mnie od stolika. No bo czy to nie idiotyczne tęsknić do faceta, z którym dwa razy w tygodniu siada się przy jednym stoliku, opowiada się o sobie więcej, niż wszystkim mężczyznom razem wziętym, i którzy w porównaniu z tobą nie wiedzą o mnie nic. Nawet ci, którym wydaje się, że znają mnie na wylot, bo kilka razy mnie pieprzyli, słuchali moich pijanych wynurzeń i patrzyli na moje łzy. Nawet ci, którym ze wszystkich sił chciałam się pokazać, nie zostawiając dla siebie nic własnego. Ale oni brali tylko to, co im pasowało, słyszeli jedynie to, co chcieli usłyszeć i robili ze mną to, na co akurat mieli ochotę. Zazwyczaj nie zwracając uwagi, czy chcę tego ja. A potem częstowali mnie papierosem, mówili, że było dobrze i zostawiali mnie ze zgaszonymi oczami i wyprutym ze złudzeń wnętrzem oraz sprowadzającym złe sny moralnym i alkoholowym kacem. Czasem jeszcze godzinę lub dwie leżałam patrząc w sufit, na którym nigdy nie pojawiła się twarz żadnego z nich. A czasem, kiedy było mi dobrze, chodziłam po mieszkaniu naga marząc, aby on zauważył jaka jestem zgrabna, jak dla niego szybko się otwieram, a potem wolno zamykam. Aby zarejestrował jak długo utrzymuje się intensywny kolor moich sutków, jak na wspomnienie jego we mnie obecności, kołyszą się moje biodra, mieląc tę przedłużającą się rozkosz… Ale żaden z nich tego nie widział. Dla nich moja obecność sprowadzała się do tego, co przed, bo może nawet nie tego, co w trakcie. Chociaż czasem wydaje mi się, że nawet przed widzieli jedynie to, co chcieli. Bo po co im była reszta? Zastanawiam się, czy któryś zauważał wyraz moich oczu z jakim patrzyłam na przyrastanie ich gabarytu. Nie mówię już o innych sytuacjach, kiedy z rozanielonymi oczami patrzyłam na wszystko, co mi wskazywali, a co dzięki ich zainteresowaniu stawało się ważne…

Zamilkła, sięgnęła po moją, leżącą na stoliku fajkę i bawiąc się nią kontynuowała.

– Przypomniałam sobie coś jeszcze…

Zmarszczyła czoło, a potem zupełnie niespodziewanie roześmiała się:

– Dawno temu wydawało mi się, że po pieprzeniu, które wtedy jeszcze nazywałam miłością, pierwsze zdanie, które wypowie mój ukochany, dotyczyć będzie ogromu uczucia, jakie do mnie żywi, deklaracji i zapewnień o rozkoszy, jakich doznał dzięki mnie, i o tym, że będzie tęsknił i że najchętniej by ze mną został. Otóż nic bardziej mylnego, bo chwilę po wyjściu ze mnie pierwsza wielka miłość mojego życia wymamrotała: „kurwa, gdzie ja kupię uszczelkę pod głowicę do tego cholernego fiata”… Od tamtej pory natychmiast po pieprzeniu odwracam się do faceta tyłem i zasypiam, wychodzę z pokoju, włączam telewizor albo zabieram się za czytanie. Nawet nie chcę sobie wyobrażać co powiedziałby kolejny, więc kiedy się do mnie dobiera, uprzedzam, aby nie mówił nic. Nie zawsze posłucha, bo facetom w takich okolicznościach zawsze wydaje się, że powinni być słownie wylewni. Może i powinni, ale nie w stylu sapiącego: „ech mała, jeszcze takiej dupy nie miałem, tak mnie napaliłaś, że cię chyba zarypię na śmierć”. Jak coś takiego słyszę, zatykam mu usta, a jak nie pomaga grożę, że go nie wpuszczę. Bo przecież chętnie posłuchałabym miłych, serdecznych słów, komplementów nawet świńskich, ale powiedzianych do mnie, a nie gdzieś tam w przestrzeń. Chciałabym wiedzieć, że te słowa przeznaczone są wyłącznie dla mnie, a nie mówi je każdej, którą zdarzy mu się pokrywać. Nie takiej okazjonalnej gadki, którą powtarza się przed i po każdym pieprzeniu, ale słów z adresem i uwzględniających mnie. Chciałabym, aby czasem odezwał się do mnie po imieniu, bo wtedy byłabym pewna, że wie u kogo umoczył. Chciałabym, aby zauważył czym moja cipa różni się od tej, którą miał wczoraj, żeby zapamiętał, że nie lubię obcesowego wpychania paluchów, i cierpliwie czekał, kiedy zechcę zrobić mu loda, a nie na siłę otwierał nim moje usta. Pewnie uważasz, że jestem ordynarna, ale nie lubię udawać cnotliwszej niż jestem. Chociaż lubię się pieprzyć, bywa, że po takim akcie mam ochotę zaczopować się jakimś osikowym kołkiem albo zalać cipę betonem i mieć spokój. Po każdej takiej wątpliwej przyjemności przyrzekam sobie, że to już koniec, ale za jakiś czas między nogami robi mi się gorąco. I zazwyczaj sytuacja się powtarza.

No i tu dochodzę do sedna z tobą w roli głównej. Na swój sposób kocham cię za to, że nie mam wobec ciebie żadnych złudzeń i oczekiwań. Za to, że mogę mówić ci to, na co przychodzi ochota i co chociaż w jakimś stopniu uwalnia mnie od ciężaru beznadziejności, spłyca wątpliwości, ale pozwala też na zastanowienie się nad sobą. Żalę się na co tylko można, chwalę czymś, co naprawdę nie ma znaczenia i radzę się, chociaż wiem, że to rozmowa w jedną stronę. Ale przyzwyczaiłam się, że nie usłyszę od ciebie ani jednego słowa, ani że ty też nie usłyszysz mojego. Chociaż czasami masz takie oczy, jakbyś mnie słyszał… Czasem nawet żałuję, że coś ci powiedziałam, bo wydaje mi się, że twój wzrok mnie pyta, rozgrzesza i osądza… A ja, chociaż czasem bywam zła, przecież chcę, abyś tak patrzył na mnie i nie mówiąc, i nie słysząc, zwyczajnie mnie rozumiał… Albo pozwolił wierzyć, że rozumie. Zresztą nie wiem skąd bierze się we mnie to przekonanie, ale jestem pewna, że przecież mnie rozumiesz. Może dlatego, że znasz życie, że wiele razy słuchałeś spowiedzi zblazowanych, błądzących kobiet, a może zresztą sam masz taką babską wrażliwość? W każdym razie po twoich oczach widzę, że rozumiesz, a nawet czasem współczujesz. I właśnie niejako rewanżując się, powiem ci, że cię fizycznie pragnę. I to bardziej od tych wszystkich napalających się facetów. I pragnę abyś ty mnie chciał. Czasem nawet wydaje mi się, że patrzysz na mnie jak na kobietę i chciałbyś mnie mieć w łóżku, ale pewnie tak wychodzi moje chciejstwo. Cholera, nawet nie wiesz, jak mnie pociągasz…

Zamówiła jeszcze jedną lampkę wina, a właściwie dwie, bo nie pytając także dla mnie, wypiła, podłubała widelczykiem w wuzetce, a potem wyjęła papierosy, ale przypomniała sobie, że nie wolno palić i na powrót schowała je do torebki.

– Cholera, przy kawie najbardziej chce mi się palić, a tu zabronione. Coraz mniej tej wolności nam zostaje.

Z tą konstatacją na ustach wyszła do toalety, z której wróciła po dłuższej chwili.

– Daruj, że zostawiłam cię na tak długo, ale musiałam zapalić. Cholera, córka ma rację, gderając, że za dużo palę, ale nie umiem się powstrzymać. Próbowałam rzucić, a przynajmniej ograniczyć, ale nie mogę znaleźć nic zastępczego. A zresztą czy w imię teoretycznej długowieczności człowiek powinien pozbywać się tego, co sprawia mu przyjemność? Nie pal, nie pij, nie kopuluj, nie pożądaj żony i męża bliźniego swego, chociaż ona/on pożąda ciebie, nie bądź zbyt szczery i miej pogodną buźkę, chociaż jesteś w stanie wrzenia. Za to, aby być wzorowym człowiekiem unikaj złego towarzystwa, kochaj Bozię i swych bliźnich, którym za uderzenie w jeden policzek, nadstaw drugi. I jeszcze dziel się z nimi swoim dostatkiem, bo skoro Pan Bóg stworzył ich jako niebieskie ptaki, ty zostałeś powołany do życia jako ich jałmużnik. Kurwa, czemu to takie skomplikowane?

Być może mówiłaby dalej, ale do stolika podszedł Waldek, znajomy notariusz i znany birbant, który po krótkim przywitaniu i banalnym skomplementowaniu Bereniki, oddalił się do swojego towarzystwa. Kiedy odchodził, popatrzyła za nim tak, jakby miała ochotę splunąć.

– Kto by pomyślał, że ten kulturalny, ulizany i dobroduszny facet w gruncie rzeczy jest takim łasym na pieniądze prostakiem. Znam go od tej strony, bo czas jakiś przyjaźniłam się z jego żoną. Potem przyjaźń szlag trafił, bo wymyśliła sobie, że lecę na jej chłopa. A najfajniejsze w tym, że byłam bodaj jedyną jej znajomą, która nie uległa jego wdziękom. Ocknęła się kiedy dostała pozew rozwodowy. Okazało się, że następczynią została jej najbliższa przyjaciółka, która po zajściu w ciążę wymogła na nim rozwód i małżeństwo. Może zresztą wcale nie musiała go namawiać, bo ta jej ciąża stała się dla niego dowodem płodności, jako że przez piętnaście lat z Leną nie mieli dzieci. I chociaż miejska plotka głosi, że przy tym ojcostwie ktoś mu pomagał, on sam jest święcie przekonany, że to wyłącznie jego zasługa. Po rozwodzie Lena wyjechała do siostry do Wiednia, wyszła za mąż i urodziła dwójkę dzieci. Morał z tego taki, że zdrady dobrze wpływają na demografię. Chociaż może to już morał z przeszłości, bo dzisiejsza antykoncepcja wszystko postawiła na głowie i teraz już trudniej złapać faceta na brzuch.

Ponieważ świecące w okno słońce oślepiało ją, przesiadła się na drugie krzesło.

– Mam nadzieję, że nie myślisz o mnie jak o pospolitej kurwie, bo zaręczam ci, że jestem zwyczajną kobietą i możesz być pewien, że podobnie myślą inne baby. Nawet twoja żona, która być może jest ci fizycznie wierna, ale jestem pewna, że nie raz miała ochotę być sam na sam z innym mężczyzną. Powinieneś to zrozumieć, bo każdy z was, widząc atrakcyjną kobietę, ślini się i w wyobraźni się do niej dobiera. Dlaczego my miałybyśmy być inne? Wcale nie jesteśmy takie niewinne i czyste jak nas wymyśliliście. Wydaje mi się, że u podstaw tej waszej imaginacji leży obawa przed naszą seksualnością wynikającą z przekonania o naszej erotycznej przewadze. Kiedy przekonaliście się, że wasz erotyczny potencjał jest znacznie mniejszy, postanowiliście nałożyć nam moralne i obyczajowe kajdany, w czym wydatnie pomogła wam religia. Poza tym dopingowały was wątpliwości dotyczące ojcostwa, bo jeśli kobieta może współżyć z wieloma mężczyznami, przestaje być własnością jednego, a tym samym – jak to powiedział poeta – niepewne są ojcostwa wasze. Co prawda w dobie środków antykoncepcyjnych zagrożenie to zmalało, ale tradycja zobowiązuje. Poza tym w grę wchodzi męska ambicja, obawa, że ktoś może okazać się lepszy, bo ma więcej siły i dłuższego penisa. Do kompletu dodajmy jeszcze zazdrość. Ale nie sądź, że mówię to po to, aby móc się gzić bez opamiętania lub usprawiedliwiać dość swobodny tryb życia. Wiesz co najbardziej wkurzało mnie u mojego byłego? Bo chociaż byłeś moim adwokatem, wszystkiego nie mogłam ci powiedzieć. Najbardziej wkurzało mnie, że przestał być o mnie zazdrosny i było mu wszystko jedno z kim sypiam. Na początku wcale go nie zdradzałam, ale chcąc sprowokować reakcję mówiłam mu, że ktoś mi się podoba i miałabym na niego ochotę, a on śmiał się i mówił, że jeśli ktoś wykaże zainteresowanie moimi wdziękami, nie powinnam mieć oporów. Mimo to długo je miałam, chociaż chcąc mu dać powód, sprawiałam wrażenie, że mam kochanka. Kiedy zasiedziałam się u koleżanki i wracałam późno do domu, mówiłam mu, że wracam z łóżkowej randki. Innym razem, będąc w jego towarzystwie, pozwalałam się obejmować, a nawet klepać po tyłku, nosiłam wydekoltowane suknie, a siadając specjalnie podwijałam je tak, aby widać było majtki. Wszystko na nic. Co prawda pieprząc mnie pytał, czy mój kochanek jest od niego lepszy, ale jeśli nawet odpowiadałam twierdząco, jakoś go to nie denerwowało. Zobojętnienie to przypisywałam najpierw zmęczeniu pracą – kilka operacji dziennie, szpitalne dyżury, prywatna praktyka – ale wkrótce doszło do mnie, że w grę wchodzi inna kobieta. Kiedy go o to zapytałam, nie wypierał się, argumentując, że to tylko chwilowy, niezagrażający naszemu małżeństwu relaks. Ale ja, wiedząc, iż taki relaks wciąga, wolałam wyprzedzić fakty i wystąpiłam o rozwód. Resztę znasz. A teraz przejdę wreszcie do meritum, powiedz mi, komu przez ten cholerny urlop będę mogła mówić o sobie tak otwarcie? Może nawet spotkam jakiegoś byczka i odbędę z nim gody, ale komu rano poskarżę się, że znowu było beznadziejnie? Albo pochwalę się, że tym razem było całkiem nieźle? Ty nawet nie wiesz jakie to ważne, kiedy można to komuś powiedzieć, podzielić się nawet banalną nowiną. Nawet jeśli nie liczy się na pocieszenie lub życzliwą radość. No bo przecież nie powiem tego mojej córce, która depresją przepłaca każde moje zainteresowanie facetem. Co prawda był taki, którego akceptowała, ale na dłuższą metę on nie zaakceptował nas i w pewnym sensie zostawił obie. Pieprzył mnie niemal rok, a potem powiedział, że boi się zbyt bliskiego związku i tych wszystkich następstw związanych z przyzwyczajeniem. Przyzwyczajeniem! Tak nazwał rok dawania dupy, zaopatrywania w wikt i opierunek oraz akceptację jego artystycznych, często mnożonych alkoholem aspiracji. O mądrości mojej córki świadczy fakt, iż mimo zatajenia przed nią faktu naszego zerwania, już następnego dnia przestała o niego pytać, a w rozmowach do dziś starannie omija jego imię. W tym względzie jest mądrzejsza ode mnie, bo ja długo nie umiałam się z tym uporać. Wracał do mnie w najbardziej nieoczekiwanych momentach, a każde wspomnienie dosłownie zwalało z nóg. Wydawało mi się, że zapomniałam umiejętności samodzielnego chodzenia, kierowania samochodem, operowania łyżką i widelcem, a przede wszystkim zaplanowania rozkładu następnego dnia. Miałam wrażenie, że pogrążam się w jakiejś totalnej improwizacji, odpadam od realnego życia, przy którym ostatni rok trzymał mnie wyłącznie on. Czasem dziwiłam się, że zachowałam umiejętność samodzielnego oddychania, rozróżniania stron świata i rozmów z innymi ludźmi. Dziś zastanawiam się, czy to było zakochanie, czy może raczej traktowałam go jak ostatnią deskę ratunku. W czym on umiejętnie mnie utwierdzał traktując jak małą słabą kobietkę. Uległam, bo każdej z nas zdarza się pragnienie bycia Calineczką, którą ktoś osłoni przed problemami, stanie się reżyserem życia, zadba o bezpieczeństwo i będzie dawał przyjemność.

Nawet nie wiesz jakie to jest wkurwiające, kiedy człowiek nie potrafi sklepić się w całość, kiedy jest zatomizowany, miota się jak w jakiejś szalonej wirówce i nie wie, jak się zatrzymać. Jest się jak ten autostopowicz machający na wszystkie przejeżdżające samochody, ale żaden się nie zatrzymuje. A może zresztą wiesz, a ja wcale nie jestem tak wyjątkowo dotknięta przez los, jak to sobie wyobrażam? Pewnie to przez zwyczajny egoizm, który jak szkło powiększające wyolbrzymia problemy, ale którego właściwości ograniczają się wyłącznie do nas…

Czy zauważyłeś, że dzięki rozmowom z tobą przybyło mi elokwencji i umiejętności gawędziarskich? Może zresztą dlatego, że mi nie przerywasz i pozwolisz na dowolne rozwijanie tematu. A może twoja obecność wpływa na mnie na tyle inspirująco, że chce mi się myśleć i mówić? W każdym razie mam wrażenie, że odkryłam własną Amerykę. Ale teraz czas odpłynąć. Mam nadzieję, że jak po powrocie znowu tu zajrzę, znajdę cię na tym samym miejscu i takiego samego. No kiwnij chociaż głową. Cholera, mam ochotę cię pocałować! I właśnie, że cię pocałuję, w końcu to pożegnanie…

Pocałowała mnie i poszła.

* * *

Nie spodziewałem się, że jej wyjazd zrobi na mnie tak przygnębiające wrażenie, iż wytrąci mnie z równowagi i sprowadzi do psychicznego parteru. Nie spodziewałem się, że jestem do niej tak przywiązany i że jej obecność jest dla mnie tak ważna. Właściwie nie potrafiłem powiedzieć dlaczego, bo jakoś nie umiałem nazwać naszych wzajemnych stosunków. Chociaż atrakcyjność i kobiecość Bereniki mocno na mnie działały, przecież to, co do niej czułem, nie było jakąś wielką namiętnością, a tym bardziej zakochaniem. Dla tego związku chyba najbliższe byłoby pojęcie głębokiej zażyłości z elementami erotycznego pobudzenia, jakie zazwyczaj wyzwala w mężczyźnie kontakt z atrakcyjną kobietą.

Kiedy zdałem sobie sprawę z tego psychicznego uzależnienia, przestraszyłem się, bo już nie mogłem sobie przypomnieć kiedy coś takiego przeżywałem. Kiedy wydawało się, że w moim emocjonalnie stabilnym bytowaniu nic już nie zafaluje, nagle pojawiła się Berenika, dzięki której świat pozieleniał i stał się mniej szorstki. Coś się we mnie rozbudziło, chociaż nie chcąc się do tego przyznać, tłumiłem to kpiną, rozcieńczałem rozsądkiem, a może także wstydem, że w ogóle sobie na coś takiego pozwalam. Bo czy niesłyszący niemowa mógł marzyć o pozyskaniu względów młodej, zdrowej i pięknej kobiety?

Była to jednak emocja na tyle czysta, że nie czułem wyrzutów sumienia. Gdyby nie ów erotyczny pierwiastek, nasz związek mógłbym nazwać przyjaźnią, chociaż mimo słusznego wieku i liczby damsko-męskich doświadczeń, wciąż jeszcze nie jestem pewien czy przyjaźń między kobietą i mężczyzną w ogóle jest możliwa. Wątpliwości te opieram na kilku własnych przykładach, które w założeniu miały być przyjaźnią, a kończyły w łóżku lub rozlatywały się z powodu niesymetryczności oczekiwań. Czasem zbyt napalony byłem ja, ale kilka razy zdarzyło się, że to panie obrażały się, że nie widzę w nich kobiet, a w każdym razie zainteresowania tego nie okazuję tak, jak one by sobie tego życzyły.

Wyrzutów sumienia nie czułem też wobec Anny. Jej pozycja w moim życiu była tak mocna, że nie musiała się niczego obawiać. W końcu była tym pewnym elementem rzeczywistości, który chociaż czasem kwestionowany, okazuje się nieodzowny i niezawodny. Nasze lepsze i gorsze doświadczenia były jak patyna, którą dla wydobycia ciepłego koloru co jakiś czas trzeba polerować, ale nie za często, bo ten zielonkawy nalot jest wartością samą w sobie, działającą uspokajająco, kamuflującą nas przed zbyt bystrymi oczami i pozwalającą wejść w bezpieczne tło. Łączyło nas zbyt wiele, abym mógł przerwać ten nasz słodko-kwaśny trans, zejść ze wspólnej drogi i pójść dalej z kimś innym. Mimo zgrzytów, okresów zwątpienia i rozczarowań, byliśmy sobie zbyt potrzebni, aby wyobrazić sobie siebie bez siebie.

Ale tak jakoś jest, że jedno, nawet tak ważne uczucie nie wyczerpuje w człowieku głodu na kolejne. Nie mówię o trywialnym romansie, ale o związku opartym na wzajemnym zrozumieniu, zaufaniu i fascynacji może bardziej estetycznej niźli erotycznej; związku przypominającym przyjaźń lub inną głęboką zażyłość, ale koniecznie z przedstawicielem płci przeciwnej. Prawdę mówiąc nie bardzo potrafię to wyjaśnić, ale są sprawy, o których nie umiałem rozmawiać z mężczyzną, a które bez zbytnich oporów powierzałem kobietom. Jest w kobietach coś, co stwarza nastrój sprzyjający rozmowom na tematy, przed którymi mężczyźni uciekają lub uznają je za mało ważne. Może dlatego, że są cierpliwszymi słuchaczkami, a może to naturalna zasada przyciągania przeciwieństw?

Mimo długich deliberacji, nie potrafiłem więc nazwać tego, co łączyło mnie z Bereniką. Niewątpliwie podobała mi się, ale chyba nie bardziej niż wiele innych pań. Niewątpliwie pociągała mnie w niej jej otwartość i szczerość, chociaż studziła świadomość, że powodem jest moja foniczna niepełnosprawność. Jakiś cień rzucało także moje oszustwo zatajenia powrotu słuchu, ale łatwo się rozgrzeszałem argumentem, że i tak wszystko zostaje we mnie. Faktem jest także, że ta jej otwartość była dla mnie nie lada egzaminem opanowania. Prawdę mówiąc sam byłem zaskoczony perfekcją swego przekonującego aktorstwa, dzięki któremu bez większego trudu udawało mi się opanować nawet najprostsze odruchy i mimo wewnętrznego poruszenia zachować nieruchomą twarz, nie dać po sobie poznać, że coś do mnie trafia. Dziwna rzecz, ale w ten skomplikowany sposób dotarłem do celu, do którego od dawna bezskutecznie dążyłem. Będąc człowiekiem z natury impulsywnym, zawsze zazdrościłem ludziom umiejętności zapanowania nad emocjami, takim pokerzystom, którym mimo wielkiego napięcia nie drgnie żaden nerw i ręka. Za sprawą wykonywanego zawodu nieco się tego nauczyłem, ale zaledwie na poziomie przedszkola, bo wystarczył odrobinę mocniejszy bodziec, a już wychodziłem z roli.

W stosunku do Bereniki bywam jednak skrajnie niekonsekwentny. Czasem wydaje mi się, że te nasze spotkania to jedynie nic nieznaczący incydent, a innym razem przywiązuję do nich duże znaczenie. Niby na nie czekam, ale zauważyłem, że tego dnia kiedy mamy się spotkać, jestem nieco inny. Przede wszystkim częściej o niej myślę, zastanawiam się co dziś usłyszę i jakie pytania bym jej zadał, gdybym mógł je zadać. Zauważyłem też, że szybciej niż zwykle przebywam drogę między domem a kawiarnią, skutkiem czego zawsze zjawiam się pierwszy i z niecierpliwością wpatruję się w drzwi. Szczerze przyznam, że jej obecność sprawiała mi przyjemność zarówno estetyczną, jak i intelektualną, bo chyba jeszcze żadna kobieta nie była wobec mnie tak otwarta i tak głęboko nie wprowadzała mnie w świat niedostępny dla mężczyzn. Otwartość tę przyjmowałem bez zaskoczenia, chociaż z pewnym żalem wracała konstatacja, iż na co dzień kontakty między kobietami i mężczyznami zazwyczaj bywają grą prowadzoną dla zawoalowania niewygodnych prawd. Tylko czasem, po alkoholowym lub zbytnio emocjonalnym rozluźnieniu, zdarza nam się odsłonić swoje lepsze lub gorsze oblicze, ale stan to niejako momentalny, bo zaraz potem szczelnie owijamy się pozorami.

W każdym razie spotkania z nią były na tyle ważne, iż wystarczyło, że raz i drugi nie przyszła, aby sprowadzić na mnie złe myśli i abym zaczął tęsknić. Tak było także po jej wyjeździe. A kiedy po tygodniu zaczęło się jakieś wewnętrzne rozdygotanie, postanowiłem chociaż pójść pod jej dom. Stał w zaciszu starego sadu, z huśtawką na ogrodzonym podwórku, sielski i jakby kontrastujący z gwałtownością natury mieszkającej w nim młodej kobiety z jej charakterem podobnym do szarpanego przez wiatr lotniskowego rękawa…

 Stojąc pod jej domem, zrozumiałem, co mnie do niej przyciąga. W gruncie rzeczy byliśmy do siebie podobni. Ja także długo nie umiałem uśpić w sobie złych przeczuć, oddalić pesymizmu i wmówić sobie, że ten spokój nie jest jedynie chwilowy, a to wewnętrzne rozkołysanie można jednak wyciszyć.

Pewnie zabrzmi to osobliwie, ale widok domu Bereniki i jej stojącego na przydomowym parkingu samochodu uspokoił mnie, dowodząc, że ona sama nie jest jakimś psychicznym złudzeniem i za kilka dni z całą pewnością znowu usiądzie przy moim stoliku, aby kontynuować opowieść o sobie.

* * *

Nie ukrywam, że powrót Bereniki bardzo mnie ucieszył. Z przyjemnością patrzyłem na siedzącą po drugiej stronie stolika kobietę z odcieniem importowanej opalenizny, z błyszczącymi oczami, które wciąż jeszcze zachowały pogodę południowego nieba. Miała w sobie ciepło prowansalskiego słońca, pachniała lawendą, afrykańską bryzą i tym śródziemnomorskim rozluźnieniem tak skutecznie prostującym nasze słowiańskie zawiłości. Jej wyraźniejsze i żywsze oczy pełne były czytelnego optymizmu. Czerwona, obcisła bluzeczka odważnie uwydatniała kształtne piersi, a kolorowa, prześwitująca spódniczka niedyskretnie ujawniała minimalnie zawoalowaną kobiecość. Tę naturalną świeżość podkreślał oszczędny makijaż oraz brak jakiejkolwiek biżuterii. Patrząc na nią pomyślałem, że w jej obrazie przed wyjazdem i po powrocie zawiera się cała ta kulturowo-klimatyczna różnica w pojmowaniu świata, której doświadczyłem nie raz i za którą wciąż tęsknię, nie mogąc pogodzić się z tym, że po powrocie ze śródziemnomorskich stron moi rodacy wydawali mi się szarzy, głęboko nieszczęśliwi i podejrzliwi wobec wszystkich i wszystkiego. I znowu zatęskniłem za Toskanią, Ligurią i francuską Rivierą, gdzie suszyłem się z oblepiającej nas, łzawej północnej wilgoci. Może byłbym ciągnął wspomnieniowy wątek, gdyby nie Berenika.

– No to jestem. Jeśli mój widok cieszy cię tak samo jak mnie twój, to znaczy, że się na tobie nie zawiodłam i jestem u siebie. Może nie powinnam, ale powiem ci, że często o tobie myślałam. Siedziałem więc sobie przy kawie i winie na tarasie kawiarni w Gordes i żałowałam, że nie mogę dzielić się z tobą wrażeniami. Wyobrażałam sobie ciebie siedzącego przy tym stoiku i cierpliwie czekającego na mój powrót. Pewnie to idiotyczne, ale chciałam, aby tak było. Jadąc piękną, łagodnie wijącą się między dębowymi lasami i zaroślami żarnowca drogą z Gignac do Viens, obiecywałam sobie, że muszę ci to kiedyś pokazać. I cedrowe lasy rosnące wokół Bonnieux. Ale najbardziej żałowałam twojej nieobecności zwiedzając opactwo Senanque, którego romański spokój jakoś szczególnie mi do ciebie pasował. Jego szarość na tle fioletowych pól lawendy wydała mi się najbezpieczniejszym miejscem na ziemi. I to lawendowe, balsamiczne, lepkie od zapachu powietrze. Na początku byłam zdziwiona, że takim wonnym powietrzem da się oddychać, ale działało na mnie jak optymistycznie jak  narkotyk. Ten zapach działał na mnie równie uspokajająco, jak waniliowa woń ulatująca z twojej fajki. Najdziwniejsze jest, że te dwa różne zapachy działają na mnie podobnie. Pomyślałam nawet, że może polubiłbyś zapach lawendowego tytoniu, ale nigdzie nie mogłam go kupić. Za to przywiozłam ci zasuszone kwiaty lawendy, bo pomyślałam, że może da się je zmieszać z tytoniem. A na dowód, że pamiętałam o tobie, przywiozłam ci fajkę z drzewa oliwkowego. Podobno jej wieczorne palenie sprowadza dobre sny…

I położyła przede mną łagodnie wyprofilowane, pięknie usłojone cacko w kolorze delikatnego beżu, tak kruche, że aż trudno sobie wyobrazić, że można by je poddać próbie ognia. W dodatku tak gładkie i lgnące do dłoni, jakby z miejsca chciało pozyskać sympatię. W podzięce chciałem pocałować ją w rękę, ale nadstawiła policzek, a potem pocałowała mnie. Nie ukrywam, że zrobiła mi przyjemność, tym bardziej, że był to odruch zupełnie spontaniczny.

– Nawet nie wiesz jak cię lubię i jak mi jesteś potrzebny. Ech czasem żałuję, że tego wyznania nie słyszysz, bo może nawet byś mi uwierzył. Tyle tylko, że wtedy pewnie bym ci tego nie powiedziała. Nie wiem dlaczego jesteśmy wobec siebie tak nieszczerzy i powstrzymujemy się przed powiedzeniem tego, co dobre, a to, co złe, przychodzi nam tak łatwo. A nam, Polakom, chyba szczególnie. Może to sprawa historii, a może klimatu, ale tam na południu wszystko wydaje się prostsze, a ludzie bardziej bezpośredni. My w ogóle jesteśmy jacyś dziwni, mało w nas empatii i życzliwości. Nawet ci mówiący o zażyłości i przyjaźni wystrzegają się szczerości jak diabeł święconej wody i sprawy najważniejsze zbywają milczeniem. Zawsze pozostawiamy sobie jakąś rezerwę, zabezpieczamy się dystansem niedopowiedzenia, a kiedy zdarzy nam się wyjść poza granicę, następnego dnia zażenowani tłumaczymy się nadmiarem wypitego alkoholu albo wmawiamy innym niezrozumienie naszych intencji. I co z tego, że mówimy dużo, skoro z naszych słów tak mało wynika? A wiesz dlaczego lubię do ciebie mówić? Bo chociaż nie słyszysz, wydaje mi się, że wiem co chciałbyś mi powiedzieć. Czasami odnoszę wrażenie, że słyszysz i potrafisz mówić, ale jesteś za mądry i wiesz, że bywają sytuacje, w których lepiej nie słyszeć i nie mówić. Takie porozumienie wydaje się być sztuką wyższego lotu, która chyba nie wszystkim jest dana. W każdym razie twoje milczenie nie tylko mi nie przeszkadza, ale wręcz przeciwnie, ośmiela i wzbudza zaufanie. I to tak duże, że gdybyś nagle przemówił i gdyby się okazało, że słyszałeś wszystko, co do ciebie mówiłam, chyba bym się tym nie przejęła. Chociaż znając siebie, tego akurat nie jestem pewna. Może to sprawa urazu? Bo był w moim życiu małomówny mężczyzna, którego milczenie zachęcało do mówienia. Wydawało mi się, że jest rodzajem gąbki zesłanej po to, abym wreszcie mogła mówić to co zechcę. I mówiłam. Przez krótki okres byłam ostrożna, ale jego wyciszenie i spokój w oczach coraz bardziej mnie ośmielały i w końcu opowiadałam mu wszystko, co przyszło do głowy. Mówiłam lirycznie, bezwstydnie, kpiąco i poważnie; dzieliłam się wątpliwościami i opiniami oraz radziłam się chociaż wiedziałam, że jest to zabieg retoryczny. Bywało, że mówiłam cały wieczór, a on z lampką wina cierpliwie słuchał, a kiedy milkłam, nalewał mi wina i swoim spokojnym oczekiwaniem nakłaniał do kontynuacji. Z czasem – to znaczy po około miesiącu – przestałam mieć tajemnice i do spodu się wywnętrzałam. A potem okazało się, że on taki milczący był jedynie w stosunku do mnie, a treść naszych rozmów poznała spora część znajomych. Kiedy zapytałam dlaczego mi to robi, wzruszył ramionami i stwierdził, że skoro byłam tak szczera, widocznie nie mam nic do ukrycia. Od tej pory staram się trzymać język za zębami i nawet w rozmowach z przyjaciółkami stosuję gęsty filtr. Dopiero przy tobie znowu poszłam na całość. Chyba mając świadomość, że z przyczyn obiektywnych nie wytniesz mi takiego samego numeru. Przynajmniej tak było na początku, bo później o tym zapomniałam i zaczęłam cię traktować jak idealnego mężczyznę, który potrafi słuchać, rozumieć i dotrzymać tajemnicy. Pewnie zaskoczę cię, ale twoją słuchowo-językową niepełnosprawność postrzegam jako zaletę i – daruj – cieszę się, że taki jesteś. I to tak dalece, że gdybym spotkała kogoś takiego jak ty, nie miałabym nic przeciwko temu aby z nim zostać. Dobrze, że mnie nie słyszysz, bo zabrzmiałoby to jak oświadczyny, ale najlepiej gdybyś to był ty…

Chyba trudno się dziwić, że słysząc takie wyznanie, z największym trudem powstrzymałem się od czytelnej reakcji i wytrwałem w medytacyjnej pozie człowieka pogrążonego w ciszy. W końcu w każdym z nas jest ziarno próżności, kiełkujące pod wpływem pochlebstwa, a czasem nawet wypuszczające bujne pędy. Tym bardziej w sytuacji, kiedy przekonanie mówiącego, że adresat nie słyszy, wyłącza podejrzenie o hipokryzję. Byłem jej za to wdzięczny, bo od dawna nikt nie obdarował mnie tak bezinteresownym wyznaniem. Nawet Anna, która codziennie dając setki dowodów przywiązania, czyniła to bez lirycznych ozdobników. Może zresztą wychodząc z logicznego założenia, że czyny ważniejsze są od słów? Tyle tylko, że psychika zazwyczaj odrzuca logikę, skłaniając się do banalnego sentymentu.

– Przed wyjazdem obiecałam ci opowiedzieć o moich zagranicznych miłosnych podbojach, ale prawdę mówiąc nie ma o czym, bo jakoś nie miałam na nie ochoty. Owszem, kilku panów nie było od tego, ale jakoś nie potrafili mnie sprowadzić do poziomu. I powiem ci, że jestem z tego zadowolona, chociaż po cichu obawiam się, aby to nie był przedwczesny ubytek hormonów. Mam nadzieję, że nie, bo boję się utraty łączności ze znanym wymiarem życia. I nie chodzi nawet o pieprzenie się, ale poczucie, że jestem coś warta, że mam coś do dania i wzięcia, że jest sens ładnie się ubrać, uczesać i zrobić makijaż. Przecież nie robi się tego tylko dla siebie. Bo chociaż większość z nas twierdzi, że robi to, aby nie być gorszą od innych kobiet, jednak naprawdę liczy się efekt, jakim jest robienie wrażenia na mężczyznach. Jeśli chodzi o kobiety, w grę wchodzi raczej estetyczna rywalizacja. Także o męskie względy. Zazwyczaj chodzi nie tyle o ich konkretyzację w postaci bezpośredniego zainteresowania, co o sprowokowanie komplementu, a najlepiej choćby chwilowego zauroczenia. Ty nie wiesz jak to przyjemnie mieć świadomość władania męskimi zmysłami, wywoływania stanu hipnozy i obserwacji tych błyszczących z podziwu i pożądania oczu. To ma coś z poczucia wyższości tresera panującego nad dziką bestią, która udaje niebezpieczną, ale tak naprawdę jest miękka jak plastelina. Nie mniej przyjemny jest widok jego powiększającego się krocza i narastanie tego gwałtownego, niecierpliwego pożądania. Wtedy każda z nas czuje się prawdziwą samicą, wampem zdolnym rozdmuchać nawet przygasłą męskość i podnieść ją do poziomu. Zdarzyło się kiedyś, że na pewnej imprezie towarzyskiej jeden z mężczyzn uparcie mi się przyglądał, a w jego oczach widać było maksymalne podniecenie, którego nie umiał ukryć. Napalony był do tego stopnia, że kiedy wyszłam do łazienki, wszedł za mną i na dowód jak bardzo go podnieca, pokazał penisa w pełnym wzwodzie. Oczywiście opieprzyłam go dokładnie i zagroziłam, że jak nie wyjdzie, zawołam towarzystwo, ale przyznam  się, że czułam się dowartościowana i gdyby nie ta cholerna dbałość o pozory, chętnie bym się z nim przespała. Innym razem jechałam nocnym pociągiem zatłoczonym do granic możliwości. Jak wiesz, nie jestem zbyt wysoka ani posągowa, więc nie miałam siły powstrzymać naporu. Z pomocą przyszło mi dwóch mężczyzn, którzy stojąc przed mną, wzięli impet na siebie. Podziękowałam, a potem zaczęliśmy rozmawiać. Jeden z nich, Jerzy, był naprawdę przystojny, a poza tym patrzył na mnie tak, jakby zakochał się od pierwszego wejrzenia. Zresztą coś takiego nawet powiedział, a kiedy pociąg zaczął gwałtownie zwalniać, przykleił się do mnie tak szczelnie, że w okolicy pośladków poczułam jego nabrzmiałego penisa. Przyznam że nie tylko się nie odsunęłam, ale przylgnęłam jeszcze mocniej. Do dziś pamiętam to pulsowanie jego członka, a potem pocieranie się o moje pośladki. A później nie mogąc wytrzymać, włożyłam rękę w jego rozporek i masowałam tę jego wybujałą pałę. I nie protestowałam, kiedy ośmielony zaczął mi pieścić krocze. Ba, zniecierpliwiona, że dotyka mnie przez majtki, sama wsadziłam mu dłoń pod materiał i chcąc umożliwić lepszy dostęp, rozkraczyłam się jak dziwka. A kiedy dojechaliśmy do stacji docelowej, wsiedliśmy do taksówki, w której kontynuowaliśmy pieszczoty. I być może poszłabym na całość gdyby nie ironiczny wzrok taksówkarza w lusterku obserwującego nasze poczynania. I znowu włączył się ten cholerny wstyd, poczułam, że się zamykam, więdnę i chłodnieję, a kiedy on zaproponował nocleg w hotelu, zdecydowanie odmówiłam. Wkrótce wysiadłam i już nigdy nie stanęliśmy na swojej drodze. Ale śnił mi się wiele razy, a czasem pieprząc się z kimś innym, wyobrażałem sobie, że to, co mam w sobie, to jego napalony penis. Może dlatego, że nie miałam go w sobie, utkwił w mojej głowie i nie chce stamtąd wyjść. Wciąż jest we mnie ciekawość, jakby to było, gdyby go w sobie miała… Gdybyś to słyszał, może nazwałbyś mnie dziwką, ale nie miałbyś racji, bo każda kobieta hołubi takie wspomnienia i się nimi narkotyzuje. Każda z nas ma takie tajemnice i żałuje, że coś nie skończyło się tak, jak powinno. Zresztą wy mężczyźni macie je także, chociaż wam łatwiej wspominać, a nas sznuruje kulturowa układność. Ale nie dotyczy to tylko przeszłości, bo tu i teraz także zdarzają się sytuacje i mężczyźni wzbudzający chęć szaleństwa. Szczerze mówiąc dotyczy to także ciebie, bo przecież widzę jak na mnie patrzysz i jakie masz pragnienia. Ale patrz, bo lubię jak widzisz we mnie kobietę i też wyobrażam sobie nas w intymnej sytuacji. I dobrze, bo czasem wydaje mi się, że wszystko skończy się wtedy, kiedy nie będę w stanie wywołać pokusy w żadnym mężczyźnie…

Teraz już wiedziałem dlaczego ją polubiłem i skąd wzięła się ta intuicyjna więź. Może sobie pochlebiam, ale długie lata obcowania z ludźmi wykształciły we mnie umiejętność szybkiego rozszyfrowywania ich osobowości. Wystarczyło kilka słów rozmowy, abym wiedział z kim mam do czynienia. Nawet jeśli ktoś grając, usiłował wywrzeć jak najlepsze wrażenie, coś nakazywało ostrożność i utrzymanie dystansu. Bywało też, że kogoś na początku obcesowego i natarczywego natychmiast uznawałem za godnego zaufania i rzadko się myliłem. Tak też było w tym przypadku, kiedy wyznanie Bereniki niemal literalnie zgodne było z moimi obawami, które z wiekiem gęstniały, przysłaniając optymizm wobec przyszłości. Może to infantylne, ale ja także mierzyłem poziom swojego ego zdolnością zarażenia pań swą męskością. Nie dlatego, że każdą z nich chciałbym przelecieć, ale spowodować aby widziały we mnie potencjalnego kochanka. Z zażenowaniem przyznaję, że zależało mi na tym bardziej, niż na podziwie dla moich szerokich zainteresowań, wiedzy, docenieniu mojej kultury osobistej oraz podziwie dla sukcesów zawodowych. Tyle tylko, że wiek robił swoje i z czasem zdałem sobie sprawę, że moje powaby zdecydowanie przywiędły, a prężenie mięśni nie dość, że nie przynosi efektów, to jeszcze mnie ośmiesza. A ponieważ doświadczenie dowodziło, że na gruncie towarzyskim intelekt imponuje mniej niż znajomość repertuaru rozrywkowego, stałem się milczkiem i rychło przestałem być pożądanym gościem.

Zanim Berenika zdołała dokończyć relację z wojaży, do stolika dosiadła się jej córka.

– Ty tu sobie siedzisz i zapomniałaś, że miałyśmy iść na zakupy.

Berenika popatrzyła na mnie bezradnie.

– Muszę lecieć! Resztę opowiem przy następnym spotkaniu…

Córka popatrzyła na nią ze zdziwieniem.

– Nie wysilaj się. Nie wiesz, że on nie słyszy i nie mówi?

– A czy jesteś tego pewna?

Berenika puściła do mnie oko i, puszczając córkę przodem, wyszła.

A ja po raz kolejny zacząłem zastanawiać się, że może jednak nie tylko ja oszukuję…

                                                                   Jan Adam Borzęcki

Fragment większej całości.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko