Zbyszek Ikona – Kresowaty – WOKÓŁ ZAKLINANIA KAMIENNEGO KRĘGU (o interdyscyplinarnym działaniu i malarstwie artysty prof. Andrzeja Strumiłło)

0
532

        Przebywając do roku 2002 w Warszawie na kontrakcie w Canal + spotkałem w sklepie z materiałami plastycznymi profesora Andrzeja Strumiłło, robił swoje zakupy – Od słowa do słowa – rozmowa… mówiłem, że byłem na jego wystawach i bardzo interesuje mnie jego malarstwo i wszelkie inne działania twórcze – Przy okazji zaprosiłem profesora do mej książki, jaką szykowałem i zbierałem do niej materiały. Miał to być drugi tom „rozmów artystycznych” z Koryfeuszami Kultury i Sztuki Polskiej, a za takiego uważam artystę Andrzeja Strumiłło – Oczywiście pan Andrzej zaproszenie przyjął z zadowoleniem, kiedy po krótce opowiedziałem o sobie – I zaprosił mnie na lato do Maćkowej Rudy, gdzie mieszka. Było lato 2007 rok,  sierpniowy upał na Odpuście św. Antoniego Peczerskiego w Holi na Podlasiu, wyrwałem się autem na Suwałki. Zadzwoniłem do profesora – a pojechałem do Maćkowej Rudy z dr Tadeuszem Karabowiczem poetą i wykładowcą na UMCS i profesorem doc. Frantiśkiem Vsetićka wykładowca z Olomouca z Czech, który przebywał także w Holi u Karabowiczów na letnisku.  To spotkanie dziś ciągle pamiętam  – odwiedziny „przyjemne z pożytecznym”  – i noszę je w pamięci i pod sercem, przechowuję jak relikwię, bo był to iście czas niezwykły. Pragnę z dystansu z ogromnym pietyzmem napisać o tym – omówić, chociaż w jakiejś części to działanie osobowo – twórcze tego wybitnego artysty i ambasadora Sztuki i Kultury polskiej pana profesora Andrzeja Strumiłło z Maćkowej Rudy. Może na wstępie dla ścisłości kilka zdań z biografii artysty i wybitnego maga sztuki:

         Artysta malarz, twórca grafik, ilustrator, pisarz, poeta i scenarzysta oraz hodowca koni arabskich, przestał wykładać na ASP w Krakowie (1977 – 1980) i jakby zatrzymał się właśnie tutaj gdzie blisko do Litwy, jego miejsca urodzenia i młodości nad rzeka Czarna Hańcza, zaprzestał podróżować po odbyciu 30 wypraw do różnych zakątków świata oraz krajów Orientu, Azji, Nepalu, Syberii, Mongolii, Chin, Indochin, Tybetu, Japonii, Tajlandii – Ale jest wciąż czynny jako twórca wszechstronny niezwykły, działający wciąż w centrum natury z całym zapleczem, wciąż jako: artysta malarz, artysta grafik, projektant, ilustrator książek, rzeźbiarz, fotografik, przyrodnik i hodowca arabskich koni, posiada swoją ugruntowaną filozofię na egzystencję twórczą. Zatem zawróćmy nieco dla przybliżenia tej niezwykłej sylwetki młodszemu pokoleniu. Warto wiedzieć, że Andrzej Strumiłło studiował na PWSSP w Łodzi u profesora Władysława Strzemińskiego, a później malarstwo sztalugowe na ASP w Krakowie, gdzie został asystentem i docelowo profesorem wykładowcą. Uczestniczył w bardzo wielu wystawach, autorskich i zbiorowych w wielu prestiżowych polskich galeriach jak Zachęta, Na Zapiecku… ale w wielu Galeriach międzynarodowych jak: w Sao Paulo 1969, Wenecja 1972, Stany Zjednoczone, Japonia, inne… Otrzymał za swoją działalność szereg Nagród państwowych i artystycznych…W latach 1982 – 84 był kierownikiem Graphic Presentation Unit Sekretariatu Generalnego ONZ w Nowym Jorku. Dzięki swoim podróżom zgromadził kolekcje sztuki i przedmiotów kultury materialnej dalekiego i Środkowego Wschodu dla Muzeum Etnograficznego w Krakowie oraz warszawskiego Muzeum Azji i Pacyfiku…Wydał wiele książek autorskich, jako poplon  z wypraw i nie tylko. Zostały wydane także dwa duże tomy bardzo oryginalnej  poezji, podszytej filozofią i metafizyką wysoce uduchowioną w tym bardzo oryginalnym wędrowaniu w naturze… Wspomnieć chce, że we wstępie książki poetycko – artystycznej pt. “JAK”, która zawiera dużą ikonografię z podróży i wypraw – z szeroko pojętą metafizyką filozoficzno – duchową gdzie profesor pisze:“Nie sięgając poza horyzont egzystencji biegniemy coraz szybciej. Stronicetej książki to rytm mego oddechu. Ona sama, wydana, zaczyna żyć życiem własnym, naniesie na tak już gęstą i mało przejrzystą mapę ikonosfery nowe punkty. Czuję ciężar odpowiedzialności…”

 – Profesor napisał wiele relacji z tych z wypraw – wspomniałem, gdzie niektóre nosiły miano naukowych, ale i wydał liczne katalogi artystyczne, dziś pisze “dzienniki”, a wszystko publikowane jest przeważnie z fotografią artystyczną, rysunkiem. Znakomity i spełniony artysta oraz podróżnik para się także prozą wspomnieniową , wydaje także  książki tzw. okazyjne, katalogi z podróży, a tajemnicą poliszynela jest, że spod ręki jego jako znawcy przedmiotu wyszły albumy o koniach, które przecież hoduje od lat, jak oznajmia dumnie w opowieściach – że „chroni z pietyzmem ich rodowodu”.

       Jest profesor dziś postrzegany za swego rodzaju czynną instytucją wielu form natury artystyczno – społeczno – przyrodniczych – Pełni on funkcje organizatora różnych działań artystyczno – kreacyjnych, nie tylko na Suwałkach, ale w Polsce, bliskie natury działania są na stale już integralną częścią jego twórczości. Jest artysta Duszą i Komisarzem Plenerów i spotkań środowiskowych „wokół człowieka i jego przyrody” opcji dotyczących tzw. “Małych Ojczyzn”…   – Nie sposób jest tak wprost objąć te wszelkie kreacje, które trwają od lat w kulturze i mają wielkie swoja wymowę i bardzo oryginalne znaczenie… Pan Andrzej jest wszechobecny na tzw. firmamencie działań twórczych także grupowych. Iście trudno jest jakoś to wszystko zamknąć w całość, w jakimś schematycznym krótkim opisie, to twórczość i śmiało przedsiębrana działalność wielce pomysłowa. Natomiast jeżeli idzie o tę stronę duchową, bez wątpienia szeroko ogarniającą artyzm, oznajmia profesor wszem i wobec w różnych przewodnikach, wydawanych dla różnorakich działań społeczno – kulturowych jako znawca, mówi tak: „ Ja nie jestem wyznawcą lamaizmu, buddyzmu, nie jestem wyznawcą prawosławia, choć piszę posłowia np. do katalogów swoich prac, a także wystawianych obrazów, np. podczas Festiwalu Muzyki Cerkiewnej – w Białymstoku w 2004 roku, których tematem była buddyjska mandala – mistyczna, tajemnicza konstrukcja, obrazująca kosmiczny porządek świata, w wymiarze duchowym i fizycznym, komentuję to na swój sposób fachowo, czyli  muzykę chóralną, dostrzegam urodę tej sztuki, tkwiące w niej piękno i bogactwo duchowe… Cenię i dostrzegammonumentalizm, potęgę i piękno tej muzyki”

     – A to jest ogromnie dziś ważne! – gdyż nie tylko ujawnia się jeszcze jedna pasja profesora, ale i stosunek do ambitnej muzyki – to działanie wszelkie w obrębie sacrum jest przecież znakami ekumenicznymi… Przytaczam to celowo, żeby trochę szerzej przybliżyć czytelnikowi tą szeroką wiedzę z osobowości dziś jakby nieco zapomnianej lub trudnej do ogarnięcia. Przytoczyć chcę jedynie  samą funkcję nie zamierzonej samokreacji twórczej i powiedzieć o pracowitości profesora Andrzeja Strumiłło. Jednocześnie chciałbym pokazać  człowieka bardzo skromnego i oddanego sprawie i sferze kultury podszytego sacrum, a dla działań społecznych – zarówno regionu, jak i świata działającego także i w profanum… Gdy zasiedzieliśmy do stołu w saloniku w siedlisku profesora w bardzo upalne lato w jego chłodnym saloniku na zapleczu zrobiło się przytulnie. To tutaj jak oznajmił kilka lat wstecz przyjmował znanych gości jak: Miłosza, Wenclowę, Różewicza, Czyżewskiego i innych zza granicy. Momentalnie  ogarnęła mnie chęć przytoczenia kilku pytań, które same cisnęły się na usta, a mianowicie zadałem pierwsze pytanie: Co po tak ambitnych dokonaniach jest obecnie w tzw. “w zasięgu ręki” oraz wizji tzw. “trzeciego oka” Pańskich działań? – Jak się Pan czuje, jako ważna instytucja i osadnik “Na Pograniczu” tych kilku kultur, w swoim kręgu i tuż obok Litwy? – bo znając Pańki niepokój twórczy, wiem – na pewno, że obecnie Pan ma, jakieś przedsięwzięcia już podjęte… jakie to są działania?

          „ Obecnie współtworzę jako współautor książkę pt. “Polacy o sobie”. Nie tak dawno “zrobiłem” tekst do tego wydania,  pt. “Polacy o swoich sąsiadach” – Jako autorzy stąd, czyli z Pogranicza, których zaraz wymienię, piszemy o tym jak widzimy swoich współmieszkańców : Białorusinów, Niemców, Słowaków, Czechów , Węgrów… Ja oczywiście nie mogę pisać o wszystkich, ale powiedziałem sobie, że napiszę o Litwinach i Białorusinach, i o sobie! – O tym co jest jakby bliżej w “zasięgu ręki i oka”, jak pan to po swojemu nazywa. Znam ten temat – no, i trzeba pisać o różnych granicach : wewnętrznych, politycznych, kulturowych czy innych. Tuż przed śmiercią Czesław Miłosz i Tomas Venclowa przebywający w  U.S.A. i ja zredagowaliśmy list intencjonalny do Kultury, postulujący wydanie Księgi Wielkiego Księstwa Litewskiego. Był to ważny rozdział historii narodów ruskich, litewskich, i narodu polskiego – bardzo istotny, bo to była jak wiemy próba współżycia, właśnie w takiej formie jakiej dziś Europa potrzebuje i poszukuje…I to wydaje mi się wciąż aktualne – Od odejścia Czesława Miłosza to się wciąż wałkuje…Pisałem tu i tam, pisałem do Organizacji i Ośrodka “Pogranicze”. Obiecali mi pomoc… Oni są dobrze notowani u Sorosa i Forda. Między nami mówiąc, książka pt. “Sąsiedzi” napisana przez Tomasza Grossa, a przez nich w dobrej formie wydana – spełniła pewną rolę, jeżeli idzie o problem antysemityzmu, poruszyła  stosunek samych Polaków do prawdy historycznej i do problemów II wojny światowej, co wywołało kontrowersje ale i dyskusję, o co chodziło. Szczęśliwie zrobiliśmy już pierwszą konferencję polsko – białorusko – litewską, bo trzeba dodać, jak ta książka ma być wydana, w tych kilku językach oraz w języku angielskim, gdyż to pójdzie w świat. Powiem, że zastanawiamy się nad udziałem w niej autorów ukraińskich, bo problem Ukrainy wciąż otwarty, również gdzieś tam się w tym historycznym wątku się mieści.  – Dodać trzeba, że już niedługo zrobimy następne spotkanie w Szetejnach na Litwie, a kolejne planujemy już w Nowogródku. Chcemy zebrać od każdego z autorów zaproszonych jakieś kilkanaście esejów, gdzie Każdy” wybitny” autor : litewski, polski czy białoruski mógłby powiedzieć : co dziś na ten temat myśli – Jak właśnie dziś widzi tą problematykę, i jak to z perspektywy czasu ocenia? – Mam nadzieję, że taka książka w swoim czasie dojrzeje i się ukaże. Ja nie ustanę w wysiłkach. Zacząłem też wydawać swoje “Dzienniki” – ale żeby nie zapeszyć nie zdradzę wydawnictwa. Wydawca chce je pomieścić w jednym tomie w dużym formacie. Maszynopis wynosi ponad 1000 stron. Wydane będzie to wnet. Może na moje urodziny w październiku, a może w listopadzie na Andrzeja? (tu się mocno profesor uśmiecha)

        Otóż wtedy pomyślałem sobie w duchu, że jest to działanie kreacyjno osobowe – to szeroko społeczne kulturowo bardzo potrzebne o szerszym zamyśle, zwłaszcza te ostatnie pomysły, o których mówi profesor, to wszystko o poszukiwaniu źródła i ciągu tej jednej rzeki płynącej z własnej tożsamości? – Zresztą, należy dodać, że dużo w tym zapewne z faktów i rzeczy samego współmieszkańca „ Znad Wilii”. Jest zapewne wiele innych z uwag u przyjaciela pana Strumiłły, czyli Czesława Miłosza choćby w Jego esejach, ale jak myślę głównie w “Traktacieteologicznym”, a to dziś jest wciąż tak bardzo istotne… 

       Zapytałem profesora wtedy o „Kamienny Krąg” – to ułożony na podwórzu przed drewnianym domem siedliska profesora w Maćkowej Rudzie krąg z bardzo dużych kamieni otoczaków – krąg o średnicy kilkunastu metrów, który tworzy centrum siedliska. Zapytałem – jak pan go tutaj znalazł profesorze? – A może to wykopalisko, czego to dotyczy?

        Natomiast pan Andrzej Strumiłło odpowiedział tak: dom mój zbudowałem tutaj ze świadomością tego co pan wymienił,  w “drodze do mego Wilna”, tutaj nad rzeką Hańczą. I “Krąg kamienny”, przed domem zrobiłem w pełni świadom tego, że tutaj 8 tysięcy lat wstecz, były koczowiska łowców reniferów. Po odejściu lodowca pojawił się tutaj krajobraz tundrowy i łowcy reniferów. Znalazłem, w moim ogrodzie, trochę narzędzi kamiennych, z przed 8 do 10-ciu tysięcy lat wstecz. Na piaszczystej wydmie nadrzecznej znalazłem ślady obozowisk Jadźwingów z X, XI-XIII wieku dopóki Krzyżacy i ich nie rozpędzili, przesiedlając resztki na półwysep sambijski . Znalazłem tu między innymi : resztki ceramiki, palenisk – A ponieważ, na Suwalszczyźnie w miejscowości Szwajcaria, na północ od Suwałk, są takie kręgi kamienne, i grobowce Jaćwieskich  przywódców plemiennych, postanowiłem ułożyć tu taki sam krąg, pod tym najgrubszym drzewem modrzewiem na Suwalszczyźnie.

           Wspomnę, że w książce wydaje po jednej z wypraw pt. “NEPAL” bardzo mnie zainteresowała taka filozoficzna, fraza tycząca się „czarnej kartki”, jako strony zamalowywanej stopniowo na czarno oraz  kwestia „białej strony” pozostawionej jako wciąż otwarte działanie… Poprosiłem artystę o odniesienie się do zawartości tak metaforycznie stawianych zagadnień, które jest bardzo pojemne, co do wszelkiego działania twórczego – Człowiek ma czas na własny  zapis … To bardzo ciekawe!- Poza tym w książce tej, którą uważam za taką wysoce metafizyczną i abstrakcyjną – duchowa dokumentację, jest bardzo wiele takich ciekawych określeń rysunków na bieżąco oraz fotografii oraz spraw, tyczących się naszego wielowarstwowego życia, zarówno zewnętrznie, jak i wewnętrznego bytu pokoleniowego…Poczyniłem też aluzję co do całej książki, bo wydaje mi się, że to właśnie w podróżach – nie wiem, czy właśnie w nich – ukazują się i ujawniają nam takie, lub inne lustra, w których jest widok szerszy na świat, jakby z tej drugiej dotykanej jako cud zupełnie innej strony , że to wtedy nabieramy do siebie ogromnego dystansu i co do egzystencji samej materii i sensu trwania ważnych wszechrzeczy samoistnego twórstwa człowieka…  

         –  Profesor wtedy odpowiedział tak:

Jesteś artystą, a więc najkrócej powiem ci tak: – Jest pustka – ciemna i pustka jasna. Pustka ciemna dla malarza przestaje być pustką, bo zawiera każdy znak graficzny i malarski w sobie. Natomiast biel oczekuje, i gotowa przyjąć wszystko…Tak to trzeba rozumieć. Poza tym dopowiem, że człowieka zawsze interesował sam mechanizm świata…Jednakże uświadomienie fenomenu śmierci było już tym co ostatecznie stworzyło człowieka pełnego…”  

           Muszę powiedzieć tak – otóż twórczość tak szeroka i pojemna jak Andrzeja Strumiłło wyrasta przede wszystkim z relacji takich jak: natura i kultura, pierwotność i cywilizacja, przeszłość i współczesność – ale co ważne! –jest to ta  pierwsza i ostatnia interesująca na wskroś Jedyna, bo jest w niej zawsze życie i śmierć, jest sacrum odkrywane na nowo i profanum życia codziennego. Czytając tak ciekawe kwestie człowiek musi wartościować i obrazować własne wnętrze po swojemu, mając wzorzec potwierdzony absolutnie „na żywo” i spisany… W trakcie spotkania profesor pokazał mi gotowe fotosy reprodukcji pt. „PSALMY”, przygotowanych już do druku albumowego stworzonych jakby z  autopsji z własnych wizji w różnych zakątkach świata – zostałem po prostu porażony tą tematyką biblijną na wskroś!

     Psalmy profesora zrodziły się w1998 – to cykl 18 obrazów olejnych, format 180×120 cm powstały w roku, wykonane na potrzeby dźwigniętej z ruin synagogi sejneńskiej. Andrzej Strumiłło namalował wówczas 18 obrazów, na każde okno synagogi. Ze 150 psalmów pozostało 18 tematów. Poświęcił tę

pracę pamięci Żydów, choć sam nie jest Żydem. W miasteczkach polsko – litewskich pogranicza bywało więcej Żydów niż Polaków i Litwinów razem

wziętych. Profesor wybierając psalmy kierował się nie tylko ich dramaturgią równoległą do losu Żydów, ale też obrazowością bliską swojej bogatej wyobraźni. Unikał scen zbiorowych. Poza dwulicowym kapłanem, splecioną parą ludzką, zbawionych i potępionych obok siebie, człowiek jest zawsze samotny. Uzupełniają go atrybuty i sama przestrzeń. Człowiek pozostaje zawsze nieokreślony, nie jest ani typem rasowym, ani jakąś epoką. Stoi jakby nagi i ślepy pomiędzy słońcem i księżycem, jak i one z magmy ognistej powstały.

    –  Tutaj postacie są nagie, gdyż trudno było się odnieść do kostiumów z czasów biblijnych. Trudno było odzwierciedlić kostiumy z epoki. Cykl obrazów pt. „Psalmy” poświęcił profesor Pamięci Żydów.

         – Pomyślałem sobie, że można wiele zrozumieć, zaglądając w ten Wielki katalog przeciwieństw w obrębie, których się porusza artysta jako medium, stawiając wiele na przeciw różnym cyklom malarskim jak właśnie te “Psalmy” , (które przedstawiam poniżej oraz reprodukcje z “Apokalipsy” – znane to dokonania artystyczne…

       Pytałem dalej: co pan rozumie panie profesorze w rozważaniu śmierci – walkę, arbitraż, twórczość do upadłego…? – Po namyśle profesor oznajmił: 

    „ – Rozważanie problemu śmierci – oczywiście, zbudowało koncepcję, drogi i kierunku, koncepcję sędziego, koncepcję Tabu i cały szereg rzeczy.. – Człowiek, tak naprawdę, narodził się w momencie, kiedy zaczął się zastanawiać nad tym co dalej, albo nad tym, skąd żeśmy przyszli…Ważną kwestia jest pierwszy pochówek. Badania sądzą, że podobno kobieta neandertalska chowała swoje zmarłe dziecko nosząc je przy sobie dopóty – dopóki tylko mogła! – Pytanie dlaczego? – czy może dlatego, żeby to dziecko nie zostało skonsumowane przez współplemieńców, albo też żeby nie było zjedzone przez padlinożerców, albo w nadziei, że dziecko się obudzi, że ono jednak nie odeszło na zawsze… Ale zwierzę też pewnie nie odchodziłoby od swojej padłej sztuki… Zatem bywa tak, że ta więź, nazwijmy ją emocjonalna, jest trwalsza a niżeli śmierć fizyczna. Na pewno pierwszy pochówek, oddanie szacunku wobec ciała –  jest aktem człowieczeństwa. I tutaj znów musiałbym powrócić do „kręgów kamiennych”. – Ale wracając do twego pytania i do właśnie tych kręgów – jak wiesz dużo podróżowałem do Azji, byłem w zachodniej Mongolii na pograniczu pustyni Gobi, w Ałtaju Kobdo, nad Charausunur gdzieindziej – tam takie kręgi, co pewien czas, spotyka się na opustoszałych stepowych połaciach – to znaki…

        – Czy mogę coś dodać panie profesorze – wtrąciłem – ależ proszę!

 – Otóż  cała odkrywczość duchowa jest ciągiem w przestrzeni i wciąż leży w gestii człowieka od homo – sapiens, wyznacza czas. A kiedy człowiek odziedziczał coraz bardziej wyobraźnię, a później zdobył dzięki niej intuicję czucia zmysłowego – szuka swego prapoczątku i jakby cofa się poznawczo ku całemu sensowi poznawczemu w egzystencji świata. Może pan od siebie coś dodać w tej kwestii? – poprosiłem.

„– Tak! – My mówimy homo – sapiens, mówimy homo – ludens. Mówimy duch, mówimy ciało. Nasz umysł zapewne nie jest wszystkim. Świętujemy gry, szaleństwa i karnawały. Słuchamy snów i intuicji. Przypadek uznajemy za przeznaczenie. Szukamy jego usprawiedliwienia mnożąc teorie bytu… (tutaj profesor zajada smacznie czereśnie)

 – Znów ruszyło mnie – Ale wyobraźnia, musiała być jednak pierwsza? – dodałem, prowokując do szerszej wypowiedzi profesora – Powtórzę na użytek tego spotkania  słowa Einsteina, że“wyobraźnia jest ważniejsza niż wiedza”- to przecież mówi umysł bardzo ścisły… wyznanie kolejne teorii względności!?

    „ – Wyobraźnia jest potrzebna! – ( kontynuuje jednak profesor) – jest ona ciągłą potrzebą. Nawet ścisły umysł  Einsteina wyznaje, że wyobraźnia zawsze o krok wyprzedza nabytą wiedzę – Napisałem kiedyś w lokalnej prasie tak półżartem półserio, że jesteśmy “dziećmi chaosu” –  Wszyscy się strasznie oburzyli – Jak to?! – my jesteśmy dziećmi chaosu?! – Mogłem powiedzieć “dziećmi przypadku” – skoro przypadek nie jest takim przeznaczeniem? – a jest tylko przypadkiem… Wszystkim bez przerwy mówię, że „betula”, albo inaczej brzoza biała emituje w ciągu sezonu ileś tam milionów nasion, ale z tego wszystkiego wyrastają tylko dwie  – trzy, nowe brzozy. ( w tym momencie profesor wolno i swobodnie kontynuuje jedzenie czereśni i smacznie konsumuje – co jest bardzo sympatyczne) – Czyli ten cały potencjał genetyczny w tym momencie się marnuje – pytam kto w tym momencie zagwarantuje, że akurat – zawsze będą to te, które w całej masie nasion są najlepsze – reprezentują najwłaściwszy zespół cech zdolnych do przeżycia i to w danym miejscu… Tak samo jest z człowiekiem, który emituje miliony potencjalnych nasion dla istot, które mogłyby żyć, przypadek sprawia, że dwie czy trzy istoty po nim przejmują życie, może byłoby ich o kilka więcej, gdyby oddał swoje nasienie w inne łona…”

          – Pamiętam, że spędziłem u profesora kilka dobrych i bardzo cennych  godzin, gosposia podawała nam herbatkę i ciasto… Nic artystę nie nudziło, był jak najbardziej zainteresowany tego typu „rozmową”. Zapytałem go miedzy innymi jakby z drugiej strony: „dziś, chyba najbardziej, mówi się oprócz genów o tak zwanej atomizacji, czyli pewnym kodzie zawartym w genetyce co do różnorodnego życia i jego form w naturze… Kiedyś znajomy mój profesor Teller dał mi taki prywatny wykład na temat atomizacji rzeczy lub Karmy, który w skrócie pragnę panu profesorze przytoczyć, otóż ciało odradza się dla podtrzymania życia natury naszego nie tylko materialnego świata. Otóż on Teller, także artysta malarz były wykładowca na PWSSP w Wrocławiu, snuł teorię, odnośnie swych badań w Ameryce na jakimś znajomym Uniwersytecie co

do zjawisk odradzania się, głownie co do zachowania  poszczególnych idealnych kształtów w naturze – doszedł do wniosku na przykładzie kształtu płatka śniegu, do tych kwestii…a mianowicie chodzi tu m. innymi o to, że każdy spadający a powstały na skutek określonych warunków z kropli wody w przestrzeni, spadając wolno z określoną siłą przyciągania na ziemię w momencie uderzenia o jakąś krawędź traci np. jedno ze swoich ramion, bardzo ciekawym jest, że obserwując ten płatek dalej zauważamy w krótkim czasie natychmiastowe odbudowanie się tego ramienia w identycznym kształcie jak pozostałe. Biorąc pod uwagę fakt, że

każdy płatek z pośród miliardów innych ma swój inny kształt i wygląd, zachodzi podczas odradzania się tego ramienia zjawisko wysyłania wiadomości ze środka czyli z centrum o odbudowie ku całości…

Spytałem dalej profesora: czy to nie jest ciekawe zjawisko, a powtarza się ono u innych, nawet tych żywych mniej żywych istnieniach, ale tylko tych związanych z naturą. Jest ona bardzo silna?

             Andrzej Strumiłło odpowiedział wówczas trak:  „Natura jest nawet rozrzutna i hojna ale i  bezwzględna. Natura ma przeogromną rezerwę.  Cóż! – ja mogę tu więcej powiedzieć o jej tajemnicach. To bardzo szerokie zagadnienie – Ale opowiem natomiast pewien kawał – w lamajskiej teozofii istnieje zespół ksiąg Tan Dżur i Kan Dzur. Tych ksiąg jest około trzystu – mówi się tam tak : ” ten oto człowiek przeczytał 100 razy Tan – Dżur i Kan – Dżur i milczy – to mądry człowiek!”- Wiedza zawsze rodzi wątpliwości, odpowiedzieć na takie wszystkie pytania jest bardzo trudno, bo można się pomylić. Zatem warto milczeć. Natomiast warto sobie zdać sprawę z tego jaką jesteśmy drobinką i jak płytko, mimo naszej wiedzy, sięgamy i nie wiele wiemy o tym wszystkim, co było zrobione, i jak została wyzwolona ta gigantyczna energia, która stworzyła te wielkie cywilizacje… Zalecam poczytać Scheakspeare’a, a żeby zobaczyć jaką mizerną jest nasza kondycja pośpieszna i gwałtowna tonąca w nadmiarze szumów informacyjnych i w rozproszeniu… Natomiast człowiek działa w swej próżni i jest bardzo samotny, a więc ucieka w jakieś nieznane bardziej tajemne (?) rozkoszne przestrzenie?… chcąc być odmiennym. Jak na przykład Tadeusz Kantor.

Jemu  przysługiwało takie prawo, z racji Jego oryginalnej i nie banalnej sztuki, o czym on dobrze wiedział…Ja Kantora dobrze znałem. On był takim efektownym francuzem! – a francuska teoria sztuki jest, pełna takichbardzo aluzyjnych i niekonkretnych spostrzeżeń i metafor… Ale skoro już jesteśmy we Francji to powiem, że dzięki Francji, a może nie tyle Francuzom co kosmopolitom zgromadzonym w kabarecie Volteare’a w Zurichu, powstała  koncepcja “dadaizmu”, potem zrodzona z niej koncepcja nadrealizmu- Później “obowiązywał” w sztuce tzw. “słownik surrealizmu”- to jest ostatnie wielkie dzieło tego wieku, które we Francji zostało wyprodukowane… Bo filozofia egzystencjalizmu Sartra, to już jest coś całkiem innego “słownik nadrealistów” – to cała grupa poetów takich jak ; Eiuard, Aragon, Apolinair’e, Jakobs… To wszystko są ludzie, którzy właśnie wtedy, w tym wspomnianym okresie, stworzyli Coś!- co jest tym ostatnim obrazem Francji – A potem koniec z tym centrum… Nie tak szybko doszło to do Ameryki! – w Ameryce była tylko jedna oryginalna Szkoła Pacyfiku Jacksona Pollocka, ale dopiero jak Hitler wypędził Bau- hauserów z Europy pojechał do Ameryki Albers, i pojechali inni. Ameryka, jako centrum sztuki, to dopiero lata czterdzieste, czyli połowa ubiegłego wieku, kiedy zaczęło się coś tam w sztuce dziać… I trzeba jasno powiedzieć, że płótna Albersa były pierwszymi obrazami abstrakcyjnymi w Ameryce. To jest ważne! – Do tego czasu w Ameryce była górą ich sztuka rodzima, trochę ekspresji i trochę ilustratorstwa – Dopiero potem Pollok, Kooning, Rothko, Albers – poszli do przodu, później przyszła tam druga fala po londyńskim pop – art – cie . Pop – art. wpierw narodził się w Wielkiej Brytanii, a dopiero później Ameryka poszła za tym uderzeniem. I dopiero wtedy tam się urodziła sztuka Lichtensteina, czy sztuka Rosengista, Warhola, sztuka Ameryki, zrodzona z reklamy. I jest to sztuka ludowa – Zaczęto produkować po 500 sztuk różnych odbitek, które ledwo zdążył artysta podpisać a już przystępowano do następnej serii.  Amerykanie kupowali w hurtowych ilościach sztukę z Europy – to szło i szło, także w cenę – i to oni stworzyli rynek sztuki.”

     Odniesienie się do tego cybernetycznego bumu komórkowego, elektro – techniki, i wszelkich innych nowinek laptopów, smart-fonów, które ekspresowo zalewają świat, właśnie z tamtej strony, zza oceanu z Japonii zastanawia… Zaczynamy się pytać własnej wyobraźni – czy to w jakimś momencie, nie zakłóci, nie zagłuszy wszelkich działań w obrębie sztuki i bytu duchowego naszej epoki? – bytu ,który jest już i tak bardzo poskromiony duchowości i świeżości… Zasugerowałem dalsze pytania profesorowi: na pewno zastanawiał się Pan nad tym właśnie stąd, z tego miejsca, z Maćkowej Rudy z takiego właśnie dystansu… co pan o tym sądzi?

     „ – Zastanawiałem się, nad tym wszystkim co muszę robić – A muszę korzystać z tego “dobrodziejstwa”- mam obowiązek. Aby realizować pewne projekty – muszę pracować na komputerze – Jeżeli projektuję graficznie książkę to muszę transponować tekst i grafikę – Jest to nowe narzędzie pracy, którego nie zastąpi nic, i jak każde inne narzędzie wymusza pewien język – na pewno tak! – no i pewną poetykę – na pewno tak, choć dla mnie obcą. Jak widzę co robi Horowitz ze swoją fotografią, czy co robi się dzięki cyfrowej technice z filmami w Ameryce, której efektami zachwyca się mój wnuczek – To się dla mnie nie daje oglądać w spokoju – natomiast sama ingerencja tych, czy innych, nowinek techniki – np. aparatu cyfrowego jest naturalna…Aby zastosować zupełnie nowe narzędzie dla uzyskania pożądanego efektu, należy nad nim panować…”

         Tak! – Andrzej Strumiłło jest też artystą pogranicza żywiołów, ukrytych w naturze i w duszy człowieka. Jest medium, które patrzy w człowieka, w jego powiązaniu z przyrodą, traktując zachodzące na tej płaszczyźnie różne relacje

jako cel, jako wyraz odwiecznego współistnienia, inspiracji i odpowiedzialności – Powiada, choćby w niejednych ze swoich książek tak : ” Przyroda uformowała człowieka, jesteśmy jej dziećmi. Nawet nasza wyobraźnia i system wartości estetycznych zależą od przyrody…” –

        Udało mi się wówczas namówić mojego Szanownego i bardzo Szacownego „Rozmówcę” o piękno kamienia i wnętrze kamienia, o jego zbitą strukturę i czas, w codziennym rosnącym czasie i całej metafizycznej sferze stosunku człowieka i jego bytu stworzenia i znaczenia oraz do kwestii natury… Kamie jest wielką pojemnością – może on być wnętrzem, takim jak… jakaś przeogromna ogromna sala… Doprawdy, bardzo dużo można powiedzieć o kamieniu, o jego miejscu w przyrodzie jako związku z czasem… Zapragnąłem namówić artystę do wypowiedzi  na temat istoty kamienia, żeby przytoczył jakąś ciekawą inną podobną sugestię, i ustosunkował się do kamienia, tak jak to zrobił ongiś poeta klasyk współczesny Zbigniew Herbert w swoim wierszu „Kamyk”.

     – Pamiętam profesor i podróżnik odpowiedział wtedy tak, (a odpisałem tę wypowiedź z nagranej rozmowy na dyktafon):

          „Nikt z nas, ludzi myślących, nie może zmusić do tego, żebyśmy rzeczy oglądali tylko z jednej strony. My możemy spojrzeć na kamień w różny sposób : – jak na swego brata, jak na swego wroga, możemy patrzeć na kamień jak na rzecz martwą , jak na rzecz żywą, jak na świadectwo historii, czy czasu, trwalsze a niżeli nasza historia- ta licząca się od dnia naszych urodzin – Kamień trwa! – i śmię powiedzieć, że jest znacznie mądrzejszy od nas, bo niewiele mówi – My natomiast, żyjemy krótko – a mówimy dużo. Kamień żyje bardzo długo i też mówi, ale mówi zwięźle, krótko i w sposób powiedziałbym monumentalny. On też zawiera informacje, które możemy odczytać znając szyfr, czy będąc odpowiednio wrażliwi… Azjata post – buddyjski chciałby widzieć kod i cały porządek rzeczy nie tylko w istotach żywych, ale w każdej drobinie materii, bo ona jest odbiciem porządku naczelnego…W różnym stopniu ważne jest to co dzieje się w nas, i to co się dzieje w kamieniu. To jest ładunek energii Stwórcy. Jest to cząstka Boga – cząstka “Ra” jak to się nazywa w buddyźmie – Stąd problem w jakim stopniu dusza nasza jest zmonopolizowana. Powstaje pytanie – czy tylko człowiek może mieć prawo do posiadania duszy? – Egoistyczne zarozumialstwo człowieka podporządkowuje sobie ten aspekt. Mówi się, że wszystko co ludzkie jest stworzone na obraz i podobieństwo Boga. Ale musimy pamiętać o tym, że zacna Biblia nie jest jedynym zapisem dziejów o świecie, który mówi o potrzebie istnienia nadrzędnego Sprawcy Wszechświata, który mówi o istnieniu Takiego – czy innego etycznego Porządku… Dlatego też, mając taką świadomość, ja nie jestem zwolennikiem wyznawania religii “X”- czy “Y”,  za jedyną sprawiedliwą czy słuszną. Przestrzegam – trzeba, i warto o tym zawsze pamiętać.”

      – Dodałem wówczas: – „Czy wyznawanie takiego poglądu tzn. równania rzeczy martwych z żywymi, nie staje na pograniczu jakiegoś pogaństwa? – bo jednak w pewnym momencie człowiek homo – sapiens zaczął odróżniać, i to bardzo wyraźnie te rzeczy klasyfikować…zwłaszcza, gdy mocniej już się uduchowił, powiedzmy w czasach “Starego Testamentu”, czy rozwoju sztuki Renesansu, albo Secesji…”

       Profesor  odpowiedział:  – „Nie – nie! – Bliższy jestem koncepcji teozoficznej. Takie rozumienie świata porządkuje, i tłumaczy nam bardzo wiele innych rzeczy, kiedyś tutaj u mnie nawet dyskutowaliśmy o substancji miłości, która daje nam taką zmysłową przyjemność w momencie szczytu, w momencie osiągnięcia punktu kulminacji – Ta wielka przyjemność, rozproszona w miliardach aktów na całym świecie, w całej naturze przyrody – bo przecież i ta jętka, i komar, i żuczek, i piesek, i my wszyscy, poczynając nowe życie, rodząc w taki czy inny sposób, doznajemy wielkiej chwili – wielkiej przyjemności… i ta ogromna koncentracja rozkoszy, to właśnie był ten Wielki Wybuch ze strony Demiurga. Ta rozkosz, się rozproszyła i trwa non – stop we wszystkich komórkach żywych, i długo będzie jeszcze trwać dopóki nie wyczerpie się energia rozkoszy Boga, który w tym wielkim akcie, erekcyjnym stworzył wszechświat…”

     Otóż ja przytoczyłem taką kwestię: podziwiam, i rozumiem określenie naszego polskiego kosmonauty, a jednocześnie, jako spostrzeżenie, bądź co bądź człowieka, któremu były system komunistyczny nie zezwalał na myślenie o Bogu, zwłaszcza tam w wysoko w przestworzach, a jednak – się nie oparł !

      – Powiedział mi kiedyś kosmonauta Mirosław Hermaszewski, gdy chciałem pozyskać do swej książki, między innymi te słowa, że „dopiero jak się zejdzie stopami na Ziemię z tego wehikułu, wymyślonego przez umysł człowieka, kiedy się stanie tutaj nisko, po obejrzeniu tych przestworzy w innych światłach – Tam, gdzie bliżej do Boga, dopiero wtedy docenia się tę moc i siłę Stwórcy przestrzeni, a w tym Wielkość i Jego przeogromną moc sprawczą Nie można tam pozbawić się myśli o Stwórcy…”  – Ja tę kwestię przytaczam czasem, kiedy idzie o Boga i natchnienie Ducha… Aż strach pomyśleć, że kosmonauta patrzy w oczy Boga – jako umysł ścisły i techniczny – a co na przykład namalowałby wybitny artysta plastyk – panie profesorze? – gdyby to zobaczył, i po powrocie stamtąd zszedł na Ziemię? – Pragnę nawiązać jeszcze raz do sfery namalowanej Apokalipsy i Psalmów, które namalował profesor Andrzej Strumiłło, był jak wspomniano  namalował był 18 obrazów, jako odniesienie   do zawartości Pisma Świętego – to było nie lada wezwanie!

     – Pamiętam był tam taki Psalm, do którego odniosłem się w Maćkowej Rudzie, który jakby wprost pyta: co nam pozostanie, jeżeli my znajdziemy się w katastrofie – skrzydła nam odpadną jak mitycznym bohaterom greckim – pozostanie nam tylko odlitwa i ufność w opatrzność oraz ten ostatni ratunek boski?… Co szybko uzupełnił profesor Strumiłło: „ Skrzydła, biologiczne

elektroniczne, i mechaniczne – wszystkie skrzydła, jakie człowiek sobie przyczepił odpadają, stoimy całkiem nadzy, spadamy na dno czarnej dziury. Modlitwa, oto co nam jeszcze pozostaje… Są to moje wszystkie obrazy do “Psalmów”, które tłumaczył  też Miłosza. Namalowałem obrazy które jakby wyczerpują “Apokalipsę” do wizji Miłosza. Znów sięgnął po reprodukcje przerażających obrazów – oglądałem dokładniej – przepiękne zmysłowe prace profesora, na kredowym papierze, format A-3, dwadzieścia stron. A profesor je komentował dalej tak: „To jest, jak widzisz, Alfa i Omega, bo Bóg Ojciec jest nieprzedstawialny – A tu są te : pierwsze kościoły- Efez, Smyrna…Tu Leodycea, jest też “Nowe Jeruzalem”, i “rzeka światła i złota”. A tu są “Bramy z pereł ” z Archaniołami, i “dwanaście szlachetnych kamieni”, tworzących fundament – a tu jest to drzewo, które rośnie po obu stronach rzeki, to są wszystkie greckie imiona Chrystusa – Chrystus Bazyleus… A to jest część dyptyku “Sąd ostateczny”- A tu jest “Szarańcza apokaliptyczna”, która zasłoniła słońce. Szarańcza jest skrzyżowaniem skorpiona i kobiety… A to jest “Tron Władcy Babilonu” budowany był na językach – na kłamstwie, pochlebstwie, i krzywoprzysięstwie.( oglądam przepiękne, duże kolorowe, kredowe reprodukcje obrazów “Apokalipsy” profesora) – To wszystko były obrazy olejne dość duże , a teraz są wystawiane, w salach Zamku w Malborku w dobrym towarzystwie bo obok grafik Albrechta Durera. Ale ja mam obecnie bardzo dużo innej różnorodnej pracy nad książkami… Poza tym jak widzieliście, buduję galerię autorską tu na terenie mej posesji, gdzie będzie można oglądać różne moje obrazy i grafiki, które spakowane czekają na swe miejsce, ciągle jeszcze maluję obrazy. Pracuję tez nad scenografią do Opery “Orfeusz i Eurydyka” w/g Ch. W. Glucka dla Opery Wileńskiej. Będzie ona wystawiona w Wilnie na ogromnej scenie. Nie tak dawno zrobiłem dla Białegostoku “Wiśniowy Sad” Czechowa.”

       Pozostaję wciąż pod wrażeniem nie tylko tych obrazów z Apokalipsy, którą oglądałem przy komentarzu Andrzeja Strumiłło – To co idzie za takim wyobrażeniem jest przeogromną wiedzą, a jednocześnie jest to jakby układanka twórcza z dziejów człowieczeństwa, żeby powstały takie obrazy! – jako pewne skróty i metafory do całej Apokalipsy potrzeba wielkiej wnikliwości, a nawet pomyślunku na osobna GALERIĘ!.

        – Otóż wiele razy było tu przywoływane Wilno, do którego stąd profesorowi nie tak daleko na kontakty artystyczne oraz odwiedziny, biorąc pod uwagę, że jest urodzony na Antokolu w Wilnie, co też wspomniałem… Poprosiłem, żeby profesor – artysta przybliżył te kontakty – spotkania, wspominał, ze tworzy dla Opery w Wilnie ale co jeszcze? – może nawiąże do swego przyjaciela i bywalca Czesława Miłosza w tutejszym uroczysku i siedlisku, który bywał tu sam i z synem – pływał po Hańczy, która rozciąga się za murem siedliska – czekałem – sugerowałem, może by opowiedział  jakieś ciekawostki? – No, i może zechciałby także wspomnieć o innych przyjaźniach artystycznych…

    „ Tak! – bywał, pływał tutaj łodzią ze mną po Hańczy. Bywał tu często sam, a czasem z synem i bardzo mu się tutaj podobało, mówił wprost ; “gdybym był co najmniej kilkanaście lat młodszy- to bym tutaj na pewno kupił ziemię i bytowałbym tak samo jak i ty Andrzeju”.Poznałem Go np. z Krzysiem Czyżewskim, szefem czasopisma “Pogranicze” – O! – Miłosz siedział – tutaj – o tutaj (profesor pokazuje na krzesło, na którym teraz siedzę za stołem) a Krzysio klęczał przed nim, wręczając jemu swoją pracę magisterską pt. “Poezja Miłosza” – Czesław wtedy się ogromnie wtedy wzruszył, mrużył swoje krzaczaste brwi i klipał powiekami, pamiętam wyciągnął kartkę papieru, i przy tym właśnie stole napisał tak :“Daruję Waści Krasnogrudę”, na którą, dodam –  obecnie nasi luminarze kultury nie chcą dawać pieniędzy – Poczynię tutaj dygresję – to właśnie ci, albo podobni do nich, nie chcieli pochować Miłosza na Skałce. Oni uważają, że Miłosz to jest litwomanem i wątpliwym poetą, agnostykiem, może nawet komunistą – a także przyjacielem Gedroyca – a jak wiemy sam Giedroyć był antyklerykałem. Siedział w Paryżu i pisał, do nowo powstałych rządów sugerując im prawidłowy stosunek do naszych wschodnich sąsiadów, i Rosji… i takie tam różne rzeczy, o których nam wszystkim wiadomo… Co się tyczy samego “Traktatu teologicznego” – Miłosza, są tam różne treści, które nie podobają się zainteresowanym Miłosza – Podobnie jak i wypowiedzi do polskich i litewskich środowisk… No, i jak już pytasz, co do innych moich kontaktów, – owszem! – znałem Herberta, którego, jakoś tutaj przy Miłoszu, należy z szacunkiem wspomnieć – Mówiło się ongiś o jakimś konflikcie pomiędzy Miłoszem a Herbertem – ale to komercja! – Miłosz miał taką lekką rękę w życiu, bo był wpierw dyplomatą,  bo pochodził z rodziny lepiej ustawionej historycznie z koneksjami wuja Oskara Miłosza, który był litewskim ambasadorem… A Herbert, kiedy Go tu w latach pięćdziesiątych spotykałem, był skromnym, normalnym człowiekiem, o którym się wiedziało, że pisze wiersze – ale nie wydaje się Go, w tamtych czasach pozycja Miłosza i Herberta była całkiem inna, co zresztą tak pozostało… Spotykałem się ze Zbigniewem  Herbertem, w czasach kiedy on był jeszcze bardzo młodym człowiekiem, a było to nawet w Olsztynie na Zamku u Skurpskiego. Trudno mi oceniać dziś jednego – czy drugiego poetę – ale powiem, że chyba wyżej cenię dojrzałość i spokój Czesława Miłosza. Herbert jest na pewno bardzo dobrym poetą, ale Miłosz jest jeszcze oprócz tego filozofem w tym co pisał i robił, jest jakby pełniejszym człowiekiem, jest instytucją kulturalną oraz ciągłym nieustannym ambasadorem Polski.

Obaj są warci dobrego miejsca w Literaturze Polskiej i dobrze, ze tak się stało. Ale w żadnym razie nie należy przesądzać i gloryfikować np. wyłącznie Herberta. Z Miłoszem, prócz tego, wiążą mnie jeszcze inne rzeczy. Otóż jego brat Andrzej Miłosz był dokumentalistą Czesława i Jego echem, a więc Andrzej był żonaty z Grażyną Strumiłło, również z tych Mińskich stron. A moja rodzina pochodzi właśnie spod Mińska, gdzie od setek lat siedziała w tej ziemi. Mama moja pochodzi z Auksztoty, a dziadek mój miał zaścianek Sudaty, który sąsiadował z Zułowem Piłsudskich – Piłsudscy byli sąsiadami mego dziadka. Mama moja była chrzczona w Cejkinach na Litwie, a ja urodzony w Wilnie. Natomiast ja Maćkowej Rudzie żyję od 1985 roku. Dużo ludzi tutaj przyjeżdża – znanych, mniej znanych – pytają, nawet zza granicy aż dziw bierze, że nawet z Japonii – mój dom jest zawsze otwarty…”

       Będąc na siedlisku w Maćkowej Rudzie u profesora Andrzeja Strumiłło należy zwrócić uwagę na przydomowy Park, po którym oprowadzał mnie, jako podróżnik. Jak opowiadał z każdej podróży przywoził szczepki lub małe drzewka, zasadzone za każdą wyprawą jako poplon ich sadzonki bija różnorodnością – każde drzewko jest inne, niektóre mają między gałęziami włożone otoczaki średniej wielkości, żeby się rozgałęziały na boki.

– Dodałem niepokornie: dotykał pan także murów tylu starych wspaniałych i okazałych świątyń, w miastach i wsiach, dotykał pan tzw. stiup, pabied. itp. miejsc… Dziś jest pan u siebie, tak blisko kochanego Wilna. Tutaj  nad Czarną Hańczą – jak się ma do tego hodowanie arabskich koni? –  Przeszliśmy do stadniny, gdzie zobaczyłem konie, inne była na pastwisku.  

–  Pamiętam jak dziś profesor pokazywał wcześniej z  dumą obraz oryginalny autorstwa  Juliusza Kossaka, artysta Juliusz z rodziny znanych Kossaków namalował matkę rodowodu hodowli koni arabskich Strumiłły o nazwie “Mlecha” – namalował ją w 1845 roku.  Trzeba dodać, że konie pana Andrzeja wielokrotnie brały udział w wyścigach oraz były championami – zdobywały Nagrody – Tulił się do koni i poklepywał….

      – Przeszliśmy później do jego własnej autorskiej pracowni malarskiej, pokazywał obrazy i autorskie projekty – na moja sugestię podarował mi jeden rysunek tuszem. Jest pan szczęśliwy panie profesorze? – zapytałem nagle – Andrzej Strumiłło, jak pamiętam – wysnuł taką mniej więcej definicję na swoje szczęście
         ”Widzisz Zbyszku – ja po latach doświadczeń zdaję sobie sprawę, w pełni z tego, że wciąż uczestniczę wciąż w takim dramatycznym spektaklu, rozsuwając, kurtynę ciemności, która ma ukazać prawdę pełną, a odsłania wciąż następną kurtynę…To szczęście, o które pan mnie podpytuje, może mieć 
różne oblicze, czasem nawet dramatyczne… Po pierwsze – bardzo dokucza człowiekowi wrażliwemu taka słabość własna – ile można by było jeszcze zrobić, a ile jeszcze należy z takiego niepisanego obowiązku… Wystarczy wziąć jakąkolwiek książkę lub album i zobaczyć ile zostało zrobione, ile gigantycznej energii w to poszło, ile zrobili także inni zainspirowani… Ale cieszę się, że hoduję konie arabskie, to moja inna wielka miłość – mam obecnie piękne źrebaki – rosną u boku swych matek.

       – Powróciliśmy znów do chłodnego saloniku na zapleczu na herbatkę, czułem wyraźnie, że czas kończyć i wracać, bo rofesor już zmęczony…ale jeszcze pokazuje mi książki i m komentuje:

      – „A tutaj proszę przeczytać, to od Miłosza…” ( czytam, na specjalnie wykonanym niebieskim etui, z publikacją wydruku “odnalezionego” wiersza w archiwum Iwaszkiewicza, jest u dołu dedykacja ręcznym pismem – i podpisano :…z przyjaźnią Czesław Miłosz… ale Pan Andrzej dalej kontynuuje…)

                    „ – Ten wiersz był kiedyś dedykowany żonie Iwaszkiewicza, a dotychczas nigdzie nie był publikowany… Mam wiele książek Czesława oraz od innych moich przyjaciół współczesnych, jak : Tomas Venclova, Tadeusz Różewicz…”

          – Oczywiście – muszę teraz dodać, że wcześniej przed tym zamierzonym i znamiennym spotkaniem obcowałem z książkami i malarstwem profesora Strumiłło –  Odświeżyłem swoją różną wiedzę o artyście co mu się zresztą spodobało i chyba to czuł – I jak tak patrzę – absolutnie wszędzie, czego się podejmował jest w tym szerokim działaniu : wiedza, filozofia i ogromna “Potęga smaku” – i jakbym mógł przywołać dalej tutaj Herberta, to tylko dlatego, bo zaraz wydaje mi się, że gdzieś czyhał tutaj we mnie Jego “Barbarzyńca w Ogrodzie” przydomowego parku –  Natomiast bardzo wiele duszy jest w książce “NEPAL” i w dalszych albumach. Poezja bardzo oryginalna wydana w dwu dużych zbiorach pt. “JAK” i “MOJE” jest tak głęboka i mocno zmetaforyzowana, bo jest jednocześnie pisana z dużego dystansu do świata, którego dotykał profesor stopami Boga, pisana swoim pielgrzymowaniem do bogatych kultur świata, o różnorodnym obyczaju, co zresztą pokazują także inne książki artysty, po prostu – zwykły człowiek robi się taki malutki… I co najważniejsze! – jest w tym działaniu wciąż wielka świeżość i energia, a jednocześnie tak sensorycznie rozkładający się zmysł w różne kierunki i wielka namiętność w tym działaniu mimo wieku… 

     –  I pamiętam jak profesor , na taka moja sugestię kontynuował dalej: „W Nepalu byłem 4 razy, odbyłem 11 podróży do Indii. W Chinach byłem 4 razy, i przejechałem całe w czasie “Rewolucji kulturalnej”. Byłem czterokrotnie w Mongolii, z Chabarowska przywiozłem niedźwiadka “Mińkę”. Byłem a Japonii, Tajlandii w wojennym Wietnamie, Turcji, Syrii na Kaukazie, w wielu krajach Europy… Niestety nie byłem tylko w Australii. Australia jest oczywiście kontynentem nowym, nie posiadającym historii… Powiem, że ja nawet do Afryki nie chciałem jechać…  Moje wszystkie wyjazdy, z wystawami, i wszelkie podróże były podjęte świadomie. Do Wenecji pojechałem ze swoją wystawą, i dużo po Włoszech wędrowałem – to piękny kraj. Przeszedłem pieszo całą Sycylię. Wszystko udokumentowane jest w wielu różnych katalogach, skryptach i książkach… Szkice, literackie i graficzne oraz fotografie stanowią dokumentacje podróży. Osobny zbiór sztuki i przedmiotów kultury materialnej dalekiego i Środkowego Wschodu trafiło do Muzeum Azji i Pacyfiku w Warszawie

oraz do Muzeum Etnograficznego w Krakowie. ( tu profesor komentuje dalej i podpisujejednocześnie mi najnowszy katalog pt. “Indie”, z różnych swoich podróży po Indiach) 

– Mogliśmy jeszcze długo snuć opowieść o całym działaniu interdyscyplinarnym i osobowości profesora Andrzeja Strumiłło – nie był bardzo zmęczony a raczej odprężony – to ja, jak to się mówi „dostałem w kość”. Miałem jeszcze wiele pytań, ale nie mogłem nadużywać gościnności profesora. Pożegnałem się z profesorem – nieco zmierzchało, a musiałem dojechać na nocleg nad Jezioro Wigry,( gdzie artyści zjeżdżają i mają swoje twórcze cale jak pątnicy). Do dziś jestem pod ciągłym wrażeniem tego niesamowitego spotkania. Umówiliśmy się na następne spotkanie – profesor zapraszał, a to przecież przeurocze i sympatyczne miejsce na spotkania. Przy okazji tych niesamowitych odwiedzin pojąłem wiele rzeczy, czym nie mniej szczerze się dzielę z Państwem.

Ps. Tekst wytłuszczony jest konkretną wierną wypowiedzią profesora Andrzeja Strumiłło, zarejestrowany na dyktafonie przy spotkaniu, jako nagrana „rozmowa artystyczna” przepisany autoryzowany – użyty w mej książce pt. „Między mythos a sacrum”.

     Zbyszek Ikona – Kresowaty


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko