Wiersze tygodnia – Andrzej Walter

2
420
Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska


Chłodna metryka

Jest we mnie
bezmiar nowego ciężaru.
To gorycz narodzin
w glinianym bezładzie.

Niedostateczny
z bezradności,
mierny z trwania,
ledwie zauważalna
zasada.

Moją obecność uzasadnia
niepewność.

Kiedy byłem dzieckiem kupiono mi książeczkę
– Czy umiecie się dziwić? Do dziś nie wiem.

Wykluł mnie
wiek krwi
oraz
patos lęku


Ciężar właściwy

Zapytano mnie
ile waży poezja. Jakby to było masło, albo kilogram sera.
Cóż za pytanie
na miarę czasów.

Kiedyś wydawało się, że to stutonowy walec,
a jednocześnie lekka jak piórko siła
zdolna ruszyć z podstawy
bryłę istnienia.
Dziś wydaje się, że wiem, iż to obwoźny ogród pawi,
które z lęku przed nicością
rozkładają przed sobą ogony i głośno
skrzeczą dla zmylenia orientacji.

Chyba nie można zważyć poezji. Może warto jedynie pytać
o jej ciężar właściwy, ale może też żaden wymiar
nie usprawiedliwia jej bytu.
Kiedy poskramia się słowa
krew ożywa wypływając do mórz i oceanów gdzie
nic nie wydarza się dwa razy,
a dusza tonie
pozbawiona

tratwy ratunkowej.


Słone wyspy

Są takie wyspy, na których zasiałem sól.

Kocham ich wolność,
kiełkowanie ciszy, noce
pełne cykad i zapachu tamaryszku. To dni
napęczniałe życiem. Wyspy ukojeń.

Są takie wyspy. Mruczą o nich ociężałe, majestatyczne koty,
wśród których po prostu,
zapodziała się
sól.

Nie jest sama. Ma zmysły i marzenia.
Wszystko niezbędne do wzrostu. Cała oddycha
moim zachwytem, oddycha
bryzą. Nauczyła się od
samotności, że zmarszczki stają się
piękne.

Ale niepostrzeżenie straciła smak:
w niedoskonałości unicestwionych maszyn,
w pomyłce genów,
którym zaszkodził postępowy początek.
Wciąż niewolą mnie te duszne miasta
smutku, żądła melancholii.
Miejsca, z których przyszedłem.

Są takie
wyspy.
Bez brzegów, snów i wspomnień.
Wyspy jak los.
Osadzone w zamyśleniu.
Jest też sól,

wciąż ją podlewam.


Kaskady niepokoju

Najpierw czułem, że słowa są zasłoną, za którą ukryłem
rany. Potem łudziłem się, że są orężem wieczności. Teraz
stały się ukojeniem, błękitem, a może tylko śladem
                                                                       losu Wszechświata.

Wiele razy umierałem, ale tak naprawdę nie poznałem
śmierci. Ukrywałem się przed istnieniem, nakładałem maski, odczyniałem
uroki oraz udawałem, że nie popełniłem wszystkich rozpoznanych zbrodni
            (tak zwanej) Ludzkości.

Najpierw nazwałem ból, ale nie chciałem być bolesną zorzą poranków.
Nie chciałem
być częścią świata, który się przecież

nie budził.

Teraz czekam. Właściwie od zawsze – czekam.
Łodzie już odpłynęły. Pełne goryczy
i niepokoju.
Na brzegu stoję sam, Słońcu zaglądam w twarz,
sobie w sumienie. Patrzę w noc, w poranek, w zadumę,
w pustą szklankę,
którą wypełniam


Mały książę

Gdybyś nim był
nauczyłbyś mnie od nowa
żyć.
Pokazałbyś
jak rękę z płomieni
wyciągnąć. Jak ocalać światło,
jak napisać do życia, że
nie da się go opowiedzieć,
a tym bardziej
dokończyć.

Bo całe to życie
jest prozą łatwopalną
nie oswaja róż i bezdomnych zwierząt ,
nie uczy
jak się z nimi żegnać,
a potem
zagłaskiwać
wspomnienia.

Nie uczy

Jak powracać i odchodzić i jak
z radością
nie pamiętać słów;
często samemu sobie…

i jak tęsknić nie uczy, nie uczy, aby
zapłakać, niczego nie uczy.

Gdybyś nim był
pisałbyś listy
do gwiazd i do Pana Boga. I wiedziałbyś
wszystko. Koneksje Twoich przyjaciół
zbawiałyby.

Ratowałbyś
chwilę
od ukąszeń.

Gdybyś nim był
nie czytałbym o tobie
tylko odpłynęlibyśmy.

Jak
zdumienie.


Ogień

Wyrywam się w ogień,
który już nie płonie.
Spadają gwiazdy z gniazd,
a ptaki budują obszerne
kamienne jaskinie.
Jest nów. Wszystko co nazwałem
jest inne.
Rozpoznane
kryje się w wyprzedaży
naszych lęków.
Opisane
traci moc i znaczenie.
Ukochane
odzyskuje swoją szpetotę, a wszechświat
kładzie się na powiekach
i nie pozwala
zapomnieć

Znów płonie
tęsknota. Serce zamarza
na klucz.


Zdumienie

Przecieram oczy z mgły. Rosa na rzęsach blednie,
a świat pęka w nabrzmiałych planach
taktycznej gry
o nic.

Budzę się,
choć lepiej być gdzie indziej, lepiej śnić,
lepiej płynąć pod prąd
niczym ocean do źródeł.

Każdy gest kona jak wiersz pisany sobą.
Każdy głos milknie zanim
coś powiem.
W szufladzie bałagan, w sercu chaos,
w namiętnościach
tonie rozpaczliwie wołanie kogoś,
kogo już nie ma.

A jeszcze niedawno patrzył w niebo, stał nad brzegiem,
wyciągał dłoń i wołał
jeszcze raz, spróbuj to
jeszcze raz.

Przecieram oczy.
Sprzedałem zdumienie
za parę kłamstw.


Sznurówki

Wasze sznurówki zasupłały czas.
Potknął się o przeznaczenie, trwoni
bogactwa. Kończy w opuszczeniu.

Jałowa kakofonia samotności
rozpisana na głosy i orkiestrę,
skulona wiąże
dwa słowa. Prowadzi muzyków na skraj
przepaści.

Wasze serca,
nad którymi nie wschodzi, ani nie zachodzi
słońce,
ani nawet ptaki
śpiewać już nie potrafią, wasze dni
skopiowanych folderów
obojętności
nie wiążą się jakoś
z życiem.

Wasze słowa złudne
rozwiązują zbędne roje terapii
dla wariatów
w domach z żelaza i ze szkła.

Rozpoznaję was
– produkujecie sznurówki,
na stopach czuję mokrą trawę.

Nie noszę obuwia.


Przedwieczność

Trzeba ocalić naiwność. Ratować dzieci spod kół rozpędzonych
ciężarówek i nasycać sobą trakty, gdzie dobrze się bawią
poławiacze rzeczywistości. Ratować sny przed marą
i cieniem oraz kluczyć w labiryntach mutacji masowych
złudzeń.
Trzeba być.
Aby żyć.
Być Lestrygonem i Cyklopem, i gniewnym Posejdonem, i owieczką
prowadzoną do krematoriów i mieć Itakę,
namiastkę przypływu. Słowo „nigdy”
oprawić w ramki
i powiesić obok krzyża.
I patrzeć jak dziecko
nazywa wszechświat
drogą
i ścieżką w nieznane,
a potem być Ikarem, który nigdy
nie spadnie.

W pałacach entropii
trzeba nieść metamorfozy
wielkich słów
o czułości.


Istota kropli

Siedzę w fotelu i zastanawiam się kim jestem. Patrząc na rękę,
jestem żonglerem. Podnoszę do światła, narzędzie zbrodni.
Zamykam książkę, w której
anonimowy autor opisał świat. Co to za świat?
Zgasł,
a jednak odcisnął się w dłoni.
I wciąż się jakoś ukrywa.

Siedzę w latarni, światło krąży, a ptaki łowią
każdy szept. Idealna cisza nigdy się nie wydarza.
To złudzenie.
Na horyzoncie kilka słów o dniach, które przeminęły.
Wszystko było dokładnie zaplanowane.

Wracam na fotel, opuszczam morze, gaszę latarnię. Noc
zastyga jak kometa. Czekam. Choć noc ma tę cechę, że milczy,
jak świt i tylko cienie z niej wyrastają. Przypuszczam, że jest w nich
alternatywa danych osobowych.

Kula ziemska porusza się szybko. Na zatracenie.
Choć w zasadzie nie wiadomo, dokąd. Nie jest łatwo to odczuć.
Z mojego fotela, w którym się urodziłem,
i w którym zapewne umrę,
woda kapie bezmyślnie.
Na przekór ziemi – do nieba.


Testament

Niech twoje kroki wchłoną moje,
nad brzegiem świata, który dawno już
się skończył, niech nasze noce
ocalą bezradność. Niech żyje
koniec i początek.

Zabierz mnie nad ocean,
w którym utonąłem
i dotknij odpływy
przypływów.

Prowadź mnie na szafot, niech kaci
już ostrzą topory, niech miecze
dotkną nieba, niech się
stanie.

Niech twoje kroki zagrają
jak moje –
niech umrą, niech żyją,
niech ścielą się.

Dziękuję.
Weź wszystko (jeśli coś miałem)
i weź niebo jak ocean.
Odkryj nibylandię.

Zbaw ją.


Wiersze pochodzą z tomu Andrzeja Waltera „Ciężar właściwy”


Wiersze tygodnia redaguje Stefan Jurkowski
stefan.jurkowski@pisarze.pl

Reklama

2 KOMENTARZE

  1. Andrzeju, czy ja mam ten tom? Najbardziej:Słone wyspy, Mały książę, Testament, Sznurówki.
    Gratulacje!!!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko