Jan Stanisław Smalewski – wiersze

0
192

Kalendarz

Pęka w szwach stary kalendarz
jest mi go żal
śladów po brudnych palcach
poplamionych życiem dni
        nie jest mi już potrzebny

nie ma w nim żadnej daty godnej pomnika
on sam też minął jak kolejne lata
rozsypane w przeszłości ginące na rozdrożach dni
        może spokojnie się położyć
        na zakurzonej półce biblioteki

były kiedyś takie chwile
niezmiernie ważne kartki kalendarzy
gdy słyszało się płynący czas prawdziwym strumieniem
        płynął i zagarniał wszystko
        i gromadził w morzu dni

były daty od których coś zależało
w których coś kwitło tliła się nowa nadzieja
pęczniało ziarno miłości
        niezależnie od poprzednich dat
        istnienie pisało się wielką literą

pamiętam jedną szczególną umarł Ojciec Święty
nasz prawdziwy polski Chrystus
jak król żydowski i święty Piotr Rzymianin
        był duchem tej ziemi
        na którą zstąpił duch święty

umarł a wraz z nim tamten kalendarz
widziałem wiatr zamknął go
        publicznie
w ostatniej chwili ostatniego aktu
        sztuki wiary

25. 12. 2018 r. po 22.00


Organy

Kochałem te organy w ślizowskim kościółku
– byliśmy sobie bliscy – żeby mogły się odezwać
musiałem wejść na wystający z miecha drewniany pedał
stawałem na nim i schodziłem przez całe nabożeństwo

to nic że nie widziałem organisty zza długich piszczałek
porozumiewaliśmy się patrząc z chóru na księdza
odprawiając posługę mszy świętej spoglądał na chór
i skinieniem głowy dawał znak organiście

drewniany napęd organowych płuc ruszał jak moje serce
miarowo trochę ciężko ale radośnie buchało muzyką
miech wypełniał płuca starych organów a organista
dotykając klawiatury napełniał muzyką cały kościół

po latach śnię czasem stary kościółek gram i śpiewam
na chórze razem z aniołami organy napędza czas
nawet gdy nie ma proboszcza i gdy organista zapomni
dojechać z Sycowa organy nadal grają

1. 01. 2019


Scyzoryk

Bez niego jak bez ojca
nie zrobiłbym nigdy wiklinowej fujarki
scyzoryk
ojciec zaraz po wojnie znalazł go w lesie
szukając borowików koło leśniczówki

pokazał scyzoryk a potem chronił jak talizman
obierał nim owoce a ja zazdrościłem
że tak zwyczajnie obiera swoje życie
krojąc go na soczyste kawałki
a obierki rozrzuca kurom

Podczas pierwszej komunii świętej
ojciec dał mi scyzoryk w prezencie
zdziwienie matki przerosło moje szczęście
pamiętam jak moja ręka szybko cofnęła się za plecy
jak dalece odmienną była reakcja ojca
– przecież to tylko nożyk do owoców
a i na grzyby mu się przyda

I kredki będzie strugał zabierze mu go nauczyciel
– wbrew obawom matki nikomu nie dałem
odebrać sobie scyzoryka –
na dużej przerwie wybiegałem na nasze pole
po brukiew i krojąc ją jak swoje szczęście
dzieliłem się z kolegami
a w samotności nad wodą pilnując krów i gęsi
grałem na wiklinowej fujarce

musiała jednak być wiosna soczysta zielona


Zakaz rozmowy

W dzieciństwie był dla mnie jak rączy koń
niósł mnie na swoim grzbiecie do miasteczka
słyszałem go już spod lasu
Kasłał gdy mijając teren Dziadowej Kłody
piął się pod górkę ze ślizowskim krzyżem
Wtedy ojciec ponaglał – biegiem bo nie zdążysz

Z podwórza widziałem jak wyłania się ze szczytu
Był to ostatni moment by pobiec na przystanek

Niebieski autobus pachniał ropą i spalinami
ale poznawałem go po odgłosie jazdy
Konduktor też mnie znał – Z miesięcznym do przodu
dzieciak musi zdążyć do szkoły
pani z tymi jajami niech uważa
A pani też na targ Było wsiąść na furę

Mój niebieski rączy koń autobusu
nie miał łatwego życia Pod górkę nie ukrywał starości
a z górki trząsł się ze strachu I ten zapach ropy
Jak byłem starszy siadałem na masce silnika
mówiłem kierowcy czego nas teraz uczą w szkole
Zakaz rozmowy obowiązywał dopiero
gdy dojeżdżaliśmy do miasteczka


Z dedykacją w rocznicę ślubu

Moja Żona – niezwykła pojemność słów:
i jednego, i drugiego. Własność? Czy może
przysposobienie? Długo poszukiwana połówka.
Połówka czego? Owocu – to slogan – jabłka,
czy cytryny? A może włoskiego orzecha?

Oboje mamy twarde skorupy, w obu częściach
tak samo skomplikowane sploty życia.
Twarde, a zarazem miękko przystające
do siebie – dwie dusze, dwa sentymentalne
stwory wrażliwe na słowo i poezję.

Żona. Prawda, że inaczej brzmią nuty męża?
Twardziej, groźniej, bardziej stanowczo.
Ona taka miękka, taka czuła na dotyk,
tak głęboko wrażliwa na punkcie miłości.
Ten niegasnący błysk oczu, ten radosny uśmiech.

Te wszystkie razem i osobno – troski.
I to kochanie, zaborcze, ale bezpieczne.
I to czuwanie jak na warcie życia.
On żołnierz przy niej nie potrzebuje zbroi.
Chroni ich, i ją i jego, wzajemna miłość.

12. 12. 2018


Dopełnienie

Jest pełnia, druga w nocy, nie mogę spać.
Nawet gdy udaje się mi zasnąć, budzą mnie sny.
Są to sny o dzieciństwie.
Pełnia księżyca przypomina mi pełnię mojego życia.
Moje życie się dopełnia. Zaokrągliło się.
Jest jak horyzont.

Stoję pośrodku. Boję się przebić linii horyzontu,
to krąg zaczarowanej młodości.
Młodość jest w moich snach. Szkoda mi snów,
że nie mogą spać podczas pełni księżyca,
poza pełnią mojego życia wyznaczoną przez młodość.
Śniąc też stoję w środku życia.
Jak wiatrak na wzgórzu czekam na wiatr.
Boję się o swoje drewniane skrzydła,
że zahaczę nimi o księżyc.

Ciekawość wycieka ze mnie, jak woda z wysychającego strumienia.
Wokół mnie coraz więcej nierozpoznawalnych twarzy.
Sylwetki jakby znane, ale twarze rozmazują się w szczegółach.
Raz są dziećmi, innym razem wypełnia je młodość.
Nigdy nie widzę starych twarzy. Nawet
ojciec i matka są młodzi. – Tylko przeszłość,
tylko piękno, tylko młodość.
I miłość. – Pełnia życia, pełnia miłości.
Jak pełnia księżyca z powodu której piszę ten wiersz.

O godzinie 2.30 8-go listopada 2018 r.


Białe sny

Najpierw biel śniegu – trwała przez całą zimę –
        radosna jak pojedyncze jego płatki
krótka jak ich życie gdy dotykały naszych twarzy
        i dłoni

i wciąż odnawiająca się w kolejnych strukturach
        do wysokości śnieżnej zaspy
        poziomu spadającego słupka rtęci
        topniejącej za oknem ślizgawki

Potem już tylko oczekiwanie
i wydłużające się dni z białymi pasmami
        snu o szusowaniu na nartach
z pagórków na wyrobiskach starej cegielni
        o zjeżdżaniu sankami

prosto w biel wiosny
w rozkwitające drzewa stokrocie pod nimi
w całe chmury opadających płatków jabłoni
        w kolejny sen o kolejnej zimie i wiośnie

we wtorek 8-go stycznia 2019


Wielka samotność

Jak czuje się ziarnko piasku
przywiane przez wiatr z pustyni do mojego ogrodu
pełnego zieleni drzew i kwietnych kolorów

Czy inaczej było mu na wydmie wśród innych ziaren
w leju po bombie w zniszczonej transzei
gdzie śmierć się czaiła jak zgłodniały zwierz

Jak ja się czuję wśród współbraci miasta
pomiędzy splotami ulic w gęstwie tłumu
wrzucony w ogród nie rajski bez Ewy

Za mną znana przestrzeń przede mną przeznaczenie
i wielka samotność wszystkich obcych rzeczy
ta kobieta to matka tamta tylko córka

a ci faceci zza rogu to po prostu dzieci
od świtu po zmierzch wielka samotność świata
i dopiero w nocy śni mi się miłość

jest Ewa jest Eden ten jedyny ogród
w którym sny są bliskie a miłość nie parzy
Miłość kobiety jawi się biblijnie Nie jestem Adamem

Sny moje

Sny to prawda o mnie Prawda o Istnieniu
pojedyncze nakładające się dowolnie skany
Kiedy brakuje mi ciepła śnię chłodne korytarze
gdy go za dużo zdejmuję odzienie
albo ty się kąpiesz w basenie na podwórzu
pływasz na plecach oglądając księżyc

Sny to kawałki rozbitych dzbanów
dżinu w nich dawno nie ma bo po co
wystarczy że obręcz wciąż spina wspomnienia
młodych ciał na plażach bez widoków morza

Gdy śnię skanuje mózg rzeczy niewyjaśnione
puzzle których już w rzeczywistość ułożyć się nie da
Gdy mi brakuje miłości jesteś piękna młoda
kręcisz się wirują osobno to usta twoje
to biust warkocz noga

sny o młodości Czymże była Ona
zlepkiem obrazów w noc gdzieś upchnięta
studnią w podwórzu huśtawką w ogrodzie
łąką aż do lasu lasem chłodnych drzew
bez szumu śpiewu i odgłosu wiatru
który wszystko wywiewa gdy budzę się rano

18. 12. 2018


Rolnicze stróżówki

1
Koń mojego ojca, którego nazywaliśmy naszym koniem,
spał w boksie drągami oddzielonym od krów w oborze.
Nie wiem, czy zwierzęta rozmawiały ze sobą, ale
zapamiętałem, że ojciec rozmawiał z nimi. O świcie
zawsze go było słychać przy obrządku na podwórzu,
w świniarni i w oborze. Rozmawiał z kogutem, psem
i rozmawiał ze swoim koniem. Słyszałem rżenie konia,
pobekiwanie owcy, pianie koguta. I słyszałem ojca.

Mój ojciec ciepło odnosił się do swoich zwierząt.
W jego głosie pełno było owsa, ciepłego mleka
i gotowanych w parowniku ziemniaków. I słońca,
które wstawało wraz z nim, a czasami budziło się
dopiero, gdy kazał kogutowi przypomnieć mu o nich.
– O swoich domowych zwierzętach, z których każde
miało swoje miejsce pod dachem domu ojca, i w obejściu.
I w jego życiu. Życie naszego domu tętniło życiem zwierząt.

2
Nasz koń, na którym, tak jak na ojcu, opierała się
cała gospodarka, spał w swoim ciasnym boksie
na stojąco. W jego żłobie zawsze było świeże siano
i regularnie podsypywany obrok, a wokół
leżała czysta podściółka. Nasz koń nigdy
nie napił się brudnej wody, pił świeżą wodę ze studni.
I spał na stojąco. Gdyby się położył, oznaczało by to,
że jest z nim coś nie tak. – Że jest chory – mówił ojciec.

Mój ojciec spał w rogu kuchni na wąskiej kozetce.
Na twardej kozetce, bo tylko taka pozwalała wypocząć.
Ta twarda kozetka wyciągała mu bóle z krzyża.
Spał w kuchni w wąskim boksie rodzinnego domu,
jak nasz koń, dla którego brakło innego domowego miejsca.
Z boksu konia najbliżej było do lasu i na pole, a
z boksu w kuchni, do zwierząt. – Najłatwiej było ojcu
ogarnąć wszystko: zagrodę, dom i ciepło.

Gdańsk, 13. 12. 2018


Cymbergaj

Pamiętam jak grywałem w cymbergaja
w grę z udziałem monet – moneta o monetę
graliśmy po lekcjach na przerwach
o cukierki

wygrywał to jeden to drugi
monet nie brakowało
dużo było poniemieckich
i polskie srebrne unieważnione

te srebrne były z Piłsudskim
dlatego nieważne
ciężkie duże srebrne
i nieważne jak Piłsudski

zbierałem je dla Francuza ze wsi
Francuz za Piłsudskie przynosił cukierki
oddawaliśmy je dziewczynom
monety z Piłsudskim warte kilka cukierków

raz Dzidek przyniósł dużo srebrnych monet
były za ciężkie do cymbergaja
źle poruszały się po stole
Francuz ważył je w dłoniach i ważył

skąd synek wziąłeś tyle tego złomu
dam ci cukierków na cały tydzień
włożył ciężką dłoń w czuprynę Dzidka
Dzidek powiedział że zabrał dziadkowi

może ma ich więcej szukałeś pytał Francuz
miał w sienniku spał na nim
to powiedz dziadkowi one już nieważne
nie powiem bo dziadek też umarł

Gdańsk 13. 01. 2019



Jan Stanisław Smalewski – urodził się po wojnie w rodzinie osadników Ziem Zachodnich w Ślizowie. Z zawodu strateg wojskowości, politolog i ekonomista. Autor kilkunastu książek historycznych, w tym m. in. unikatowej trylogii akowskiej „Opowiedział mi Maks” (Ars Print Production W-wa 1994-96), „Wyrok Workuta” (IPN Wrocław 2017), „Przy boku Łupaszki” (Pati W-wa 2012 i Mireki Kraków 2013), „Więzień Kołymy” (Fundacja Dziedzictwo 2012 i Mireki 2014), „Łupaszka – trylogia” (Mireki W-wa 2014) oraz 9-ciu tomików poezji. Publicysta m. in. e-tygodnika pisarze.pl i biuletynu „Powiat Słupski”. W latach 1996-2016 należał do ZLP, ostatnio jako wiceprezes Oddziału w Słupsku. Od 2016 roku mieszka w Gdańsku.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko