Andrzej Walter – Tajemnice granic Karola Grenzlera

1
283
Karl Grenzler


   Jak to jest być w połowie Niemcem, a w połowie Polakiem? Czy w ogóle jest możliwa taka nadzwyczaj karkołomna i wydawałoby się tragiczna z natury konstrukcja uwzględniająca uwarunkowania polityczne czy historyczne? No przecież to … wydaje się niemożliwe. A jednak… wydarza się.

   Te pytania, kiedy już się poznało kogoś tak niecodziennego jak Karol Grenzler – niesłychanie wrażliwy, polski, a zarazem i niemiecki poeta – są, zdawałoby się, wulgarną prowokacją naszego nowoczesnego i zmienionego świata, który jakby dziś powoli umiera na naszych oczach. Świata, który się kończy, umiera tak cicho jak Europa, którą znamy chyba coraz mniej, a nasz świat, pozornie stabilny w tempie wulkanicznej erupcji odchodzi również do pewnego lamusa zdarzeń.

   Zburzyliśmy wszelkie znane nam granice, aby zbudować inne, nowe. Ale budowaniu granic i stawianiu murów nieustająco towarzyszy konstruowanie mostów i kładek do przechodzenia na drugą stronę.

   Jakże my jesteśmy ciekawi tejtajemniczo dźwięcznej „drugiej strony”. Nie starcza nam zwykle całego życia na „jej” odkrywanie. I po cóż nam to?

    Mało kto tak doskonale i dosadnie czuje ową bezwolną interferencję odmiennych wszechświatów jak ów poeta, który dzieli swoje życie pomiędzy Wiesbaden, Bory Tucholskie i Kraków. Karol Grenzler – poeta, … poszukiwacz prawd względnych, książkowy mól biblioteczny, Polak – obywatel świata, nacjonalista uniwersalny i niestrudzony wędrowiec, niezwykle rzadki przypadek poety dwóch zaginionych już światów: świata poezji i świata białego człowieka kultury judeochrześcijańskiej, rzekłbym świata klasycznego, który jakby sami chcemy unicestwić… który niektórym zaczął nagle przeszkadzać i zaprosił doń wojowniczo nastawionych … obcych.

   O każdej porze dnia i nocy owego Armagedonu współczesności jest czas na lirykę bez granic jaką oferuje nam Karol Grenzler. Jest to pewnego rodzaju liryka metafizyki. Liryka niesfornych ludzkich uczuć i wiecznej nieuchronnej metamorfozy stanów. Poezja naszej doskonałej niedoskonałości. Ów magnetyzm niepokojąco dobranych słów Karola Grenzlera przekracza wszystkie znane mi granice.

(…)
w codziennej wędrówce do
ziemi obiecanej
pocałunkiem muzy
dzień przywitać
w jej oczach wypatrzeć czym
wypełnić biel papieru
kartkować strony
wspólnego zapachu
wyszumieć radośnie
dziękczynną modlitwę
zaplatać koszyk z
promieni słońca
pofrunąć uśmiechem po
twarzach bliskich i dalekich
zaklinać złe myśli w
przydrożne kamienie
kusić jabłkiem
nadchodzącą północ
(…)

   Wszelkie znane mi granice w tej poezji są jednak przekraczane. Ów nastrój permanentnej wędrówki sam w sobie stanowi metaforę naszego istnienia.

   Poezję Grenzlera „dobrze się czyta”, gdyż ona drażni, uwiera jak zbyt ciasny but, który jednak jest do owej podróży w czasie i przestrzeni  jakże niezbędny, rodzi się refleksja, zaczyn pytania, który wnikająco męczy po lekturze i prowokuje do myślenia o sobie i świecie, który, nadal i ciągle, nam na naszych oczach … dumnie umiera. Umiera jednak razem z nami. Rodzi też nowe zaginione światy, czy wręcz rezerwaty nam podobnych ludzi zombie włóczących się po przydrożnych barach rzeczywistości i pijących samotnie kolejną wódkę wspomnień… My, żywi umarli, poeci – klaunowie życia i strachy na wróble, osadzamy ślady naszych kroków obok przydrożnych kapliczek i straszymy żywych, coraz mniej z tego wszystkiego rozumiejących współtowarzyszy wędrówki.

   Żyjemy więc, nie żyjąc. Polak, Niemiec, czy ten nieszczęsny związek słowa drukowanego z kulturą i dziedzictwem poukrywany w coraz zbędniejszych bibliotekach i do tego zajmujących tylko niepotrzebnie miejsce tego jakże nowego i jakże wspaniałego świata. Świata przecież, bez granic.

   Gdzie zatem są owe tajemnicze i wieczne (może nawet nieskończone) granice Karla Grenzlera? Może właśnie w tym wierszu?…


Babciu

Helenie Kochanowskiej z d. Graeber

*

jadę do ciebie otulony borami do dni w których byłaś oglądam kartki

wtedy nie zapisane pokreślone pomięte zaplamione zbieram nie

rozdane jeszcze karty dotykałaś mnie zawsze ciepłymi dłońmi

pocałowałem twoje na zawsze zimne czoło

*

zasypiałaś z misiem ulubioną zabawką twojego zmarłego synka

Januszka oczy błądzą w nadgranicznych obszarach bezprzestrzeni

dotyk nie czuje palców one osamotnione szukają i znajdują czasami

ciepło innych palców jak długo jeszcze skoro czasu tyle ile

przestrzeni coraz mniej

*

rozpadły się cztery wymiary rzeczywistości z sześciu desek zaraz

czy z wolna wstępowałaś w osobliwość czujesz ciepło zapalanych

tobie świateł modlisz się z nami bezgłośnie spoglądasz płomieniem

czujesz złożonym na płycie kwiatem

*

już częściej słychać klangor odlatujących żurawi stoimy przed tobą

my włóczędzy między rzeczywistościami z kwiatami wspomnień i

ognikami dobrych słów pewni że uśmiechnięta czekasz na nas w

swoich niebieskich okularach z cukierkami w kieszeni prostej sukni

*

w borach tucholskich jesteśmy wśród przodków naszych których

prochy nawet prochami być przestały powiększone źrenice mroku

nawoływania sprzed lat mama mama na granicy obłędu zawsze

przychodzisz z pomocą niestrudzone szepty nocy słyszę twój

spokojny głos karoolek


   Otóż nie będę wnikał, niepokoił i (nad)interpretował tego pięknego i jakże intymnego wiersza. To ucieczka … ucieczka od i do… i ten dziwny Karolek, tułacz ponad naszymi niby granicami, jak dla mnie jasno i zdecydowanie  odpowiada swym życiem i swoją twórczością na zadawany nam świat … Robicie nam wielką krzywdę niszcząc i topiąc ten nasz świat.

   Robicie i samym sobie również tę krzywdę, krzywdzicie i obrażacie przecież nasz wspólny byt, naszą wspólną i odwieczną egzystencję, nakładacie nam na szyję pętlę. Teraz tylko kopniecie w krzesło, na którym resztką sił trzymamy nogi. I Allah znów będzie wielki … w Brukseli, w Nicei, w Paryżu, Manchesterze … kiedyś i w Polsce.

   A kiedy nie będzie już dokąd uciec pozostaną, być może… Bory Tucholskie z naszych snów, Bory Tucholskie naszych wspomnień i ziemia obiecana … poezji, jak prochy naszych przodków i nasze przecież prochy, w których obrocie – jak w obrocie ciał niebieskich scali się wszechświat wraz z aniołami – klamrą spinającą całą twórczość bezgranicznego Karola Grenzlera. Grenzlera bez granic…

   Tak, tak, Karolu – nauczyłeś mnie, że nie ma już żadnych granic, choć każda granica po coś jest. To coś, to nasza najpiękniejsza tajemnica, to nasza podróż w nieznane, to nasza ewolucja prawd, półprawd, i sensu odkrywania… erupcja egzystencji i poszukiwanie miłości… i wiary i nadziei i nie bójmy się tego powiedzieć – erupcja czczenia każdego słowa, które zamienia się w poezję…

Poezja bowiem również nie zna żadnych granic…

Andrzej Walter

Reklama

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko