Mirosława Szychowiak – PANI DA

0
180
Franciszek Maśluszczak

– Nie można cię spuścić z oczu. Twoje mieszkanie przypomina wysypisko śmieci! Kiedy w końcu zaczniesz żyć jak człowiek? Czasem nie chce mi się wierzyć, że jesteś moim synem. Twój  brat potrafił się urządzić! Ty, niby wielki, inżynier, ale psu na budę taki inżynier – zamiast na budowach zarabiać miliony, jesteś zwykłym urzędasem. Mogłeś zostać w Iraku, na platformie, a nie w Polsce zaśmiecać swoje życie. Nieudacznik bez żadnych ambicji. Jesteś moim największym rozczarowaniem, ale ja to zmienię, muszę coś z tym zrobić, zanim umrę.

– Tato, mam czterdzieści cztery lata i żyję jak chcę. Ja się nie wtrącam do twoich spraw, daj mi w końcu spokój.

– Nie bądź bezczelny! Myślisz, że pozwolę, żeby mój syn mieszkał jak śmieciarz? Nawet nie ma na czym usiąść, wszędzie graty i pudła. Nie masz na co wydawać pieniędzy?

– To są moje pieniądze!

– Nie podnoś głosu, tylko bierz się za kuchnię, bo aż w pokoju śmierdzi resztkami. I pamiętaj, od dzisiaj będziesz mnie widział codziennie. Koniec z tym burdelem! Trzy pokoje to stanowczo za dużo dla jednego człowieka, zwłaszcza takiego brudasa jak ty.

– To jest moje mieszkanie, mój brud i moje śmieci. Lepiej byś poszedł na cmentarz do mamy, bo nie pamiętam, kiedy ostatni raz tam byłeś.

– Codziennie chodzę!

– To ja chodzę codziennie, a ciebie nikt tam nie widział od roku. Nie masz dla niej czasu także po śmierci.

– Ja tu jeszcze wrócę. Nie myśl, że się mnie pozbędziesz. Boże, jaki syf!

   Drzwi zatrzasnęły się z hukiem. Nie chciałam przysłuchiwać się tej kłótni, ale stałam na balkonie, a okno sąsiada było otwarte, słyszałam wyraźnie każde słowo. Mieszkałam tutaj od niedawna. Rzadko widywałam kogoś na korytarzu,  balkony też były puste, bezludne, bez żadnych oznak życia – ani kwiatka, stolika czy suszarki na bieliznę. I cisza. Nie słyszałam rozmów, muzyki, nie czułam zapachów. Aż do dzisiaj. Szkoda, że rozmowa u sąsiada była raczej kłótnią. Nie jestem więc aż taką szczęściarą, która kupiła sobie mieszkanie w pięknym miejscu, w czteropiętrowym bloku, gdzie będzie spokój i cisza. Jeśli ten despotyczny stary człowiek ma zamiar nachodzić – jak obiecał – syna, to ze spokoju nici.

   Na szczęście przez następne dni było cicho. Któregoś dnia  postanowiłam w końcu zrobić  domowy obiad. Najpierw jednak czekały na mnie worki pełne śmieci. Wstawiłam tylko rondel z mięsem na kuchenkę i poszłam do kontenera.

– Mogę zajrzeć  do tych worków?

Wysoki, bardzo szczupły mężczyzna stał obok kontenera i  patrzył na mnie  prosząco.

– To tylko śmieci, nic ciekawego tam nie ma. Jeśli czasem pozbywam się ubrań czy innych drobiazgów, ustawiam je osobno przy śmietniku.

– Na pewno jest coś, co mi się spodoba – mężczyzna nie ustępował.  Ludzie często wyrzucają  dobre rzeczy. Pani da,  ja sobie te worki sprawdzę, nic więcej. No to jak?

Mimowolnie zaczęłam sobie przypominać, co zapakowałam do wyrzucenia i poczułam się dziwnie  na myśl, że może w workach są rzeczy, których nie chciałam nikomu pokazywać.

– Tam są tylko jakieś resztki – skłamałam– nie segreguję śmieci, może się pan ubrudzić.

– Jestem przygotowany!

Co za uparciuch, pomyślałam, patrząc jak wyjmuje z kieszeni białe chirurgiczne rękawiczki.  Spoglądał zachłannie na pękate worki, zaczynał mnie już złościć.

– Mówię panu, że tam nie ma nic, co się może przydać. Ani panu, ani komukolwiek – podniosłam klapę i wrzuciłam worki do kontenera.

– Wcale pani nie wierzę – odpowiedział zrezygnowanym głosem.

– Guzik mnie to obchodzi – odburknęłam i poszłam do domu.

  W przedpokoju poczułam zapach spalenizny. Wpadłam  do zadymionej kuchni. Szlag trafił mój pierwszy w tym tygodniu obiad.  Zrezygnowana i zła, zamówiłam przez telefon pizzę. Nagle usłyszałam na korytarzu krzyk. Po kilku miesiącach nareszcie jakaś oznaka życia. Po chwili ktoś zaczął walić w drzwi obok:

– Otwórz natychmiast, wiem, że tam jesteś! Mnie nie oszukasz, widziałem, jak wchodziłeś do bloku! Otwieraj, bo wyważę drzwi, słyszysz?!

Wyszłam na korytarz. Starszy, tęgi mężczyzna walił pięścią w drzwi mojego sąsiada. Był wściekły.

– Co się gapisz? – rzucił na mój widok – nie interesuj się nie swoimi sprawami!

– To już jest moja sprawa, bo zakłócił pan mój spokój i myślę, że sąsiadów też.

– Jeszcze nie ma ciszy nocnej, mogę hałasować, ile mi się podoba! – wrzasnął.

–  Dobija się pan do cudzego mieszkania, w którym pewnie  nikogo nie ma. Proszę nie krzyczeć, bo zadzwonię na policję.

– To jest mieszkanie mojego syna,  mam prawo do niego wejść!

– Nie ma pan prawa wchodzić do jego mieszkania, jeśli on tego nie chce. Lepiej niech pan idzie stąd, bo będą kłopoty.

Przestał walić w drzwi i spojrzał na mnie z niechęcią:

– Jeszcze tu wrócę!

– Co za ohydny dziad! – z mieszkania naprzeciwko wyszła młoda kobieta – zna go pani?

– Skądże, widzę go po raz pierwszy.

Nie zdążyłyśmy dokończyć rozmowy, bo otworzyła się winda, przywieziono mi pizzę. Jedząc,  myślałam o sąsiedzie zza ściany.  Czy rzeczywiście był w domu?  Jeśli tak, musiał wszystko słyszeć. Od następnego dnia codziennie wychodziłam na balkon, ale nie miałam szczęścia. W sobotę wróciłam do domu po dwudziestej. Na korytarzu zaczepiła mnie sąsiadka z naprzeciwka:

– Dzień dobry – była zdenerwowana – Ten staruch znowu dobijał się do syna. Na szczęście wrócił mąż – prawie siłą wsadził go do windy. Co to za historia z tym synem? Może wyjechał?

– Może – odpowiedziałam wymijająco.

Położyłam się dzisiaj wcześniej, byłam zaziębiona i chciałam przespać chorobę.

Ze snu wyrwał mnie płacz. Zapaliłam lampkę, była trzecia. Płacz dobiegał zza ściany. Cichy, przejmujący. To płakał mój sąsiad. Nie mogłam go tak zostawić. Wyszłam na balkon i zapukałam w okno. Przestał płakać, ale nie wyszedł.

– Proszę wyjść na balkon.  Wiem, dlaczego pan płacze, poznałam pańskiego ojca.

– Nie chcę o nim rozmawiać – odpowiedział cicho.

– Nie musimy o nim rozmawiać.

– Nie wyjdę, przepraszam, że panią obudziłem.

– Niech pan przeskoczy na mój balkon, drzwi będą otwarte. Zrobię herbatę.

Poszłam do kuchni i włączyłam czajnik. Zjawił się po pięciu minutach.

– To pan?

Przede mną stał mężczyzna, którego spotkałam przy śmietniku kilka tygodni temu.

– Lepiej pójdę – był zawstydzony – proszę mi wybaczyć.

– Nigdzie pan nie pójdzie.

Siadł przy stole, przysunął do siebie kubek.

– Mam na imię Leszek.

– Marta. Proszę posłuchać – nie musi pan opowiadać o kłopotach z ojcem, to nie moja sprawa, ale chcę zrozumieć, co pana zmusza do grzebania w śmietnikach? Ma pan pracę, wykształcenie, własne mieszkanie. To się nie trzyma kupy.

 Nic nie odpowiedział, pił herbatę i wzdychał. Nie będę nalegać, poczekam. W końcu podniósł głowę.

– Nienawidzę sterylnej czystości – zaczął – pustych pomieszczeń, błyszczących mebli, nieskazitelnie wymytych okien.

– Może powinien pan pójść do lekarza?

– Nie jestem chory, jestem wreszcie wolny albo raczej uwolniony, ale pani tego nie zrozumie.

– Niech mi pan w tym pomoże.

–  To nie jest nic miłego.

– Miłe rzeczy mnie nie interesują.

Milczał jeszcze przez chwilę, wreszcie zaczął mówić:

– Mieszkaliśmy w dużym domu. Rodzice, brat i ja. Ojciec był architektem, mama nauczycielką, ale zwolniła się po urodzeniu pierwszego dziecka i ojciec już nigdy nie pozwolił jej wrócić do pracy. Był opętany na punkcie czystości. Na widok brudnego widelca  wpadał w furię. Kilka razy w tygodniu robił przegląd rzeczy i wciąż coś wyrzucał. Wystarczyła drobna rysa na kubku, mała plamka na obrusie czy lekko wytarty czubek całkiem dobrego buta. Mimo sprzeciwów mamy, pakował te, według niego zniszczone rzeczy i wynosił do śmietnika. Terroryzował nas wszystkich. Codzienne kontrole w pokojach, we wszystkich pomieszczeniach tego wielkiego domu. Mama, odkąd pamiętam, wciąż była przerażona; kiedy ojciec wracał po pracy, zaczynała się trząść. Nigdy się nie zdarzyło, żeby siedziała w jednym miejscu dłużej, niż kilka minut. Ciągle w ruchu, ciągle sprzątała, gotowała, prała, prasowała. Kiedy wydawało się, że wszędzie jest czysto, sprawdzała samą siebie i od nowa zaczynała sprzątać, poprawiać, wygładzać.  Niepotrzebnie. Ojciec zawsze znalazł jakiś włos, jakiś paproch, zagięcie w wyprasowanej koszuli. Za każdym razem  robił awanturę i wyzywał mamę od brudasów. Nigdy się nie uśmiechała w jego obecności. Przez wiele lat, jeszcze mali, myśleliśmy, że tak jest we wszystkich domach, że wszystkie kobiety mają takich mężów jak mój ojciec i że muszą od rana do wieczora sprzątać i słuchać rozkazów. Kiedy zaczęliśmy dorastać i dostrzegać, że mama jest ofiarą tyrana, a właściwie chorego człowieka, zaczęliśmy protestować, ale to pogorszyło tylko sytuację. Ojciec podejrzewał, że mama musiała się nam poskarżyć. Pobił ją w naszej obecności któregoś dnia, potem wyjął z szafy wszystkie rzeczy – czyste, wyprane i wyprasowane, zapakował do kosza na bieliznę, wyniósł na ogród i wyrzucił na mokry, zabłocony podjazd. Kazał mamie to wyprać od nowa. Dał jej na to jeden dzień – na pranie, suszenie i prasowanie. Chcieliśmy pomóc, ale nie pozwolił. Pracowała całą noc. Rano wyprane rzeczy dosychały na sznurach w ogrodzie. Późno w nocy mama skończyła prasować ostatni obrus. Do dzisiaj nie zapomnę jej spojrzenia, kiedy wychodziłem następnego dnia do szkoły. Nigdy sobie nie wybaczę, że nie zostałem wtedy w domu. Powinienem wyczytać w jej oczach pożegnanie. To, co zastałem po powrocie do domu, wciąż widzę, każdego dnia, od dwudziestu siedmiu lat. Karetka, radiowóz, kilku funkcjonariuszy i sanitariusze wynoszący na noszach martwą mamę. Kiedy wyprawiła nas do szkoły, odkręciła wszystkie kurki w kuchence. W taki sposób postanowiła uciec z więzienia. Ja nie mam tyle odwagi, wybrałem inną wolność.  Grzebię w tych śmieciach od lat, bo wydaje mi się, że może znajdę kiedyś coś, co z naszego domu wyrzucił ojciec. I robię wszystko, czego on nie chce, czego nienawidzi. Ojciec przestał mieć do mnie jakiekolwiek prawo. To mnie trzyma przy życiu.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko