ELŻBIETA MUSIAŁ – o „Trenach” Jerzego Fryckowskiego

1
326


Mowa jak łza

Matko,
wstrzymałaś oddech,
aby nie zdmuchnąć
mojej wiary w Boga. 
(motto, Treny, J. Fryckowski)


Czysty i czuły jest poetycki język „Trenów” Jurka Fryckowskiego. Poświęcił je matce i ich wzajemnej więzi. W sumie napisał 54 treny, o czym nadmienił w jednym z wywiadów, ale tylko 18 wybranych wraz z prologiem i epilogiem zamieścił w pierwszym wydaniu „Trenów” z 1999 roku. Dziesięć lat później wznowił je w takim samym układzie, dopisując motto, by w 2018 ponownie wydać, tym razem jednak uzupełnione o 4 niedrukowane wcześniej. W tej książce z ubiegłego roku znalazły się jeszcze „Listy od Matki”, które w kreacyjnej wizji są odpowiedzią na treny. Treny i listy pozostają w synergii. Utwory obu części to sylabiczne trzynastozgłoskowce i na dodatek ciekawie związane ze sobą typografią. Tu nie ma tylnej okładki, obie są tytułowe i w układzie odwróconym do siebie, podobnie jak utwory przypisane dwóm tytułom. Z jednej strony treny, z drugiej listy. Taka konfiguracja pozwala myśleć, że książka ma wyłącznie dwa początki lub, że jest… bez końca. A jeśli układ odniesiemy do czarno-białego chińskiego znaku yin i yang – dochodzi jeszcze jedno znaczenie: dwie pozostające w równowadze siły budują pełnię, w tym wypadku więź dwojga ludzi; „Czemu śpiewając ponad kołyską, / nie dośpiewałaś ostatniej strofy, / że śmierć za bajką tuż stoi blisko, / a dół cmentarny kopią kilofy” (Prolog). Piękne? O, tak, jak piękna potrafi być miłość matki i syna.

Matko, kolejne kwiaty sadzę na mogile.
Niechaj czerpią garściami barwę z Twej sukienki.
Może korzenie sięgną różańca i ręki,
kiedy mój płacz, jak zwykle, przybierze na sile.

Gdzie przybite gwoździami lśnią na krzyżach męki,
w bólu równych szeregach, w słońca jasnym pyle
i kłują głuche niebo snu drewniane szpile,
a na każdej jest Chrystus jak z jednej foremki.

Martwe, wyschnięte krzyże to tylko symbole,
a każdy zamiast z wiarą, ze śmiercią kojarzę,
ze wskazówką zegara w swym obłędnym kole.

Stoją krzyże jak wojsko na pamięci straży,
więc pytam, czy do Boga należy to pole
uprawiane nocami rękoma grabarzy?

(Tren XXV, J. Fryckowski)

Przemierzanie książki rozpocznijmy właśnie od „Trenów”, nad którymi autor pracował długo. Zaczął je pisać ponad 41 lat temu, po śmierci matki. Lecz odważył się je opublikować dopiero po upływie dwudziestu lat. Można spytać, co kazało mu tyle czekać? Czy odpowiedzialność za słowo i powinności wobec literatury? A trzeba nadmienić, że są to sonety, gatunek wymagający od piszącego dyscypliny i kompozycyjnego kunsztu. Historia pokazuje, że format ten używany był przez najznakomitszych, od Kochanowskiego, Mickiewicza, po Petrarkę i Szekspira.

Matko, kopczyku ziemi, wymarła kraino
utraconych na zawsze dziecięcych całowań,
oziębła garści piachu, dotykiem deszczowa,
powstrzymaj moje oczy, nim w mogiłę spłyną.

Nocna cmentarna cisza bezludnie jałowa
wyszeptanej modlitwy, pokory przyczyną.
Zaciskam krzykom usta i duszę się winą,
przerywam nagim drzewom szumiące półsłowa.

I kłuje moje uszy milczenie sosnowe,
potem opada nisko, liże chłodem stopy,
gdzie pająki u grobu utkały osnowę.
 
Gdy prostokąty mogił kapuśniak pokropi,
otulę dłońmi znicze spalone w połowie.
W jednym się jak desperat świerszcz polny utopił.

(Tren L, J. Fryckowski)

Jerzy Fryckowski to obecnie jeden z najlepszych piszących polskich poetów. Równie dobrze odnajduje się w wierszach wolnych, jak i klasycznych. Nie dziwi więc, że sprostał wyzwaniu. Osobiste przeżycia oprawił w ramy sonetu, nie odpuszczając przynależnym gatunkowi rymom (dwa tetrastychy: abba abba, dwie tercyny: cdc dcd). 

Sonety Fryckowskiego są na dodatek trenami. A treny to zadanie specjalne, zawsze przecież pisane są bólem, bólem po stracie ukochanych osób. I w tym przypadku się go czuje. Przeniknął do napomkniętych sytuacji i stanów, wszak zrodziła go wewnętrzna tektonika. A próby okiełznania go – to nic innego jak usiłowanie pogodzenia się z nim, bo tak każe życiowa mądrość; „Matko, usiądź przy łóżku w kącie obok pieca. / Ogrzeję Twoje dłonie czarnej kawy szklanką. / Lampa rzuci jak zwykle nasz cień na słomiankę. / Figlarny blask do oczu będzie się zalecał”.

Dla poety naturalnym sposobem na uporanie się z ludzkim bólem jest słowo pisane. A jeśli pisane, to i przeżyte, przechorowane, potem przemyślane i ubrane w formę. Czyli katharsis.

Oczyszczenie wymaga czasu. Wiąże się z dogłębnym procesem, podczas którego dokonujemy przewartościowań. Widać je także w rozpamiętywaniach Fryckowskiego, w których i czas zrobił swoje. Już wygasił pierwszy wewnętrzny bunt i wyrywający się krzyk. Przekaz mógł więc zostać zrównoważony refleksją; „Gdzie możemy pójść razem, gdy schody skończone?”. Upływ czasu i wyciszanie nie przykryły jednak bólu, on w tym konkretnym obrazowaniu uczłowiecza nawet wiersz.
Autor przyznał, że wahał się, czy taką rozpaczą może dzielić się z czytelnikiem, dlatego zwlekał z wydaniem trenów. Ból musiał przepracować również literacko, by nie popaść w patos. W efekcie otrzymaliśmy zuniwersalizowany przekaz (zwłaszcza w refleksyjnych tercynach), lecz nie pozbawiony osobistego tonu. Wzruszająca i czysta jest ta mowa, czuła, wszak przemawia do NIEJ, nie do nas. To nic, że boli, to nic, że spod ukojonego bólu przedziera się szorstkość życia. Tylko ludzki wymiar utworu ma sens; „Matko, idę w górę tą utartą drogą / udowodnić sam sobie, że ciągle pamiętam. / Witomińskie spotkania to milczące święta, / gdy nawet jednym słowem przemówić nie mogę”.

 „Treny” mają swoją historię, ale też niosą historię ludzi i tamtego czasu. Wiele szczegółów z minionego można wyczytać także w „Listach od Matki”. Poczuć klimat miejsc, a nade wszystko pochylić się nad spójnią ludzi, którzy tworzą rodzinę, jak zrobił to autor; „Syneczku, Ojciec dzisiaj kupił dużą łyżkę / i będzie nią przez lata dzwonił w brzeg talerza” (z Listu XV).
Fryckowski często przywołuje w utworach najbliższych, matkę („Jestem z Dębnicy”, kilka utworów z tomu powtórzonych zostało w „Listach od Matki”) i ojca („Chwile siwienia”, „On też jest tylko jeden”). W strofach znajdziemy i inne jego ostoje, np. ojczyznę, przyjaciół, psa czy dom. Z nich wyprowadza własną tożsamość. Wciąż przesiewa to najbliższe poletko pamięci, zapewne z nadzieją lepszego zrozumienia siebie, psychicznych związków i różnorakich zależności. Co rusz wyciąga inną zdobycz w sepii, którą jednocześnie ożywia i balsamuje; „Synku, bardzo chcę wrócić do pokoju z kuchnią, / chociaż było tak ciasno, że śmiech się nie mieścił. / Twoje zmęczone oczy wspomnieniami puchną. Wzrokiem błądzisz po ścianach, po obrazach z pleśni.” (z Listu XIX).

W założeniu kompozycyjnym książki Listy pisze zza grobu matka do syna; „Myślałeś, że już byłam. Ja dopiero będę”. Tym samym niejako dopełnia się ich obopólna przestrzeń. Przestrzeń wzniecana tym ich wspólnym patrzeniem wstecz i podtrzymywana słanymi sobie myślami, którymi wzajemnie się doglądają. Poruszające są i te utwory. Dwadzieścia ich jest po „matczynej” stronie książki. Zachowują regularny charakter i znów wybijane są w nich rytmy i rymy. Lecz nie są już sonetami; „Synku, ciągle mnie pytasz, czy zmarznięta ziemia / nie nacina mi skóry, czy mogę oddychać, / a przecież wiesz dokładnie, już nie rzucam cienia, / więc mówienie do ciebie to kara lub pycha.” (z Listu XI).

Fryckowski ma niebywałą umiejętność nadawania utworom osobistego wymiaru, pomimo że – organizując materię poetycką – wprowadza wiele uniwersalnych znaczeń. W czytelniczym odbiorze obrazy stają się niemal dotykalne, a emocje tak bliskie, że prawie własne; „A potem przyszedł grudzień, cukier stał się trendy. / Zamiast piątki ze szkoły przyniosłeś ulotki. Krwawił za naszym domem korytarz komendy. / Wiedziałeś, gryząc cukier, że już nie jest słodki.” (z Listu XV).

Dwutytułowa książka Jerzego Fryckowskiego niesie ogromny ładunek emocjonalny. Autor zebrał w niej i miłość, i śmieć. Czy można więcej? „Szczęście jak kamień w wodę. Po nim tylko koła”. Siła wyrazu poetyckiego każe myśleć o utworach jak o liryce najwyższej próby. A o autorze, jak o poecie wielkiej odwagi.

Autor uczynił jeszcze jeden drobny zabieg, na który warto zwrócić uwagę. Otóż, „Treny” opatrzył imieniem Jurek (przed nazwiskiem), tak jak na niego wołała matka. Przy Listach jest już Jerzy. Niby nieznaczny gest, a jednak i ten wpisuje się w hołd złożony matce.

Elżbieta Musiał

Jurek Fryckowski, „Treny” (s. 33), Jerzy Fryckowski „Listy od Matki” (s.23); wydawca: Buk Wydawnictwo, 2018
 

Reklama

1 KOMENTARZ

  1. Treny Jurka są … bardzo piękne. Niektóre… Ech……. powalają. Czytaliśmy z Jadwigą i czasami głos się łamał w obliczu … uczuć. Niesamowite…

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko