Andrzej Wołosewicz – Złowrogi tytuł

0
70

Swoją najnowszą książkę Wiesław Łuka zatytułował „Głupiejemy” (Wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń 2019). Składa się ona z 16 rozdziałów. Mamy tu 3 wywiady (dwa przeprowadzone przez autora a jeden z nim), 7 recenzji z książek, 4 recenzje z książek i spektakli (które na ich podstawie zostały zrealizowane), 1 recenzja z książki i jej ekranizacji oraz 1 esej podróżny (sprawozdanie z Azji). Co może łączyć tak rozległe tematycznie, formalnie (książka, film, sprawozdanie, rozmowa) czasowo (większość omawianych pozycji książkowych pochodzi z lat 2015-2017 ale sięga Łuka też po Gombrowicza) i geograficznie treści. Tu wspomnijmy, że otwierający książkę esej „Polak Polakowi wężem” dotyczy mało znanego epizodu pobytu polskich oficerów w obozie na szkockiej wyspie Bute po wrześniu 1939. Zatem jest co czytać i nad czym się zastanawiać.

            Nie będę omawiał wszystkich tekstów, zostawiam przyjemność ich lektury czytelnikom. Ograniczę się do trzech wątków, które szczególnie mnie zainteresowały. Ale zacznę od „przytyku”, od rozdziału najmniej mnie przekonującego. Jest to rozdział „Połączyła je sława” będący recenzją z książki Remigiusza Grzeli „Podwójne życie reporterki. Fallaci, Torańska”. Dlaczego? A to trochę skomplikowane, bo… autor pisze o dwóch znakomitych reportażystkach, wszystko tu się zgadza, trudno się do czegoś przyczepić, ale po kolei: Łuka, sam będąc reporterem, recenzuje Grzelę, także reportażystę piszącego o reporterkach – robi się więc konstrukcja wielopiętrowa i „aż nogi bolą od tego chodzenia po piętrach!” A tak szczerze mówiąc, to nic lepiej nie reklamuje i Fallaci i Torańskiej niż ich książki, ich rozmowy. Więc jedyną wartość dodaną książki Grzeli widzę w inspiracji edukacyjnej i informacyjnej dla tych, którzy dopiero poprzez nią dotrą do dokonań Torańskiej i Fallaci.

Teraz już o wątkach dla mnie najciekawszych. Mam na myśli rozdziały poświęcone teatralnym spektaklom opartym na prozie lub pisanych bezpośrednio na scenę (np. rozdział „Pospolitość skrzeczy” – chcę zwrócić uwagę na o niezwykle sugestywne komentarze Łuki do teatralizacji, dodajmy, awangardowej teatralizacji „Wesela” czy „Króla”. Łuka pisze o tych przedstawieniach tak soczyście, tak sugestywne, że czuj się jakbym tam był (a nie byłem). To, co w wielu recenzjach o awangardzie i medialnych przekazach o nich jawi się o niej jako czymś niezbornym, postrzępionym i bełkotliwym, właściwie od teatru odpychającym. Tymczasem ten sam teatr u Łuki ma logikę i urok rzetelnej i przekonującej argumentacji tłumaczącej poszczególne reżyserskie i scenograficzne „sztuczki” i całościowy sens takiej a nie innej reżyserskiej wizji.

Drugim wątkiem (rozdziały „Lew z Iwanem”, „Światłość blednie” czy „Pontifex z końca świata”) poświęca Łuka czemuś, co nazywam duchowością bezpośrednią – nazywam tak problem duszy, Boga i religii. To jest duchowość bezpośrednia, bo dusza jest tu w centrum,  patrzy na samą siebie, bez żadnych zapśredniczeń, obserwuje swoje zanurzenie w świecie i nie przejmuje się więdnącym ciałem – ona, dusza, wszak nie więdnie, choć często karleje i… głupieje. To, co w Łukowych peregrynacjach po duszy i wokół niej wydaje mi się najciekawsze, to wędrówka w poprzek wygodnej granicy wyznaczanej sformułowaniami typu: Kościół jest święty ale ludzie (także ludzie Kościoła) bywają grzeszni itd. Łukę interesuje praktyczność wyznaczana inną formułą, bardziej franciszkańską, jeśli już chcemy pozostać w obecnych w tej książce odwołaniach do papieży: zwalczaj grzech, ale miłuj grzesznika, bo to bliźni. Otóż w tej perspektywie Kościół jest „brudny”, a nie teflonowy wedle formuły: co złego to ludzie (a nie Kościół) a co dobre to Kościół w ludziach, bo grzech jest brudem na duszy.

Trzeci wątek nazywam wewnętrznym, formalnym, tekstowym. Otóż Łuka pisze – dla znających jego twórczość to nie nowość – w sposób dziś wyjątkowy: jasno, klarownie, czysto, językowo be zarzutu. Nie ma u niego zbędnych słów, niczego, co nazywam watą, zbędnością, co można by spokojnie wyrzucić, co można by pominąć, pisząc metaforycznie (dziś już brzmi to metaforycznie) – Łuka nie zamula swoich tekstów dla większej wierszówki. Dobrego, zwięzłego  języka można się od niego uczyć (i mam nadzieję, że jego studenci to czynią).

Zasadniczym spoiwem wszystkich tekstów książki, wszystkich dotykanych tam odniesień reporterskich, literackich, teatralnych czy filmowych jest to, co kipi w nas pod spodem, bo w ostateczności jesteśmy ludźmi, złymi, dobrymi, fałszywymi czy pięknymi w swych postawach i zachowaniach , ale ludźmi – reszta, nasze takie czy inne role społeczne, bycie pracownikiem, politykiem, ojcem, znajomym, mężem, pasażerem, klientem itd., to tylko losowe przypadłości. Przy całej różnorodności bohaterów swoich tekstów (i bohaterów swoich bohaterów, bo przecież Łuka analizuje teksty innych autorów i odnosi się do prezentowanych przez nich postaci i wydarzeń) dociera on do jednego z wymiarów naszej współczesności, który go najbardziej denerwuje, do GŁUPOTY. I robi to na tyle sensownie i przekonująco, że nikogo nie stygmatyzuje, nie „urzeczawia”, bo nie ocenia w kategoriach głupi-mądry, tylko „czasownikuje” – ocenia to, co ze sobą robimy, a mianowicie: głupiejemy. Tylko przy takim podejściu i mechanizmie opisu można prawdziwie spojrzeć i ocenić – to już mój przykład – choćby dziennikarzy, którzy jeszcze kilka lat temu występowali dumnie ze znaczkiem WOŚPu a teraz ten sam znaczek ich parzy. To są te nasze oznaki głupienia, nawet gdy tylko są fałszywe, koniunkturalno-obronne. Dlatego warto spojrzeć na „Głupiejemy” niczym w lustro, widać tam nas samych, naszą współczesność.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko