Marta Fox – wiersze

0
208


To nie jest pieśń lęku

W komórce czyhał, albo w spiżarni, a czasem
za rogiem, by porwać i wsadzić do wora,
na plecy zarzucić, i wynieść do lasu ciemnego,
jak wilk kogucika.
Za krzakiem wypatroszyć,
jak babcia kurę na świąteczny rosół.
I zjeść mnie, zjeść, choć chudzinką byłam
i więcej miałby kości do policzenia,
 niż smaków do polubienia.
Codziennie zmieniał wygląd,
więc ćwiczyłam wyobraźnię i czujność.
Dorosłym nie mogłam ufać,
bo posiadali moc przemiany
surowego w gotowane, zimnego w gorące,
wystrzegając się letniego, tak jak nakazywali
Jan Ewangelista i ksiądz proboszcz z ambony,
oczy i palec w górę wznosząc, krople śliny
rozbryzgując: A żeś letni, a nie gorący
ani zimny, wypluję cię z ust moich.
Jak Liczyrzepa, myślałam, jak Liczyrzepa,
który czyhał za rogiem, i objadał się
za krzakiem, i wypluwał mnie z ust, złorzecząc
na ucztę niebogatą i pożałowania godną.
A proboszcz nadal grzmiał i grzmiał,
 jakby tylko Panu ufał, u drzwi jego stojąc
we dnie i w nocy, na wieczerzę
i nagrodę licząc, na wspólne siedzenie
na tronie i śpiewanie psalmów.

Bałam się jeszcze oślej ławki i razów
drewnianym piórnikiem albo linijką,
i głosu, który nakazywał groźnie, podaj łapę,
łapę podaj, zapamiętasz raz na zawsze,
na zawsze tę łapę zapamiętasz, i podziękujesz
kiedyś, a jak nie, to kablem od przedłużacza,
rzemieniem w warkocz splecionym,
bo nie ma nic gorszego niż upór, już ja cię
wyćwiczę, że chodzić będziesz jak w zegarku,
od minuty do minuty, od linijki, do linijki,
a jak nie, to zabiję i zakopię pod płotem jak psa,
który łapy nie podał, szacunku dla starszych
nauczę, pokory i skromności nauczę,
bo dzieci i ryby głosu nie mają,
i niech tak pozostanie
in saecula saeculorum, amen.

I jeszcze ojca w trumnie się bałam, bo kto to widział
 zamykać go w skrzynce, podwiązywać brodę,
poduszkę pod głowę podkładać, choć nie lubił
poduszek, i zawiązywać mu krawat, choć się dusił
pod krawatem, i jak nikt nie widział, to rozluźniał
pęto, przeganiając katorgę wodą ognistą.
Potem podwijał rękawy, jakby się przymierzał do
rąbania drewna, ale zamiast drzazg, ciskał z oczu ognie,
wyrzucał słowa poety, kochałbym cię, psiakrew
i cholera, kochałbym cię, gdyby nie mus, nie strach,
który serce zżera, gdyby nie złość i tęsknota, 
gdyby nie żądanie i nie obietnica,
że cię nie opuszczę aż do śmierci.

To nie jest pieśń lęku, ani rozdrapywania ran,
ani wymachiwania prawdą, ani gadania po próżnicy.
Naprawdę, zaprawdę, powiadam wam,
dzieciństwo ma swoje dobre strony,
bo minęło i nie wróci.
Nie nawracaj mnie, nie pchaj na drogę krzyżową,
bo mam swoją, z mysimi dziurami i lisimi norami.
Niech czas biegnie rytmicznie jak moja krew,
niech się karmi czerwienią, byle tylko nie milczał,
nie zobojętniał jak zakneblowany szloch.
Oby zimny był albo gorący.
Pełen ekstazy i odrazy, jak ta salamandra,
co wpełza do pieca ognistego, im bardziej on płonie,
tym bardziej wpełza, jak ja, jak ja.


Z tomu Lacrimosa (2107)


To nie jest pieśń grzechu

Płanetnik to był, chmurnik przeklęty,
obłocznik wymuskany, w słomkowym
kapeluszu przysłaniającym oczy.
A może to był dobry wujcio, pachnący niebieskością,
a może pół wujcio, pół demon, deszcz łask obiecujący.
Tylko nie krzycz, malutka, nie płacz kochana,
do ziemi ci niebo przyciągnę, serce moje,
wyśpiewam łąki majowe, na kolanach posadzę,
kupię balonik, zapomnisz o jąkaniu,
paznokci obgryzaniu, gładkości nabierzesz,
spowijesz się w mleczność, tylko nóg nie zaciskaj,
patrz w oczy i grzeczna bądź, wujcio cię uskrzydli
i wyhołubi, zanuci hosannę na wysokości.
Ogonem zgarnie pył z twoich stópek,
robaczki przegoni, ustawi mrówki w rząd,
witką brzozową smagnie, poprawi krążenie.
tylko pogłaskaj, dotknij, soków posmakuj.

Ciało prężyło się, nadymało, strach przemieniał słowo
w ciche popiskiwanie. Ręce ukrzyżowane, noże wbite,
nogi rozrzucone, krew sączyła się cienką nitką.
Aniołowie zerkali z wysokości, skrzydłami
przysłaniając oczy, czym zgrzeszyła, czym zgrzeszyła,
szeptali. Tylko Bóg się nie postarał, nie spojrzał nawet,
może miał ważniejsze sprawy na siwej głowie, a może
był przeciw wszystkim, skoro my sami przeciw sobie.

Odfrunęły firanki i powiewały jak biała flaga,
trzasnęły zgorszone drzwi, tapczan skrzypiał,
płanetnik szeptał: zło sieję, ślicznotko, potrząsam
grzywą, rozdaję razy, zabijam nadzieję.
Palę chaszcze róż, słowikom śpiew fałszuję
i spowijam w bluszcz platany.
Ale dla ciebie, ślicznotko, dla ciebie serce moje,
świątynię zbuduję, porzucę nieśmiertelność
i strugę krwi w kobierzec zamienię, tylko nie krzycz,
malutka, nie płacz, kochana, nóg nie zaciskaj,
w oczy patrz i grzeczna bądź, uskrzydli cię wujcio,
uskrzydli, tylko pogłaskaj, dotknij, soków posmakuj.

To nie jest pieśń grzechu, ani zniewolenia,
to pieśń o samotności i o ciele, które wszystko
pamięta, choć pamięć robi z nami, co chce.
Bo co na ciele zapisane, pozostaje do końca,
i ucieczki nie ma, ani do, ani od, na wieki wieków.
Amen.

Z tomu Lacrimosa (2017)


Lato 2018

Upał tego lata był tak wielki,
że na potęgę rodził faszystów.
Rozmnażali się przez pączkowanie,
podnosili rękę w górę, pozdrawiając
słońce o wschodzie i zachodzie.
Odmieniali słowo ojczyzna
przez wszystkie przypadki,
chwalili łąki umajone,
potrząsali wygolonymi głowami
i wieszali portrety bliźnich na szubienicach.
Zawiść i nienawiść krzyżowała się pokrętnie
bez nadziei na poezję i dobroć.


Nie lubię ładnych wierszy
Nie lubię ładnych wierszy

Ładny to może być zachód słońca nad morzem
lub choćby z balkonu na piątym piętrze.
Ładna może być biedronka,
lecąca do nieba po kawałek chleba.

Wiersz musi być popękany, pomarszczony
 jak wyschnięte krowie łajno leżące w trawie.
Wtedy łatwo je wygrabić niczym
słowa z zachwaszczonej głowy.


Jeszcze ich nie odumarłam

Żyłam byłam sobie, pisałam, kochałam,
błądziłam, milczałam, irytowałam się i lękałam,
aż niespodziewanie zostawiłam dom w strachu,
o mały włos nie odumarłam tej patelni, na której
co rano sadzałam dwa jajka, biurka, przyjmującego
bez sprzeciwu pisanie, fotela w czytaniu.

I nagle o mało nie odumarłam psa
i męża, i córek, i wnuków, i kilku znajomych,
którzy by za mną zatęsknili na krótko.

Jeszcze nie tym razem, podśpiewują ptaki.
Jeszcze zanurzaj się w czasownikach i słońcu.
Jeszcze nie oczekuj chwili,
która zaczerni, co twoje,
zostawiając, co nasze.


Okruchy

Pani Krysia skrzętnie chowa kromki chleba
do szuflady w szpitalnej szafce.

„Po co, przecież wyschnie, chleba nie brakuje”,
mówią kobiety z łóżek obok.
„Zabiorę do domu, do wodzionki nakruszę,
Albo dla ptaków.
Jeśli stąd wyjdę”.


Rozmówki szpitalne

„W której sali leży Bąk”?

„Za późno na wizyty,
pan Bąk na pewno śpi”.

„Nie śpi. To ja jestem Bąk,
tylko nie wiem, w której sali”.


Wspomnienie

Zazdrościli mi ciebie wszyscy,
obstawiali zakłady, czy spałeś ze mną, czy nie.
Woleli wierzyć, że tak, bo to by znaczyło,
że mnie porzucisz, jako ich porzuciłeś.

Opowiadali o bezeceństwach, jakie wyczyniałeś.
Mieli nadzieję, że stracę cierpliwość.
Jeden rwał dla ciebie złoty ząb, druga urodziła ci syna,
trzeci siedział na parapecie jak Ptasiek i wył do latarni.

Też chciałam ci się przypodobać,
więc wyprałam sznurówki twoim butom.
Wiązałeś je potem pod szyją jak czarną aksamitkę.

Przychodziłeś nocą albo nad ranem,
Foxy lady, śpiewałeś, jak Hendrix.
Obiecywałeś, że dla moich piersi
zdradzisz nawet Paryż.

Teraz zimno wszędzie i głucho,
tylko ciarki przelatują po plecach,
kiedy bez ciebie słucham violi da gamba
z wszystkich poranków świata.


Marta Fox

Poetka, powieściopisarka, eseistka.
Wydała ponad  40 książek (powieści, opowiadania, wiersze, eseje).
Jej wiersze tłumaczone były na język angielski, niemiecki, hiszpański.
Najbardziej znane tytuły: Wielkie ciężarówki wyjeżdżają z morza, Święta Rito od Rzeczy Niemożliwych, Kobieta zaklęta w kamień, Zuzanna nie istnieje, Coraz mniej milczenia. O dramatach dzieciństwa bez tabu, Autoportret z Lisiczką, Magda.doc.
Książki poetyckie: Chcę być chłopcem jak mój ojciec (1994), Dotknij mnie, tak dawno nie miałem kobiety (1998), Nie jestem, która wszystko zniesie (1999, proza i poezja), Kochać (2000), Rozmowy z Miró (2011), Wszystko co niemożliwe. Wybór wierszy w wersji polsko-angielskiej (2012), Lacrimosa (2017)
Na druk oczekują: Wariatka, która czyta (Ślask), Ten pierwszy raz w Ornecie (Sonia Draga).
Należy do SPP. W 2006 roku otrzymała honorowe odznaczenie Zasłużony dla Kultury Polskiej.
Autorka prowadzi blog na swojej stronie internetowej: www.martafox.pl

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko