Irena Olbińska – Ach, Syberia, Syberia… (fragment II)

0
137

DO KOŃCA DRŻAŁAM O TO, CZY NASZA PODRÓŻ DOJDZIE DO SKUTKU.

Co z tego, że bilety zostały wykupione? Tyle rzeczy mogło się przecież wydarzyć u mnie czy u Janusza. Nagła choroba moja lub Janusza też mogła pokrzyżować nam plany.

Wyruszyliśmy z Iwonicza-Zdroju busem o 5:10, kierowca bardzo był zaciekawiony celem naszego wyjazdu ze Zdroju o tak wczesnej porze, a Janusz, wiadomo, tak barwnie o tym opowiadał, że po chwili wszystkim współpasażerom szyje wydłużyły się o co najmniej 10 cm. W Krośnie szybka przesiadka do busa Marcel, a w Rzeszowie do pociągu jadącego do Przemyśla, dokąd dotarliśmy na dwie godziny przed odjazdem pociągu do Kijowa, więc było wystarczająco dużo czasu, żeby dokonać ostatnich zakupów, bo okazało się, że nie wszystko dopięliśmy na ostatni guzik. Janusz przed odjazdem w ogóle nie miał czasu nawet się spakować, zrobiłam to za niego wczoraj o północy, kiedy dotarłam do „Zofiówki” z Opola ledwo żywa, bo bagaże miałam bardzo ciężkie (wielgachny plecak pożyczony od sąsiadki Jasi, na piersiach plecak mniejszy, ale ważący co najmniej 6 kg, a stara torba podróżna na kółkach miała tylko parciane uchwyty, więc Janusz wpadł we wściekłość, gdy wlókł ją dziś rano do przystanku autobusowego przy placu Oczki, bo twierdził, że urywa mu rękę).

Na bazarze w Przemyślu Janusz kupił torbę podróżną większą od tamtej, oczywiście na kółkach i z wysuwaną teleskopową rączką, dodając, że zamiast dwóch ciężkich plecaków (wystarczyłby ten trzeci mniejszy, bo trzeba będzie przecież chodzić z czymś na spacery czy na zakupy) powinniśmy mieć dodatkowo dwie duże torby na kółkach. I później okazało się, że miał całkowitą rację, można też było zostawić w domu sporo niepotrzebnych rzeczy, ale czy odbywaliśmy wcześniej eskapadę na Syberię? A informacje zamieszczane w Internecie na przykład o rozmiarach skrzyń bagażowych pod dolnymi legowiskami w wagonach trzeciej klasy pociągu Kolei Transsyberyjskiej były przesadzone (zakupiona w Przemyślu torba idealnie się w tej skrzyni mieściła), dlatego zamiast porządnej, ale dużej walizy podróżnej wzięłam z sobą tę przedpotopową torbę bez rączki, nie wiedząc, że oprócz skrzyń bagażowych pod dolnymi miejscami sypialnymi są w tych pociągach jeszcze dodatkowe półki bagażowe nad górnymi legowiskami.

Natomiast niewzięcie przez niego żadnej kurtki w tak długą podróż (Bajkał skuty jest przecież przy brzegach jeszcze lodem) świadczyło o sporym roztrzepaniu. W miejscowym ciucholandzie, gdzie akurat dzisiaj można było kupić każdą rzecz za złotówkę, udało nam się wyrwać z łap dwóch pazernych przekup, które z kurtek zdjętych z drąga ułożyły sobie prawie dwumetrową górkę, dwie ostatnie – akurat pasujące na Janusza – za całe 2 zł!

Przed 13 zameldowaliśmy się w naszym wagonie, a o 13:10 odjechaliśmy do Kijowa, gdzie wskazówki zegara dworcowego w stosunku do zegara na dworcu w Przemyślu będą przesunięte do przodu o jedną godzinę. W Kijowie mamy być zgodnie z rozkładem jazdy o 23:09 tamtego czasu, a o godz. 2:06 pojedziemy do Moskwy, gdzie czas zostanie wydłużony o kolejną godzinę. I tak będzie aż do samego Irkucka. Rosyjskich stref czasowych biez wodki nie możet razobrat’ nawet Putin!

9/10 maja

Na dworzec Moskwa Kijowska nasz pociąg wjechał o 15:14 miejscowego czasu (godzina do przodu w stosunku do czasu warszawskiego), a z Moskwy Jarosławskiej do Irkucka pociąg Kolei Transsyberyjskiej odjeżdżał dopiero 33 minuty po północy, mieliśmy więc bardzo dużo czasu na zwiedzenie centralnej części Moskwy, którą zawsze dla mnie był Kreml i Plac Czerwony z Mauzoleum Lenina, w którym na wieki wieków spoczął „Lenin wiecznie żywy”.

Zanim tam dotarliśmy (najpierw trzeba było przewieźć do dworca Moskwa Jarosławska nasze bagaże metrem – ach, ten wystrój socrealistyczny stacji moskiewskiego metra, jedyny taki na świecie! – i zostawić je w dworcowej przechowalni), Janusz opowiedział mi sensacyjną historię związaną z zabalsamowaniem zwłok Wodza Rewolucji, pierwszej komunistycznej relikwii. Można o tym przeczytać w książce Ilji Zbarskiego Najsłynniejsza mumia świata.

Otóż w ścisłym kierownictwie partii bolszewickiej jedynym zwolennikiem zabalsamowania zwłok Włodzimierza Iljicza Lenina był Stalin. Co ciekawsze – zgłosił ten projekt już na trzy miesiące przed śmiercią Lenina, ale jego szybki zgon był dla opiekujących się nim lekarzy sprawą oczywistą. I rzeczywiście zmarł 24 stycznia 1924 r. na ciężki udar mózgu spowodowany zaawansowaną arteriosklerozą, której oficjalną przyczyną miały być obrażenia odniesione w sierpniu 1918 r. w zamachu dokonanym na niego przez 28-letnią anarchistkę Fanny Kapłan, a nieoficjalną, znaną nielicznym, był syfilis, który podłapał w 1902 r. od paryskiej prostytutki. W wyniku pierwszego udaru, który wystąpił dwa lata przed śmiercią, Lenin był częściowo sparaliżowany i  przestał mówić, później zaczął też tracić wzrok, będąc w tym czasie już żywym trupem, a miał wówczas zaledwie 54 lata.

Dzień po jego śmierci dokonano prowizorycznej konserwacji, polegającej na wstrzyknięciu w aortę zmarłego 6 litrów mieszanki formaliny, alkoholu, gliceryny, wody i chlorku cynku, więc w dniu pogrzebu, który odbył się cztery dni później, zwłoki były jeszcze w dobrym stanie, ale wkrótce cały ten roztwór zaczął z ciała Wodza wyciekać. I chociaż spoczął w wykopanej pod kremlowskim murem krypcie, nad którą zbudowano prowizoryczne drewniane mauzoleum, a na zewnątrz było minus 30 stopni Celsjusza, na jego zwłokach widoczne były wyraźne ślady rozkładu. Skóra przybrała żółtawy odcień, który wokół oczu, nosa, policzków i uszu nabierał wyraźnie ziemistej barwy. Na czole, skroniach i dłoniach pojawiły się czerwonobrązowe trupie plamy, paznokcie przybrały niebieskawy odcień, a skrzydełka nosowe miały grubość kartki papieru. Smacznego!

Powołano specjalną komisję do sprawy zabalsamowania zwłok Włodzimierza Iljicza Lenina, w której obok Wiaczesława Mołotowa znalazł się niejaki Leonid Krasin, uważający się za fachowca w dziedzinie chemii, ponieważ w czasach walki z carskim rządem konstruował bomby, użyte m.in. do zamachu na premiera Stołypina. Sprowadzeni przez komisję fachowcy chyba od pirotechniki stwierdzili, że w aktualnym na tamte czasy stanie wiedzy trwałe zabalsamowanie zwłok jest niemożliwe, bo trzeba byłoby wskrzesić balsamistów z dawnego Egiptu. Należy więc zakupić za granicą odpowiednie agregaty chłodnicze i ciało Wodza Rewolucji zamrozić po dokonaniu wcześniej odpowiednich zabiegów upiększających.

Niestety zamrażanie zwłok nie dało spodziewanych rezultatów: na udzie pojawiło się więcej brązowych plam, lewa ręka przybrała kolor szarozielony, a małżowiny uszne całkowicie zwiotczały. A nie można było wyłączyć agregatów, bo zbliżała się wiosna. Członkowie komisji wpadli w panikę, bo „Żelazny Feliks”, czyli nasz Feluś Dzierżyński przyglądał im się coraz bardziej podejrzliwie. Dla dobra sprawy postanowił im jednak pomóc.

Dowiedział się swoimi kanałami, że prof. Włodzimierz Pietrowicz Worobjow, 48-letni kierownik katedry anatomii na uniwersytecie w Charkowie, potrafi konserwować narządy ludzkie w płynnym roztworze gliceryny i octanu potasu. Wezwano go więc
w trybie pilnym do Moskwy. Komisja wysłuchała go, ale jego pomysł na konserwację zwłok Włodzimierza Iljicza Lenina nie przypadł im do gustu, podobnie jak pomysł innego z profesorów, który upierał się przy płynnym azocie. Lenin pływający w tym czy
w tamtym wyglądałby w akwarium groteskowo jak embrion ludzki w słoju z formaliną, a w zamierzeniu Stalina miał być relikwią, „świętym”, którego proletariacki lud będzie otaczał taką samą czcią, jak szczątki prawosławnych świętych, z tym że Lenin powinien ukazywać się ludowi w całej swojej okazałości, czyli w postaci zmumifikowanej.

Żelazny Feliks popierał jako jedyny pomysł Stalina, nie było jednak nikogo, kto podjąłby się próby mumifikacji Wodza Rewolucji. A zbliżała się wiosna i stan zwłok pogarszał się z każdym dniem. Prof. Włodzimierz Pietrowicz Worobjow wolał czmychnąć do Charkowa, gdyż wiedział, co by go czekało w razie niepowodzenia. Przed wyjazdem zatrzymał się jednak w Moskwie u swego przyjaciela, prof. Borysa Zbarskiego, bardzo zdolnego chemika, który studiował w Genewie i Petersburgu, a przed rewolucją mieszkał w Kamieńcu Podolskim, uważanym w XVII wieku za najpotężniejszą warownię Rzeczypospolitej na Kresach Wschodnich, mogącą odeprzeć każdy atak Turków. I tak było, ale gdy w sierpniu 1672 r. obległa go aż 300-tysięczna armia sułtana Mehmeda IV, szczupła załoga zamku musiała się poddać. Śmierć dowódcy załogi zamkowej, pułkownika Jerzego Wołodyjowskiego, utrwalił Sienkiewicz w trzeciej części swojej trylogii napisanej „ku pokrzepieniu serc”.

Ten Zbarski, Żyd z pochodzenia, słysząc przy wódce pitej ze swym przyjacielem o perypetiach związanych z mumifikacją zwłok Wodza Rewolucji, zapalił się do tego pomysłu, gdyż wiedział, jaką karierę zrobi, jeśli przedsięwzięcie się uda. Dolewał więc coraz więcej wódki Worobjowowi, a następnie podyktował mu list adresowany do… siebie, który pijany Worobjow podpisał trzęsącą się ręką, po czym na kacu, moralnym też, wyjechał najwcześniejszym pociągiem porannym do Charkowa. Borys Zbarski udał się z tym listem do Dzierżyńskiego i oświadczył, że wraz z Worobjowem dokonają mumifikacji zwłok Lenina, co jest sprawą pilną, gdyż w wyniku zamrażania twarz zmarłego już przybrała barwę ziemistą, a niedługo stanie się zupełnie czarna i wysuszona jak na głowie spreparowanej przez Indian Jivaro. A przecież chyba nie o to chodzi, żeby Wódz Rewolucji przypominał indiańskiego wodza!

Po telefonie od Dzierżyńskiego szef komisji, Leonid Krasin, przestał upierać się przy dalszym zamrażaniu zwłok. Mało tego natychmiast pojechał do Charkowa, by osobiście przeprosić prof. Worobjowa za swoje krytyczne uwagi i przekazać mu polecenie od Żelaznego Feliksa, któremu nikt w sowieckiej Rosji nie śmiał się sprzeciwić, by wraz z prof. Zbarskim natychmiast zaczęli działać. Po tej rozmowie z Krasinem Worobjow zadzwonił do Zbarskiego: „Jesteśmy skończeni”.

Ten ostatni był jednak pełen optymizmu, choć mina mu zrzedła, gdy rozpoczęli pracę w zimnej, mrocznej grocie pod prowizorycznym mauzoleum, wypełnionej wonią rozkładających się zwłok. Worobjow był jednak w swoim żywiole. Po usunięciu mocno już zepsutych organów wewnętrznych kazał oczyścić wypatroszone zwłoki kwasem octowym, a w rozmiękczone tkanki wstrzyknął formaldehyd. Twarz, dłonie i tors zostały obłożone tamponami z waty nasączonymi tym samym roztworem. Po tych przygotowaniach ciało postanowiono wykąpać w trzyprocentowym roztworze konserwującym, w formalinie, po nacięciu w wielu miejscach skóry i mięśni, aby preparat lepiej spenetrował tkanki. Następnie Lenin został umieszczony na tydzień w 20-proc. roztworze alkoholu, po czym zawartość alkoholu zwiększono do 30 proc. i dodano glicerynę oraz środki dezynfekujące. Popatrzcie: tak to wyglądało w praktyce!

Po tych zabiegach przystąpiono do przywracania Wodzowi naturalnego koloru. Trupie plamy usunięto kwasem octowym, pleśń –fenolem, a całość wykończono nadtlenkiem wodoru. Usta zamknięto za pomocą ukrytych pod wąsami szwów, a w miejsce gałek ocznych wstawiono protezy i  powieki również zaszyto. W połowie czerwca mumia była gotowa – jako pierwsza oględzin miała dokonać wdowa po Wodzu Nadieżda Krupska: „Wygląda nawet lepiej niż za życia” – stwierdziła.

Dla pobladłych ze strachu naukowców jej słowa były wyrokiem ułaskawiającym. Worobjow dostał za zabalsamowanie Lenina 50 tys. rubli i mieszkanie w Moskwie. Zbarski – 25 tys. rubli. To był wówczas majątek. Ponadto mieli zapewnioną intratną pracę do końca życia, gdyż zastosowana przez nich technika wymagała regularnego kąpania ciała wodza w chemicznych preparatach. Jako strażnicy najświętszej relikwii komunizmu weszli w skład ścisłej partyjnej nomenklatury. Do zespołu zajmującego się konserwacją Lenina Borys Zbarski włączył też swojego syna Ilję, który po śmierci Worobjowa i ojca kontynuował ich dzieło.

Oblicza się, że od czasu wystawienia zwłok na widok publiczny do rozpadu ZSRR zabalsamowanego Lenina zobaczyło co najmniej 50 mln ludzi. Nawet kiedy Związek Radziecki pogrążył się w kryzysie gospodarczym, pieniędzy na zachodni sprzęt i preparaty do prac konserwacyjnych nigdy nie zabrakło. Po rozpadzie komunistycznego imperium przyszłość zwłok stanęła jednak pod znakiem zapytania, bo w kraju trwał kryzys, a w miejskiej kasie ciągle brakowało pieniędzy. I wtedy, na początku lat 90. XX wieku, mer Moskwy, Jurij Łużkow wpadł na genialny pomysł. Wezwał Ilję Zbarskiego i powiedział: „Zacznijcie zarabiać na balsamowaniu, codziennie mamy tyle pogrzebów”.

I odtąd ciężar finansowania konserwacji Lenina spadł na… gangsterów, bo co miesiąc ginęło wówczas w Moskwie średnio czterech większych lub mniejszych mafijnych bossów. Starozakonny Ilja Zbarski wiedział, jak zabrać się do dzieła, utworzył miejską spółkę Ritual-Service. Rodziny poległych mafiosów bez mrugnięcia okiem akceptowały cennik: od 2 tys. dolarów za dzień pracy za przywrócenie pierwotnego wyglądu w przypadku, gdy denat został zastrzelony z kałasznikowa, do 10 tys. dolarów za tydzień, kiedy trzeba było na nowo poskładać zwłoki rozerwane w zamachu bombowym.

Potem klientelą Ritual-Service zostały również rodziny zmarłych oligarchów. Na pewno było ich stać na poddanie ciał swoich bliskich tak gruntownym zabiegom jak w przypadku mumii Lenina – tego rodzaju usługa kosztuje co najmniej milion dolarów, ale woleli swoim bogactwem nie drażnić biednych Rosjan. Pewne jest, że tyle zapłacił rząd Korei Północnej za zabalsamowanie zwłok dyktatora Kim Ir Sena w 1995 r., a później także jego syna Kim Dzong Ila w 2011 r. Jeśli reżim północno-koreański nie upadnie, to prędzej czy później trafią tu zwłoki Kim Dzong Una oraz jego następców z dynastii Kimów.

Nasze zwłoki na pewno się tu nie znajdą, a nasze doczesne ciała nie będą miały okazji zobaczyć mumii Lenina, bo Mauzoleum, w związku z wczorajszymi uroczystościami na Placu Czerwonym z okazji Dnia Zwycięstwa, jest nieczynne, o czym powiedziano nam w metrze. Skierowaliśmy się więc od razu pod mury Kremla, zamierzając zakończyć nasz turystyczny obchód na Placu Czerwonym. Turystyczny, bo jako typowa turystka od razu zwróciłam uwagę na parę młodych Rosjan, może studentów wydziału aktorskiego, przebranych w stroje dla mnie bajeczne. Nazwałam ich „carem” i „carycą”, bo tak mi się zamarzyło. Od razu zauważyli moje zainteresowanie i zaproponowali wspólne zdjęcia, po czym „car” po pocałowaniu mnie w rękę zażądał za tę kilkuminutową usługę aż 2 tysiące rubliej (ok.110 zł). Wyjąkałam, że jesteśmy biednymi emerytami z Polski, więc „car” pokiwał ze zrozumieniem głową i łaskawie zgodził się na tysiąc. Mój mąż, gdy pokazałam mu „cara” i „carycę” na WhatsAppie, poprosił Janusza żartobliwie, żeby powstrzymał mnie przed tego rodzaju „szalonymi wydatkami”, bo umrzemy na Syberii z głodu.

Na szczęście mogliśmy poczynić oszczędności, nie wchodząc trzykrotnie na teren Kremla: do sali Diamentowej, Zbrojowni i na dziedziniec z kilkoma cerkwiami, bo na naszych oczach te wejścia zamykano. Przeczytałam na forum podróżniczym, że za każde takie wejście pobiera się osobną opłatę – po około 30 zł od osoby. Zawsze potrafiłam się jednak zadowolić małym i czerpać przyjemność z rzeczy, których bogaci turyści nawet nie przeczuwają, więc chodziłam pod murami Kremla w zachwycie, robiąc dziesiątki zdjęć przy różnym oświetleniu nieba, i ucieszyłam się jak dziecko, gdy w stronę Ogrodu Aleksandrowskiego pomaszerowały Uzbekistanki w strojach ludowych. Pobiegliśmy tam od razu, a potem podziwialiśmy wspaniałość tego Ogrodu składającego się z trzech części: Parku Górnego (pomiędzy tym parkiem a Placem Maneżowym znajduje się staw z fontannami i rzeźbami przedstawiającymi postaci z rosyjskich bajek), Środkowego i Dolnego. We wszystkich częściach parku znajdują się zachwycające klomby kwiatowe i rozaria.

Poszliśmy też oczywiście w stronę Grobu Nieznanego Żołnierza, gdy odbywała się tam uroczysta zmiana warty honorowej. Janusz wiedział, że pomysł stworzenia tego Grobu został zaczerpnięty od Grobu Nieznanego Żołnierza w Warszawie, gdy na początku lat 60. ubiegłego stulecia jeden z radzieckich dostojników partyjnych obejrzał w naszej stolicy tę podniosłą uroczystość i postanowił, że to samo będzie się odbywało pod murami Kremla. W Dzień Zwycięstwa, 9 maja 1967, odsłonięto ten ich Grób, nazwany Pomnikiem, w którym złożono szczątki żołnierza poległego w roku 1941 podczas bitwy o Moskwę. Wyryto na nim słowa: „Imię Twoje jest nieznane, ale Twój czyn bohaterski jest nieśmiertelny”. Pali się na nim wieczny ogień.

Szczególnie kobiety patrzą na żołnierzy warty honorowej z podziwem, nie wiedząc, że ci „kremlowscy kursanci” wybierani są spośród setek tysięcy rekrutów w całej Rosji na podstawie specjalnych kryteriów: muszą być absolutnie zdrowi, wysocy, smukli i posiadać typowo rosyjską urodę. Paradując unoszą nogi tak wysoko, że aż dziw, iż nie rozerwą się w kroku – mają zapewne ćwiczenia baletowe, na których robią szpagaty. Odprawa warty jest zjawiskiem fascynującym – gdyby nie wiedza Janusza na ten temat, myślałabym, że jest to rytuał wywodzący się jeszcze z czasów carskich. W pobliżu znajduje się przecież Манежная площадь (Plac Maneżowy), którego nazwa pochodzi od budynku zwanego Maneżem, wzniesionego w roku 1817, w piątą rocznicę zwycięstwa nad Napoleonem. Jego niezwykłość polegała na tym, że stanowił on jednoprzestrzenne wnętrze o długości 166 metrów i szerokości w świetle ścian 45 metrów – z sufitem bez podpór pośrednich! Równocześnie mogło tam ćwiczyć musztrę 2 tysiące żołnierzy, czyli cały pułk piechoty!

Byłoby z czego wybierać maładców do warty honorowej, którzy akurat zastygli przy swoich posterunkach w posągowych pozach. Podczas tej uroczystości jakaś starsza kobieta, a później para młodych ludzi w odświętnych strojach złożyła kwiaty w specjalnie do tego przeznaczonym miejscu. Ktoś ze stojących obok powiedział nam, że stało się to już tradycją. W ten sposób nowożeńcy oddają hołd bohaterom wojny.

Na Placu Czerwonym, do którego dotarliśmy na końcu naszej wędrówki i którego nie przywrócono jeszcze do normalnego stanu po wczorajszych paradach wojskowych z okazji Dnia Zwycięstwa (szczególnie paskudnie wyglądały trybuny z plastikowymi, różnokolorowymi krzesełkami jak na stadionie naszej drugoligowej drużyny piłkarskiej), w Nowy Rok bawi się cała stolica. Igristoje leje się strumieniami, muzyka gra, tłum wiwatuje tym razem nie na cześć cara Putina i tańczy, choć partia komunistyczna jest przeciwna takim rozrywkowym imprezom obok grobu Lenina.

I to już cała moja relacja z Moskwy, a właściwie spod murów Kremla. Jestem szczęśliwa, że udało mi się spełnić jedno z moich marzeń i tam być, choć w pewnym momencie struchlałam ze zgrozy, gdy Janusz wszedł w krzaki w pobliżu jednej z baszt zwieńczonej strzelistą wieżyczką i nie bacząc na groźnie wyszczerzone zęby w zwieńczeniach kremlowskich murów zaczął spokojnie oddawać mocz, tak jakby chciał zaznaczyć zdobyte przez siebie nowe terytorium. Byłam przekonana, że za chwilę wyrosną jak spod ziemi strażnicy i aresztują go za profanację miejsca dla Rosjan świętego… I bałam się nawet roześmiać, gdy Janusz po powrocie mruknął: „Czerpią z turystów ogromne zyski, a czy widziałaś gdzieś po drodze chociaż jedną przenośną kabinę WC?”.

W coupe, czyli w przedziale II klasy pociągu z Kijowa do Moskwy, można było swobodnie się pogimnastykować (Janusz nade mną medytował na swoim wyrku w pozycji lotosu). Z braku towarzyszy niedoli podróżnej musiało to wystarczyć za relację z tego odcinka naszej podróży…
Chyba nie pasujemy do socrealistycznego wystroju moskiewskiego metra (Janusz paraduje w kurtce zakupionej w przemyskim ciuchlandzie za całą złotówkę), ale kiedy nadjedzie nasz pociąg – i tak zginiemy
w tłumie. Może takiego wystroju Warszawa nie zazdrości Moskwie, ale ilości stacji na pewno: 12 linii o łącznej długości 333 km, 200 stacji, średnio ponad 7 milionów pasażerów dziennie; robi wrażenie, prawda?
Pocałunek „cara” w rękę musiał być cenny; na szczęście udało się go stargować z 2000 rubli do 1000; „caryca” torebeczkę ma wprawdzie niewielką, ale pod obszernym strojem mogła mieć ukryty między udami spory worek na „diengi” od durnowatych turystów.
Jestem ciekawa, co zrobiłby dowódca zmiany warty pod murami kremlowskimi, gdyby Janusz (tak szeptał mi do ucha) odsunął go na bok, dał tym młodym chłopakom po dużym stakanie wodki i kazał im podskakiwać w prysiudach?
To są te nasze Uzbekistanki, które przykucnięte wśród kwiatów Ogrodu Aleksandrowskiego (na zdjęciu poniżej) wyglądałyby na pewno lepiej, bo nie byłoby widać idiotycznych plakietek identyfikacyjnych dyndających na ich piersiach.
Ten sobór Zwiastowania na Kremlu był kiedyś prywatną cerkwią carów rosyjskich. Ma kopuł aż siedem i wszystkie złocą się jednakowo. W tej postaci powstały w drugiej połowie XVI wieku na polecenie cara Iwana IV Groźnego, który po zawarciu czwartego małżeństwa nie mógł wchodzić na teren cerkwi i uczestniczyć w nabożeństwach, dlatego kazał zbudować dla siebie dodatkową kaplicę.

C.D.N.

.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko