Mieczysław Machnicki – Nowy Gloger

0
163
fot. Grażyna Niezgoda

Starałem się sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz zabiłem komuś ćwieka. I ni chuja. Powróciłem więc do zasypiania gruszek w popiele. Tym razem poszło mi lepiej. Zasypiane, zasypane, zaspane. Zasrany koniec.

Prawdziwa robota leżała odłogiem. Pulchna ziemia w myślach kroiła siebie na skiby. Nim zdążyłem się puknąć w głowę, przejechał pociąg i zaśpiewał ptak na gałęzi. Taki pejzaż wyświetlił mi się w oczach w formacie 3D HD.

A jednak czegoś mi brakowało do szczęścia. Pociąg był osobowy czy towarowy? Ptak był wróblem czy skowronkiem? To wszystko były niedokończone pytania. Zawieszone w próżni i zbite z pantałyku.

Gdy mi słowa zabraknie, sięgam do książki pod tytułem “Gdy Ci słowa zabraknie”. Perełki znajduję w leksykonach słów niepotrzebnych i na wszelką okazję, zapoznanych (zapomnianych) i zakazanych. Właściwie powinienem był zostać polonistą i poznać starocerkiewny, na którym podczas studiów wyłożyli się najwybitniejsi.

I wcale bym na tym nie skończył swej edukacji. Widzicie mnie w klasztorze na górze Athos, jak potrząsam siwą brodą? To znaczy macie zaćmienie oczu. Gdzie ma siedzibę Arcypatriarcha Zachodu, Wschodu, Północy, Południa i Innych Stron Świata? Więcej, niż wy, wie anonimowe źródło w Patriarchacie. To ono przeszeptało internetowej agencji chrześcijańskiej Portal-Credo (2011-08-07), że prawdziwą przyczyną umieszczenia patriarchy moskiewskiego i Wszechrusi Cyryla w Centralnym Szpitalu Klinicznym Moskwy był zawał serca.

Czy ja powiedziałem, że jestem patriarchą? A może ja jestem tylko jego umiłowanym sługą i razem rozwiązujemy krzyżówki. A może razem wychodzimy na zielone pole, wyrosłe na zburzonej części klasztoru, i gramy w polo? Więcej gier nie pamiętam, czyż nie tak powiadasz, zamorska księżniczko, gdy słodkim języczkiem przenikasz przez kraty konfesjonału i zatapiasz go w moim głębokim gardełku? A tiu tiu, kurewko!

W powodzi sztandarów, nie tylko kościelnych, zawsze wyławiałem ten, który był pierwszy. Pozostałe płynęły szeroką ławą, aż wreszcie na horyzoncie pojawiał się transparent, zamykający rzekę pochodu. W połowie byłem topielcem, w połowie ratownikiem. Taka rozdzielna pozycja pozwalała wybić się z tłumu albo na zawsze osiągnąć dno na skali społecznej stratyfikacji.

Tylko dobrzy pływacy, nie zachłystujący się wodą i powietrzem, pierwsi dopływali do trybuny. Niektórzy z nich pewnego dnia stawali na podium.

Powiem skromnie, że nie zdążyłem.

Miałem kolegę, który rano wychodził z wędką, wieczorem wracał ze strzelbą. Gdzie byłeś, burczała żona, jakby sama sama chciała dokonać równie korzystnej transakcji. Jedni lubią rybę, inni dziczyznę, odpowiadał. A ja jestem niewybredny, czyli dwupłciowy.

Kolega nie zrobił kariery, ale wszystko przed nim, od niedawna należy do seksualnej mniejszości.

Ja, nie licząc odznaki zasłużonego działacza kultury, nie mam zbyt wielu osiągnięć. Ale sami wiecie: tam, gdzie diabeł nie może i gdzie dwóch się bije.

Chodzę sobie po wsiach i spisuję ludowe przysłowia. Bardzo ich dużo obrodziło w ostatnich czasach. Nazywają mnie nowym Glogerem. Jedni mnie poczęstują przemyconą wódką, inni widłami przegonią. Ale coraz częściej się zdarza, że wywiozą mnie traktorem poza opłotki. Najwygodniejsi zaś wprost przez komórkę zadzwonią na powiatową policję.

Wkrótce jednak moja dola się odmieni. Szykuję do ministra pismo o stypendium z funduszu rozwoju kultury narodowej. Specjalnie w nim robię gramatyczne błędy i nie popisuję się erudycją. Jak kultura ma się dopiero rozwijać, takie stypendia powinny trafiać do niedorozwojów.

Stosunki jednakowoż międzynarodowe

Czytam zachodnie gazety, ponieważ postanowiłem, że zostanę intelektualistą. Języki obce wydają mi się bardziej wiarygodne.

Niemniej jednak podchodzę do nich z pewną dozą wyrozumiałości. Na ogół są za trudne, abym mógł je opanować perfect. Ale czytam na przekór wszystkiemu. Czytam, bo im bardziej się rozwijam intelektualnie, tym bardziej jestem ambitny.

Co nie znaczy, że nie ma we mnie pokładów rodzimego cynizmu. Szklane paciorki zębów, jeśli tylko przedsiębiorę zamiar odkrycia Ameryki, chętnie wymieniam na szeleszczące zgłoski, dziwnie postrzępione lub cudacznie połączone słówka.

Nie mam nic przeciw obcym, ukrytym za okratowanymi szybkami kiosków. Albo rozwalającym się na półkach czytelniczych salonów, koniecznie z cygarem w ręku i wulgarnym wyrazem warg, natłuszczonych wielokolorową drukarską farbą.

Wqurności, zakrzyknąłbym prawdziwie po staropolsku, gdyby nie docent prowadzący. Pyta, co mój biały wywiad, śledzący między wierszami, wywiódł z mojego cajtunga.

Najłatwiej naprzeciw docenta polecieć Gombrowiczem. Popierają, a nie popierają. W dupie mają, sami z dupy wypadają. Pierdząc, a nie smrodząc, poniedziałek, Ja.

Panie Intelektualny Naprędce, jesteśmy na wydziale stosunków międzynarodowych, finansowanych przez Unię Zbytków, naprawdę nie wypada jej posądzać, że nie zna naszych narodowych wieszczów.

Zgadzam się z docentem, który zawsze mnie doprowadza do fałszywych wniosków. Podobno w Bibliothèque nationale de France odkurzono egzemplarze Trybuny Ludów, więc studia wyższego stopnia mógłbym przejeździć paryskim metrem, na przystankach zaglądając pod pokrywkę laptopa.

Właśnie utraciłem jeden ze szklanych paciorków, tak się zaśmiałem ze swego dowcipu, wpatrzony między ścieśnione czcionki komentarza w Le Monde diplomatique. Docent od białego wywiadu przegryzł go w ustach niczym strzępek wyrzyganej cykorii.

No tak, docent ma rację, niby co mam przeciw pomnikowi Wieszcza na Krakowskim? Żadnego poczucia zazdrości, kiedy obok przechodzę. Żadnej myśli, że tak wysoko, na katedrę College de France bym się nie wdrapał. Bo bym się wdrapał, a nawet wdrapałbym się po ścianie od frontu. Spadałbym, a bym się wdrapywał, a nawet wdrapywałbym się jak ślimak po wyślizganych schodach, nie ślimacząc i nie ślizgając się. Zrobiłbym wszystko dla porównawczej historii literatur słowiańskich, gdybym miał tylko szansę zrobić, nie zrobiwszy niczego, czego dusza zapragnie.

Właściwie mógłbym już mieć licencjat. Ale z każdym sezonem akademickim, moje studia polityki zagranicznej są przesuwane ze stolicy w kierunku granicy. Wkrótce w ciemnościach nocy miniemy Petersburg, a za chwilę Google Earth wyświetli mi sylwetkę pałacu Katarzyny II. Jak się ten polski jebak, qurwa, nazywał?

Jednak bardziej od licencjatu bez przyszłości naukowej zaprząta mnie doktorat z hipotezą badawczą na początek. Sformułowałem ją w narzeczu języka, który zrazu wydał mi się dziwnie zrozumiały, ale już po przebudzenia nie potrafiłem sobie przypomnieć, z kim prowadziłem naukowy dyskurs.

Dlaczego mi się przyśnił docent od stosunków, a nie pani doktor neurologii głębinowej, która chyba pozbawiona jest kochanka na stałe, bo kiedy tryska humorem, nie wydaje się udręczona codziennością życiowego partnerstwa.

Dołącz się do układu, jak zrobił to rozwiązły pacjent Junga i Freuda, zdeterminowany, by przekraczać granice. Bądź jak Otto Groos, powtarzam sobie. W sferze zmysłowości, ambicji i oszustw razem z piękną, niezrównoważoną Sabiną (kocham cię, Dorotko), możecie raz jeszcze myśl psychologiczną pchnąć na nowe, internacjonalistyczne tory. Zboczeńcy wszystkich krajów, łączcie się.

Qurwa, czy mam się znowu porzygać na wszystkowiedzące Forum dla niewykwalifikowanych językowo intelektualistów?

Noblista lingwista

Licho nie śpi, postanowiłem więc zawczasu przygotować przemówienie noblowskie. O czym powinien powiedzieć prześwietnej publiczności nagrodzony milionem dolarów zakłopotany autor (czy we fraku są dostatecznie głębokie kieszenie, czy nie ma ich wcale), jak nie o swoich klęskach, upadkach i niepowodzeniach. Grzesznych niespełnieniach, zawiedzionych powinnościach. Równy bogom, ale przecież poniżony jak ludzie, kryształ, ale zwyczajnie pęknięty, około literacka gawiedź to lubi.

Tylko wtedy szanowni państwo, czekający niecierpliwie na królewski posiłek, zamiast mi zazdrościć, z nieuzasadnioną odrobiną pogardy w ślinie, przełkniecie kosteczkę niezgody na własną niedoskonałość. Tylko wtedy, szanowni państwo, dojdziecie do wniosku, że wystarczy oderwać się od kieratu wyuczonego rzemiosła i, podobnie jak ja, czyli ten gryzmołuch, wybaczcie szczerość, po uszy unurzany w słownej pysze, zaufać własnym, skrytym, twórczym możliwościom.

Postanowiłem opowiedzieć, odsłaniając spod werdyktu akademii jasne dno najczarniejszej tajemnicy swego życia, jak nie poradziłem sobie z własnym lingwistycznym urojeniem. Choć po pierwszej klasie liceum mówiłem po łacinie niemal tak dobrze, jak Wespazjan, ba, sam Wezuwiusz, tak, ten sam, wyrzucający pod upalne niebo Rzymu skłębione obłoki lawy, skąpanej w parze jak wyłaniająca się z piany Afrodyta.

(Tu zwilżę spierzchnięte ze wzruszenia usta łykiem wody mineralnej Borżomi i wtedy, niby bulgot spod źródła, wymknie mi się niewypowiedziana myśl: Wes…, Wez.., wybaczcie, im bardziej się jąkam, tym lepiej kojarzę. Waz… Waza? Waleza? Królewskich antenatów miał Wałęsa mrowie! Ale nie będę szpikował dygresjami pierwszej mowy noblowskiej, może dopiero następne, z najważniejszą do wygłoszenia w Helsinkach, dostąpią tego zaszczytu, kiedy już pełną chochlą nabiorę eseistycznej przekory).

Zasługa to była wymagającego nauczyciela, który mnie polubił, a ja niebacznie jego. Nigdy nas razem nie widziano, choć ktoś znajdował na plaży dwie pary porzuconych slipek i sandałów, i wrzucał je do morza, dzielącego Polskę od Szwecji, słysząc zuchwale biegnące po falach z wnętrz zjednoczonej duszy błagalne: disce puer latine, ego faciam te mościpanie. A ktoś drugi, chłopięcym głosem, wznosił pod niebo ręce i dukał: In nomine Patris, et Filii, et Spiritus Sancti. Amen.

Chyba nie przypadkiem, lecz nieubłaganą logiką wyobraźni, znaleźliśmy się tu razem, państwo i ja, tu więc na jednej z wielu, przez bogów zasiedlonych, wysp na morzu Egejskim. Przypominam otóż sobie, jak to w klasycznych czasach moja greka, dojrzewająca jak oliwki na oliwnikach, zadudniła niby beczka, pchnięta chudą ręką Diogenesa. To moja greka domagała się nieskażonym heksametrem, żeby Greka jednak nie udawać, ale w obcym języku się rozsmakowywać, do źródeł śliny docierać, będąc gnanym ciekawością niby nowo narodzona dusza.

Nie chcę, drodzy czytelnicy moich upiornych szortów, zdradzać wszystkich tajemnic twórczości. Zapytajcie zakurzonej klawiatury komputera, pozbawionej mądrości greckich znaków, jak mimo to, jak wbrew temu, długo jeszcze recytowałem przez sen, mówiła mi żona, strofy Iliady poświęcone Helenie.

Mój Parysie, wdzięczyła się, słodko i namiętnie, bo przecież wiecie ze szczytów swej doskonałości, jak zachowują się żony, uwiedzione przez literacko boskich kochanków-egoistów.

Zwierzam się memu komputerowi z najbardziej intymnych pomysłów na życie bogate i szczęśliwe, on zaś czasem marudzi, wcale mu się nie uśmiecha, że wymienię go na doskonalszy model, który pozwoli mi pisać biegle we wszystkich językach świata. Nie dopuści, bym z powodu mojej komicznej, pełnej skłonów tułowia japońszczyzny, popełnił harakiri. Poprawi czeskie błędy w moim umyśle, zanim zacznę śmigać samymi oczami po popstrzonej tłustym palcem powierzchni monitora.

A mój angielski! Mama nie musiała tracić na laryngologa, już po kilku lekcjach konwersacji dowiadywałem się, że mam zatkane uszy i nie dość, że nie słyszę i nie rozróżniam słówek, to jeszcze ich nie rozumiem. Jestem pełen podziwu dla Angielek, które rozumieją Anglików i nawet się zgadzają pójść z nimi do łóżka.

Zawsze mnie fascynowało pytanie, dlaczego wygłodzone dzieciaki w jednym afrykańskim kraju mówią po francusku, w drugim zaś posługują się biegłym angielskim, a po rodzimym afroamerykańskim ani dudu? Ciesz się, że nie говоришь по-русски lub nie szprechasz po niemiecku w jednym z krajów Europy Wschodniej, mówił mi dziadek, znany z umiejętności austriackiego gadania, wyniesionej z okopów I wojny.

Jak to, a takie Achtung banditen, Hände hoch!, Juden raus, Hitler kaputt, wyznaczające złamany promień koła krótkiej historii?

Ocalałem prowadzony na rzeź, pisał wielki polski poeta, nieskuteczny przez lata kandydat do nagrody imienia wielkiego szwedzkiego dynamitarda. Ja powiem skromnie, ocalałem, wydobyty spod gruzów wieży Babel. Nie wiem, z którego piętra tej wieży wypadłem, najważniejsze, że na główkę, najważniejsze, że dziś z państwem tu jestem, mogąc świadczyć o wielkości ludzkiego ducha, zresztą nie tylko, moi drodzy przyjaciele, bo zarazem o ułomności ludzkich języków, poza jednym, ciemnym języku literatury, który nas jednoczy, dążąc do jasności.

Z łaciny łatwo przeszedłem na włoski, gdy tylko w domu wuja wpadły mi w ręce typowe obrazki porno, zyskujące na eleganckim papierze właściwości nieruchomego wideo. Były to opowieści od a do z, jak filmy ponadgodzinne w necie, z umówionym pukaniem do drzwi, z pukaniem właściwym ludzkiemu gatunkowi, w końcu z płukaniem wyczerpanych ust. Amore i l’amoroso, tutti frutti, tutti quanti, niosło się znad Tybru nad Odrę, swoją drogą ciekawe, gdzie więcej było bzykających komarów. Mój język mimowolnie układał się w rurkę jak makaron. Wertowałem fotograficzny komiks seksualny w tempie 24 obrazków na sekundę, żeby uzyskać złudzenie, że oglądam hard porno w 3D. Po polsku – w trzy dupy. Całkiem możliwe, że tę samą metodę rozruchu i ruchania posiadł był w swym dzieciństwie Maestro Fellini.

Ja jednak nie zostałem ważnym reżyserem, a tym bardziej reżyserem filmów klasy D, bo mówiąc bez bicia konia, czarnowłosa uroda Włoszek nie przekonała smarkacza. Przeważył zresztą drobny szczegół socjologicznej natury, w moim biednym po wojnie kraju, nie umęczonym fircykowatą dyktaturą Duce, trudno było znaleźć pod zieloną bluzą funkcjonariuszki postępowej organizacji młodzieżowej frywolnie bijące serce bezpruderyjnej panienki.

Ach te Hiszpanki! Piękne, ale szybko i brzydko się starzeją. Tu estas hermoza la muchacha, powtarzałem komplement klasowym koleżankom, osobiście ułożony ze słówek, jakie znalazłem w „Samouczku języka hiszpańskiego dla bezrobotnych i emigrantów”, wydanym najpewniej w czas krwawej wojny domowej i światowego kryzysu, zakupionym w antykwariacie przy bocznej uliczce Rynku, zwanej Ruską. Po to, rzecz jasna, żeby przekonany o swej lingwistycznej doskonałości młodzieniec swobodnie przyśpiewywał na Camp Nou: O le le, O la la, ser del Barça és el millor que hi ha. Jeśli tylko na którejś z półek odnajdę zakurzony egzemplarz samouczka, prześlę go bezrobotnym Hiszpankom, umęczonym dziś przez zachłanne banki. Towarzyszko Dolores, no pasaran!

Byłem stanowczo za młody, by uczestniczyć w radosnym międzynarodowym festiwalu młodzieży w oczyszczonej dopiero co ze spryskanych krwią gruzów nieujarzmionej Warszawie. Ale pojedyncze słowa freedom i swoboda, peace i mir, pobieda i oswobożdienie przelewały mi się od ucha do ucha, i choć nie mam słuchu do pamięci, czasem któreś z nich wyrwie mi się z piersi w środku nocy. Patrzcie jednak państwo, jak niewiele obcych słów trzeba, by zaiste wielką była polska literatura, którą dziś osobiście na klatę biorę i pozwalam wpiąć sobie w klapę jak miniaturkę wspólnego sukcesu i dalszych nadziei na pokój i rozwój.

Chciałbym przy okazji pozdrowić dumny naród szwedzki, z którym łączy Polaków wspólny choć antagonistyczny szlak bojowy. Nie pytajcie mnie, gdzie jest złoto z Amber Gold, bo ja wiem: jest na Jasnej Górze. Wielce szanowna królowo szwedzka, pani Sylwio, mówiąca w sześciu językach: szwedzkim, niemieckim, francuskim, hiszpańskim, portugalskim i angielskim, a także płynnie posługująca się szwedzkim językiem migowym, oraz wy, ladies and gentlemens, meine damen und herren, dorogije towariszczy, panie i panowie, pozwólcie, że będę mówił po polsku, unikając wyklętych makaronizmów, bo ni chuja nie rozumiem z waszej pokrętnej mowy, która nie jest jak Pan Bóg przykazał tak tak nie nie, mam w dupie wasz milion dolarów (Var ligger närmaste bankomat?– Gdzie jest najbliższy bankomat?), tylko rzekoma polska zawiść skłania mnie do tego, bym pokazał ziomkom pisarsko wyostrzonego fiuta.

Nie będę przepraszał, bo wulgaryzmy są to wypolerowane do gównianego połysku perełki humanistycznej literatury znad Wisły. Wszakże za to zostałem przez fachowców i znawców z akademii doceniony i zaszczycony.

(Tu podziękuję za burnyje apłodismienty, prochodiaszczije w owacju…)

……………………………………….

Zmieniona wersja opowiadania, drukowanego w “Migotaniach”, 2013

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko