Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

0
272


Z rodu Borejszów

„Ostaniec, czyli ostatni świadek” profesora Jerzego W. Borejszy (rocznik 1935), autorstwa wybitnego historyka, głównie XIX wieku, wykładowcy wielu renomowanych uczelni europejskich, autora między innymi frapującego zbioru szkiców „Piękny wiek XIX” czy opowieści o Walerym Wróblewskim („Patriota bez paszportu”), ale także historyka faszyzmów europejskich („Mussolini był pierwszy”, „Rzym a wspólnota faszystowska” ), nie przynależy do gatunku pamiętników, czego być może można by spodziewać się po brzmieniu tytułu. To obszerny zbiór tekstów, stanowiących odrębne całości, choć powiązanych ze sobą nicią przewodnią, jaką było pragnienie dania świadectwa najważniejszym wydarzeniom życia. Szkice pomieszczone w książce, w pierwszym rzędzie dotyczą losów polsko-żydowskiej, bardzo rozgałęzionej rodziny autora, reprezentującej kręgi żydowskiej, światłej inteligencji,  jego wojennego dzieciństwa, powojennej edukacji (m.in. studia historyczne w Moskwie w okresie szczytowego stalinizmu), powolnego wchodzenia w świat nauki, pierwszych podróży zagranicznych, zdobywania szlifów w domenie europejskiej historiografii, głównie we Francji (gdzie przez kilka lat był dyrektorem stacji PAN w Paryżu) i we Włoszech, ale także licznym zdarzeniom z życia politycznego kraju (m.in. wokół przebiegu wydarzeń 1968 roku), powikłanym sprawom związanym z przebiegiem kariery naukowej, przyjaciołom (m.in. Krzysztofowi Pomianowi), uczniom (przedwcześnie zmarłemu utalentowanemu historykowi Andrzejowi Nieuważnemu) i mistrzom, do których należeli m.in. profesorowie Stefan Kieniewicz i Aleksander Gieysztor. Są też szkice o fascynacjach intelektualnych i zainteresowaniach Profesora (m.in. o genealogii jego nazwiska), luźniej związane z tokiem wyznaczanym przez chronologię biegu życia i historii, a także liczne akcenty z życia osobistego. Mnóstwo w nich detali i personaliów o charakterze niejednokrotnie anegdotycznym, aczkolwiek Profesor nie ma nic z jowialnego „anegdotczyka”, a ton jego narracji jest zdecydowanie poważny i nie pozbawiony nut sceptycyzmu czy melancholii. Jednym z jej źródeł jest m.in. kwestia, do której Profesor odniósł się w rozdziale „Czy Polacy potrzebują historii?” , gdzie sformułował sceptyczne,  a raczej pesymistyczne oceny co do znajomości i rzeczywistego zainteresowania Polaków historią własnego kraju. Czytelnik obeznany w historii najnowszej zwróci na pewno uwagę na historycznie brzmiące nazwisko Profesora. I nie pomyli się, bo jest on synem Jerzego Borejszy (1905-1952) wybitnego, oświeconego komunisty, pełnego rozmachu wydawcy i organizatora życia intelektualnego w pierwszej dekadzie Polski Ludowej, założyciela Spółdzielni Wydawniczej „Czytelnik”. Ojcu poświęcił profesor w swojej książce wiele miejsca, w tonie rzeczowym i bez wychylenia hagiograficznego. Natomiast rozczaruje się ten, kto będzie się spodziewał, że znajdzie w niej informacje o stryju Profesora, osławionym pułkowniku z X Departamentu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, Jacku (Józefie Różańskim), śledczym odpowiedzialnym za zbrodnie i okrucieństwo w stosunku do więźniów politycznych. Profesor dystansuje się od niego, zaznacza, że miał z  nim słaby, rzadki kontakt i nawet nie próbuje zarysować jego sylwetki psychologicznej. Można to po ludzku zrozumieć, ale zainteresowani przybliżeniem sylwetki „demonicznego” Różańskiego mogą poczuć się rozczarowani. Przepełniony faktami, personaliami, ocenami „Ostaniec” jest frapującą lekturą, ciekawym, wzbogacającym przyczynkiem do obrazu najnowszej historii Polski.

Jerzy W. Borejsza – „Ostaniec, czyli ostatni świadek”, wyd. Wielka Litera, Warszawa 2018, str. 535, ISBN 978-83-8032-273-8


Pomian o przyjaciołach

 „Wśród mistrzów i przyjaciół”, zbiór tekstów profesora Krzysztofa Pomiana (rocznik 1934), również wybitnego uczonego, filozofa i socjologa, znawcy epoki Oświecenia, od ponad pół wieku mieszkającego i pracującego w Paryżu, wręcz idealnie nadaje się na lekturę równoległą lub skorelowaną w czasie z „Ostańcem” Borejszy. Obaj autorzy są przyjaciółmi od dzieciństwa, bez mała rówieśnikami, a przede wszystkim intelektualistami o podobnej – w najogólniejszym tego określenia ujęciu – formacji myślowej i duchowej i o zbliżonych doświadczeniach generacyjnych. Pomian był jednym z inicjatorów i intelektualnych inspiratorów studenckiej irredenty marcowej 1968 roku, ale temu wydarzeniu, mającemu bogatą bibliografię naukową i wspomnieniową poświęca akurat w tej książce niewiele miejsca. Gros miejsca w jego zbiorze zajmuje kilkadziesiąt ciepłych, ale zarazem niebanalnych portretów jego przyjaciół i ważnych dla niego postaci od Jana Strzeleckiego, Leszka Kołakowskiego, Bronisława Baczko, Bronisława Geremka po Cezarego Wodzińskiego czy Konstantego Puzynę. Jest też zbiór szkiców skupionych wokół Jerzego Giedroycia i grona postaci związanych z kręgiem paryskiej „Kultury” (wśród nich wyróżniłbym kapitalny szkic „Spór o rozumienie polskości” czy esej o Juliuszu Mieroszewskim, a także szkice poświęcone ważnym postaciom zachodniego świata intelektualnego („Republique des lettres”), m.in. Fernandowi Braudelowi, François Furetowi czy Jacquesowi Le Goff, jak również liczne przyczynki autobiograficzne, w tym „historia subiektywna” Wydziału Filozofii i Socjologii UW w latach 1952-1968, skupiająca w sobie jak w soczewce kluczowe problemy ideologiczne tamtego czasu. Frapująca i porządkująca wiele kwestii lektura.

Krzysztof Pomian – „Wśród mistrzów i przyjaciół”, wyd. Fundacja Terytoria Książki, Gdańsk 2018, str.603, ISBN 978-83-7908-128-8


„Ozimina” Wacława Berenta na nowo odczytana

Wacław Berent (1873-1940)  należy dziś do pisarzy zapomnianych, to znaczy takich, którzy nieznani są nie tylko tzw. szerokiej publiczności czytającej (aczkolwiek w Polsce istnieje zdecydowanie wąska publiczność czytająca) i nawet nie tylko kręgom osób czytających bardziej wyszukaną literaturę. Bywa też nieznany (czasem nawet z nazwiska – naprawdę się z tym zetknąłem!) osobom, które mogą uchodzić za przynależnych do najwęższej elity czytelniczej i kulturalnej. Dziś proza Wacława Berenta znana jest tylko specjalistom i nielicznym jej amatorom, których prawdopodobnie można by policzyć na palcach jednej (no, powiedzmy: obu) ręki. I to pomimo tego, że piśmiennictwo poświęcone jego twórczości jest bardzo obfite. Był Berent pisarzem, którego nie jest łatwo w prosty sposób zakwalifikować z gatunkowego punktu widzenia. W jego prozie warstwa realistyczna występuje, ale w postaci daleko przetworzonej przez ekspresjonistyczny, zawiły, metaforyczny, „ciemny” język. Berent pozostawił po sobie szereg powieści: wczesnego „Fachowca” (1895), rozrachunek z wyczerpaniem i degeneracją idei pozytywistycznych, „Próchno” (1903), panoramę zjawisk antynomii i obcości między światem sztuki a życiem, które nabrały szczególnej intensywności w epoce modernizmu przełomu XIX i XX wieku, „Żywe kamienie” (1918), ukazującą fenomen przełamywania się następujących po sobie, antagonistycznych wzajemnie epok, na przykładzie świtu, pierwszych przebłysków renesansu zaznaczającego się u schyłku średniowiecza. O ile wspomnianą prozę można określić jako współczesną, dotykającą problemów do ówczesnego życia Berenta równoległych, o tyle  latach trzydziestych zanurzył się on w historię schyłku XVIII wieku i początku wieku XIX, w czasy polskiego Oświecenia i polskiego udziału w epoce napoleońskiej. „Diogenes w kontuszu” (1937) jest biograficzną opowieścią o Franciszku Salezym Jezierskim „Wulkanem”, jednym z dość zapoznanych koryfeuszy polskiego Oświecenia. „Nurt” (1934), a także „Zmierzch wodzów” (1939), to cykle opowieści biograficznych o wielkich Polakach tej epoki, z Niemcewiczem, Kościuszką, Franciszkiem Karpińskim na czele i innymi, próbujących ratować państwo przed zagładą. Dzieła te dalekie są jednak od modelu powieści historycznej zarówno w gatunku Józefa Ignacego Kraszewskiego, jak i powieści typu sienkiewiczowskiego, lecz wypełniają cele bliskie celom traktatów przepełnionych historiozoficznym namysłem nad przeszłością.

Do nurtu powieści „współczesnych” Berenta należy „Ozimina” (1911), która ma opinię jego najważniejszej powieści, rozrachunku z sytuacją narodu w progu nowego stulecia, rozrachunku z jego kondycją duchową, rodzajem syntetycznie ujętej panoramy postaw rozmaitych kręgów społecznych. A że ów rozrachunek, owe „rekolekcje narodowe” ujęte zostały w konstrukcję obrazu mikrospołeczności zamkniętej na pewien czas (głównie w noc poprzedzającą wieść o wybuchu wojny rosyjsko-japońskiej 1904 roku i nie wolną od przeczuć nadchodzącej rewolucji), w pewnego rodzaju bańce sytuacyjnej, w warszawskim salonie barona Niemana, więc w analizach „Oziminy” pojawiły się analogie do konstrukcji „Wesela” Stanisława Wyspiańskiego, czy – rzadziej – do Salonu Warszawskiego III części mickiewiczowskich Dziadów”. Z „Weselem” łączy „Oziminę” ambicja ukazania „syntezy narodowego życia w niesłychanie śmiałym wizyjnym niemal skrócie”, wspólne podobieństwo obu utworów do „jasełek narodowych”, a na dodatek dotykają one niemal tego samego czasu historycznego. Rozrachunek  Berenta obejmuje przede wszystkim rozmaite warstwy i odmiany „kulturalnej elity narodu”, by po gorączkowych „nocnych Polaków rozmowach” przenieść się finale na ulice robotniczej Warszawy i skonfrontować część salonowego towarzystwa z gwałtownością i rozlewem krwi w rewolucji socjalnej. Owa „kulturalna elita narodu”, to „bankierzy i arystokratyczni obszarnicy, potentaci polityki i prasy, uznani oficjalni artyści i profesorowie uniwersytetów, otoczeni nimbem „rewolucyjności” działacze PPS – tworzą krąg zamknięty i dobrany, w którym nie brak nikogo  spośród „oświeconej burżuazji”, nadającej ton i charakter kulturze i postawie ideowej ówczesnych klas panujących Polski”. Zacytowany autor znakomitego wstępu do „Nurtu” Berenta (wyd. 1956), Janusz Wilhelmi zwracał uwagę w części poświęconej „Oziminie”, że powieść „rozrasta się w ogromną panoramę, która obejmuje wszystkie niemal dziedziny myśli i kultury burżuazyjnej: zarówno doktryny społeczne, jak koncepcje narodowe, zarówno poglądy filozoficzne, jak gusta literackie, zarówno konwenanse towarzyskie, jak obyczaje językowe i sposoby konwersacji”. „Wobec obrazu, który odkrywa poza wspaniałymi pozorami, staje struchlały i przerażony. Klęskę klasy, łamiącej się w warunkach narzuconych przez historię, uważa za klęskę wartości, których już nikt i nic nie uchroni od zagłady” – pisze Wilhelmi. Zamysł panoramy świadomościowo-społecznej nie wyczerpuje jednak istoty berentowskiego zamysłu ideowo-artystycznego. „Przewodnim motywem wszystkich rozmów – pisze we wstępie do krytycznego wydania „Oziminy” (1988) Włodzimierz Bolecki – jest „zastój” („bożek zastoju”), „bezruch”, „marazm”, „zatrata”, „zamieranie” i „niszczenie” życiowych sił jednostek całego społeczeństwa, hedonizm, gnuśność, prowadzące nieuchronnie do amoralności. Tym przejawom degeneracji przeciwstawia Berent swoją dionizyjsko-nietzscheańsko-schopenhauerowską pasję „energii”, „woli mocy”, „woli życia”, prawdziwie bergsonowski „witalizm” i przywołuje krzepiący, wywodzący się z misteriów eleuzyńskich mit o Persefonie, mówiący o nieustającym umieraniu i odradzaniu się życia, życia które chroni się w ziarnach owej tytułowej „oziminy” (przywołany zresztą także, wcześniej, przez Wyspiańskiego w „Nocy listopadowej”). To także wywiedzione z Lukrecjusza. „niewygasłe lampy życia”. Przywołany tu już Janusz Wilhelmi zwracał też uwagę na trudne zagadnienie „stylu Berenta, stwarzającym istotne, często niepokonywalne trudności w obcowaniu  z jego prozą, z jej zrozumieniem. Jego styl jest ekspresjonistyczny, zawiły, metaforyczny, ciemny. Przyczyny tego są wszakże bardziej złożone niż mogłoby się wydawać. Styl Berenta jest w ogóle zjawiskiem tak charakterystycznym, że warto (…) poświęcić mu chwilę uwagi – konstatował Wilhelmi – Mówi zazwyczaj zbyt wiele lub zbyt mało, aby był przejrzysty. Bogaty w ornamentykę, szeroki we frazie, uderzający rytmicznością kadencji, potrafi niespodziewanie zmieniać tempo, skracać zdanie w zaskakującą elipsę, jakąś szczególną przestawnią i szykiem słów znaczyć dyskretne, ledwie dostrzegalne akcenty uczuciowe i logiczne. Raz przeznaczony jest dla ucha chwytającego łatwo jego odrębną, nieco może jednostajną, ale niesłychanie wyrazistą melodię, kiedy indziej znów, chropawy i pełen aluzji, metafor i paraboli, odwołuje się tylko do intelektu, kiedy z niemałym trudem rozwikływać musi sens każdego zdania. Zawsze jednak jest zaprzeczeniem owego stylu niewidocznego, stylu jak szkło, który dla Sienkiewicza na przykład był wzorem pisarskiego rzemiosła. Zawsze tworzy jakąś nieprzenikliwą warstwę otaczającą utwór, która staje pomiędzy jego sensem a czytelnikiem. Jest w tym niewątpliwie szkoła literacka Nietzschego, świadomie potęgowane trudności lektury i lekceważenie słowa jako narzędzia dostępnego nie tylko wybranym”. (…) Ta nieprzenikliwa powłoka, która je otacza, spełnia nadto jedno jeszcze zadanie. Pozwala mianowicie pisarzowi wprowadzić do dzieła atmosferę nieokreśloności, w której zacierają się ostre kontury spraw i problemów. Pozwala myśli nie domyśleć do końca, narzucające się problemy zbyć aluzją, lakonicznym gestem, nastrojową instrumentacją, których znaczenie, kiedy chcemy je uściślić, rozpływa się między palcami. Jest w tym jakaś samoobrona pisarza, próba zasłonięcia luk we własnych poglądach, maskowanie bezradności wobec świata i jego spraw” – konkludował J. Wilhelmi. Krytycy zwracali też uwagę na dobrą kompozycję „Oziminy”. Czesław Miłosz pisał w „Historii literatury polskiej”: „Dzięki doskonałej kompozycji i prawdziwemu wniknięciu w stan społeczeństwa, powieść można by nazwać wielką, gdyby nie język, noszący stylistyczne znamiona swego okresu. Usiłując przekazać pewien nastrój przez wypełnienie scen migawkami, a to ciężkich draperii, a to twarzy, to znów oderwanych od postaci głosów, dających się słyszeć spoza dymu cygar, Berent używa zawiłego i ekspresjonistycznego języka, który narusza odczuwany jako naturalny tok polskiej prozy”. Krytycy zwracali też uwagę „wewnętrzność” narracji, a także – pozostającą z nią w interesującej artystycznej sprzeczności – pewnego rodzaju jej „widowiskowość”,  migotliwą, mocną naoczność bodźców pochodzących z zewnętrznego świata”. Padały też jednak zarzuty o młodopolską grandilokwencję, niepohamowaną logoreę, a także wynaturzone słownictwo i fałsz artystyczny.

Do przywołanych wyżej słów Lukrecjusza o „niewygasłych lampach życia” nawiązała w swoim studium o „Oziminie” Iwona E. Rusek. Jej „Życia lampy niewygasłe” jest studium niezwykłym. W odróżnieniu od licznych krytyków i badaczy, którzy pisali o „Oziminie”, począwszy od recenzentów z roku pierwszego wydania (1911) aż po wspomnianych wcześniej Boleckiego czy Głowińskiego i którzy z jej lektury wywodzili wnioski uogólniające, Iwona E. Rusek podjęła się zadania poniekąd odwrotnego. Skonfrontowała się z dziełem Berenta metodą drobiazgowej analizy wątku po wątku, postaci po postaci, niemal zdanie po zdaniu. Było to zadanie tym trudniejsze, że jak zwracał uwagę przywołany przez autorkę studium we wstępie, jeden z pierwszych recenzentów „Oziminy” Manfred Kridl, powieść ta pozbawiona jest fabuły w zwyczajnym pojęciu tego określenia, a dominują w niej „artystycznie wysmakowane obrazy”. We wstępnych ustaleniach Rusek zwraca uwagę na szereg istotnych wątków „Oziminy”, n.p. na krytykowany a nawet poczytywany za formę „zdrady”, motyw Rosjanina, pokazanego jako najszlachetniejsza postać pośród polskiego żywiołu, pośród rozkładu polskiego życia. Wcześniej podejmował ten wątek Adam Grzymała-Siedlecki, który widział w tym u Berenta „kaprys rozżalonego serca” i „wyraz mściwości nad społeczeństwem polskim”. Przy tej okazji autorka zwraca też uwagę na zarzuty kierowane pod adresem powieści, w której dostrzegano objawy „melancholii i tęsknoty spod znaku nihilizmu rosyjskiego”. Przywołuje też m.in. ocenę sformułowaną przez słynnego Józefa Rettingera, który zwrócił uwagę na literacko-kulturowe filiacje „Oziminy”, będące wynikiem przyswojenia przez niego ważnych zjawisk literackich Europy, m.in. z poezją Verlaine’a Maeterlincka czy z twórczością Emersona. Autorka przywołuje także ocenę Jana Prokopa, który pisał o swoistej „depersonalizacji świata Berenta”, jako że brak w „Oziminie” postaci głównej, jest tylko mnogość drugoplanowych. „Rzeczywistość „Oziminy” to rzeczywistość Polski zniewolonej, deprawowanej i niszczonej zarówno pod względem materialnym jak i duchowym” – rozpoczyna autorka jeden z rozdziałów. Postrzega jednak problematykę powieści jako znacznie szerszą od tak zakreślonej problematyki narodowej. Bo w ujęciu Iwony E. Rusek, „Ozimina”, to także powieść o duchowym, kulturowym i materialnym kształtem tamtych czasów. Opowiada bowiem także o anatomii salonów towarzyskich i ich wpływie na społeczne wzorce, o ówczesnej naturze erotyki i miłości, relacjach między kobietami i mężczyznami, roli i położeniu obojga płci, o szlakach ówczesnej wyobraźni, fantazji i marzeń, o ówczesnych formach manipulacji, o właściwościach procesów społecznych i relacjach klasowych, o „wielkomiejskiej gorączce” („zamęt” i „wir ludzkich obcowań”) coraz bardziej wyznaczającej kod kultury społecznej, o obsesjach i przeczuleniach epoki, w tym o fanatyzmie (obsesji śmierci), o królowaniu ekstatycznego erotyzmu („mężatki białe i pulchne, syte ucztą i w energie cielesne zasobne, chyliły ochoczo biusty otwarte ku młodzieńcom bladym, niby na wety rozmarzeń”), o obcości jako chorobie nowej epoki, o kondycji młodego pokolenia, o niszczycielskiej sile skrajnego hedonizmu. Odnosząc te fenomeny do polskiej zbiorowości początku XX wieku siłą rzeczy, nadaje im także wymiar uniwersalny, bo przecież elity nawet „prywislanskiego kraju” nie były izolowane od świata, podróżowały i miały filiacje także ze światem zachodnim, podlegały zatem procesom, które i tam się dokonywały. Nie przypadkowo zakończenie swojego studium Iwona E.Rusek, chcąc rozszyfrować wewnętrzną konstrukcję tekstu lub przynajmniej podejmując próbę zbliżenia się do jego tajemnicy, postanowiłam sięgnąć do mityczno-symbolicznych znaczeń, jakie przyporządkowane są czterem porom roku”. Cykl czterech pór roku, nieustający, naprzemienny cykl odradzania się i obumierania życia, jest przecież uniwersalnym prawe egzystencji ludzkiej, cykl wzrastania i obumierania ziarna – tytułowej „oziminy”. To wyliczenie  zagadnień które podjęła autorka, dalekie jest od kompletności i dotyka tylko niektórych  wątków, kwestii, zagadnień, treści i form, emocji i myśli, których bogactwo autorka odnajduje w „Oziminie”, którą podobnie jak wiele lat później „Lalkę” Bolesława Prusa, nazwać można „powieścią z wielkich pytań naszej epoki”. Bogactwo wrażeń intelektualnych, formalnych, estetycznych, jakie można wynieść z lektury „Oziminy”. Znakomite, wnikliwe, erudycyjne i inteligentne studium Iwony E. Rusek może posłużyć jako rezonator multiplikujący i wzbogacający satysfakcje z tej lektury.

Iwona E.Rusek – „Życia lampy niewygasłe. Studium o „Oziminie” Wacława Berenta”, wyd. Uniwersytet Warszawski Wydział Filozofii i Socjologii, Warszawa 2017, str. 380,  978-83-87963-80-4


Ten wielki, wspaniały Bułhakow

 Państwowy Instytut Wydawniczy wydał cztery tomy „Utworów wybranych” wielkiego pisarza (rosyjskiego? radzieckiego?) Michaiła Bułhakowa (1891-1940). To kolejna możliwość zasmakowania w jedynym w swoim rodzaju stylu, kongenialnie oddanym przez grono znakomitych, klasycznych już  translatorów, obrazie radzieckiej Rosji w tym kapitalnym krzywym zwierciadle, pełnym czarującej i arcydowcipnej finezji, jaka wyróżnia styl Bułhakowa, na wskroś rosyjski, nawiązujący do wielkiej tradycji prozy Dostojewskiego,  Gogola i Czechowa, a jednocześnie samoistny, właściwy jedynie jemu. Bułhakow to nie tylko autor legendarnej i kultowej powieści „Mistrz i Małgorzata”. To przede wszystkim cudowny (słowo pretensjonalne i ujutne, ale tę prozę czyta się z takim właśnie rozkosznym uczuciem i smakiem) nowelista. Sięgam do pamięci dawnych lektur, do opublikowanych dziesięciolecia temu w „Literaturze na świecie” „Notatek na mankietach” i czytam pierwszą frazę mini-opowiadania „Co będziemy robili?”: „Beletrysta Jurij Slozkin siedział w wykwintnym fotelu. W ogóle wszystko w pokoju było wykwintne i dlatego Jura wyglądał tu na jakiś niepojęty dysonans”. No właśnie, to cały niezrównany Bułhakow ze swoją subtelną, a zarazem ciepłą ironią. Albo taka fraza: „Od małego nienawidziłem Jamesa Fenimore Coopera,  Sherlocka Holmesa, tygrysów, wystrzałów karabinowych, Napoleona, wojen i różnych wyczynów dzielnych marynarzy. To mnie nie pociąga. Pociąga mnie bakteriologia”. Pyszne! W tomie pierwszym znajdujemy m.in.   miniatury w rodzaju „W kawiarni”, większe opowiadania („Miasto Kijów”, „Jezioro samogonu”, „Cyganeria”), minipowieści („Diaboliada”, „Fatalne jaja”, „Psie serce”), „Zapiski młodego lekarza” i „Morfinę”, ale także mniej udaną, uwspółcześnioną parafrazę „Martwych dusz” Gogola („Przygody Cziczikowa. Poemat w dwóch częściach”). W tomie drugim – m.in. słynną powieść „Biała gwardia”, czy mniej znane dzienniki „Pod butem” i „Listy do władz”, w tym do Gorkiego i Stalina. Tom trzeci „Utworów zebranych” zawiera utwory teatralne, w tym „Życie pana Moliera” i „Powieść teatralną”, a tom czwarty jego opus magnum, czyli powieść „Mistrz i Małgorzata”. Przenajwyborniejsza lektura.

Michaił Bułhakow – „Utwory wybrane. Morfina. Wczesne utwory prozą” (tom 1), przekład Henryk Chłystowski i inni, wybór i posłowie Alicja Wołodźko-Butkiewicz, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2018, str.671, ISBN 978-83-03525-4





Michaił Bułhakow – „Utwory wybrane. Biała Gwardia. Utwory prozą”(tom 2), przekład Henryk Chłystowski, Andrzej Drawicz, Irena Lewandowska, wybór i posłowie Alicja Wołodźko-Butkiewicz, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2018, str. 534, ISBN 978-83-06-03526-1


Ten drugi Marek

Autor wstępu do „Księcia Nocy”, zbioru określonego jako „najlepsze opowiadania” Marka Nowakowskiego (1935-2014), Krzysztof Masłoń, dwukrotnie, na początku i na końcu tekstu wartościuje jego pisarstwo jako „himalaje literatury polskiej drugiej połowy XX wieku i początków wieku XXI”,  a na końcu pisze o Nowakowskim jako o „pisarzu doskonałym”. Rzecz jasna, wartość sztuki, w tym literackiej jest niewymierna, a ocenami rządzi subiektywizm i zasada „de gustibus…”. Co do mnie, nigdy nie uważałem autora „Księcia Nocy” za pisarza aż „doskonałego”, a tym bardziej wielkiego. Zarezerwowałbym dla niego miano pisarza „dobrego”, solidnego rzemieślnika literatury. Nie był to bowiem pisarz ani wielkiego oddechu, ani rozmachu intelektualnego czy formalnego, nie był też wielkim stylistą, a „autentyczność” tematyki i stylu jego prozy była zdecydowanie wykreowana i mniej, niż wielu się wydaje, ma wspólnego z reportażową prawdą i socjologicznym autentyzmem. Co nie zmienia faktu, że jego liczne opowiadania życia szemranej, łobuzerskiej Warszawy, wyrastające z jego fascynacji światem meneli, pijaczków, włóczęgów, złodziei, oszustów, kombinatorów, ludzi wykolejonych społecznie (m.in. „Benek Kwiaciarz”, „Książę Nocy”, „Umierający paser” i inne) mają swoje miejsce w polskiej literaturze ostatniego sześćdziesięciolecia i swoją wartość, nade wszystko, kulturową, jako świadectwo, jako zapis obrazu pewnej epoki i jej charakteru kulturowego. Swego czasu czytałem opowiadania Nowakowskiego ze sporym zainteresowaniem, ale nie jest to literatura, do której pragnę wracać, rozkoszować się nią, proza do której tęsknię. Ba, ponowna lektura wzbudza we mnie nastrój pewnej monotonii, monokultury, jednostronności, a nawet znudzenia. Nie pomaga też w jej aktualnej percepcji fakt, że świat, który Nowakowski opisywał właściwie już nie istnieje, a nie tylko nie zdążył się jeszcze zmitologizować, ale prawdopodobnie tej mitologizacji nie dostąpi. Przyznam, że prozę drugiego Marka – Hłasko, powiązaną z prozą Nowakowskiego pokrewieństwem tematycznym (ten sam szemrany świat plebejskiej Warszawy lat pięćdziesiątych) czytam (mimo podobnego procesu dezaktualizacji tematycznej) ze znacznie większą przyjemnością, bo autor „Sonaty marymonckiej” był lepszym pisarzem, bardziej finezyjnym stylistą, co nadaje jego prozie silniejszy rys uniwersalizacyjny. Nie zmienia to faktu, że czytelnik, zwłaszcza ten, który lubi prozę o mocnych, realistycznych konturach, a przede wszystkim ten, który dotąd nie zetknął się z pisarstwem Marka Nowakowskiego, powinien obowiązkowo sięgnąć po ten opasły tom, składający się z 40 opowiadań.

Marek Nowakowski – „Książę nocy. Najlepsze opowiadania”, wyd. „Iskry”, Warszawa 2018, str. 1116, ISBN 978-83-244-0510-7


Wałbrzych, tajemnicze miasto

To bogato ilustrowana opowieść o fascynującym, dziwnym mieście polskim-niepolskim, o Wałbrzychu (niemiecki Waldenburg). Polskim – bo należy do Polski od ponad siedemdziesięciu lat. A  jednak nie polskim, tak jak na wskroś polskim miastem jest choćby Kalisz czy Warszawa, bo Wałbrzych był przez stulecia dolnośląskim miastem władanym przez dynastie niemieckie i  tym sensie do 1000-letniej historii Polski (wyłączając okres po 1945 roku) nie przynależy. „Sekrety Wałbrzycha” nie są linearną opowieścią rozpoczynającą się od pradziejów miasta, lecz serią frapujących, bogato ilustrowanych gawęd (edycja w swojej formie zewnętrznej, łącznie z okładką, nawiązuje do graficznego stylu edytorstwa przedwojennego). Otwiera zbiór opowieść o sławnej wałbrzyskiej palmiarni (mniej znanej niż palmiarnia poznańska), której powstanie było owocem pewnej miłości w wysokich, arystokratycznych sferach. Możemy też poznać dzieje markowego wałbrzyskiego przemysłu spirytusowego oraz cieszącej się światową renomą „wałbrzyskiej porcelany”, losy „wałbrzyskiego Cyganiewicza”, siłacza-atlety Rajmunda Niwińskiego, dokonania wałbrzyskiego sportu, w tym losy o najbardziej znanego wałbrzyskiego piłkarza Włodzimierza Ciołka. Wałbrzych to także miasto górnicze, więc historiom kopalnianym oraz innym podziemnym historiom wałbrzyskim poświęcona jest spora część zbioru. Bo Wałbrzych to miasto podziemnych tuneli, korytarzy, labiryntów (n.p. hitlerowski kompleks Riese czy dotąd nieodkryty „złoty pociąg”, najbardziej sensacyjna zagadka miasta), które już to pobudzały mroczną wyobraźnię, już to prowokowały do realnych poszukiwań tego, co w podziemnych trzewiach Wałbrzycha może się znajdować.  Są też opowieści z czasów wojennego, hitlerowskiego Waldenburga, w tym o waldenburskich hitlerowcach i o pompatycznym mauzoleum-świątyni nazistów, której nędzne pozostałości (doszczętnie zniszczono ją po wejściu Armii Czerwonej), niczym ruiny Akropolu, można do dziś oglądać. Do tego dochodzą ponure kryminalne zagadki miasta, w tym historia „bestii”, seryjnego mordercy, a także na poły groteskowa historia działalności Czesława-Śliwy vel Silbersteina, „największego oszusta PRL” (zekranizowana jako film „Konsul” przez Mirosława Borka (1989), z Piotrem Fronczewskim w roli tytułowej). I oczywiście opowieść o najsławniejszym zabytku Wałbrzycha, okazałym Zamku Książ, z którym związana jest m.in. historia legendarnej Bursztynowej Komnaty i w którego scenerii, głównie we wnętrzach, kręcono szereg filmów historycznych, w tym reżyser Jerzy Antczak „Hrabinę Cosel”.

Na koniec przyznam, że nigdy nie byłem w Wałbrzychu, ale lektura „Sekretów” skłoniła mnie ostatecznie do podjęcia decyzji o dość dalekiej (jak na krajowe warunki) podróży do tego miasta. Kto wie, może zbiegnie się to z premierą kręconego obecnie filmu według głośnej przed kilku laty powieści Joanny Bator, „Ciemno, prawie noc” (2012), jedynego dotąd utworu literackiego, dla którego inspiracją był mroczny, tajemniczy i fascynujący genius loci tego niezwykłego miasta.

Artur Szałkowski – „Sekrety Wałbrzycha”, Księży Młyn Dom Wydawniczy, Łódź 2017, str. 167, ISBN 978-83-7729-398-0

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko