Janusz B. Roszkowski – Listy z Iwonicza

0
250

Pani Helena Jakubczyk z Iwonicza-Zdroju w dniu swoich setnych urodzin powiększyła grono aniołków, czyli  dlaczego nie należy przejmować się swoją rolą i dopuszczać do siebie włodarzy miasta i gminy Iwonicz-Zdrój (18.01.2019)

Inny iwoniczanin, pan Edward Helon, który 18 grudnia 2018 ukończył 107 lat, za każdym razem, gdy z okazji ukończenia kolejnego roku życia przychodzą do niego z tutejszego urzędu miasta i gminy z tortem okolicznościowym i szampanem, pyta zdezorientowany córkę Janinę:

–  Po co oni tu przyleźli, co to za heca?”

A pani Janina krzyczy mu do ucha:

– Dzisiaj skończyłeś 105, 106, 107 lat!!!

– No i co z tego? – odpowiada pan Edward.

Niestety, opisywana przeze mnie stulatka, pani Helena Jakubczyk (może jakaś daleka krewna śp. Stanisława Jakubczyka, malarza urodzonego w Lubatowej, który jako stutrzylatek zmarł niedawno w Krakowie?), tak bardzo się przejęła w jednym ze styczniowych dni swoją rolą, że po obściskaniu przez burmistrza i sekretarza miasta i gminy oraz po spożyciu tego, co Jej ofiarowali, czyli zjedzeniu kawałka okolicznościowego tortu i wypiciu kieliszka szampana, padła przy stole bez życia.

Jej najbliższa rodzina była tym faktem szczególnie poruszona, bo tyle lat zajmowali się babcią Heleną, a to, co ZUS im wypłaci (może to ZUS był fundatorem tortu i szampana?????), pokryje zaledwie koszty pogrzebowe. Zaś rodzina pana Edwarda Helona, który nie przejmuje się swoją rolą, otrzymała dzisiaj 85. dodatek w wysokości 3040 zł netto, czyli w sumie jest to już 255 360 zł (nie licząc emerytury) od dnia 18 grudnia 2011 roku, gdy pan Edward ukończył sto lat!

Dlatego postanawiam: w dniu 14 listopada 2040, gdy ukończę sto lat, znajdę się w pociągu kolei transsyberyjskiej (w trzeciej klasie, na górnej półce) zmierzającym do Mandżurii. 14 listopada 2041 będę próbował zdobyć na sankach zniesionych ze strychu “Sanvitu” Biegun Północny. 14 listopada 2042 opuszczę się na linie na dno krateru czynnego wulkanu Pacaya, żeby rozgrzać nogi. 14 listopada 2043…  etc., etc. Żadnych tortów okolicznościowych, szampanów ani fałszywych obściskiwań („Przeklęty dziadu, kiedy wreszcie zdechniesz?”) ze strony włodarzy miasta i gminy Iwonicz-Zdrój, tak mi dopomóż Bóg i wszyscy święci!

         Ku Lasowi Grabińskiemu, czyli polowanie na dziki… (19.01.2019)

Wyszedłem po obiedzie w tak cudnym słońcu, że skierowałem się oczywiście ku Lasowi Grabińskiemu, żeby jak najdłużej przebywać na otwartej przestrzeni. Szedłem od strony sanatorium „Wisła” sam, nikt na pewno nie szedł przede mną. Wczoraj też szły w tamtym kierunku zaledwie trzy osoby, więc w grząskim śniegu nie wydeptały ścieżki, a ponieważ w nocy był silny mróz – te porobione przez nich ślady zamarzły i idąc po nich można było skręcić kostkę. Z boku były ślady nart na dość zmrożonym śniegu (rozbłyskiwał w słońcu miriadami skrzeń), ale nie na tyle, żeby nogi nie zapadały się z chrzęstem. Szedłem więc uważnie, niezbyt szybko. Po przejściu przez potok i wyjściu na pagórek, usłyszałem strzał, za nim następne. Szybko wysunąłem się za krzewów i zobaczyłem 5 dzików, które pędziły  od strony starego wyciągu narciarskiego i usiłowały przemknąć się do zbawczych zarośli pod zboczem Góry Winiarskiej, biegły bowiem po łące, a strzelano do nich z kilku stron. W pewnym momencie ostatni z dzików skręcił gwałtownie na wprost mnie w stronę krzaków i drzew. Myślałem, że został trafiony, ale nagle przebiegł z chrzęstem zarywanego śniegu sześć metrów ode mnie i zaszył się w zaroślach przy potoku. Spojrzałem ku biegnącym u góry dzikom, wyciągniętym jak struna. Czytałem o tym, że uciekające zwierzęta potrafią ścieśnić się i wydłużyć niesamowicie, żeby utrudnić myśliwym trafienie. Ze dwa z nich zrobiły takie ruchy, jakby kule ślizgały się po ich twardej sierści, po czym gnały dalej. Po chwili zniknęły w gąszczu. I wówczas zaczęli się wyłaniać z lasu myśliwi ze strzelbami. Było ich sześciu. Patrzyli tam, gdzie dziki zniknęły. Nieco z boku, wyżej od strony ścieżki, którą od drogowskazu można schodzić ku krzyżowi na Cyrynajce, szedł chyba ich szef, bo krzyczał do nich: „Uciekły kurwy! Jak wyśta celowali, kurwa, pizdą wam oczy zarosły, czy co?”. Wtedy mnie zobaczył i krzyknął: „Na dole stoi kuracjusz i śmieje się z was, kurwa!”…

Gdyby na moich oczach zabili jakiegoś dzika, nie poszedłbym dalej, bo ten spacer w słońcu przestałby mi smakować. Wierzyłem, że dzikom udało się uciec dzięki temu, że pod lasem śnieg był zapewne bardziej zmrożony i nie zapadały się w nim… Ja też bliżej Ispaku przestałem się zapadać, więc do Lasu Grabińskiego dotarłem błyskawicznie (te uciekające dziki mogły się w nim już ukryć, niestety nie na długo, bo na śniegu ich ślady są przecież widoczne, a myśliwi mają samochody terenowe i skutery śnieżne)…

Odnaleziony grób partyzanta radzieckiego i krwawe ślady po, niestety, dwóch zabitych wczoraj dzikach… (20.01.2019)

Poszedłem specjalnie tam, gdzie wczoraj dziki wpadły w zbawczy gąszcz, żeby pójść dalej po ich śladach i sprawdzić, co stało się z tym ostatnim dzikiem, który wykonał dwa dziwne podrygi zanim pobiegł dalej. Nadjechał na nartach znajomy lekarz:

– Sukinsyny zabili dzika, wykrwawił się przy tym dziwnym grobie na skraju Góry Winiarskiej. Wlekli go za nogi do samochodu i nawet nie zatarli śniegiem krwawych śladów, przed wojną było to nie do pomyślenia. Aha, wie pan coś na temat tej mogiły, która pojawiła się tam nieoczekiwanie przed dwudziestu laty. I nikt nic na ten temat nie wie.

–  Ktoś mi mówił, że w tym miejscu zabito partyzanta…

– Gdyby tak było, to nasz historyk lokalny, Janusz Michalak, którego pan słusznie nie cierpi, by to potwierdził. Zmyśla różne historie, ale na temat tej mogiły nic nie wie. Tu w Zdroju różne mroczne rzeczy się zdarzały, jako lekarzowi zdradzają mi miejscowi wiele sekretów, ale albo udają, że o tej mogile nic nie wiedzą, albo rzeczywiście nic nie wiedzą. Ktoś zwiózł tu piasek, worki z cementem, wodę w beczce i wylał porządną płytę. Postawił krzyż, ale nie dał żadnego napisu. Na Zaduszki palą się tu znicze. Ponoć ktoś się tutaj powiesił…

– Nie mam pojęcia, kto został tutaj pochowany. Gdyby się ktoś tam powiesił, to grób by raczej zrobiono na cmentarzu, a to jest porządna mogiła. Aha, od kilku lat szukam grobu radzieckiego partyzanta, którego pochowano gdzieś nad drogą do Lubatówki. Dziesięć lat temu zaprowadził mnie tam Wojtek Szczepanik, była to betonowa płyta z napisem na blasze miedzianej, stały tam znicze. Od tej pory nie mogę tam trafić, są wskazówki na drzewach, na ostatnim jest strzałka w prawo. Szukałem wielokrotnie, bo kuracjusze ciągle mnie o tę mogiłę pytają – i nie mogę odnaleźć.

Pan doktor zaśmiał się:

– Mnie też kiedyś ją pokazano, a potem szukałem wielokrotnie i dopiero teraz wiem, gdzie ona dokładnie jest. Teraz zresztą oznaczono precyzyjnie  dojście do niej, na drzewie z ostatnią strzałką, dość mylącą, bo skierowaną na prawo, pojawił się napis „w lewo”, choć tak naprawdę to trzeba iść nie drogą skręcającą w lewo w dół, lecz pójść na wprost, na szczyt pagórka, tam na kilku drzewach są takie jasne stemple z krzyżem…

Pożegnaliśmy się. Powiedział na odchodnym:

– Zjadę na dół, bo robi mi się niedobrze od widoku tej krwi na śniegu. Ci mordercy ze strzelbami dostają po 650 zł od ubitego dzika i rozporcjowane mięso, więc zrobią wszystko, żeby wszystkie w okolicy wybić, choć dzików od wielu lat nikt tutaj nie widział…

Poszedłem dalej i rzeczywiście zobaczyłem przy tej dziwnej, przyleśnej mogile miejsce, gdzie dzik się wykrwawił. Próbował sforsować zwalone drzewo i duży stos ściętych gałęzi, zbryzgując je posoką, nie dał rady, zsunął się w śnieg Stamtąd ciągnęli jego ciało do samochodu terenowego, żłobiąc w śniegu głęboką rynnę. Zapewne trzymali dzika za przednie lub tylne kopyta. Poszedłem dalej, skręcając w lewo po południowym stoku Winiarskiej i zobaczyłem parę kuracjuszy nadchodzących z tamtej strony. Podbiegli do mnie, bo w swoim stroju przypominam leśnika:

– Proszę pana, szukaliśmy grobu partyzanta radzieckiego, ale nie znaleźliśmy. Tam dalej jest pełno krwawych śladów, chyba sarna została postrzelona…

– To nie sarna. Chodźcie, zaprowadzę was do grobu tego partyzanta. 

Po drodze ujrzałem krwawe ślady pozostawione przez rannego dzika. I miejsce, po pięćdziesięciu metrach, gdzie padł. Stamtąd myśliwi wlekli jego ciało w kierunku drogi koło przepompowni gazu. Do tego miejsca, gdzie w listopadzie spotkałem Bogdana-myśliwego, wyłażącego z kolegą z terenowego samochodu z workiem suchego chleba dla saren. Jego kuzyn, Wojtek Szczepanik, skrzywił się, gdy mu o tym opowiedziałem: „Dokarmiają je starym chlebem wyrzucanym z sanatoriów po to, by później przyjść w to samo miejsce i je zabić”. Dokładnie tam, gdzie na jesieni, stała wczoraj terenówka, do której władowano zabitego dzika. Bogdan-myśliwy rok temu mnie pytał, czy nie widziałem gdzieś po drodze dzików, bo od dwóch tygodni nie mogą ich namierzyć……….

Co roku na wiosnę chodzę tamtędy po czosnek niedźwiedzi, ale nigdy nie udało mi się natrafić na grób zabitego we wrześniu 1944 partyzanta radzieckiego (ci partyzanci, zrzucaniu na ten teren w celach szpiegowskich, współpracowali z miejscową partyzantką AK, dzięki czemu na przykład ich kucharz mógł po nadejściu Rosjan – w bitwie o Przełęcz Dukielską zginęło prawie 100 000 żołnierzy – zadenuncjować kilku swoich byłych kolegów poszukiwanych przez NKWD). Kiedy duże oddziały Niemców, przed wycofaniem się ze Zdroju w kierunku właśnie Przełęczy Dukielskiej, przeczesywały lasy wokół Uzdrowiska w poszukiwaniu partyzantów, Rosjanie jako pierwsi porzucali broń i czmychali przed siebie w las – nie można wykluczyć, że ten żołnierz radziecki, który zginął „za naszą i waszą wolność”, właśnie w ten sposób oddał swoje młode życie nie za Polskę, lecz za rodinu, za Stalina! A miejscowe władze w tym miejscu go uhonorowały, każąc wylać porządną betonową płytę i wygrawerować stosowny napis na miedzianej blasze, który idący ze mną kuracjusz-Ślązak odsłonił, ścierając ręką śnieg. Biały, niepokrwawiony…

  Janusz B. Roszkowski od prawie 12 lat mieszka  na stałe w Iwoniczu-Zdroju, w Beskidzie Niskim. W celu wydania pierwszej w historii tego Uzdrowiska książki  Jak być kuracjuszem w Iwoniczu-Zdroju utworzył przed siedmiu laty własne, jednoosobowe wydawnictwo „Mons Admirabilis” (http://www.monsadmirabilis.beskidy.pl/) , w którym wydał już 27 książek, właściwie autorskich, bo oprócz redagowania robi składy, łamania, korektę, ilustruje je. Ostatnią z nich jest Ach, Syberia, Syberia…, z niedawnej podróży (w maju 2018), którą odbył wraz z Autorką książki w warunkach spartańskich (w trzeciej klasie Kolei Transsyberyjskiej, przedpotopowymi busami-marszrutkami made in USSR, itp.). Od lat prowadzi spotkania z kuracjuszami (sam byłem tego świadkiem, gdy przed kilku lat przebywałem z żoną na kuracji), propaguje zdrowy styl życia (minimum jedzenia, jak najmniej przetworzonego, i jak najwięcej ruchu na świeżym powietrzu, oprócz ćwiczeń oddechowych, medytacji; sam codziennie ma w nogach około 20 km trudnych tras podgórskich, trzy razy tygodniowo chodzi na basen, lekarzy od 10 lat nie zna, w aptece nie bywa. Od dziesięciu lat bloguje, obecnie coraz rzadziej (http://jbr.blox.pl/html), bo, jak twierdzi, nie ma na to czasu, natomiast do swoich przyjaciół wysyła często na ich poczty e-mailowe obrazki ze swoich wędrówek, spotkań z kuracjuszami etc. Jego córka, Joanna Jagiełło, znana pisarka, autorka  przede wszystkim książek dla młodzieży (Jak ziarnka piasku zostały książką roku 2018 IBBY), namawia go od dawna do wydania drukiem tych felietoników, ja z kolei poprosiłem o go o zgodę na umieszczenie choćby trzech ostatnich na naszym portalu pisarze.pl, bo uważam, że są świetnie opisanymi historiami „z życia”.

                                                                                                       Janusz Termer

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko