Jan Tulik – Tajemnica snu, tajemnica wyobraźni

0
198

Tytuł tomu „Inny” jest sugestywny, jednocześnie tkwi w nim subtelna przekora. To klarowny zestaw utworów w czterech odsłonach – rozdziałach, o świeżych sformułowaniach, obrazach. U Aleksandry J. Starosteckiej pojawiają się takie rozwiązania, zaciekawiają, wnoszą nowąjakość. Już w poprzednich tomach to istniało, na przykład w zbiorze zatytułowanym „drzwi” (2016). Tu podobnie, jak np. w wierszu „ona” – bo ona to enigmatyczna kobieta, lecz w istocie mowa tu o  śmierci.

Aleksandra J. Starostecka jest poetką osobną, a i oryginalną w sposobie ujmowania swojego świata w formę wiersza. Stawia pytania, wcale nie retoryczne, jest świadoma, że sztuka nie może posługiwać się dydaktycznymi sugestiami.

W poprzednich zbiorach poetki było wiele łagodności, ale i cierpienia. Jeśli pojawiała się przeciwwaga, były to zazwyczaj błyski nieokreślonej w czasie i przestrzeni nadziei. W „Innym” autorka zasiała sporą garść optymizmu zawartego w refleksyjności, wyciszeniu, co nie oznacza radosnych uniesień. 

Wśród poddawanych analizie treści wyróżnia się autotematyzm w wierszu „a miałam być poetką”, w którym, by dać czytelnikowi wyobrażenie o jego sensach, trzeba zaznaczyć szczególny wątek. Otóż bohaterka wiersza, można uznać że alter ego autorki, idzie szaroburą ulicą, wiersz w głowie układa, ufając, że po powrocie do domu zapisze zjawione podczas spaceru frazy. Aż naraz zaczepia ją sąsiadka i – słowa się rozsypują / w dziurawy wpadają chodnik. Jako żywo przypominają się słowa Leopolda Staffa z jego „Ars poetica”, w którym  poeta napomina tych zwlekających z zapisem pierwszego wrażenia, radzi: „Schwyć mnie, nim przepadnę, / Nim zblednę, /Stanę się błękitne, / Srebrzyste, przezroczyste, żadne!” U Starosteckiej myśl podobna, lecz nie na Staffowych koturnach. W jej wierszu tkwi mądre przesłanie, ale wraz z nim występują autoironia i subtelny dowcip.

Do cyklu wierszy refleksyjno-filozoficznych należy bez wątpienia utwór „nic więcej”. Autorka jakby się zwierzała:

jest wiersz którego nie ma
bo napisać się nie da
i myśli
które mkną za wiatrem
przez kolczasty płot
na drugą stronę lustra
niczym przedziwne urojenia

nie patrz tak

wymyśl sposób na butność świata
za późno na wszystko inne

nie patrz tak w lustro

Otóż to! Są rzeczy, myśli i zjawiska, których nie da się opisać. Jednak są, istnieją. Podobnie jak w anegdocie o pani, która pytała czarodzieja elektryczności Thomasa Edisona czy elektryka to prawda. Wynalazca odrzekł: nie widać elektryczności, ale ona jest, proszę z niej korzystać. Owa banalna anegdota przypomina nam, że są niedające się wyjaśnić zjawiska i należy to uszanować. W wierszu Aleksandry J. Starosteckiej zaistniało słuszne potwierdzenie tego niewidzialnego stanu rzeczy, ponadto poetka jakby zaproponowała pewne antidotum na owe rzeczy niewidzialne – ową wiarę w wymyślenie sposobu na butność świata, mimo że już jakby na to za późno. To kapitalny monolog – mimo dialogowego posmaku – wszak podmiot liryczny napomina – siebie przecież – mówiąc: nie patrz tak w lustro.

Nadzieja jawi się w apoteozie czasu, gdyż każdy czas jest dobry. I ważne, by nie przeoczyć miłości. Bo ona jest szczególnym zjawiskiem, przybywa niepostrzeżenie: skądkolwiek przyjdzie / z górskiej doliny / lasu ogrodu. Trzeba pilnie czuwać, by jej nie przeoczyć, by nie pozostać w cieniu samotności. Bo wtedy

zegar milczy
jakby śmierć umarła

To szczególny oksymoron, rewers życia wobec awersu kreującego życiowy absurd.
Filozoficzna zaduma – nie pierwszy raz – pojawiła się w wierszu „ukryty głaz”:

zamienić się w obrośnięty głaz
ukryty pod starym drzewem

niewidzialność potrzebna
bo nie wiem
może umarłam już dawno

Scena oniryczna, konstatacja zjawiająca się niby w malignie. Jednak to czysty błysk refleksji, który obrazuje naszą rzeczywistość – i niczym Leśmianową – nierzeczywistość. Na miły Bóg! czyż mamy pewność, że pozornie nasz czas hic et nunc już nie minął dawno? Może jesteśmy jego echem? Może jesteśmy platońskim cieniem na skale – zdaje się dyskretnie pytać autorka. A może to scena z nieuświadomionych do końca wyobrażeń czy marzeń? Jak w wierszu „niemożliwie dobre”: wokół mojego snu / miłość krąży cierpliwa / niezgłębiona // czy rozumiem / dobro niemożliwie dobre // czy uwierzę. Niczym w cytowanym powyżej wierszu, gdzie podmiot liryczny pyta: może umarłam już dawno. Tak, tu również, na zasadzie pozornie pełnych sprzeczności zestawień, postawione zostaje tajemnicze – zapewne przynajmniej tajemnicze – pytanie: czy zrozumiem / dobro niemożliwie dobre.

Przyroda otaczająca człowieka jest u Starosteckiej żarliwą wiarą w istnienie piękna, jest czytelnym darem obecności Stwórcy, a jego dzieła w postaci gór choćby – są osobliwą świątynią. Poetka, jak i we wcześniejszych tomach, celebruje geniusz natury. Są tu strzeliste Tatry, inne pejzaże, lecz wiele miejsca poświęca Bieszczadom, ludziom z nimi związanych. Wiersz „bieszczadzki wiatr” ukazuje podwójne żywioły – piękne i groźne westchnienie powietrza i moc wspaniałych ale i niekiedy groźnych gór. Górski wiatr przemawia: to nie czas / powiada / zdziwionym świerszczom / to nie nasz czas.

W wierszu „bez pytań” autorka zwraca się do nieżyjącego już bieszczadzkiego barda „Chmiela” (z dedykacją przy wierszu: „Pamięci Przemka Chmielewskiego Chmiela”): odpoczywasz szczęśliwy / na niebieskich połoninach. Możemy jednak przypuszczać, że Bóg jedynie wie, na ile szczęśliwy był na tym padole, choć pałał radością życia i życzliwością wobec bliźnich. Przebywa gdzieś za linią chmur – jak pisze poetka w wierszu „linia chmur”, cóż możemy wiedzieć, jak tamta strona wygląda? Nota bene „Chmiel” i Mirosław Welz tworzyli zgrany duet, Welz pisał dla niego świetne, poetyckie teksty, Przemek Chmielewski je śpiewał z pasją, nawet w ostatnich chwilach życia przepełnionych cierpieniem. Zapewne taki jest „duch gór” (tytuł wiersza), który woła sercem / tajemnicą snu / tajemnicą wyobraźni. Czy dlatego powstała piękna miniatura „modlitwa”?: kropla za kroplą  sączy się mglisty krajobraz snu // płacze deszcz / trzeba wiary / by uwierzyć w prawdę.

I oto kolejny szczególny, synkretyczny zapis potrzeby wiary – by uwierzyć w prawdę. Zatem prawda domaga się wiary. To już mistyczne wyzwanie. Wszak prawda staje się nieosiągalna, jeśli jest omotana zwątpieniami. W skrajnym przypadku staje się niewiarą. Jest zwątpieniem zupełnym. Wtedy dzieją się rzeczy złe, po czym słychać słowa Hioba: „Czego najbardziej się bałem, nastąpiło”. Lecz dość jeremiadom. Oto wśród bieszczadzkich obrazów sentymentalnym płomykiem błyska wiersz „w Łopience”. Miejscowość ta ma piękną, ale i tragiczną powojenną historię. Zapewne stąd refleksja autorki o Łopience, wspomnienie bieszczadzkich wędrówek. Bo gdy tchu zabraknie / usiądziemy w cerkwi / pośród świętych / myśli i serca ogrzejemy – mówi bohaterka liryczna tego wiersza.

Refleksja filozoficzna, ale przecież egzystencjalna zarazem, pojawiła się w miniaturze „ciekawość”:

w cudzych oknach
cudze wiszą smutki
gniewne żale oplatają balkony
przepychają się rodzinne spory

podglądają siebie

Godna podziwu umiejętność ukazywania mentalności życia w blokowisku; a najpierw – talent w postrzeganiu świata, piękna jego natury, jakby dla przeciwwagi – chyba czasem brzydoty codzienności. To raczej brzydota niezawiniona, poetka nikogo nie oskarża, raczej sugeruje czytelnikowi współczucie wobec ludzkiego cierpienia w takiej cząstce świata.
Niejeden wiersz jest w tym tomie godny obszerniejszej analizy. Każdy utwór ma swoją temperaturę, smak. Mnóstwo tu odcieni, zamkniętych we właściwym „kwartecie” czterech bloków, niby w rozdziałach: „Kolory”, „Oddechy”, „Zmarszczki” i „Zapiski z kalendarza”. „Zapiski…” tworzą cykl refleksyjnych not, zwykle ujętych aforystycznie, spisanych en bloc bez tytułów. Można to określić szkatułą refleksji, jak choćby taką: słowa nic nie są warte / gdy ich nie wypowiesz.

Lecz cykl ten, jakby na przekór lekkiej konwencji,  kończą dwa świetne wiersze („Lęk i dotyk” oraz „Nadzieja”), które by można rozpisać, pomijając wersy, na poetycką prozę. Notabene to jedyne w tym zbiorze poetyckim tytuły pisane z dużej litery. Na swój sposób mitologiczna „Nadzieja”, jest i baśnią, i imitacją apokryfu:

Zmęczony Bóg przysiadł na stromej turni Giewontu tak,
jakby musiał być blisko nieba.
Z troską obserwował świat ludzi. Zawstydzony niemocą
wobec zła, zapłakał.
Łzy oczyściły doliny i rozkwitły białymi kwiatami. W rozpalonym
słońcu, kamienistym potokiem popłynęła nadzieja i miłość.

Płacz Panie. Płacz.

Tak u Aleksandry J. Starosteckiej „brzmi” świat. Brzmi, gdyż jej poezja ma w sobie także miarę rytmu, muzyki, zwłaszcza dźwięków natury. Precyzyjnie budowane liryczne zdania służą harmonii w tych wierszach. Godnych muzyki, czytania, oglądania obrazów wewnętrznym okiem.

Jan Tulik

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko