ANTOLOGIA POETÓW POLSKICH 2017: Andrzej Ziobrowski, Stefan Żarów, Waldemar Żyszkiewicz

0
217


Andrzej Ziobrowski


cierpienia Vincenta

pijany słońcem Vincent
odkrywa nowy odcień żółci
z oczami pełnymi łez
dziękuje Bogu
za ten delikatny i ciepły ptasi kolor
który do niedawna był tylko marzeniem
teraz otrzymał go w darze
z głębią rzuconą przez intensywne światło
kwitnącej Prowansji

jego słoneczniki teraz płoną
i są dowodem iż warto było mierzyć się z udręką i szaleństwem
które zesłał mu los

ten słoneczny dzień
zapisze się w annałach malarstwa
trwale i na zawsze
ale o tym Vincent jeszcze nie wie
gdy idzie wiejską polną drogą
ze sztalugą pełną słońca
i oceanem falujących maków


brzoza

gdybym jak orzeł szybował
wysoko coraz wyżej
byłabyś mi promieniem w chmur przestworzach
tak w świecie samotna stoisz
jak posąg

choćbyś mi brzozą była
cierpiałbym jak ty
piłbym sok z twoich żył
szeptałbym tyś biała moja żona

bielą obmywasz mój krzyk zachwytu
choćbym żył długo w cerkwi jak mnich
to byłabyś w porywie serca błogosławiona
jak żadna dotąd

jak wiatr wyniósłbym cię wysoko
ponad świt do słońca łona
tu gdzie noc strudzona kona w nas

rano nosiłbym cię w ramionach świętą boską
pieściłbym z sił całych na przekór świętości
jak nikt nigdy tego nie robił

bo muzą jesteś mi w słońca łożu
w dzień pochmurny dziecko radosne mi urodzisz
w jednym z siedmiu dni
zrodzone ze świętości

na krótką chwilę ze mną jesteś
godzin falą błogosławiona
jak dotąd nie był nikt

brzozo-narzeczono


Noe

na przekór podszeptom
Noe nieubłaganie ściga się z czasem
a zostało mu go niewiele
z czego doskonale zdaje sobie sprawę

z wiedzą godną mędrca
podejmuje to wyzwanie
mierzy się z tym co nieuniknione
z samym sobą

nawet jego trzej synowie
z wytrwałością godną podziwu
pomagają strudzonemu ojcu

zmęczony
w świetle rzuconym przez łojowe pochodnie
ledwie rozpoznaje twarze
ale słuch go nie zawodzi dzięki Bogu
rytm budowy łodzi zadziwia wszystkich
nawet jego zagorzałych wrogów

pasterze z pobliskich gór
z podziwem i zachwytem drżącymi
rękami gładzą żebrowania smołowanej Arki


rabaty i róże
Annie Piliszewskiej    

nie w morskiej pianie
moją rozpacz horyzont ugniata
gdy dzień otwieram słowem czułym
które niesie jaskółki lotem bata trzaśnięciem
wspinają się echem to niosę po świata
placach smutnych w sobie
skrzydłach lichych

może się słowo każde rozlać
od Troi po Aleksandrię nieść
je będą wiatry burze codziennie
usta białe całować ostrzyć na bezimiennej
górze w krainie wiatrów w czułość
zaklęte wargi kochanków

gdzie stoją domy obszerne
bram wiele otwierają świtu podwoje
tam dziedziniec konie kopytami wyklepują
tym co było przeszło teraźniejszością
nigdy się nie stanie gdzie pani
w ogrodzie przycina róże

na czas każdej zawieruchy
piki kiedyś na sztorc stawiano
gdy z Aleksandrii ciągnęły posiłki
ziemię deptaną szalone wiatry rozkołyszą
burze nieść będą od drzwi do drzwi ci sami

choćby sto świec pamięcią płonęło
najsroższe mrozy zsyłało niebo
słowo które z ust pani wybiegło
w ogrodzie świata umrze
a rabaty i róże zostaną


piętna

świecie mój
udręko ekstazo dumnych świątyń wschodu
z bizantyjską nostalgią otrzymaną w darze
wielki piękny jawisz mi się co dzień gdy pijąc
na tarasie cierpkie wino wychwalam twoje
niezliczone winnice ogrody gaje łąki
przeogromne tuż przy czyimś domu dziś
zanurzam się w tobie błogosławię ład
rzeczy wielkich i małych

jeża biegnącego na skróty do stodoły
którą zbudowali przed laty moi dziadowie
brzęczenie pszczół w czarnoleskim sadzie
gdy byłem w gościnie u Jana przejazdem

świecie zrodzony z tętnem egejskiego morza
od zarania dziejów piszesz tragiczne dzieje ziemi
po niej wędruję pielgrzym rozbitek tu w odwiecznym
ładzie budzi się dzień po nim nastaje zmierzch
w tej logice bezsprzecznego sensu jest
miejsce dla mnie każdego z osobna
jeśli nie to co zostaje

powinienem być zwiastunem dobrych wieści
niż ta którą zapisuję teraz późno w nocy
gdy dogasa płomień świecy siedzę
pochylony przy ołtarzu światła
z piętnem człowieczego losu


Stefan Żarów


Inez o zapachu migdałów

Noc
Rozwarty ogród wyobraźni
W domu o kamiennych ścianach
Zamknięta świetlistość
Niepokój cieni
Figury z kartek wytartej kamasutry
Wszechobecny zapach migdałów

W tym utytułowanym miejscu
Pręgierz
Naciągnięta cięciwa historii
Szmer
Wydeptana przeszłość mieszkańców
Przypomina o zaniechaniu poprawności
Prowansalskiej dziewczyny

Pośród wybujałej dzikości
Przestrzeń drażni wzrok
Linie i perspektywy zakrzywiają ostrość spostrzegania


W innym czasie spotkań w kolorze błękitu
Rozmawialiśmy z Inez o sztuce
Igraszce barw
Ostatnim grand prix
Deszczowej akwareli
To miejsce z naszej pamięci
Zawieszone pomiędzy tym domem a źródłem natchnienia


Franz Kafka i ja

Nie mogłem podejść
bo słowo zawisło
pomiędzy furtą a Franzem Kafką
ze Złotej Uliczki
w tamto lato
upalne
snujące się
zgęstniałe nad Hradczanami
Nie mogłem wystąpić
odczytać wiersza
bo lśniące słowo zastygło
w ostatniej mowie
pobrzękując złoceniami
praskich alchemików
To nie jest moja ulica marzeń
za ciasna
schodzona
przyblakła
zaszufladkowana „Procesem”
ale praska
osobliwa
ukryta
tajemniczo zastygła
Ulica przechodnia

na którą wracam


Zapiski z drugiej strony lata

Późne przedwieczorne popołudnie
Rozciągające się niskie promienie słońca odciskają migocąco
Ostatnie drgania światła
W Prowansji lato
Upalne i duszne
Rozgrzane powietrze moduluje krajobraz
Zawieszony pomiędzy winnicami a horyzontem lawendowych pól

Nasze rozmowy uwikłane w odbicie zdarzeń
Przypadkowość losu bez względu na wiek i empirię
Zdmuchnięte płomienie życia kładą się cieniem
Na teraźniejszość
Cykliczność nadciągającej nocy przypomina o sacrum
Zapach oleandrowych kwiatów podwaja eliksir powonienia
Powtarzam odwieczną prawdę o złotym środku
Każde z nas wpatrzone we własne odbicie na białej ścianie
Rozdygotane cienie

Ten zbliżający się wieczór wspomnieniem
Świątecznego z Promenade des Anglais
Wielobarwnych rozbłysków ogni
Muzyki i nadziei
Niepowtarzalnej euforii

Szum fontanny oddala od tego zdarzenia
Powtarzający swe dźwięki
Miarowe uderzenia kropel
Naprowadza na właściwą orbitę
Ostudza rozpalone myśli

Już noc


Inez zamknięta w zmysłowości

Siedzi na starym krześle
Oparta plecami
Z rozwartymi udami
W przydługawej rozciętej sukni
Mroczna
W zaniedbanym pomieszczeniu
Dziurawa podłoga
Starta ludzką stopą
Upływem czasu

Siedzi z zamglonymi oczami
Z jedną łzą
Gorączką rozmyślań
Ślad po śladzie
Wędruje w głąb duszy

Długie nogi
Wypiętrzone wysokimi obcasami
Nieruchome
W oczekiwaniu na nienadejście pójścia

Siedzi zamknięta w zmysłowości
Zaciśniętą żuchwą bezdechu
Napięta
Szuka śladu na klawiszach melodii
Pośród pustej przestrzeni
Porzuconego miejsca snów
Najbardziej sama

Czy ocali siebie


Codzienne spotkania z bluesmanem
Pamięci Tadeusza Nalepy

Odnaleźć siebie
W przededniu nadejścia lata
Przejść ulicą którą nazywam
Codziennym traktem przemyśleń

Przywołać wspomnienia
Miejsc i przeszłości
Znaczeń ukrytych w zasłyszanych słowach
To podróż do nut
Zastygłego bluesmana
Z melodią ulicznego skrzypka
Tego co pozostało z longplaya
„Kamienie”
Urzeczeń życia
Z pyłu zapomnienia

W jakich latach
Sprzyjało nam twórcze powietrze
Rodzące wiersze i melodie
Spisywanie ulotnych śladów
Zdarzeń

Pora przysiąść na pobliskiej ławce
Kiedy w powietrzu piskliwe jerzyki
Dotykają promieni jaskółek

Przysiąść i pomilczeć
O zaplątanych tajemnicach
Codziennego przechodzenia


Melodii która pobrzmiewa tylko w nas


Waldemar Żyszkiewicz


Grunwald i Indianie

Pamiętny cel podróży u początków lata. Kamienica
z czerwonej cegły, ze sklepem na rogu. Chłód spiżarni
o wąskim oknie – gotyk stosowany. Ocieniona ulica
poniemiecki kościół, w którym po latach w ślubnej sukni
przejdzie Anna Jantar. Kiedyś… bo teraz 
modli się tam babcia Karolina.

Na śniadanie – kajzerki cesarza Wilusia, jak poufale
bez szyderstwa, mówił o nim dziadek. Sam poddany i żołnierz
Franciszka Józefa dzielnie przed laty bił się o Górną Adygę:
kampania włoska, południowy Tyrol. Tam stracił zdrowie,
wiarę w cesarzy nadwątlił…

Stanę po latach na brzegu tej rzeki, ale dziś wolę jeszcze
żołnierzy z ołowiu: Indian w barwach wojennych, tropicieli
śladów. Pięknych jeźdźców z małego sklepiku w sąsiedztwie,
tam gdzie u progu lata mocno pachną lipy i ostro dzwoni
tramwaj na zakręcie…
                Pamiętny cel podróży: z Dworca Zachodniego
do dziadków, których ze Lwowa na poznański Łazarz tuż po wojnie
 przeniosła brudna łapa Jałty. I już tam na Górczynie pochowali córkę.
Ciocia Marysia, siostra ojca, po mężu Żyromska wyszła z Auschwitz.
Niestety z rozległą gruźlicą. W czterdziestym siódmym nie przetrwała
ataku prosówki.
                A trzy miesiące później ja się urodziłem.

Wonne lipy i żołnierzyki… Obrazy z dzieciństwa
napłynęły gwałtownie, gdy szło na przedwieczerz. Dziś 
życie dość przewrotnie rozkłada akcenty. Ciężka lipowa
skrzynia. Ornament z ołowiu. Wojska w zasadzie nie ma.
I miasto wciąż inne. Dom jednak trwa.
                Naprzeciw stoi 
kamienica. Dostatnia, z jasnej cegły wzniesiona na gruzach. 
Drzewa wrastają w ziemię, nie dając się wichrom
innych wojen… Znienacka tylko wrzaśnie wrona
jakby chciała wyśpiewać ten motyw z przeszłości,
że śmierć i miłość w finale rzeczy znajdą się
na pewno. Choćby po latach w stolicy
trzeciego zaboru.

Krakowiak napowietrzny
Motyle nad kurhanem

Gęstniał opar. Zmierzch tężał wieńcząc przesilenie. 
Wśród zórz rozbłysła Wenus na czerwcowym niebie.
Dyżur zakończył strażnik przeprawy promowej na Wiśle
gdzieś pod Tyńcem.
                Ponad Kopcem Kraka
w ten legendowy wieczór tańczyły motyle.
Z oddali kruk zakrakał. A może to nie kruk był
lecz Krak – syn Ludoli?

Tym miejscem rządzi wieczny
krakowiak napowietrzny. Hop dziś!

Klasztor na Srebrnej Górze opactwo tynieckie
z kurhanem Kraka od stuleci tworzą ważny trójkąt.
Pomroki słowiańszczyzny – tak jak chciał Stach
z Warty. I cnoty dwóch zgromadzeń osiadłych
nad Wisłą. Życie wiarą – bez której mozół znój mitręga
alienują człowieka miast go doskonalić. Życie nadzieją
– bez której z półmitycznych plemion nie zdołałby się
zrodzić szczep dumnych Polaków.

Panorama Krakowa pełna zamgleń i półtonów. Słońce płytko
pod horyzontem. Klasztor Kamedułów chowa się za telewizyjną
wieżą na Krzemionkach. Robi się ciepło wokół serca dusząco
i słodko. Odwieczne miasto? Wykluczone – to aura Miodyni.


Metafizyka Krupniczej 22

Ruskie pierogi na Krupniczej robiły karierę. Zwłaszcza
kiedy za barem stała pani Muszka. Jej smakowity uśmiech
z kresowym pomrukiem zaraz przywodził na myśl
miąższość obwarzanka. Do pierogów wskazał mi drogę
Tadeusz gdy z uczelni wracaliśmy pieszo przez miasto.
Kuzyn Ireny był od zawsze czuły na snobizmy: mieszkał
w Cichym Kąciku, liceum w Afryce, teraz od lat oswaja
przestrzenie Kanady. Stołówka literatów? Nie wiem
czy wciąż hołubiłby przaśny czar Krupniczej którym
dzielił się ze mną w latach sześćdziesiątych.

W tym mieście rządzi wieczny
krakowiak napowietrzny. Hop dziś! 

Stolik młodych poetów. Literackie harce przywiodły mnie
na Krupniczą o dekadę później. Tak, Miłosz nie dopił wody.
Machejek się wściekał że to zemsta po Sierpniu. Jednak
nie miał racji. Generał okrutniejszy od Hammurabiego
zadał ostry cios zimą w obronie Machejka. 

Suche strąki fasoli – mój plon zeszłoroczny. Szlachetna
szarość. Papuziobarwne kwiaty ze strzelnicy. Pani Ewa
wciąż jeszcze porusza się z gracją, choć tancerką przestała
już być przed pół wiekiem. Jej mą? ??potomek ziemian
znajomek Witolda ??przez trzy dekady prezesem
ż – potomek ziemian
znajomek Witolda – przez trzy dekady prezesem
był tu przy Krupniczej. I zbyt młodo (do młodych
mówiąc) pożegnał się z życiem. 

Kręte schody do nieba ogród Mehoffera rozmowy
z Czyczem z lat osiemdziesiątych to znowu inna
epoka na Piasku. Andrzej w noc krzyczy: Szajowo
i Ty Pani Lolu. Z nagła ciska sprzętami. Wanda karmi
koty – wnet znajdzie jedną z kotek sztywną od trucizny.
Przy trzepaku Bogusław w metafizyk głębie wiedzie
chętnych słuchaczy. Jaś wraca z Groteski. Roman gdzieś
zagranicą, Zbyszek w Ameryce… Pisarze już nie mają
odczytów w fabryce. Nie ten czas, nie to miejsce.

Dotąd rządził tym wieczny
krakowiak napowietrzny. Lecz dziś?

Bronek już dawno temu wodę po Miłoszu przestał
dzielić pomiędzy wybranych kolegów. Prezes Bogusław 
dziś na Półwsiu, gdzie chadzał Broniuszyc – teraz on
przez telefon roztacza narracje. Kąpieli w Kryspinowie
Czycz nie kultywuje. Z Krupniczej do Krzeszowic
na zawsze powrócił.

Róg Dolnych Młynów. W noc upalną słodka woń akacji
odurzała przed laty gdy szedłem do siebie. Upojna i namiętna
rozkosznie zaborcza. Jak burzan co porasta nasyp kolejowy.

Liszaj mocno się wgryza w tynki kamienicy. Mimo starań
podupadł ogród Mehoffera. Skruszały złotej ważki delikatne
skrzydła. Mania w Gorzeniu Górnym – bardzo górnym – w niebie.
Nie ma już Zbyszka Wandy Jana Bolesława. Bez pani Loli
dziwnie pusto na kręconych schodach. W dawnej stołówce
literatów karmią wegetarian. Cicho swych dni dożywa
stara kamienica.
Bogactwa starowieku 
Rozsypane w powietrzu złoto marmury ołtarzy
– Mariacki o poranku ma piękność przeźroczy
na których Zbysław Maciejewski zapisywał kunszta
dawnych mistrzów: ich zachwyt nad Transcendencją
rzadką dziś pokorę. Praktycznie nieobecną.

Minione piękno mrocznych sieni starowiecznych
parków wirydarzy rozjarzonych akrylowym słońcem
utrwalił na swych płótnach. Tam mają szansę przetrwać
dłużej niż ich twórca, niczym sekretne wizje, motywy
z dzieciństwa.

W mieście rządzi odwieczny
krakowiak napowietrzny. Hop dziś!

Ale z pejzażu ktoś wymazał już antykwariaty
wszędzie za to panoszą się piwne przybytki. 
Widomy znak, że czas krakowski dokonał obrotu.

Wartko spłynęły z brudem niegdysiejsze śniegi
duch epoki zdziecinniał i stanął na głowie.
Zmieniły właściciela zgromadzone skarby 
innym już zapisano miejskie realności.

Nowe fiakry z zapałem obwożą klientów. Nie ma
czasu na drzemkę pod Mariacką Wieżą.

2013


Głośna jutrznia

Najpierw znika letni firmament
cicho bezszelestnie. Ostatni czarter
mija Kasjopeję. Na nieboskłonie blednie
umowny gwiazdozbiór.

Ginący mrok wyznacza trasę ucieczki. 
Predator-jeż zapadł w gęstwie nawłoci 
cienie rozpełzły się po kątach.

W bezkres nocy zewsząd wlewa się
nieuchronny przedświt. Opary ponad wilgotnym
trawnikiem. Odwieczny jaśmin atakuje nozdrza
lilie zdają się konkurować z pachnidłem
od Laury Biagiotti.

Z bezczasu wyrywa mnie poszczekiwanie
psów. Narasta ptasi rwetes. Poranne wrzenie
świata hałaśliwa jutrznia. 

Między forsycją a winogradem na północnym
wschodzie – jak Bóg przykazał – różowieją zorze.

Pomarańczowa zieleń hortensji. Rdzawe koleusy.
Taktowanie turkucia wzmaga ptasi rozgwar.
Kogut zapiał z radości. Od nieodległej szosy
słychać samochody.

Dzień któremu patronuje Jan Chrzciciel
budzi się do życia. Zmysłowe ognie Kupały
dawno już pogasły. Magia zaprzeszłych chuci
nie ma mocy sprawczej.

Owszem, w czerwcu najpiękniej w ogrodzie
Ludwiki. Starodawne zaklęcia wprawiają w sentyment:
zwierz w kniei dotkliwa światłość nad archipelagiem, 
lecz mimo ludzkich starań paproć nie rozkwitnie.


Kamyk z Oxelvik
till Görel och Janusz

Okruch granitowej skały
w przełomie błyszczy miką.

Letni dom z obejściem
może raczej mała rezydencja
nad wodą z domkiem dla gości
i sauną na morenowym wzniesieniu. 

Przed laty dla ludzi z wyobraźnią
zaprojektowała to ustronie Karin.

Przez chwilę u jej boku przewinął się
Mischa który później jako architekt
stołecznego miasta potrójnym cedetem
sir Fostera przesłonił od południa
szacowny gmach opery.

Zdarza się że urzekająca prostota
spotka na swej drodze brak powściągliwości
lecz czas potrafi brawurę okiełznać.

Naparstnice i żurawka pośród nieskoszonej
łąki przypominają o pretensjach sąsiadów.
Postawione żagle łodzi trzepocą na wietrze.

Imienia użyczył zatoce jarząb o białych kwiatach. 
Tuż obok krętej ścieżki wśród flory naskalnej
jest szczęsne miejsce gdzie rosną poziomki.

w lipcu / July 2014


Pokusa transcendencji
Krzysztofowi Kuczkowskiemu

Doczesność przytłacza. Wżera się kłopotami nęka
niepamięcią atakuje rosnącym zgorzknieniem.

Telefon dzwoni coraz rzadziej. Często jedynie
jako wezwanie by przyjaciołom oddać ostatnią posługę.

Sztuka też traci na atrakcyjności. Przed laty wernisaże 
wywoływały drżenie duszy i na plecach ciarki.

Rzeźby obrazy happeningi. Szczupłe dziewczyny i tanie
wino nieodmiennie zapowiadały nieziemską zabawę.

Teraz na wernisażu spotykamy jedynie grupę starych ludzi
często o zdumiewającym wyglądzie za to z pretensjami
które aż do bólu są przewidywalne.

Któż by dał wtedy wiarę zapewnieniom że zamknięcie się
w doczesności degraduje mimo że z upływem czasu dzieła
artystów (w przeciwieństwie do swych twórców) stają się
coraz doskonalsze warsztatowo?

Kto by pomyślał że tylko zapowiedź przekroczenia
tu i teraz uskrzydla najpewniej?

Skok w nieznane. Nirwana. Niebyt. Radykalny kres.
Metempsychoza. Gehenna. Świętych obcowanie.

Wolny rynek eschatologii. Cała gama ofert.
I teraz wybieraj – człeku niezakorzeniony.

2015



Andrzej Ziobrowski

Urodzony w 1946 roku w Markowej na Rzeszowszczyźnie. Mieszka w Nowej Hucie. Współzałożyciel grupy literackiej „Ecce Homo” (1977–1981). Publikował w wielu ogólnopolskich czasopismach literackich antologiach i wydawnictwach zbiorowych m.in. Życie Literackie, Fraza, Student, Łobez, Akant, Niedziela, Poezja dzisiaj i w innych. Laureat kilkudziesięciu konkursów krajowych i kilku międzynarodowych m.in. Jana Krzewniaka w Karczewie, Jana Śpiewaka i Anny Kamieńskiej w Świdwinie, Jana Kochanowskiego w Czarnolesie, Władysława Broniewskiego w Płocku, „O Laur Jabłoni” w Grójcu, „O Nagrodę Jesiennej Chryzantemy” w Płocku, „O Wawrzyn Sądecczyzny” w Nowym Sączu, „O Laur Opina” w Ciechanowie, „O Wstęgę Orzyca” w Makowie Mazowieckim, Herb Grodu Miasta Chrzanowa, w Konkursie Poetyckim im. Stanisława Grochowiaka i w innych. Brał udział w audycjach w Polskim Radiu w Krakowie i w Rzeszowie. Uczestniczył w wielu spotkaniach autorskich. Autor książek poetyckich: Tak wiele wioseł (1981), Za kotarą wiatru (2004), Cierpienia Vincenta (2006), Cygańska tancerka (2009), Kruszyna światła (2009).


Stefan Żarów

Poeta, animator kultury, publicysta, eseista i krytyk literacki. Wiceprezes Zarządu Regionalnego Stowarzyszenia Twórców Kultury w Rzeszowie i członek Zarządu Rady Krajowej RSTK w Warszawie, wiceprezes Mieleckiego Towarzystwa Literackiego, do końca 2016 roku wiceprezes Mieleckiej Grupy Literackiej „Słowo”, były członek Klubu Twórców i Sympatyków Kultury „Sęk” i współtwórca Klubu Młodych Pisarzy w Mielcu. W następnych latach działał w Klubie Środowisk Twórczych, gdzie był członkiem Zarządu. Uprawia poezje, debiutował w 1984 roku wierszem pt. „Nokturn”. Autor tomików poetyckich: Spotkania w rejsie, Na krawędziach rozciągłości, na Styku cieni, Itaka Odyseusza, na Skraju podróży. Wiersze i recenzje jego od lat 80. ubiegłego wieku drukowane są w almanachach, albumach, rocznikach np. Artefakty, Kamerton, Barbizon Wiśniowski, Zapiski Mieleckie, jak również w ogólnopolskiej, polonijnej czy regionalnej prasie społeczno-literackiej: Biały Orzeł, Akant, Własnym Głosem, Semper Fidelis, Poezja dzisiaj, Podkarpacka Historia, Crosscena, Nadwisłocze, Nasz dom Rzeszów, Kultura i Pieśń, Głos Tyczyna, Głos Niebylca i inne, wydawnictwach elektronicznych na portalach poetyckich. W ostatnich latach swoją twórczość promował na spotkaniach literackich: Z cyklu: Wieczór Słowa i Muzyki pt. Nasza Obecność w WDK w Rzeszowie, Przemyskich Spotkaniach Poetów, Poetycki Zaścianek w Rzeszowie, Centrum Dziedzictwa Kulturowego i Informacji Turystycznej w Tyczynie, WiMBP w Rzeszowie, MBP w Mielcu i Stalowej Woli, ODK Karton w Rzeszowie, VII Festiwalu Poezji Słowiańskiej – przystanek Mielec, Światowych Dniach Poezji w Rzeszowie, Podkarpackiej Izby Poetów, bierze także w jej ramach czynny udział w Złotojesiennych Zbiórkach Poetyckich i Plenerach Literackich np. w Krzeszowie Górnym, Niwiskach, w Husowie i innych. Wiele jego wierszy zostało przetłumaczonych na języki niemiecki i rosyjski, gdzie od lat 80. w ramach współpracy kulturalnej prezentował swoje utwory. Jego szerszy biogram znajduje się w Leksykonie Who is Who w Polsce, Encyklopedii Miasta Mielca, Katalogu twórców i animatorów kultury ziemi mieleckiej Pędzlem piórem i pasją. Sylwetki Rzeszowian, Gmina Gawłuszowice – kartki z historii. Uhonorowany za działalność w dziedzinie kultury odznaczeniami: Za zasługi dla Związku Żołnierzy Wojska Polskiego, 50-lecia TMZM, przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego Zasłużony dla Kultury Polskiej oraz przez Prezydenta RP, Srebrnym Krzyżem Zasługi.


Waldemar Żyszkiewicz

Urodzony w 1947 r. poeta, autor scenariuszy teatralnych. Debiutował w „Nowym Wyrazie” (1972). Opublikował siedem zbiorów wierszy: Nazwij to nowy radosny dzień (Kraków, 1980 r.), Wieczerza w towarzystwie trzech niewiast (Warszawa, 1981 r.), Nibylandia, Szwecja i inne stany duchowe (Kraków, 1984 r.), Pieśni między mężczyzną (Kraków, 1994 r.), Passim (Kraków, 1997 r.), Zmienny kształt powabu (Kraków, 2007 r.), Taki lajf. Tejk 7.0 (Sopot, 2016 r.). Jego adaptację „Pornografii Gombrowicza” wystawił łódzki Teatr Nowy (1985), a spektakl „Historia Witolda Gombrowicza”, według oryginalnego scenariusza, zrealizował Teatr TVP (1989). W latach 80. i 90. zeszłego wieku, Żyszkiewicz współpracował z teatrem lalkowym. Szczególnym powodzeniem cieszyła się jego adaptacja baśni Hansa Christiana Andersena „Mały Klaus i duży Klaus”, chętnie wystawiana na scenach krajowych i nagradzana na festiwalach (Arnhem, 1989; Klagenfurt, 1992; Kraków, 2003). W roku 1996 teatr telewizji dla dzieci zrealizował według jego scenariusza widowisko „Miłość zapala gwiazdy”. Laureat nagrody im. Tadeusza Borowskiego (1981) za debiutancki zbiór wierszy. Długoletni członek Koła Młodych przy krakowskim oddziale ZLP, od zimy 1984/85 w konspiracyjnych strukturach SPP, w roku 1989 wstąpił do legalnych struktur Stowarzyszenia. Ostatnio ukazał się wybór jego publicystyki „Krótki bilans Polski tranzytowej” (Warszawa, 2017 r.).

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko