Mikołaj Bizoń – #PROJEKTCYKLU

0
393
Filip Wrocławski
Filip Wrocławski


#PROJEKTCYKLU


Straceńczo                                    Absurdalne                            Dygresje

PROJEKTCYKLUSAD jest somnambulicznym przewodnikiem po niedoświadczalnym. Jednak nie dowiecie się tutaj jak macie znaleźć drogę, tylko jak wspaniale jest się gubić i błąkać po rozdrożach i pustkowiach. Odkrywa się tu piękno bezmiarów, ujarzmia energię i epatuje szaleństwem. Nie tworzy się tu nic nowego, jedynie niszczy wszystko, wrzuca w otchłań i śmieje się obłąkańczo, a potem skupia się na byciu atencyjnym dupkiem wobec samego siebie w masochistycznym czynie antyspołecznym. Jeżeli chcesz się dowiedzieć, jak bić głową w mur – to cykl dla Ciebie.

1/Rozczarowanie

Do góry nogami.
Przestrzeń w dół się wzbija i tworzy odmęty.
Góry wbijają się w ziemię i pożerają ją z chrzęstem.
Słońce stłoczyło się w kłębek wełny i upadło.
Kreski.
+
Rozłączyły się
| —
i giną w bratobójczej walce.
Tworzą chaos, śmierć i bezmiar.
— — — — — — — — — — —
I nawet księżyc się dziwi,
gdy świeci w południe,
a kłębek słońca świeci światłem –
odbitym.




2/Gniew

Jestem w szklanej tubie. Tego jest coraz więcej.
Zalewa mnie już prawie całego.
Źle. \/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\
Nagle coś kłuje
jak zabójca nożem w oczy.
Przeszywa, rozdziera na atomy.
Wprawia w osłupienie
i zmusza do działania.

N | Zaraz potem zalewa mnie. | W.
I |
Kipię, wrzę, CZUJĘ. | I
E |
 Niszczę szkło-tubę. | D
N |
Tłukę i pękam. Padam i blednę w trwodze. | Z.
A | Nic. | Ę

3/Żal

Zszarzało mi wszystko.
Skurczyło się do mnie samego
[]
Jest mi duszno. Nie mogę oddychać.
Ja tak nie chcę.
Inaczej, inaczej. Musi.
!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Wołam ku gwiazdom.
W podziemne dudnię przestrzenie.
i targam niebo, szarpię tęczę.

Wpatruję się w siebie.
Nie widzę tam nic.
Tak naprawdę jestem wypchany szarym puchem.
Tylko nim teraz (nie)żyję.
Tylko nim teraz (nie)czuję.


4/Bezcelowość

W prochu się tarzam i ja sam – proch.
I czuję ten mus,
nadludzki mus,
przerastający mus.
Nakaz podniebny, który wypala stygmaty.
 
Stygmat mój jest na oczach: nie widzę, co jest przede mną.
Krążę –
nad miastem i rzeką, nad trupem i marzeniem.
Tam nikt nie czeka i nie woła.
Więc jak być?

Jestem uciekinierem z Teb.
Z szaleństwa wykłułem sobie oczy.
Nie, to ktoś inny mi zrobił. Albo ja sam?
A to co za mną – przy mnie.
A co przede mną – ciemność.

Nawet gdy wstanie dzień
Nikt ślepcowi nie wskaże
Jutrzenki,
która wstaje tuż przed nim.


5/Trwanie

Odklejam się i wszystko – nic. Rozkład jest powolny i przychodzi sam. Ja go znam. To dobry znajomy. Mówi, żebym się położył i nic nie robił. Uspokaja mnie. Zabiera to wszystko. Tylko potem gorzej. Szepcze do ucha. Ale to nic ważnego. Głupoty tylko.
            – Chcę poczytać.
            – Nie.
            – Chcę coś napisać.
            – Spróbuj wstać.
            – Wstałem.
            – I co?
– I już mi się nie chce.
            – Leż.
            – Dobrze.
            Jestem potem zmęczony leżeniem. Ale dopiero głód ratuje.          Jeden instynkt broni mnie przed szaleństwem.


6/Wspomnienia

Stoję pośród pokoju. Wokół mnie jarzą się punkty. Każdy się kojarzy. Tyle nierozerwalnie, co krzywdząco.  One ranią moją przestrzeń, wypalają dziury w delikatnej tkance i tak już potłuczonego istnienia.
Podchodzę do nich. Oblepiają mi ręce srebrną osnową, gdy je dotykam, ale to już nie jest to samo. Odrywam je, szarpiąc duszę i staram się schować jak najgłębiej.
Kładę się już spokojniejszy. Ale z moich szuflad i szafek emanują tym samym światłem i wciąż szepczą. O tym, co być mogło i o tym, co było.
Spostrzegam, że srebrne nici znów mnie oplotły. Nie, to ja sam się nimi oplotłem. Ale dlaczego? Ale po co? Znów je odcinam i oplatam się znów.


7/Smutek

Co było
/ / /
piłą rżnąć
na drzazgi i tłuc.
Stosy pęknięć.

On przychodzi, mówi: „chodź!”
Jak się oprzeć? „Ze mną błądź!”
Się rozbieram. „Tak, za mną idź!”
Ja się śmieję: „Ty dasz mi żyć!”
. . . _ _ _ . . .

Zaklejam szparę istnienia
zaklęciem-klajstrem.
Wyginam bycie. Przede wszystkim to…
? ? ?
Oddalam. Się.


8/Moc

Kilku chmurkom
się zamarzyło
zakryć księżyc.

W przestrzeni
czarnej,
toni odległej i
pustej
zaginął mój
wzrok.

Łowię nici powietrzne,
rozciągam je
wszerz i wzdłuż.

Tworzę osnowę
zdarzeń magicznych,
sennych widziadeł
i czarów mgłę.

Odeszły chmury.

Pozostał on,
pozostał zew
i w piersi dech
– przyśpieszył.

I pociąg wzwyż,
poczułem zew
i świeżą krew
– na ziemi.

Ze skóry sierść,
a z piersi ryk,
popłochu krzyk
– przechodnia.

I rozkaz ten,
gonitwy mus,
nadludzki sus
– łowczego


Przeszywa noc
pazurów błysk,
powietrza świst
– krwawy.

Tylko mój zew
– cieknąca krew
mnie wabi

A gdy zawyję poraz drugi,
ktoś mi odpowie.
Z pewnością.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko