ANTOLOGIA POETÓW POLSKICH 2017: Maria Włodno, Artur Wodarski, Bohdan Wrocławski, Withkacy Zaborniak, Ewa Maria Zelenay

0
475


Maria Włodno


Prawda

Umówiłem się z przyjacielem,
że będzie mi mówił prawdę.

Dawniej rozmawialiśmy,
a teraz on przychodzi
i mówi mi prawdę!

Kiedyś za taką prawdę
ja też bym mu
powiedział prawdę.

Ale dzisiaj patrzę mu w oczy,
słucham uważnie i mówię:

Tak, to PRAWDA.

Czy możesz mi wybaczyć?


Arka

Zamknęły się źródła otchłani i upusty nieba.
Lecz wokół mnie, jak okiem sięgnąć
wody potopu.

Wypuszczam gołębicę z arki.
Czekam wytrwale do wieczora,
aby wróciła z jakimś znakiem życia.

Choćby z zielonym listkiem
drzewa oliwnego.

Moje stopy niecierpliwie
uderzają w pokład
spragnione przestrzeni,
pewnego gruntu.

Ptak wrócił z niczym
o wschodzie księżyca.

Moja nadzieja podniosła głowę.
To nic.
Znak się pojawi.
Wody opadną.
Ziemia znowu zakwitnie.
Będziemy tańczyć w gaju oliwnym.


Spotkanie z losem

Powiedziałam ci prawdę,
ale teraz skaczę w otchłań,
w której mnie nie znajdziesz.

Chciałeś mnie sprzedać
za trzydzieści srebrników.
Czy nasza relacja
nie była więcej warta?

A poczciwość twojej przyjaciółki
z piekła rodem,
czym ona jest naprawdę?

Niech wasza tajna zmowa
spełznie na niczym.

Ja wypłynę lekko na powierzchnię
z zupełnie innej strony
z siecią pełną kosztowności,
o jakich ci się nie śniło.


Wprost na olśniewający urodą świat.


Przeznaczenie

Nie patrzę na ciebie, ale
coś we mnie mówi bardzo wyraźnie:
Poznaję cię.

Długo czekałam,
aż się pojawisz.

Nie widzę twojej twarzy w mroku,
lecz twoje wnętrze widzę dokładnie.

Ty także mnie rozpoznałeś,
i trzymasz mocno w obawie,
żebyśmy się
nie pogubili.

Pamiętamy oboje jedno:
godziny największej ciemności
to dobry moment dla mnie,
by wystąpić, nadać kierunek,
bieg i trendy.

Dokąd idziemy? Nie wiem,
bo to wszystko zarządził ktoś inny.
I tylko on wie.


Niewidzialni łucznicy

Wypuszczamy się codziennie w świat
pełen zamętu, szaleństwa i szalbierstwa.
Droga jest zapchana.

Trąbią na nas, wyskakują
przed nami, łamią przepisy.

A tymczasem niewidzialni Łucznicy
napinają swe łuki,
mierząc w wybrane osoby, które
niczego nieświadome, pozbawione ochrony
nie wrócą już do domu.

My zadbaliśmy o to, żeby wrócić.

Przeskakujemy nad przepaścią,
omijamy pułapki, wychodzimy z pożarów
bez zapachu spalenizny na ubraniu.

Zbieramy żniwo, siejąc dwakroć obumarłe ziarna,
które dla nas wschodzą i zakwitają.

Porzucamy zatęchłe lochy samotności,
choć w naszych uszach brzmi tętent
zbliżających się kopyt wroga.

Ustawiliśmy bowiem strzałkę

na właściwym punkcie skali.


Artur Wodarski


są rzeczy bez których nie da się żyć

na przykład kapsle przerobione na peleton kolarski
pstryk pstryk i już Szurkowski na mecie
pstryk pstryk i Szozda tuż za nim
reszta daleko z tyłu
szczególnie że to ruskie
jeszcze noże do grania w pikuty
smyk smyk i już broda zrobiona
smyk smyk a po niej język nos czółko
i stalowy smak zwycięstwa w ustach

to są rzeczy bez których nie da się żyć
jak bez grubej pajdy chleba posmarowanej
gęstą śmietaną z cukrem
mniam mniam mruczy kolega podgryzając
mniam mniam mlaszczą pozostali
i znika pajda i już jej nie ma
ostatni z peletonu odpada od butelki
spada pod trzepak
nikt nie pamięta do czego to cholerstwo służyło
ale to są właśnie te rzeczy


drzwi otwierają się tylko raz

wytrzymam. mam sporo twoich sukienek,
z których chciałbym cię rozebrać. jest o czym
myśleć. w tym jestem najlepszy: w myśleniu o tym,
co bym z tobą robił, gdy już ramiączka zsuną się na ziemię.
och, darling, nie pieprz tylko mnie pocałuj

wytrzymam jeszcze godzinę. potem będzie coraz trudniej.
obsypię cię z guzików, haftek, zamków i tak sobie myślę, a
naprawdę w tym jestem dobry, że wtedy już oboje będziemy
leżeć obok twoich ubrań i kształty nabiorą nowych znaczeń.
och, darling, nie pieprz tylko całuj

czas jest nieubłagany. bezwzględny. na podłodze stos
sukienek, z których chciałem cię rozebrać. puste ramiączka.
myślałem, że w tym jestem dobry: w myśleniu o tym, co
bym z tobą robił, gdy już będziesz naga, ale przegapiłem
ten moment, kiedy twoje ramiona były otwarte na oścież.
och, darling, nie pieprz tylko mnie pocałuj


lustracja (z Misiem w tle)

na drugim piętrze naszego bloku mieszkał Krzyś.
Krzyś nie był lubiany bo lał w mordę zanim
powiedział o co chodzi. potem Krzysiek wstąpił do zomo
i bił w gębę jeszcze szybciej.
pan Krzysztof ma dzisiaj czterdzieści pięć lat.
córka oświadczyła że zostanie dziadkiem a przyszły zięć
przedstawił mu swojego ojca. ten przy wódce opowiedział
„o chuju z zomo co bił w ryja zanim powiedział o co chodzi”.
pan Krzysztof zamrugał oczami a potem już tylko płakała wódka.
przy drugiej butelce wybrali imię dla dziecka
a potem obaj tak pięknie zasnęli.
pan Krzysztof to nawet ładniej

„a jak będzie córka to niech ma na imię Nadzieja”


czasami starzejemy się w dziecinny sposób

z każdym dniem ubywa jej lat
na początku to były tylko tygodnie i miesiące
teraz idzie już w dziesiątki
w tej chwili na przykład jest dwunastoletnią dziewczynką
i rano zapytała swoją córkę
mamo czy mogę dzisiaj nie iść do szkoły
a przy tym uśmiechała się tak promiennie
że trudno było odmówić
zostań józieńko zostań i poleż sobie

czasami świat stanie w miejscu
i wtedy jeden dzień trzyma ją w uścisku
nawet przez tydzień
znowu ta zupa ogórkowa mówi z pretensją w głosie
chciałoby się powiedzieć że wczoraj była
pomidorowa
ale gardło zarasta żalem i ledwie szepczemy
jedz jedz józieńko
trzeba jeść żeby dużym urosnąć
no niech już będzie mówi i radośnie dodaje
ale za to jutro też nie pójdę do szkoły

i chociaż w gardle zastyga nawet powietrze
trudno odmówić dziecku


uśmiech Dalajlamy

tak jakoś jesienią przyleciał do nas Dalajlama.
cierpliwie i z uśmiechem tłumaczył dlaczego
tu przyjechał. potem padły pytania o los Tybetu.
Dalajlama nie płacze kiedy o tym opowiada.
Dalajlama w ogóle nie płacze.
nie płacze

zostałem wybrany jako XIV wcielenie Thubtena Giaco.
los odmienił moje życie w wieku pięciu lat.
jako mały chłopiec często
podglądałem mnichów podczas modlitwy.
przerażała mnie cisza i bezruch
a najbardziej fakt że teraz
będę tak właśnie musiał żyć

Dalajlama uśmiecha się
kiedy pada pytanie co mu się tutaj podoba.
Dalajlama często się uśmiecha.
zawsze się uśmiecha

dawno temu Budda powiedział:
kiedy opowiadają ci wesołe historie –
uśmiechaj się. kiedy będą opowiadać
o smutnych sprawach – uśmiechaj się.
w ten sposób nikt nie będzie wiedział
kiedy trafi cię prosto w serce.

odjeżdżając Dalajlama się uśmiechał.
i to był ciepły uśmiech.
nawet sam Budda nie zrobiłby tego lepiej


Bohdan Wrocławski


List który nie ma adresata

Czasem na brzegu Bałtyku w ustawicznej podróży fal, staram się znaleźć sens, którego wiecznie mi brakuje.
Na tym zwalonym pniu leżącym na plaży w Kątach Rybackich
stale odnajduję inne pokolenia
być może pewnego marcowego dnia zabłądził tu cień
Emanuela Kanta
widziałem jego twarz
którą osłaniał dłonią przed słoną bryzą i kiedy otworzył
cebulasty zegarek
jakby otwierał drugą zamkniętą dla nas część księżyca
spoglądał w stronę bliskiego przecież Królewca
odnajdując w pejzażu wieżę zamku fromborskiego
być może odgadywał ascetyczną twarz Kopernika
jego zamyślenie unerwiające nieboskłon
krużganki schody prowadzące do miejsc
w których umierała samotność mistrza
milczały krążące dookoła głowy Emanuela mewy
milczałem i ja zagubiony na wysokiej skarpie
z lornetką przytkniętą do łzawiących od wiatru oczu
starający się odnaleźć to co zagubione w zakamarkach
najodleglejszych zdarzeń historycznych
i to co było odległe jak twoje filipiki drogi Demostenesie
Wiesz zawsze musimy znaleźć wyspę na której
nikt nie umiera
białe piaski plaż wypychają słony wiatr poza obręb naszych ciał
w pobliskich lasach sarny swoim cieniem i sprężystym biegiem
zachwycają nas
wiecznie niepokornych
nieprzystosowanych
jakby żyjących wewnątrz własnego cienia
pozbawionego radości i pożądań
Proponuję
pójdziemy wzdłuż plaży pod czujnym wzrokiem Emanuela
niech zapisze w historycznym kalendarium
każdy nasz ruch
wzruszenie drgających ramion
które niczym zawieszone nad nami dwa miecze
znów będą wpychać słowa i myśli do jąkających się ust
Wiem
jesteś zmęczony moją natarczywością
chcesz odpocząć tuż obok siedzącego na pniu Emanuela
razem z nim spróbować odnaleźć spokój wieczności
To wiedz powiem ci to teraz
wykrzyczę na plaży morza bałtyckiego
każda litera każde słowo pulsujące w naszym krwioobiegu
zdanie którego cień sięga dalej niż potrafimy sobie wyobrazić
umarło już przed naszymi narodzinami
Widzisz ten cień jeźdźca
kłusującego w bryzgach nadbrzeżnych fal
w ręku trzyma miecz
pewnie przetnie nim równowagę naszego świata
rozsupła wszystkie węzły
do których nigdy nie dotarła wyobraźnia
Przyznaj
zgubiliśmy ją w filozoficznych rozważaniach
poetyckiej narracji świata
Siedzimy na zwalonym pniu na plaży w Kątach Rybackich
rozmawiamy o wszystkich chorobach naszego wieku
jemy chleb z wędzoną rybą
której kawałki wyrzucane w górę przez Demostenesa
z krzykiem wyłapują krążące nad nami mewy


* * *

Zbyt dużo w moim oddechu jest niepokoju jaki niesie miasto.
Po przeciwnej stronie ulicy zaczęto burzyć dom
pourywano otaczające go chmury pozbawiono śmiechu
Krużganki umierały
z westchnieniem mocnym niczym stuletnie wino
Robotnicy przeklinali wiatr
przeklinali chmury i gołębie broniące własnych gniazd
Było zbyt smutno
żeby ktoś mógł płakać i zbyt wesoło aby ktoś mógł się śmiać
wszyscy wiedzieli, że tak umierają poematy
w ciszy nie do sprawdzenia
poranki stają
się bardziej napięte niż skrzydła odlatujących aniołów
tylko dzieci nie zdają sobie sprawy
z otaczającej wojny
Padał deszcz – nadal jest on
towarzyszem pogrzebów toną w nim idee
straceńcy pod teatralnymi pudrami
w karnawałowe wieczory pełne krzyku
i ptasiej muzyki
Na zapełnionych placach tańczy wyobraźnia
palą się zniszczone drewniane rusztowania
robotnicy oddzierają dachowe poszycia
spadająca na ziemię skóra
świeci drobinami krwi
narastają dźwięki muzyki
Zaczęli rozbierać dom w sąsiedztwie
ten sam
w którym od dawna nikt nie chciał umierać
znów muszę odejść bo
zbyt wiele w tym Gombrowicza aby nadal było prawdziwe


Skazany na peryferie

Od pewnego czasu nie mogę odnaleźć tego
co powinno być mi znacznie bliższe
niż
fragmenty niekończących się zdarzeń
w których ciągle spotykam siebie na poboczach dróg
wtedy
poraża mnie geografia przepływania krwi
inżynieria pełna krzyku i wypaczeń
także w tych miejscach
w których ropiejące od bólu i codzienności słońce
wykrzywia swoje promienie
na korę próchniejącej wierzby
ona i ja zdajemy sobie sprawę z bliskości naszych
odczuć i snów
rozumiem
zawsze chmary barbarzyńców otaczając Rzym
wyznaczają
koniec cywilizacji
wówczas odgaduję
byłem jestem i będę wiecznym tułaczem
skazanym na peryferie
doskonale wiem że moje słowa nie obronią nikogo
nawet samych siebie
to jest ten moment
ten fragment życiorysu
w którym zaciskam pięści
zdając sobie sprawę
z bezsilności każdego mojego gestu
tak jak w pewnym momencie
sufler teatralny dostrzega
że jego szept błądzi po pustej scenie
z wygaszonymi światłami reflektorów
a jedynie punktak prowadzi go do miejsc
pełnych leśnych wykrotów
samotności
zastygającej niczym lawa wiecznej Pompei
zaczynam rozumieć – świat zgubił swój azymut
zalękniony błądzi wraz ze mną
niczym zamknięty w klatce tygrys
jego wspomnienia o wolności popieleją
rdzewieje w nich wczoraj i przedwczoraj
tak jak w nas
rozsypują się marzenia Aten i Rzymu
najjaśniejsze drogowskazy pokoleń
znów będziemy wracać do lasów pełnych ciemności
wymacywać w nich chłodne ściany jaskiń
pocierać zmarznięte dłonie
o naelektryzowane skóry martwych zwierząt
czuć mdląco słodki zapach krwi
i
wspominać pełne światła aule uniwersyteckie
antykwariaty z ich dobrotliwym zapachem i kurzem
opadającym z starych ksiąg
Widzisz
Nie potrafisz zrozumieć
oto nadchodzą barbarzyńcy
pełni krzyku zachowań których nie chcesz zaakceptować
w ich żyłach płyną wieczne morfiny
krążą chmury
otwierające na wskroś bramy Rzymu
idziesz poboczem drogi
nie rozumiejąc
dlaczego wszystkie uwięzione w tobie marzenia
śpią na krańcach wszechświata
i nadal pełen pokory oświetlasz w sobie
szczegóły najodleglejszych peryferii


Withkacy Zaborniak


chiaroscuro

z czułością
natężenia światła zatrzymaj kadr
jakiego nie musiałbym się wstydzić
światłocieni pomiędzy którymi ukryłem
szpetotę odbicia na twój obraz
i podobieństwo

coraz częściej odbiega od harmonii barw
nie pozwalając stworzyć jednorodnej kompozycji

a przecież to miało być takie proste
wystarczyło wchłonąć całą gamę
kolorów jak ziemia stęskniona wody
w trosce o plon stać się
światłoczułym złamać opór czerni

podążać


uwierz

tęsknię Hiobie
długo milczałem i nie mam nic
na swoje usprawiedliwienie

cóż nam ze współczucia
nagich słów przyniesionych z myślą
pocieszenia bez wmieszania się
w gorycz duszy

nie ukoi krzyku rozżalenia
rozlewających się wód gadulstwa
nie powstrzyma prawość człowieka

bliższa ciału w wytrwałości skorupa
niż pył drogi który odkupiciel strzepie z sandałów
bez wzruszenia ramionami

nie przysięgaj na Boga


pejzaże

zbliż się wybawco
potrzebuję świadectwa cienia
kroków spieszących mostem
odgłosy odbudowy domu
w miejscu rozstania światła
pasaży

z gliną zachłanną płodu zwodniczego
w ociekającym syropie słodyczy
wmieszanej w cierpkość kłamstw
przekazanych pokoleniom

we mnie
poszukaj soczystości
łagodnie ścielących się po równinach
oleistej zieleni
oczu stęsknionych wyraźnych kształtów
w naszym pokoju

nie będziemy wieszać fotografii
na świadectwo
nie będziemy wspominać rzeczy dawnych
o mętnym spojrzeniu
zamkniemy butelki pijanych
nieufnych


makatka z białej flagi

tępię topór z nienawiści
by nie zranić drzewa
buduję most na drugą stronę

sadzę róże
w hełmach nagie kolce
chwycę bagnety za ostrza
nie wykrwawi za ostrza
nie wykrwawi się życie
nie zranisz stopy o kamień

wiatr rozrzuci kule
seriami jak nasiona kiedy wypuszczą
pnącza porosną pomniki bohaterów
kolejnej wojny o pokój

niepotrzebny nóż
uczę dzieci kroić chleb
ręką zamiast łez podaje
do picia deszcz obmywa ziemię
z hańby

pod płotem zachodzi
rdzą
silnik bombowca
przekuje na boski pług
rozbije wały obronne

i nie patrz tak na mnie
strzelaj jeśli chcesz
w serce
uzbrojone po zęby
miłością


kamienica

nie wiem, nie mam, nie jestem, nie poznałem.
ten rok już nie ma sensu.

ten wiersz powinien być pierwszym napisanym
wierszem poety – żywymi słowami
stały się zmęczone frazy już bez znaczenia
ciągle na granicy świadomości brak poręczy
w skrzypiących kościach mniej wspólnego mają
drewniane schody prowadzące do wyjścia

ani bliżej ani dalej w znużenie
jest na wyciągnięcie ręki ciemność korytarza
nie ułatwia drogi mrugająca stara lampa
znużona światłem jakby buła się w piersi

moja wina moja bardzo wielka wina
że poddaję się
myślom o rozważeniu ciemności
zapadającej na ostry stan ogłupienia

a przecież wciąż kocham nasz zielony pokój
i ciebie rozbawioną życiem na poddaszu kamienicy
boję się nadchodzących mrozów i nagości ziemi

Boże
mój wiersz dogasa
wszyscy tak łatwo gaśniemy


Ewa Maria Zelenay


rzeka dzieciństwa

Mojemu Ojcu

wspominam Świder – płytką, wartką rzekę
z piaszczystymi łachami i żółtawą wodą
gdzie w chłodnym cieniu, aż gęstym od mięty
furkotały błękitem ważek lśniące skrzydła

moja rzeka dzieciństwa…

krętym, silnym nurtem pulsuje na skroniach ojca
tętni pod papierową skórą, gubi się w gęstwinie brwi
dotykam jej i czuję drżący wysiłek ryby płynącej pod prąd
…słyszę śmiech – mama woła z brzegu

słońce rozbija wodę na miliony lśnień
na rozgrzanych policzkach
dziwnie słone krople
wołam: tato, poczekaj!

puszczasz moją rękę, uśmiechasz się
jak zwykle trochę łobuzersko
i przepływasz w milczeniu…
sam… na drugi brzeg

3.10.2011 r.


w ciszy dalekich lotnisk

w ciszy
dalekich lotnisk
na schodkach samolotu
wciągam w płuca słodki wiatr
pachnący paliwem lotniczym

odkrywam w nim jeszcze drżącą nutę
kwitnących gajów pomarańczowych
cierpką smugę kadzidła
sól oceanu…

za chwilę
z rykiem silników
moja skrzydlata łódź
zabierze mnie wysoko
w najczarniejszy z oceanów

ponad wzburzone bałwany obłoków
gdzie wśród gwiazd zamarł czas
gdzie wieczna
cisza


Moje lato

Moje lato wybucha ogniami nasturcji
w secesyjnych wygięciach łodyżek zielonych
a na talerzach liści rosy krągłe krople
skaczą kulkami rtęci spadając w zagony

Moje lato smakuje nasturcjowym sokiem
zlizuje z ostróg kwiatów nektar cierpko-słodki
W gęstwinie bladych łodyg nie do rozplątania
liczy twardych nasionek podwojone kropki

Moje lato wypływa na powierzchnię stawu
drobną zieloną rzęsą zmieszaną z chmurami
a zegar lilii wodnej z liścia cyferblatem
drży uparcie trącany ważek sekundami

Moje lato na stawie jedwabiem pokrytym
wyszywa brzegi miękką sitowia tasiemką
Nożyczki tataraku cienkim ostrzem liścia
tną świeży zapach mięty potrącanej ręką


List do Anny

poetce Annie Zelenay

Droga Anno, kuzynko
nigdy nie poznana…

minęłyśmy się, minęły o całe pół wieku
Twój zachód moim wschodem
z braku porozumienia – nieporozumienie

Anna – Ewa … i siedem liter wspólnego nazwiska
siedem cnót, siedem grzechów, siedem trąb jerychońskich
siedem cudów świata oddzielnie przez nas podziwianych

A w ciszy co pomiędzy, w ciszy która żyje
 pęcznieją białe mosty zapisanych kartek
i rękę mi podajesz – nie, nie rękę… pióro!

…białe pióro anioła, który cię prowadził
przez miłość, przez cierpienie aż na tamtą stronę
nieba, co jak pisałaś kolor ma przylaszczki
…i wynurza się zawsze z morza łez marcowych

słucham Cię i raduję swobodą oddechu
mnożę drobne czułości przy spotkaniach dnia z nocą
celebruję poranki i wchodzę w zażyłość z chmurami

popełniam małe zabawne szaleństwa
bo wiem, że na nic przedsięwzięcia
można tylko kształtować
dni darowane…

non omnis moriar


torebka

jestem damską torebką…

niemodnym wyborem
znoszonym pamiętnikiem
jedyną wierną przyjaciółką

pomocą w prawdopodobnych przypadkach
nieskończoną galerią osobliwości kobiecych
 z pękiem kluczy do czarodziejskich zamków 

jestem damską torebką…

listą zbędnych zakupów
karminowa szminką
kwitem z pralni chemicznej

kodem co nie koduje
pinem co nie napina
dowodem co nie dowodzi

jestem damską torebką…

kopertą z nienapisanym listem
nie nadającym nadawcą
adresem bez adresata

 jestem damską torebką…

wiecznym piórem ze skrzydła adama
jednorazową zapalniczką bez gazu
agrafką – co już nigdy niczego nie zepnie

jestem damską torebką

znalezioną na torach…                             



Maria Włodno

Pisarka, poetka, krytyk; od 1988 roku należy do Związku Literatów Polskich. Powieści: Kieszeń pełna niczego (1979), Sumienny mały mechanizm (1987), Oddech smoka (1996), Księżniczka Alicja (2000), Uczeń profesora Cyrusa (2005); poezja: Słowa prawdziwe (2014). Laureatka wielu nagród literackich; za powieść dla dzieci pt. „Uczeń profesora Cyrusa” w 2006 r. otrzymała rekomendację Fundacji ABC XXI „Cała Polska czyta dzieciom” jako książka spełniająca wysokie wymagania stawiane literaturze dziecięcej. Prezentowane wiersze pochodzą z będącego w przygotowaniu tomu pt. „Jęczmienne żniwa”.


Artur Wodarski

Do tej pory wydał trzy tomiki z poezją: „chrząszczenie” (Miniatura, Kraków, 2012 r.), „moje wiersze zeszły na psy” (Miniatura, Kraków, 2013 r.) i „wszystkie wiersze mają się dobrze” (Miniatura, Kraków, 2015 r.) oraz powieść „Rzeka przemienienia” (Fundacja Elbląg, Elbląg, 2016 r.). W 2016 roku został przyjęty do Związku Literatów Polskich.


Bohdan Wrocławski

Urodzony w 1944 roku w podwarszawskim Milanówku, polski poeta, pisarz, dramaturg. Debiutował wierszami w 1963 roku. W 1967 r. ukazała się jego pierwsza książka poetycka „Linia Krat”. Opublikował wiele tomów wierszy, zdobywając uznanie krytyki i liczne nagrody literackie. Jest także autorem piosenek literackich. Przez kilkanaście lat występował na scenie, prowadził popularny kabaret literacki „Ostatnia Zmiana”. Pisze sztuki sceniczne dla dzieci. W 2006 r. otrzymał nagrodę poetycką UNESCO na „Światowych Dniach Poezji” za tom wierszy zatytułowany „Inny Smak Księżyca”. Od września 2010 r. redaktor naczelny portalu Pisarze.pl.


Withkacy Zaborniak

Witold Zaborniak ps. Withkacy – urodzony w 1968 roku w Mielcu. Od 25 lat jego drugą ojczyzną jest Grecja. Życie w połączeniu obu kultur skłoniło go do mocniejszych refleksji nad sensem życia i jego filozofią. Ponadto źródłem jego inspiracji stała się Biblia, która jest dla niego stałą dziedziną studium i fascynacji. Debiutował tomikiem „Piętno umęczonej ziemi” (2012). Kolejny tomik „Chiaroscuro” (2015), znalazł się wśród książek typowanych do nagrody Silesius – Wrocławska Nagroda Poetycka 2016. Członek Mieleckiego Towarzystwa Literackiego. Niektóre wiersze zostały opublikowane w prasie greckiej i polonijnej. Od kilku lat jego wiersze goszczą w „Artefaktach” – Mieleckim Roczniku Literacko-Kulturalnym (2012–2016), jak również w „POEZJA dzisiaj” oraz na Pisarze.pl


Ewa Maria Zelenay

Poetka, pisarka, dziennikarka, blogerka, autorka tekstów piosenek i książek dla dzieci, jurorka konkursów literackich, prekursorka IMPULSJONIZMU, Członek Zarządu Głównego oraz Zarządu Oddziału Warszawskiego Związku Literatów Polskich. Ukończyła Wydział Dziennikarstwa oraz Wydział Kulturoznawstwa w Wyższej Warszawskiej Szkole Humanistycznej im. Bolesława Prusa w Warszawie. Laureatka kilkudziesięciu konkursów poetyckich, fotograficznych, reklamowych. Wśród konkursów poetyckich – prestiżowego konkursu im. księdza Jana Twardowskiego na najciekawszy tom poezji w 2007 roku. Maluje, rzeźbi, fotografuje – łączy różne techniki. Powietrze i przestrzeń to częste tematy prac autorki, która pracując jako stewardessa w PLL LOT, kilkanaście lat swojego życia spędziła w powietrzu. Wiersze Ewy Zelenay znalazły miejsce w wielu antologiach oraz pismach literackich polskich i zagranicznych, słuchowiska były wielokrotnie emitowane na antenie Teatru Polskiego Radia, a teksty piosenek wykorzystywane były w spektaklach teatralnych zarówno w kraju, jak i zagranicą. Ewa Zelenay jest członkiem zespołu redakcyjnego pisma Myśl Polska. Wiersze i felietony tłumaczone na języki: angielski, chiński, włoski i węgierski autorka publikuje na łamach prasy literackiej w kraju i na świecie, w mediach elektronicznych oraz na łamach prasy polonijnej w USA. W latach 2015–2016 ukazały się trzy najnowsze tomy poezji: „Alla Prima”, „W ciszy dalekich lotnisk” oraz poezji lotniczej „Na prostej”. Wydany w 2016 roku tom „W ciszy dalekich lotnisk” został przetłumaczony na język węgierski i znajduje się w zbiorze elektronicznym Węgierskiej Biblioteki Narodowej w Budapeszcie.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko