Wacław Holewiński – Mebluję głowę książkami

0
406

Hańba? Raczej odkrywanie siebie…

Hanba

Na okładce „Hańby” napisano, że to najważniejsza powieść noblisty. Znam kilka książek Coetzeego i… i zgadzam się z tą opinią. To faktycznie najważniejsza z jego powieści. Ta książka miała w Polsce kilka wydań (pierwsze w 2001 roku) i dobrze, że jest co kilka lat wznawiana. Dobrze, bo to świetna powieść, dobrze, bo dotyczy ważnych problemów, dobrze, bo pokazuje inną twarz Republiki Południowej Afryki (której większość białych, z oczywistych powodów, nie chce dostrzec), dobrze, bo wspaniale przełożona przez Michała Kłobukowskiego, jednego z najwybitniejszych polskich tłumaczy…

„Hańba” ma dwa plany. Pierwszy to romans samotnego, pięćdziesięciokilkuletniego profesora anglistyki, Davida Luriego z Uniwersytetu w Kapsztadzie, z jego studentką, Melanie Isaacs. Takie romanse w świecie ludzi dorosłych czasami mają miejsce. Nie są ani czymś szczególnym, ani złym. Pod warunkiem, że nie ma uzależnienia, podległości, omijania przepisów. Ale taki związek budzi też zawsze podejrzenia, stwarza okazję do nadużyć, staje się polem do wygrywania własnych interesów.

Lurie, oskarżony przez dziewczynę i jej rodziców, staje przed uniwersytecką komisją etyki (tak naprawdę wyłącznie z powodu obaw o rozdmuchanie sprawy przez środki masowego przekazu). Tajemnica przestaje być tajemnicą. Przyznaje się, bierze całą winę na siebie, ale nie zamierza się tłumaczyć ani kajać (co mogłoby ocalić jego karierę naukową). Jest zmuszony do odejścia z pracy.

Drugi plan wydaje się znacznie ważniejszy, to sprawa córki profesora, Lucy, prowadzącej samotnie farmę i schronisko dla psów, gdzieś na prowincji, w otoczeniu, trzeba to jasno powiedzieć, nienawidzących białych, rdzennych mieszkańców tych terenów.

Zwolniony z obowiązków uniwersyteckich Lurie jedzie do córki. Niemal na jego oczach jest gwałcona przez trzech czarnoskórych mężczyzn. Jeden z nich, najmłodszy, okazuje się kuzynem jej pomocnika, któremu odsprzedaje kawał swojej ziemi.

Pewnie mieszkając w Europie trudno, bardzo trudno, godzić się z punktem widzenia Lucy, z jej strategią życia, zachowania majątku, przetrwania. Policji ujawnia jedynie kradzież auta ojca, a jemu zabrania mówienia czegokolwiek więcej.

Relacje ojca i córki chłodne, na dystans, są jednocześnie fenomenem porozumienia, akceptacji. Miłości, opiekuńczości, uznania własnych racji.

Lucy godzi się na wszystko (poza utratą domu), akceptuje horror, jaki fundują jej czarnoskórzy w imię… Trwania? Ocalenia siebie? Nie, pewności ocalenia, gwarancji, podobnie jak inni biali, nie ma i mieć nie może. Ciągle powraca oczywiście motyw krzywd, jakie biali przez stulecia wyrządzili czarnym. Tylko… jakie to usprawiedliwienie?

Jest też w książce inna scena, wydaje się równie ważna, jak rozmowy Luriego z córką. To jego spotkanie z rodzicami dziewczyny, z którą miał romans. Wybaczenie. Zaskakujące, idące jakby w poprzek wcześniejszych zdarzeń, relacji, dojmujące. Na ile możliwe? Nie wiem, mam wrażenie, że u ludzi wierzących (albo tych, dla których dobro jest wyznacznikiem życia) prawdziwe.

Zastanawiałem się, gdzie jest „punkt ciężkości” tej powieści. Może to pogodzenie się z samym sobą, zgoda na to, co przynosi nam los? Albo odwrócenie naszego życia? Skoro jednego dnia można być profesorem na Uniwersytecie, a drugiego pakować w worki uśpione koty, psy i wywozić je na składowisko do skremowania… Ale przed śmiercią szeptać im do uszu, uspokajać, tulić… I pisać operę podpierając się staroangielskim tekstem.

Uciekaj, mówi bohater powieści do Lucy. Dam ci pieniądze, zamieszkaj w Holandii (matka córki była Holenderką, a ona sama wcześniej spędziła tam kilka lat). Odmawia. W imię czego? Z dziwnych powodów nasunęło mi się skojarzenie z Polakami, którzy pozostali na Kresach. Byli u siebie, a jednocześnie, otoczeni morzem nienawiści, przestali być gospodarzami tej ziemi. Swojej ziemi. Z dnia na dzień stali się obcy. Dwa odległe światy, które za nic w świecie nie mają prawa się zejść.

Gdzieś czytałem, że bohater tej powieści to taki „człowiek bez właściwości”, pogodzony ze złem, sam przecież nim dotknięty. Nie odbierałem Davida Luriego w ten sposób. Pewnie trochę się z nim identyfikowałem, jakoś, w emocjach, był mi bliski. Jego niepokój, strach o córkę, ale też bunt przeciw obyczajowemu zakłamaniu uniwersyteckich elit. Pogodzenie z rzeczywistością, nawet okrutną, ułożyło się w mojej głowie w spójny, logiczny obraz.

J.M. Coetzee – Hańba, przekład Michał Kłobukowski, Znak, Kraków 2018, str. 269.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko