ANTOLOGIA POETÓW POLSKICH 2017: Juliusz Yulo Rafeld, Krzysztof Rębowski, Weronika Romańska, Alicja Rosé, Elżbieta Ruppe

0
187

Juliusz Yulo Rafeld
 
 
Gdzieś w dolinie
 
z prochu powstałeś
i w końcu
ziemia nas odgrodziła
 
w migotliwym świetle wieczorem
grawerowane pożegnanie
pozostawiam bez rymu
spóźnione słowa
cichną
skargi
więdną jak wszystko
a w ogrodzie nad tobą
błądzi ostatni żałobnik
zamyka bramę
 
i oddaje mi klucz
 
 
Zaproszenie
 
zatańcz ze mną walca
niech patrzą z nieba
chmury może
rozczulą się na dobre
posypią nas kroplami
a ode złego okryją mgłą
 
muzykanci odchodzą już
przegania ich na okrągło
półksiężyc
mruga jednym okiem groźnie
zaprzęg reniferów
utknął na mlecznej drodze
 
otwieram prosty węzeł kokardy
wysypują się drobiazgi
nie liczą się same tylko
kto wtedy wyśle listy
do nieba
unosi się zapach spalonej ziemi
 
i zakrwawionych liści
 
 
C’est la vie
 
usiłuję rozgarnąć dym wielki
żar spopielił już wszystko oprócz śladów
na brzegu
bryza przesypuje ziarna z raju do piekła
trudno dostrzec różnicę
 
usta układają dźwięki w słowa różne
zaklęcia pomagają tylko czasami
aby unieść się z wiatrem trzeba
stać się lekkim
jak popiół
 
zbrązowiałe liście rozrzucone wokół
przykrywają ślady a cisza
nam nie przeszkadza
w półcieniach łagodnieją rysy
 
zmienione w jesienne katharsis
 
 
Falochron
 
odwiedzam dom na wzgórzu
z którego widać zatokę
niegdyś pełną białych żagli
dziś sczerniałe kadłuby
jakby wszystkie posypane
proszkiem trzy w jednym
wiara nadzieja i złość
 
fale załamują ręce nad biednymi
mewami które wolą wyskubywać resztki
z piasku niż polować wśród chmur
zawsze to bliżej i prędzej
niż prosić anioły o wsparcie
zanim botoks z serca wyparuje
 
lub co gorsze zastygnie
pamiętam jeszcze słowa i gesty
pożegnania i wszystkie odcienie
po obu stronach tęczy
której końca w tym życiu nie będzie
więc się tylko spodziewam skromnie
wśród piany ułożonej metafory
 
żeśmy się z morzem uczciwie rozliczyli
 
 
 
Krzysztof Rębowski
 
 
Kompozycja numer 5
 
Zaznaczyłem to co zamierzałem
czerwona skóra zmieszana z morskim piaskiem
wilgotna krew na moich ustach
spopielały rdzeń skorupy ziemskiej
 
Ulga zaczyna się od głowy 
szron zimowego poranka spływający swobodnie
na łono rozpędzonego samochodu
śmierć nie posiada płci 
 
Codziennie od nowa na narowistym koniu
w rozwichrzonym szale
mój gest stanowczy jak smagnięcie wiatru
spopielały w ogniu rozwydrzonym nonszalancją
 
Mój świat nie posiada płci mknie w oszalałym tańcu
rozciągnięty na palecie ziemi wypija jej oddech
w rezerwacie nieświadomości którą mianowano
niedawno Koroną Stworzenia!
 
 
Matka Whistlera
 
Ten sam pokój
szara ściana
upiększona obrazem
monotematycznie 
 
Wdowia suknia
wycięta nożyczkami
przytwierdzona do płótna
klejem stolarskim
 
Dama z wyższych sfer
z wypłowiałym wyrazem
twarzy z daleka
od światowego tłoku
 
Nasączona wspomnieniami
zapomina powoli
wtopiona w krzesło
jak wronie skrzydło
 
 
Dziewczyna z perłą
 
Zaledwie muśnięcie twarzy
odwrócona w zaciszu pracowni
na dźwięk znajomego głosu
 
Pytaniem odpowiada na pytanie
w rytmie przyspieszonego serca
pożądliwością ust…
 
Zaledwie muśnięciem twarzy
dziewczyny z drogocenną perłą
sekret uwieczniony na wieki
 
 
Gwiaździsta noc
 
Iskrzy się noc. Iskrzy.
Perły gwiazd w błękitnym oceanie.
Pustka egzystencji.
 
Napisałem do ciebie list.
Napisałem do ciebie wiersz.
Bez odzewu.
 
Pobożne miasteczko.
Jedno z setek podobnych
śpi kamiennym snem.
 
Napisałem do ciebie list.
Napisałem do ciebie wiersz.
Utopiony w błękitnym oceanie.
 
Niepokój gwiazd policzony.
Perły zatopione na niebie. 
Iskrzy się noc. Iskrzy.
 
 
Panny z Avignon
 
Poproszę cię jutro o rękę
kobieto z kolejowego peronu
zastygła w nierealnej pozie
 
Otrzepując kurz z nowoczesnych butów
sunę ulicą jak parostatek
po wzburzonej rzece
 
 
Kolor jej oczu jak światło ulicznej latarni 
zdjęcie twarzy umazanej sadzą
zdystansowane do odległego świata
 
Wypina godnie piersi jak kiście winogron
i winobranie owocne w tym roku
w dzielnicy czerwonych latarni 
 
Poproszę cię jutro o rękę
nie zapomnij moich starań
refleksyjny pielgrzym
przed płótnem Pabla Picassa
 
 
 
Weronika Romańska
 
 
dlaczego dziewczynka z zapałkami zamarzła
 
Łzy ciekły po policzkach i wsiąkały w ulubionego
jasia. Mama tłumaczyła, że ona nie zamarzła,
 
tylko odeszła. Kilka lat później
 
takich samych łez nie wchłaniała jej tiulowa apaszka. Odeszła
a ja modliłem się, żeby zamarzła.
 
 
O nieprzekraczalności granic
 
Dobrą chęcią jest piekło wybrukowane
i miłością, a w kotłach smażą się wszyscy święci,
bo pozwolili uwierzyć
 
choćby na chwilę. Szklą się na parapetach sny
zaniedbanych matek. Przez okno wystaje coraz więcej
balkonów i poręczy. Wyznaczają coś czego nikt nie chce
 
zachować. Godziny przy kuchennym stole
podczas rytuałów sąsiadki
z tego samego piętra. Jej dłonie do pary
 
przesiąknięte samotnością, i prześcieradła zmięte
tylko do połowy, i lustra zastygłe w tych samych pozach
przed wyjściem. Sączy się farsa
 
na wargi wygięte w podkowę. Wraca moja żona
uśmiechnięta jak głupek, pewna mnie jak mebla, płytek
zlewu, swoich kroków. Nie wie jak bardzo kusi
 
bycie całym światem.
 
 
Obsesje
 
Myśli na kartkach. Kratka. Myśli wszędzie. Kawa
wszędzie, na kartkach myśli. Kartki wszędzie.
Kartki na ścianach czasu. Czas. Nie ma czasu
na kawę. Na ścianach nie ma czasu, jest atrament.
 
Chciałabym powiedzieć ci wszystko nie zaczepiając przy tym
gwiazdozbiorów i przeznaczenia jednak nie potrafię, dlatego ciążą
niewypowiedziane. Może kiedyś je wydrapię. Powietrze
obliguje do oddychania, szukania sensu, którego nigdy
 
nie było. Ciebie oprawiam w czyste kartki i gubię formy, od jakich
mogłabym zacząć. Od policzków sprawdzam dokładnie, gdyby
była jakaś infantylna rzęsa, o ile jest teraz, mogłaby pomóc
naprawić lub zapomnieć, jednak znajduję coraz głębsze
zmarszczki. Stałam się zimnolubna i nie wytrzymuję
kiedy w pokoju nawet szafa płonie, wtedy na ścianie szukam
twoich kształtów. Mam pretensje, że milczy, czy też ogłuchłam.
Nie wiem, więc zajęłam się naznaczaniem. Całą siebie
 
naznaczyłam. Jeśli moja gwiazda wreszcie zawiśnie,
to odbicie będzie twoim cieniem.
 
 
głęboko pod skórą
 
ze wszystkich nieszczęść wybrałam, jeśli
mówię, to aby upewnić wszechmogących,
że nic innego. tysiące lat zapuszczam korzenie,
wysycham, winą obarczam jałową ziemie, tkwię
i pocieszam się rozkładaniem, jak nawóz.
 
może następnym razem polubisz moje nadgarstki,
chociaż napawają cię wstrętem, mówiłeś, niczym
nie przypominają dłoni kobiet, kości za bardzo wystają
i ścięgna układają się nienaturalnie.
 
nie wiem czy wiesz, ja też mam tajemnice. tam
gdzie patrzysz we mnie z obrzydzeniem to blizny
z pierwszych wcieleń, byłam ptakiem z tytanu,
ale bóg powiedział, że mogę mieć jedno życzenie.
 
 
 
Alicja Rosé
 
 
Nøklevann*
 
Deszcz na jeziorze pisze brajlem coraz
szybciej, coraz szybciej, a moje słowa są jak ziarna
kawy, chciałabym je zmielić na drobny pył,
i zaparzyć, ale musimy już iść, tylko nigdzie
nie ma klucza (nie można wyjść z domu bez klucza),
(za to można wyjść z domu w nie swoich butach),
i przemieszczać się wielkimi skokami, jak żaba
albo ludowe państwo chińskie, pytać o drogę, gdy inni
biegną przed siebie.
 
Jezioro jest chude i długie, jak gąsienica na środku
drogi co balansuje, jakby szła po linie i nie możemy
jej pomóc, czy możemy jej pomóc?, potykamy się ciągle
o nogi naszych ojców, patrzymy przez oczy naszych
matek (chociaż w inną stronę), a gąsienica niczym
się nie wyróżnia od ziemi. Kilka metrów dalej
i kilkaset lat wcześniej, Ibsen pił tutaj z synem herbatę
z białych filiżanek, z niebieskim wzorkiem kwiatów.
Ale teraz zostały tylko kamienie, równo poukładane,
czuć dym ogniska.
 
Kobieta w różowym swetrze ma różowy telefon,
ale nikt nie odbiera, gdy mały chłopiec wchodzi
w środek dymu, i wcale nie chce hulajnogi ani
kolorowych cukierków, mamo, tak bym chciał
delektować się tutaj kawałkiem pizzy, patrząc
na jezioro, a woda wydaje się nieruchoma,
zanurzam się, jest tak zimna, chwyta mocno
moje ciało, jak kościste ręce starego człowieka,
a potem rozgrzewa, rozpala je,
jak pragnienie albo grzech,
albo wyrzut sumienia.
 
* 
jezioro w pobliżu Oslo w kształcie klucza, stąd jego nazwa, słowo „nøkkel” oznacza „klucz”
 
 
Lustro. Amsterdam
 
dla SvT
 
Droga nad morze wije się między wydmami, jak lina
poplątana, która leży na ziemi w porcie, a ja jadę
pociągami, nieustannie przecinam ziemię, jak tnie się
na kawałki ciasto nożem z małym wiatrakiem
wygrawerowanym na ostrzu, jak kanały przecinają miasto,
gdzie śpię w twoim łóżku i patrzę przez twoje okna,
gdzie widzę, jak na zdjęciu patrzysz na kogoś, kto
stoi tyłem, i to nie jestem ja, czego żałuję.
 
Z okien pociągów widać tyły domów, których nikt
nie ogląda, ale teraz, pod ścianą fabryki, w słońcu,
dwóch facetów pali w przerwie papierosa, a ja jadę
dalej, coś mnie nosi, jak świętego Pawła (tylko on
przynajmniej miał jakąś misję), nad morze, gdzie
życie wydaje się proste jak horyzont i biegnie do
ciebie jak pies, z piłką w pysku, by rzucić mu
jeszcze raz, ale już trzeba wracać i schować piłkę
w kieszeni (to taki umówiony znak).
 
Potem długo siedzę przed lustrem i rysuję swoją
twarz, (najtrudniej narysować własną twarz), która
jest jak chmura, co chwilę inna, tak trudno się
pogodzić z własną twarzą, więc patrzę w cudze, jak
świecą z obrazów van Gogha, jak siebie malował,
i patrzy teraz na nas, świdruje nas oczami, jak chciał
być szczery, i szukał siebie, wyjechał na południe,
gdzie jest więcej światła, „he just loved yellow” mówi
dziewczyna do chłopaka, w muzeum, jakby to było
proste, być szczerym.
 
 
Zatoka. Sopot / Droga. Estonia
 
Nie chodź boso po ziemi przed pierwszym piorunem na wiosnę.
powiedzenie estońskie
 
Jest ciepła noc, pierwsza ciepła noc w marcu
i jeżdżę rowerem po mieście, które leży nad
morzem, w zatoce, do której wpływają cienkie
rzeki, które splatają się i rozchodzą, niczym
pary w dawnym, dworskim tańcu albo
słońce, co prześwieca przez fale, projektor,
który wyświetla na dnie łańcuchy światła,
połączone ze sobą chromosomy światła,
w poprzek wczorajszych fal – zastygły gęsty
miód – zostawiły po sobie pomarszczony
piasek.
 
Kamienie są zielone od mchu i wodorostów,
które kołyszą się równo z falami, jak metronom,
jakby elektryczne zegarki odmierzały sekundy,
muszę wyjmować baterie, żeby nie cykały
w mieszkaniu na zamkniętym osiedlu, do którego
dostaję klucz z napisem „evva”, ale z okna nie widać
morza, tylko ścianę drugiego domu, więc wsiadam
w pociąg i jadę na sam koniec mierzei, gdzie morze
rozlewa się ze wszystkich stron i ciągle się rusza,
wielkie oddychające zwierzę, niezmiennie, jak
czas.
 
Jednak wracam, nie mogę tak siedzieć nad
morzem, które zostawiam, jak psa pod sklepem i jadę
dalej rowerem, zupełnie bez celu, niczym kornik
po pniu drzewa, który zostawia po sobie zagmatwaną
linię, linia układa się w litery wschodniego języka,
zasuszony ślad w błocie po wielkich ciężarówkach, który
czuję pod stopami, a zimno ziemi przeszywa mój kręgosłup
i czuję ból, uderzenie pioruna, jak wtedy, gdy ktoś patrzy
na mnie, jakbym była naga, jak chłopak, który wybiega
z sauny i kuli swoje ciało, i udaję, że nie widzę, jak jest mi
wstyd.
 
 
Sen nocy letniej. Helsinki.
 
dla Claire (de lune)
 
Jest prawie północ i szukam domu poza domem,
przemieszczam się jak ogień, spotykam ludzi, ich
jasne twarze to znaki japońskiego alfabetu, którego
nie rozumiem, ale nie mogę oderwać wzroku. Sen
nocy letniej ma kolor blady i nie ma ludzi na ulicach,
miasto opustoszało, jak w czasie wojny, ale czynne
są muzea dla nielicznych turystów, niedzielnych
rozbitków, tyle że bez burzy, która jednak w końcu
nadchodzi i błyskawica na moment zapala niebo,
ale za szybko, znów nie wiem dokąd prowadzi.
 
Drogi na wyspie plączą się, jak historie religii albo
tatuaże na ramieniu wysokiego mężczyzny, który
kupuje siedem lodów na patyku, a my chodzimy w tą
i z powrotem, jakbyśmy tańczyły bergamaskę /czasem
trudno odróżnić drogę donikąd od drogi do celu/, a woda
unosi mnie i jestem chmurą, czy czujesz ciepło kamienia
pod stopami? twoje oczy to krajobraz, gdy podajesz mi
na otwartej dłoni słodko-kwaśną poziomkę w połowie
niedojrzałą i płyniemy łodzią na ląd, tak zwany stały,
a wiatr rośnie, jest tak silny, że nie wiem, dokąd wieje.
 
Słońce pisze na falach Morsem i wyświetla elektro-
kardiogramy na brzuchu łodzi o nazwie „Perfidia”, gdy
mała dziewczynka spada z roweru i zaczyna płakać, bo
wpadła jej piłka do wody, gdy siedzimy w porcie, a ludzie
kupują kolorowe lody /choć tak trudno zdecydować się
na jeden smak/. Potem rozchodzimy się w przeciwne
strony i wracamy do nie swoich domów, jak srebrne kule do
gry, co spotykają się na moment na ścieżce w parku, gdy obok
na ławce dziewczyna ma twarz czerwoną jak moja, tylko że
od płaczu, dlaczego ważne rzeczy mówimy sobie przez sen.
 
 
Französische Suiten
 
Jak idę do kościoła świętego Jana w Tartu na dwunastą
piętnaście na kwadrans z muzyką, jak cieszę się, że w końcu
usłyszę prawdziwą muzykę, żywą muzykę, po dniach postu,
po dniach ciszy, po dniach wypełnionych muzyką, jak lekarstwem
dla kota, którym mam się zająć i znajoma tłumaczy mi, że „to
to samo, co dla ludzi, tylko w mniejszych dawkach”.
 
Jak oglądam kościół, niemalże pusty, luterański, porządny
kościół, bez niepotrzebnych ozdób, za to z wystawą zdjęć
w kącie, z wojny bolszewickiej, gdzie widać estońskich
żołnierzy, jak kąpią się w rzece, nadzy, jak w końcu
podpisują traktat o pokój, jak patrzą ufnie w moje oko, czyli
aparatu, jak małe dzieci.
 
Jak zauważam z lewej strony, stojąc przodem do ołtarza,
na gzymsie ustawione obok siebie, jedna przy drugiej, gliniane
głowy ludzi, niekoniecznie świętych (ale nie mogę dać słowa
honoru), uśmiechnięte głowy, jakby ktoś je poodcinał
z etruskich sarkofagów i poustawiał rzędem, jak słoiki
na wystawie w sklepie.
 
Jak siadam blisko ołtarza i młoda dziewczyna tłumaczy po
estońsku, więc nie rozumiem nic prócz „Französische Suiten”,
jak zaczyna grać, ale nie Bacha, a światło wpada przez wysokie
okna nawy i kładzie się na przeciwległej ścianie, jak człowiek,
który jest pijany, jak chce mi się spać, jak okropnie
długie są te francuskie suity.
 
 
 
Elżbieta Ruppe
 
 
Inercja
 
Zapada zmrok, drzewa
powoli szykują się do snu.
 
Cichnący wiatr przynosi
dzienny balast słów –
wierszem wibrują w uszach.
 
Boję się uronić choćby
jedną literkę – nie chcę stracić
tych szans, które kiedyś
Księżyc obiecał.
Wieczorna kąpiel we mgle
nie pozostawia złudzeń –
obmywa z marzeń i łez.
 
 
W pętli pamięci
 
Przeszły, zaprzeszły – czasy
zagnieżdżone w duszy wzięły
w posiadanie zmysły.
Zapożyczone od losu – dla oczu
niewidoczne, załamują się nagle
w czerwieni horyzontu.
Jeszcze kurczowo się trzymają
porannej, rozbłękitnionej kawy,
ale posiłek dnia niedowierzaniem
markotnieje.
 
Zwracają życiu kartki porysowane,
pogniecione – z tak niedawnego
jeszcze wczoraj. Kładą się na nim
smutnym cieniem.
 
 
Blekaut
 
Utknąłeś we mgle – zaćma
pamięci ogarnęła jestestwo.
Obrazy przeszłości zbladły –
niewyraźne kształty, połysk
zmatowiał, zanikają kontury.
 
Czas i odległości do niewielu
błahych epizodów skurczone.
 
Niczym oślepły Terencjusz
snujesz się w zakamarkach
istnienia. Co ze zbłąkanych
znaczeń wywróżyć potrafisz?
 
W zaciemnianym pejzażu życia
widzisz coraz mniej. Czy czujesz
piękniej, więcej a może inaczej?
 
 
Mono no aware*
 
Wybujały latem świat, teraz – w sferze
przemijania – odchodzi, szeleszcząc
pod stopami feerią kształtów i barw.
 
Ptaki razem z okruchami ciepła
zabierają w podróż tęskne spojrzenia.
 
Z bożych drzewek spływa kroplami
rubinowy sok – nasyca cherlawą ziemię
najeżoną kępkami zrudziałych traw.
 
Drzemie jeszcze zimna samotność –
dojrzewa, by wypełnić nadchodzący czas.
 
* jap. kategoria estetyczna – między pięknem a smutkiem świata
 
 
Bezsenne noce
 
Czy mają one świadomość
zasypiania drzew,
cichnięcia ptasich treli,
zwijania się w kłębek
pod kołdrą (za drzwiami sypialni)
amnezji w nadziei na senne
olśnienia z przeszłości?
 
Co czują,
 
gdy nabrzmiałe słowami litery
przynoszą im wprost do uszu wiersze,
 
a rozszeptane
w głośnej ciszy dusze
tak bardzo drżą z niepokoju
 
o utratę mglistych szans?
 
 
 
 
Juliusz Yulo Rafeld
Nazwany kiedyś inżynierem skażonym sztuką, poza okazjonalnymi wierszami z młodości, na dobre poezją zajął się piętnaście lat temu, drukując i wydając własnym sumptem kilka zeszytów poetyckich. Od dziesięciu lat udziela się w internetowym serwisie „Poezja Polska”, współtworząc następnie grupę poetycką „Poeci Po Godzinach”. Pod koniec roku 2015 bydgoskie wydawnictwo Margrafsen wydało jego tomik poetycki „Nadawca nieznany”. Przez kilka lat współredagował i publikował wiersze i satyryczne teksty w artystyczno-kulturalnym miesięczniku „Akcja Nagi Czwartek”. Jest fanem artystycznej interdyscyplinarności. Poza pisaniem własnych wierszy zajmuje się artystycznym tłumaczeniem angielskojęzycznych tekstów ambitniejszych twórców-wykonawców muzyki popularnej, zaliczając do nich między innymi takich jak Dylan, Cohen, Lennon, Brooker, Waters. Okazjonalnie również pisuje własne teksty muzyczne. Równoległe zainteresowania poetycko-muzyczne zaowocowały w ostatnich latach serią jego wieczorów autorskich, podczas których prezentuje obie linie swojej twórczości. Wspomaga też inną artystyczną dyscyplinę – fotografię, pisując krótkie poetyckie formy towarzyszące. Jest laureatem kilku lokalnych konkursów poetyckich jednego wiersza. Poza poezją napisał i wydał w formie dostępnych internetowo e-booków dwie pozycje beletrystycznej prozy.
 
 
Krzysztof Rębowski
Urodzony w 1973 roku w Kępnie. Absolwent Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Debiut poetycki w 1995 roku w czasopiśmie „Cogito” oraz w II programie Polskiego Radia w audycji Wacława Tkaczuka „Czas na debiut”. Współautor „Antologii poezji Cogito”, Agencja Wydawnicza Aga-Press, Warszawa, 1997 r., „Antologii poezji – 10 razy rok”, Agencja Wydawnicza Aga-Press, Warszawa, 2004 r., „Antologii współczesnych sztuk słowiańskich – Między Ochrydą a Bugiem”, Krośnieńska Oficyna Wydawnicza, Krosno, 2011 r., Międzynarodowej Antologii Poezji „Garavi Sokak”, Inbija, 2011 r. (Serbia), „Antologii – Miłość według twórców słowiańskich”, Krośnieńska Oficyna Wydawnicza, Krosno, 2012 r., 24. jubileuszowej, „Międzynarodowej Antologii Poezji”, Inbija, 2013 r. (Serbia) oraz „Antologii poezji – Łódź tkanina z wadami”, Łódź, 2015 r. Autor tomików poetyckich: „Wiersze”, Wydawnictwo Miniatura, Kraków, 2004 r., „Dokumentacje”, Wydawnictwo Miniatura, Kraków, 2005 r., „W okowach herezji Jana Saudka”, Wydawnictwo E-Bookowo, Będzin, 2012 r. (e-book), „Malarstwo – poezja” (wspólnie z Marzeną Sroczyńską-Gudajczyk), Zduńska Wola, 2013 r., „Dokąd zmierzam… skąd przychodzę”, Towarzystwo Społeczne Tilia, Wodziczna, 2013 r. Publikacje m.in. w „Tygodniku Kępińskim”, „Cogito”, „Pro Formie”, „Nadwisłoczu”, „Pro Art”, „W kręgu literatury”, „Kwartalniku” oraz na serbskim portalu literackim „Tvoracz Grada”, jak również na portalu „Poezja – Poezija” pod patronatem Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Wiersze i proza tłumaczone na język serbski i bułgarski przez poetkę i tłumaczkę Olgę Lalić-Krowicką, litewski (Dovile Rzeźniczak), ukraiński i rosyjski (Katerina Suhovieienko). Laureat Konkursu Poetyckiego – „Przydrożny Kwiat” (Kępno, 2003, 2004), Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. św. Jana z Dukli (2011), II miejsca w Międzynarodowym Konkursie Poetyckim w Bułgarii, Melnik, 2011 r., Ogólnopolskiego Konkursu Jednego Wiersza – Namysłów 2014, 2015, 2016, 50. Jubileuszowego Konkursu Twórczości Artystycznej „ATA” – Namysłów, 2016 r. oraz wielu innych nagród i wyróżnień w konkursach literackich. Uczestnik Międzynarodowego Festiwalu Poezji w ramach Wrocław Europejską Stolicą Kultury 2016. 
 
 
Weronika Romańska
Urodzona 9 października 1987 r. Wychowała się i mieszka w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą. Ukończyła Społeczne Liceum Ogólnokształcące im. C.P. Aignera w Puławach, po którym zaprzestała nauki. Zainteresowanie poezją i pisaniem zakorzeniło się w niej w latach licealnych i stało pasją na całe dotychczasowe życie, chociaż swoje prace odważyła się pokazać około dziesięć lat później. Rok 2015 stał się jej debiutem poprzez dodatek Literacki do Gazety „Powiat Słupski” oraz publikacje w kazimierskim periodyku literackim o nazwie „Pismonos” i od tego czasu nabiera wiatru w żagle.
 
 
Alicja Rosé
Poetka, tłumaczka, eseistka, ilustratorka. Publikowała wiersze, eseje, wywiady w „Lighthouse Journal”, „Zeszytach Literackich”, „Kulturze Liberalnej”, „Więzi”, „Dwutygodniku”, „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, „Znaku”. Wybrane utwory poezji kubańskiej, meksykańskiej i norweskiej w jej przekładzie ukazały się na łamach „Zeszytów Literackich”, „Kultury Liberalnej” i na portalu „Wiersze w metrze”.
 
 
Elżbieta Ruppe
Urodziła się w 1951 roku na Podlasiu. Publikuje od wielu lat na różnych internetowych portalach. Pisze wiersze i krótką prozę poetycką, a także miniaturki liryczne („elki”, haiku i „fantasmagorie”) oraz aforyzmy. Jej utwory zostały opublikowane w kilku antologiach wydanych w Polsce, a także w antologiach polonijnych – amerykańskiej i niemieckiej oraz w Zeszytach Literackich i w prasie polskojęzycznej na Węgrzech i w Niemczech. Wierszem „Tęsknoty emigrantki” zajęła III miejsce w ogólnopolskim konkursie poetyckim na XIII Festiwalu Patriotycznym. W 2016 roku wydała tomik autorski „W czerwień zaplątani”.
 
 
 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko