Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

0
237

Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

 

 

 

Orinoko i odmęty czasu

podroz do zrodel czasuPrzepych. Barokowy przepych, to określenie, które wydaje mi się najtrafniejsze w odniesieniu do tej prozy, może trafniejsze niż powszechnie przyjęty termin „realizm magiczny”. Wielki Kubańczyk Alejo Carpentier (1902-1980) należy niewątpliwie do najwspanialszych pisarzy w dziejach literatury światowej, nie tylko XX wieku, ale na całej przestrzeni jej dziejów. Przepych stylu nie jest jedynym, a zapewne nie jest też najważniejszym kryterium rangi dzieła literackiego. Bywa że przepych stylu przerasta jego sens i ma czasem cechy pustej logorei. Alejo Carpentier należy do pisarzy, którzy z przepychu uczynili niezbywalny atrybut arcydzieła. Kilka miesięcy temu przypomniałem tu moją młodzieńczą lekturę „Królestwa z tego świata” Carpentiera. „Podróż do źródeł czasu”, to druga część tryptyku (trzecią jest „Wojna czasu”) powieściowego, którego bohaterami są Ameryka Południowa w całej jej „cudowności” oraz czas jako fenomen egzystencji, jeden z jej najbardziej tajemniczych i niezbadanych atrybutów. I tak, jak inspiracją do napisania „Królestwa” stała się dla Carpentiera podróż na Haiti przedsięwzięta w 1942 roku wspólnie z przyjacielem, wielkim aktorem Louis Jouvet, tak osnowę fabularną „Podróży” tworzy opis wędrówki bohatera przez wenezuelską dżunglę, między innymi przez zbieg rzek Orinoko i Vichada. Podróż była ucieczką, efektem „zniechęcania Europą, znużenia jej nieustanną pogonią za filozoficznymi chimerami”, wyrazem wielkiej tęsknoty za światem własnym” (Rajmund Kalicki). Zacytowany autor posłowia do tego kongenialnie przez Kalinę Wojciechowską przetłumaczonego na język polski dzieła, tak o nim napisał: „Opisując wędrówkę bohatera przez równiny, dżungle i epoki, przez płaskowyż, góry i odmęty czasu. Carpentier kierował się tęsknotą, by na wzór muzyki, której każdy temat można odegrać od końca, to samo zrobić w literaturze. Dzięki temu bohater mógłby wrócić do początków i odzyskać wolność, jakiej pozbawił go bieg zdarzeń. Dalej i dalej od zgiełku cywilizacji, okrucieństw drugiej wojny światowej, dokonuje się tu „metaforyczna podróż od kultury ku naturze, od miasta ku przyrodzie (…) wędrówka w głąb siebie, w głąb duszy”. W końcowej części tego ujęcia odbija się refleks fascynacji pisarza myślą Jean-Jacques Rousseau. Jednak żadna filozofia czy ideologia, choć był Carpentier nie tylko „rousseaunistą”, ale i człowiekiem radykalnej lewicy, a nawet komunistą bliskim kubańskiej rewolucji Fidela Castro (przez pewien czas był nawet jej reprezentantem jej kultury w ambasadzie w Paryżu, mieście bardzo dla niego ważnym), żadna filozofia ani ideologia nie skaziła doskonałości jego dzieła, nie pozostawiła na niej nawet plamki publicystycznej, choć historia i polityka jest silną osią takich jego dzieł jak „Eksplozja w katedrze” czy „Szaleństwo i metoda”. Zawsze jednak pojawiają się w kostiumie wielkiej metafory i uniwersalizacji. Na koniec, mam nadzieję, że nieoceniony Państwowy Instytut Wydawniczy będzie kontynuował swoją retrospektywną wędrówkę w głąb czasu przeszłego i wyda inne dzieła Carpentiera, w tym wyżej wspomniane, a także choćby „Harfę i cień”. Lektura „Podróży do źródeł czasu”, to możliwość prawdziwej kąpieli w barokowym przepychu stylu wielkiego Alejo. Przenajwyborniejsza lektura.

Alejo Carpentier – „Podróż do źródeł czasu”, przekł. Kalina Wojciechowska, posłowie Rajmund Kalicki, wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2018, str. 351, ISBN 978-83-06-03418-9

Kto tam znów rusza prawą?

literatura i polityka po 1989 rokuNie tylko dlatego, że znalazłem się w indeksie nazwisk tuż przed Ludwikiem Napoleonem Bonaparte i Luksemburg Różą, pozostawiając prześcigniętymi w polu Manna Tomasza, Mazowieckiego Tadeusza, a nawet Michnika Adama i samego Mickiewicza Adama – co wpędziło mnie w niewyobrażalną wprost zarozumiałość – zainteresowałem się zbiorem szkiców „Literatura i polityka po 1989 roku” pod redakcją Rafała Łatki i Macieja Urbanowskiego. Zainteresowałem się nią przede wszystkim dlatego, że tytuł zbioru sugeruje, iż może chodzić o powieść polityczną, jeden z moich ulubionych gatunków literackich. Nieco się z tego punktu widzenia zawiodłem, bo poza wyjątkami (proza Bronisława Wildsteina i Rafała A Ziemkiewicza) i odniesieniem do powieści politycznej Czesława Miłosza, czyli „Zdobycia władzy”, zbiór ten w ogólności o powieści politycznej nie traktuje. Co prawda w pierwszym zdaniu wstępu, redaktorzy zbioru napisali: „Związki literatury z polityką w polskiej historii były często niezwykle bliskie, można nawet mówić o „polityczności” wielu ważnych dzieł literackich”, ale w końcu można to powiedzieć nie tylko o literaturze polskiej. Czyż tego samego nie można powiedzieć choćby o literaturze francuskiej czy niemieckiej? O kraju „Kolacji w Beaucaire” pióra skromnego kapitana Napoleona Bonaparte, „Roku 93” Wiktora Hugo, „J’accuse” Emila Zoli, prozy Jean-Paul Sartre’a i Simone de Beauvoir („Mandaryni”, „Drogi wolności”), Alberta Camus („Kaligula”), Rogera Martina du Gard („Les Thibault”, „Jean Barois”) czy Louis Aragona (cykl „Świat rzeczywisty” czy „Upadek Paryża”). A o kraju Bertolta Brechta, Heinricha Bőlla, Martina Walsera, Sigfrieda Lenza? A o kraju Maxa Frischa i Friedricha Dűrrenmatta, mistrzów dramatu między innymi politycznego? Nie popadajmy w samodurstwo mesjanistyczne i w tej dziedzinie. Co nie przekreśla oczywiście faktu „polityczności” pewnych, bardzo skądinąd interesujących obszarów polskiej literatury. Już jednak ciąg nazwisk, które autorzy wymieniają we wspomnianym wstępie może budzić wątpliwości. Bo Zbigniew Herbert? Poeta bez wątpienia wielki, ale czy polityczny? To raczej moralista i to wysoki moralista, za wysoki jak na moje skromne gusta i potrzeby. Oczywiście, polityki, a może raczej metapolityki dotyka, ale wniosków politycznych z niej nie wyciąga. Raczej moralistyczne i eschatologiczne. Pan Cogito z całą pewnością politykiem nie jest. Kto bierze w łeb od polityki, ten niekoniecznie jest politykiem. Podobnie Gustaw Herling-Grudziński, eseista przede wszystkim, ale w wysokim diapazonie moralistycznym bliski Herbertowi, ale czy to pisarz polityczny? Nawet w „Upiorach rewolucji”? „Inny świat” to krzyk przeciw integralnemu totalitaryzmowi, przeciw „nieludzkiej ziemi”, przeciw temu co zrobił Stalin i sowiecki komunizm, ale nie opowieść polityczna. A Marek Nowakowski? Zjadliwy i malowniczy krytyk brzydoty realnego socjalizmu i uwikłań personalnych weń, ale nie pisarz polityczny, lecz też raczej moralista choć w ubraniu „małego realizmu”. A Jarosław Marek Rymkiewicz? Już bardziej, zwłaszcza ze swoim „Wieszaniem” czy z wierszem „Do Jarosława Kaczyńskiego”, ale to też raczej namiętny ideolog niż pisarz polityczny. I tylko Bronisław Wildstein i Rafał Ziemkiewicz jawią się tu jako autorzy prozy politycznej. Przy czym – to moje indywidualne zdanie – tego pierwszego uważam za prozaika znacznie większego formatu, co nie znaczy że bardzo wybitnego. Padają jeszcze nazwiska poety Wojciecha Wencla i Olgi Tokarczuk, ale żadnemu z nich nie poświęcono w zbiorze szkicu. I słusznie, z tego punktu widzenia. Wojciech Wencel, to poeta o ambicjach „wieszczych” – zdecydowanie na wyrost, choć lichym poetą z warsztatowego punktu widzenia nie jest – w nurcie poezji konserwatywnej. Olga Tokarczuk do powieści politycznej tu i ówdzie fragmentami się zbliża („Księgi Jakubowe”, „Prowadź swój pług przez kości umarłych”), ale to też raczej moralistka, tyle że ze strony antagonistycznie przeciwnej niż ta, którą reprezentują Rymkiewicz, Wildstein czy Ziemkiewicz. W dwóch wstępnych rozdziałach Maciej Urbanowski i Bogdan Szlachta, w trybie ogólnym nakreślają różnorakie związki literatury i polityki po 1989 roku i związane z nimi konotacje, n.p. poprzez krytykę głoszenia niebezpieczeństwa nacjonalizmu, które to określenie ujęte jest w cudzysłów, dziedzictwa „postkomunizmu”, a potem już poszczególni autorzy szkiców zajmują się już to Miłoszem (Marek Kornat), jako – de facto – jednym z duchowych ojców założycieli III RP, z jego integralną niechęcią do nacjonalizmu, katolicyzmu i państwa narodowo-katolickiego oraz rzekomo relatywnym stosunkiem do stalinizmu i sowietyzmu. Rafał Łatka zajął się „romantycznym” Herlingiem-Grudzińskim, innym namiętnym krytykiem III RP, tyle że z odmiennych niż Miłosz pozycji, bo lękającym się raczej dziedzictwa „postkomunizmu”, a do tego osobistym wrogiem Aleksandra Kwaśniewskiego i „obłapiającego się z nim” Michnika oraz SLD. „Cnotą w twórczości Zbigniewa Herberta” zajął się w swoim szkicu Tomasz Garbol i ten tytuł mówi sam za siebie, a jego skrajną ideologicznie, bardzo wojowniczą publicystyką – Mirosław Szumiło. Z kolei Dariusz Nowacki pokazał Marka Nowakowskiego jako radykalnego krytyka modelu kapitalizmu zainstalowanego nad Wisłą po 1989 roku, który przemienił Polskę „w jeden wielki bazar” i krwawą strzelnicę gangsterów („Strzały w motelu „George”), herolda Polski duchowej, romantycznej, prostolinijnej, szczerej, szanującej artystów, choćby i nadużywała wódki. Andrzej Nowak zamyślił się nad Jarosławem Markiem Rymkiewiczem, pisarzem rzeczywiście wspaniałym, heroldem polskości buntowniczej, anarchicznej, heroicznej, patetycznej, mesjanistycznej, utopijnej w swej samoistności, wrogiem zawierania przez nią kompromisów z rzeczywistością niską i „rozpuszczania” jej powagi oraz dostojeństwa w rechocie i szyderze rodem z „eurokabaretu”, heroldem chwały ofiar katastrofy smoleńskiej oraz „robotników polskości”, piszącym na pohybel ohydnej III RP. Marzena Woźniak-Łabieniec kontynuuje rozważania o polityczności twórczości Rymkiewicza, tyle że w odróżnieniu od profesora Nowaka nieco bardziej ten temat obiektywizuje. Jako moralistę „z Polską w tle” stara się przedstawić Bronisława Wildsteina Michał Podolak, aczkolwiek co do mnie, to choć moralizatorski ton autora „Doliny nicości” czy „Ukrytego” mnie odrobinę drażnił przy lekurze, to jednak widzę w jego powieściach politycznych „z kluczem” naprawdę niezłego pisarza politycznego, potrafiącego w przerwach w moralizowaniu, bardzo interesująco analizować mechanizmy sceny politycznej i medialnej III RP. Dorota Heck dopełnia obraz Wildsteina jako pisarza filozofującego, antygnostyka, „popperowskiego indeterministę” i jeszcze kilkukrotnego w jej ujęciu „istę”, wroga nihilizmu, radykalnego indywidualizmu, konsumpcjonizmu i materializmu. Dorota Heck jest także autorką ostatniego szkicu w zbiorze. Analizuje prozę polityczną Rafała A. Ziemkiewicza, wroga III RP nie mniej namiętnego niż Wildstein, ale jednocześnie krytyka polskości, choć z pozycji radykalnie endeckich („Polactwo”), demaskatora „michnikowszczyzny”, poprzez swój dosadny język korespondującego dobrze z językiem ulicy, będącego kimś w rodzaju (określenie moje) bardziej popularnym „Wildsteinem dla ubogich”. Reasumując – omówiony zbiór szkiców i studiów niespecjalnie trafia w supozycje wyznaczone tytułem, ale celnie syntetyzuje szlaki „prawej” literatury, także w kontekście poglądów niektórych przeciwników tej strony politycznej, sceny, a może raczej barykady.

„Literatura i polityka po 1989 roku”, pod. red. Rafała Łatki i Macieja Urbanowskiego, Ośrodek Myśli Politycznej, Kraków 2017, str. 275, ISBN 978-83-64753-89-3

 

Dziękuję za oczy wszystkich zwierząt świata

dziekuje za swinskie oczy dariusz gzyraPrawdę mówiąc przeczytanie tej książki w normalnym trybie, zdanie po zdaniu, strona po stronie, rozdział po rozdziale okazało się zadaniem ponad moje siły. Czytałem ją ze ściśniętym sercem, celowo trochę niestarannie, bo zbyt intensywna uwaga nazbyt bolała. Po prawdzie, przewidziałem to, nim zdecydowałem się w końcu do niej zajrzeć. Leżała na podorędziu, czekając na moją lekturę, a ja ten moment ciągle odkładałem. Ujmując rzecz możliwie najbardziej eufemistycznie, na los ludzi, w tym na los samego siebie jestem – na ogół – „średnio” wrażliwy. Nie jestem właścicielem jakiegoś supertkliwego serduszka. No cóż, tak już mam. Tymczasem zły los zwierząt działa na mnie straszliwie i każda powzięta informacja o krzywdzie wyrządzonej zwierzęciu wytrąca mnie z równowagi. Gdy usłyszę czy wyczytam o takiej w mediach, jedynym środkiem odrobinę łagodzącym ból jest przytulenie mojego rudego kundelka, który towarzyszy mi przez całą dobę. I prawdę mówiąc, kategoria szczęścia rozumianego jako stan samopoczucia życiowego jest mi z gruntu obca właśnie dlatego, że masowe cierpienia zwierząt zadawane im od tysiącleci przez ludzi nieustannie tkwią mi w tyle głowy. Dlatego muszę wyrazić ogromne uznanie autorowi „Dziękuję za świńskie oczy”, Dariuszowi Gzyrze, że kochając zwierzęta, będąc wrażliwym na ich los i pragnąc go choćby w jakimś stopniu poprawić, miał siłę i psychiczną odporność, żeby się z tym wszystkim jako autor skonfrontować. Ja bym nie dał rady. Ta książka opowiada o niezliczonych cierpieniach jakie ludzie od tysięcy lat zadają zwierzętom. Czynią to najczęściej, żeby zabite zwierzęta zeżreć, często też ze zwyczajnego, najoohydniejszego okrucieństwa. Bardzo często jedno i drugie idzie w parze. Gzyra w swojej właściwie naukowej rozprawie opatrzonej bogatymi przypisami ukazał to straszliwe pasmo ziemskiej egzystencji w najrozmaitszych płaszczyznach, w wymiarze relacji między ludźmi a zwierzętami, na płaszczyźnie kulturowej, religijnej, prawnej, politycznej, a także tej związanej z konsumpcją ciał zabitych zwierząt. Pokazuje też zabijanie zwierząt samo w sobie. „Dziękuję za świńskie oczy” to synteza, panorama holokaustu dokonywanego przez ludzi na zwierzętach. Są w tej straszliwie smutnej, przerażającej książce także kruche promyki nadziei, świadectwa bardzo powolnego postępu zmierzającego do poprawy losu zwierząt. Niektóre z nich, to zmiany w prawie i obyczajach, inne dzieją się w głowach myślicieli takich jak Peter Singer, autor „Wyzwolenia zwierząt” czy Jonathan Safran Foer („Zjadanie zwierząt”), proroków oby – lepszego być może losu zwierząt w przyszłości. Miliardom okrutnie skrzywdzonych zwierząt życia to nie przywróci, ale lepsze to niż nic, choć happy endu nie ma. Dlatego dziękuję Singerowi, Froerowi i Gzyrze za ich wielkie serca, umysły i grube skóry. Nie mogę polecić tej lektury jako źródła przyjemności czytania. Kto ma odporność, niech czyta, bo ta książka jest wybitna. Może choćby od jednej z takich lektur poprawi się los choć jednego zwierzaka.

Dariusz Gzyra – „Dziękuję za świńskie oczy”, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2018, str. 428, ISBN 978-83-658-53-51-6

 

Czekoladki dla prezesa

czekoladki dla prezesa„Olbrzymia dawka humoru, szczyty urzędniczych absurdów opisanych w mistrzowskim stylu. Zbiór wszystkich opowiadań Sławomira Mrożka, których głównym bohaterem jest Prezes, a towarzyszą mu różni skromni współpracownicy jak Referent, Księgowy, Magazynier, Kasjer, Radca. (…) Wspaniałe przykłady efektywnego współdziałania ludzi szanujących autorytet (Prezesa) i starających się rozwiązywać skutecznie problemy” – tak wydawnictwo Noir sur Blanc rekomenduje apetycznie, jak pudełko czekoladek, wyglądający tomik składający się z 49 bardzo krótkich opowiadań, a może raczej opowiastek Sławomira Mrożka. Ukazał się on po polsku po 26 latach od edycji w języku niemieckim (Zűrich 1992). Opowiadania są refleksem PRL-owskich czasów, gdyż raczej nigdy później, na emigracji rozpoczętej w 1963 roku, nie zetknął się bezpośrednio z materią, która stanowiła inspirację do tego rodzaju zawoalowanej satyry. Jednak od czego uniwersalizm i ponadczasowość pewnych treści. Ponadczasowość rozciągająca się na kontinuum od starożytności do współczesności. Ot, taki, na próbkę, fragment opowiadanka „Spór o starożytność”: „Rozmawialiśmy o Prezesie. Księgowy twierdził, że prezes był już w starożytności i nazywał się Prezus. – Nie Prezus, tylko Krezus – poprawił go Referent. – A właśnie, że Prezus. Założymy się? Założyli się. Przegrywający miał zapłacić rachunek. Ale jak rozstrzygnąć, kto miał rację? Na razie próbowano drogą dyskusji. – Nie k…k…kurwa, Krezus – dowodził Księgowy, który zaczął mieć trudności z wymową – tylko Prezus. – Jaki p…p…dolony Prezus, kiedy k…k…”. Koniec cytatu. Posmakujcie czekoladek dla Prezesa. Naprawdę smaczne.

Sławomir Mrożek – „Czekoladki dla prezesa”, Oficyna Literacka Noir sur Blanc, Warszawa 2018, str. 159, ISBN 978-83-65613-62-2

 

Dzieje wielkości i upadku Ryszarda Krauze

depresja miliardera historia ryszarda krauzegoNiedługo po tej lekturze przejeżdżałem trójmiejską kolejką obok gmachu „Prokomu” w Gdyni. Ciągle to dość imponująca konstrukcja (mimo, że dziś takie nie należą już do rzadkości), mimo że twórca potęgi tej marki dawno już znalazł się w cieniu, nie blasku bogini Fortuny. Krzysztof Wójcik opisał historię wzlotu i upadku Ryszarda Krauze, niegdyś jednego z najbogatszych ludzi w Polsce. Od dzieciństwa i młodości w PRL-owskiej Gdyni lat 50-tych, 60-tych i 70-tych, tej osobliwej, do pewnego stopnia eksterytorialnej krainy aspiracji i interesów dalekich od realsocjalistycznej, szarej normy czasów gomułkowskich i gierkowskich, poprzez okres szczytów świetności „Procomu” i twórcy jego wielkości, po upadek. Czytałem tę wartko skonstruowaną, wciągającą opowieść z zainteresowaniem, choć nie należę do fanów plotkarskich historii z życia milionerów. Podobała mi się w tej opowieści jej antyefeciarskość, wyniesione z lektury wrażenie rzetelności autora. Nie ma tandeciarskich historii a la pudelek czy pomponik, nie ma grzebania w prywatności, szukania romansów etc. Jest dość chłodno zarysowana opowieść o kruchości tak wielu ludzkich nadziei, ludzkiej pychy i ludzkich losów w ogóle. Los Ryszarda Krauze mógłby być dla niejednego ostrzeżeniem. Naprawdę wartościowa lektura.

Krzysztof Wójcik – „Depresja miliardera. Historia Ryszarda Krauzego”, wyd. Czerwone i Czarne, Warszawa 2015, str.339, ISBN 978-83-7700-199-8

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko