Andrzej Śnioszek – Głośniej nad tą trumną

0
452
Ryszard Tomczyk

Andrzej Śnioszek

 

 

Głośniej nad tą trumną

 

Ryszard Tomczyk 

 

 

Satysfakcję sprawiały mi rzadkie chwile odwetu marginesów na tekście głównym. Widziałem, że marginesy ostatecznie zostaną pozbawione głosu, że tak naprawdę nie mają one dla nas większego znaczenia, a przynajmniej – tekst główny jest dla nas nierównie ważniejszy. Nie wierzyłem, by można go było przekreślić, by można mu było zaprzeczyć. Mogłem sympatyzować ze Spartą, ale wiedziałem, że znacznie więcej zawdzięczamy Atenom. Wiedziałem jednak, już wtedy wiedziałem, że Ateny to nie wszystko[1].

Czego warto bronić? Pisarzy zapomnianych, ciekawych, przysłoniętych sztywnymi hierarchiami, wypartych z rynku przez głośne kariery i rozdmuchane sławy. Pisarzy spoza ukształtowanych na nowo, restrykcyjnych centrów. Prawa do zabawy krytykę literacką. Czytania. No, także pisania[2].

 

 

We współczesnych dyskusjach polonistycznych nazwisko Henryka Berezy występuje rzadko. Jest coś wstydliwego w poważnym traktowaniu krytyka, który przecież swego czasu – niemal bez pomocy innych – kształtował rodzime życie literackie. Towarzyszył narodzinom wielu pisarskich karier, a tymczasem pamiętane są jedynie tzw. porażki Berezy. Opatruję porażki znakiem wątpliwości, gdyż po prostu nie wiem, co takiego złego Henryk Bereza zrobił, czym zasłużył na dotkliwe wykluczenie. Oczywiście domyślam się przyczyn jego słabej obecności, jednak nie należą one do dziedziny „czystej literatury”. Jako w tym względzie idealista rozróżniam pomiędzy przyczyną czysto literacką, a choćby przyczyną polityczną (w szerokim rozumieniu), która moim zdaniem przesądziła o wyrugowaniu Berezy z grona uznanych i poważanych specjalistów od literatury. Bardzo to naiwne. W obecnych czasach już dziecko wie, że polityka czepia się wszystkiego: każda bezinteresowność zostanie prędzej czy później zbrukana, użyta do celów całkiem obcych swojej istocie.

 

 

Kilkudziesięcioletnia służba Henryka Berezy stanowi modelowy przykład bezinteresowności wręcz nie z tego świata. Taka postawa i wytrwałość musiały drażnić rozmaitych profesjonalistów, którzy na ogół dzielą swój czas między parę intratnych zatrudnień, nie mogąc żadnemu z nich poświęcić dostatecznej uwagi, precyzji, a zwłaszcza serca (a cóż to za rażący anachronizm!). Ale ja tych profesjonalistów nie winię, dobrze rozumiem ich wybory, potrzeby. W końcu nie każdy może być Berezą. I nie każdy musi nim być. Wydaje się jednak, że Bereza „oberwał” właśnie, między innymi, za zbyt wielką miłość do literatury. Za poświęcenie życia, podporządkowanie każdego obszaru codzienności niezwyczajnej lekturze, maksymalnej uczciwości wobec tekstu, autora i samego siebie, co dobrze widać we wszystkich jego szkicach, recenzjach, zapiskach.

Chyba od zarania aktywności krytycznoliterackiej Berezy można ją było albo bez zastrzeżeń przyjąć, albo w podobny sposób odrzucić. I z tego względu nie dziwię się, że jego status w tzw. oficjalnym dyskursie polonistycznym budzi tyle zastrzeżeń. Akademików nie zadowolił, może wskutek zazdrości, a może naprawdę uwierzyli w swój koronny argument o braku umiejętności analitycznych autora Biegu rzeczy. To pocisk wielce chybiony, skoro rzecz dotyczy krytyka, nie zaś badacza, słusznie skrępowanego metodologicznym rynsztunkiem. A przecież krytyk powinien od chłodnej analizy stronić (przynajmniej tak to widzę z perspektywy młodzieńczego idealizmu). W przeciwnym razie stworzy rozprawę naukową, która w krytycznoliterackim przebraniu wygląda doprawdy paskudnie. Tymczasem jednocześnie delikatne i stanowcze, czułe i rzeczowe recenzje Henryka Berezy są jakby z innej przestrzeni, innego myślenia, innych uczuć niż te, na które mogą sobie pozwolić (albo tak im się wydaje, może ich strach nie jest racjonalny) krytycy z wysokim tytułem przed nazwiskiem lub obiecującą karierą przed sobą. Lecz mogę się mylić i mylę się zapewne. Spór o konsekwencje łączenia dwóch ról – badacza i krytyka – mieni się przesadą, bezmyślnym zacietrzewieniem. Sam, ilekroć snuję rozważania o Berezie i jego oponentach, wpadam w nieznośny ton adwokata-idealisty… Czy na pewno nieznośny? I czy w naszej dziedzinie rzeczywiście nie ma już miejsca na idealizm?

Henryk Bereza, pomimo skomplikowanych relacji, jakie łączyły go ze środowiskiem akademickim, zapracował na niewątpliwą kultowość. Nawet współcześni studenci polonistyki kojarzą to nazwisko, choć coraz częściej samo jego brzmienie. Na ogół bowiem nie wiedzą, czym się ów legendarny Bereza zajmował, ale jak najbardziej był ktoś taki, i był kimś ważnym. Natomiast nikt już prawie nie pamięta o dziesiątkach pisarzy, którym jako krytyk patronował, których lojalnie wspierał życzliwym piórem do końca życia. Mam tu na myśli zwłaszcza część autorów debiutujących w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Bereza objął ich wyrazistym hasłem „rewolucji artystycznej w prozie”, dostrzegając – ujmuję zjawisko w ogromnym skrócie – wspólny debiutantom stosunek do języka. „Rewolucja” Berezy spowodowała lawinę komentarzy, dyskusji i polemik, które skutecznie przysypały liczne grono młodych twórców, jakby z góry skazanych na historycznoliteracką próżnię lub pobłażliwość. W najlepszym razie ten i ów zapomniany pisarz mógł (zdarza się to nadal) liczyć na szczupły krąg fanów (częściej: fanatyków), owładniętych beznadziejną misją wprowadzenia swego idola do szerszej świadomości czytelniczej.

Oczywiście takie fascynacje mają swój urok, ale zarazem świadczą o poważnych niedomogach „oficjalnej” historii literatury. Niby wolny kraj, a cała dekada (jej obszerny nurt) beztrosko wyparta, zepchnięta do współczesnego drugiego, trzeciego, albo i czwartego obiegu. Otóż pragnę zakomunikować, że w tych dalszych obiegach wciąż tętni życie. Nie zabliźniły się czterdziestoletnie rany, mimo że „młodzi” prozaicy zdążyli już posiwieć. A my, jakby nigdy nic, nieprzerwanie roztrząsamy Gombrowicza (na przykład), dalej śledzimy każdy jego ruch. Bez cienia wątpliwości jest on naszym wielkim powodem do dumy, ale, na Boga, dajmy też szansę innym! Oczywiście na pierwszy rzut oka całkiem dziś pożółkłe Liście croatoan Donata Kirscha, czy kwaśne już „zupy” Marka Słyka nie wytrzymują porównania z wieczną świeżością kanonu. Jednak przy odrobinie dobrej woli można w nich dostrzec bezwzględną uczciwość nastoletnich wówczas chłopców, dla których pisarska ekspresja była jedynym wyjściem. Twierdzę, że jest to jedna z możliwych dróg do wstępnego uznania ich twórczości, obdarzenia jej niezbędnym kredytem zaufania. Warto pamiętać: artystyczna wrażliwość oraz wszystkie jej konsekwencje nie są tylko udziałem tuzina autorów z gimnazjalnej bądź studenckiej listy lektur. I były w getcie Henryka Berezy…

Wszak niełatwo znaleźć – w tzw. przestrzeni publicznej – dowody na istnienie życia w tej sztucznie wydzielonej strefie. Tu i ówdzie (raczej ówdzie) można przeczytać wyciągnięte z lamusa opowiadanie dawnego twórcy. Ten i ów wciąż pisze, ale do szuflady. W takiej sytuacji miłośnik ratowania historii alternatywnych zmuszony jest szukać bezpośredniego kontaktu z autorem. Ewentualnie może poprzestać na rekonstrukcji zagubionej wrażliwości w oparciu o (przestarzałe) ślady, które, chcąc nie chcąc, każdy pozostawia na kartach Polskiej Bibliografii Literackiej. Ale co dzieje się z nimi teraz? Czym żyją dzisiaj? Otóż: tym samym.

Wyciągam ten wniosek na podstawie korespondencji z zaledwie kilkorgiem pisarzy, jednak sądzę, że próba to reprezentatywna. Większość z nich porzuciła karierę literacką, nierzadko szukając zatrudnienia w dalekich od twórczości rejonach. Lecz pamięć o krótkotrwałym zaistnieniu, stopniowym wygaszaniu, a wreszcie zniknięciu pozostaje wśród nich żywa i bolesna (świeżym przykładem rozmowa z Donatem Kirschem, opublikowana w „eleWatorze”[3]).

Drobna uwaga na marginesie. Niewątpliwie powinnością rzetelnego badacza jest abstrahować od osobistych wzruszeń i żalu… Z tym, że ja nie mam pretensji do rzetelności, raczej do losu (by eufemistycznie ująć wiązkę bardziej konkretnych sprawców omawianego tu „nieszczęścia”).

*

W drugiej części tego szkicu chciałbym przywołać słowa Donata Kirscha, sformułowane w odpowiedzi na „insynuacje” jakoby Henryk Bereza w swej działalności krytycznoliterackiej posługiwał się zaledwie intuicją, programowo wręcz stroniąc od narzędzi bardziej precyzyjnych. Cytuję Kirscha z dwóch powodów. Po pierwsze, usiłuję dowieść, że ktoś taki nie tylko istniał, ale nadal istnieje, a do tego nie przestał tworzyć i – tkwiąc na obrzeżach episteme – uczestniczy (niebezpośrednio, nie jako akademik i bardzo rzadko na jakichkolwiek łamach, lecz w prywatnej, nader obfitej korespondencji) w sporach o prawomocność kształtu dominującej historii literatury polskiej. Po drugie, dostrzegam w ekscentrycznych refleksjach Kirscha niezwykle ożywczą przeciwwagę dla „literaturoznawstwa obiegowego”, które w pewnych obszarach „na wszelki wypadek” nie wykracza poza utarte, bezpieczne ścieżki, petryfikując daleki od rzetelności obraz wciąż jeszcze świeżych wydarzeń na scenie rodzimego życia literackiego.

Z listu Donata Kirscha:

Jeśli idzie o intuicję, to ten termin ma dla mnie dwa znaczenia. Z jednej strony, jest to dosyć sztuczne wyjaśnienie tego jak reagujemy na wydarzenia i ludzi rzekomo bez specjalnej analizy, bazując wszystko na emocjach. Tego typu koncept intuicji wydaje się dla mnie ukrywaniem prawdy o podświadomych zasobach pamięci, wydarzeniach nie do końca zapomnianych, czy też wewnętrznych mitologiach, które pozwalają nam szybko reagować na nowe sytuacje. Zawsze twierdziłem, na przykład, że uprzedzenia tak jak fascynacje są oznaką inteligencji. Inne znaczenie intuicji jest siłą rzeczy oparte na tym jak to rozumiał Bergson, jest też bardziej bliskie moim własnym intuicjom, jeśli idzie o równorzędność poznawczą sztuki i tego co nazywamy nauką. Jak wspominałem wiele razy, poznawcza rola sztuki została wyeliminowana nieomal całkowicie przez triumf marksizmu, dzisiaj znanego pod wieloma mianami, głównie poprawności politycznej.

Dlatego nie zgadzam się z opinią na temat metodologii Berezy. Uważam bowiem, że była to metodologia bardzo rygorystyczna i logiczna, oparta na podjęciu wyzwania, aby zrozumieć wstępne założenia tekstu lepiej chyba niż sam autor i ocenić tekst na podstawie tego, jak dobrze autor realizuje swoje własne obietnice. Jeślibym chciał być bardzo wyrafinowany, to porównałbym tę metodologię do logiki modalnej, specjalnie konceptu „możliwych światów”. Jako taka, siłą rzeczy, metodologia Berezy zawsze była niezależna od widzimisię krytyków i rozlicznych politycznych błazenad.

W latach 50-tych Saul Kripke zaproponował interpretację logiki modalnej bazowaną na koncepcie możliwych światów. W tym sensie dla Berezy każdy pisarz, czy nawet dzieło było takim możliwym światem, planetą wymagającą osobnego procesu odkrywczego[4].

                 *

Pisarz jako „planeta wymagająca osobnego procesu odkrywczego”? Jakież to niepopularne! Zwłaszcza w bieżącym kontekście niesmacznych przepychanek, wywołanych zmianami w szkolnym kanonie. Piję tu rzecz jasna do poezji Wojciecha Wencla, twórcy, któremu nieomal cały wachlarz wszelakich autorytetów przypiął łatkę „smoleńskiego barda”. Śmiem twierdzić, że ów „wachlarz” nie zadał sobie trudu, aby otworzyć choćby jeden tomik jego poezji. Powtarza za to bezmyślnie modne opinie.

Pisarz jako planeta? Co najwyżej gwiazda jednego sezonu. Od wybuchu do wybuchu.

                                                                                   



[1]           K. Uniłowski, Moja książka zbójecka, „FA-art” 1998, nr 4, s. 12.

[2]           I. Iwasiów, Odłożeni na półki, czyli coś innego, „FA-art” 1997, nr 4, s. 6.

[3]           Nie mogło być inaczej. Z Donatem Kirschem rozmawiają Klaudia i Andrzej Śnioszkowie, „eleWator” 2017, nr 1, s. 131-136

[4]           Z prywatniej korespondencji, do wglądu – A.Ś.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko