Zygmunt Janikowski – Za późno urodzeni

0
380

Zygmunt Janikowski – Za późno urodzeni

 

Filip Wrocławski

 

Wychowałem się pod miedzianymi dachami średniowiecznego miasta, gdzie Dzwon Zygmunt symbolizuje wielkość potężnego niegdyś mocarstwa. Chociaż dni chwały bezpowrotnie minęły i rozliczne klęski przeszły przez cały ten region, nawet ta ostatna, najbardziej barbarzyńska wojna w historii, nie naruszyła wspaniałej architektury miasta. Zołnierze z inskrypcją ”Gott mit uns” na klamrach pasków i znakami Totenkopft na czapkach, wysadzili tylko most na rzece i odeszli na zachód. Ci co przyszli po nich, wybudowali most drewniany, który zostanie w mojej pamięci do końca życia, gdyż przejście przez to olbrzymie monstrum było dla mnie torturą.Trzymając się kurczowo matczynej dłoni, ze strachem przeskakiwałem po deskach przejścia dla pieszych z myślą która z nich załamie się pierwsza. W szerokich szczelinach widziałem gigantyczną przestrzeń, kończącą się daleko nad powierzchnią ciemnej wody. Pomimo potwornego uczucia strachu, nigdy o tym matce nie powiedziałem. Nie pamiętam kiedy wybudowano nowy most.

W wieku siedmiu lat rodzice posłali mnie do szkoły. W gronie pięćdziesięciu chłopców z naszej klasy znalazło się kilku niepełnosprawnych uczniów z wrodzonymi wadami. Był wśród nich również obłąkany Hamlet, który mamrotał pod nosem tajemnicze monologi, w czasie gdy wszyscy inni skrobali w zeszytach swoje pierwsze litery. Nasz nauczyciel, pomimo że patrzył groźnym okiem na każde naruszenie dyscypliny, zupełnie nie reagował na zachowanie chłopca, który mówił sam do siebie i czasami wychodził ze swojej ławki, żeby pospacerować po klasie. Nieszczęsnego Hamleta przeniesiono do innej szkoły po tygodniu nauki. Nie przypominam sobie, żeby ktoś z nas żartował lub wyśmiewał się z ułomnych kolegów. Niedawno zakończona wojna sprawiła, że byliśmy przyzwyczajeni do widoku różnego rodzaju schorzeń i kalectw. Koszmarny czas okupacji minął jak koszmarny sen. Niektórzy z nas mieli dużo szczęścia. Urodzili się za późno na zastrzyk z fenolu.

1992

                                                       Nie wystarczy umrzeć

                                                        (powieść kryminalna)

                                                               Rozdział II

Tych kilka godzin spędzonych w samolocie nigdy nie było dla Eryka straconych. Podróżował dużo i wyzbył się lęku latania na dużych wysokościach. Podróż stała się dla niego formą rutyny. Kiedy zajął już swoje miejsce w samolocie i po wystartowaniu znaleźli się na wyznaczonym kursie, mógł spokojnie i bez przeszkód pogrążyć się w kontemplacji lub wspomnieniach. Wiele razy przypominał mu się jeden z pierwszych lotów w jego życiu. Miał wtedy czternaście lat. Razem z matką, która w tym czasie była młodą i wyjątkowo piękną kobietą, spędził dwa tygodnie wakacji w Rzymie. Historia i geografia były jego ulubionymi przedmiotami w szkole. W drodze powrotnej nie mógł oderwać wzroku od okna samolotu. Zarys zachodniego wybrzeża Półwyspu Apenińskiego wyglądał dokładnie jak na mapie z atlasu geograficznego. W oddali na horyzoncie, widoczny był łańcuch Alp ze śnieżnymi szczytami. Jednocześnie na dole, pod skrzydłami samolotu, mógł odróżnić pojedyncze domy, samochody na drogach a nawet samotne drzewa. Ten zadziwiający widok pozostał przy nim na zawsze.

Poza zwiedzaniem zabytków, pobyt w Rzymie pozostawił jeszcze jeden trwały ślad w pamięci Eryka.

Zupełnie niespodziewanie pojawił się w mieście kuzyn Tom. Po rozmowie telefonicznej z matką, Tom zarezerwował sobie pokój w hotelu gdzie mieszkali już od tygodnia i zapowiedział swój przyjazd z Genewy na następny dzień. Matka przyjęła tę wiadomość obojętnie, ale po pewnym czasie Eryk zauważył, że była bardzo zadowolona. Opanował ją dobry humor i była dla niego wyjątkowo dobra, gotowa spełnić każde jego życzenie. Całe popołudnie spacerowali po wąskich uliczkach Rzymu, a wieczorem dość długo siedzieli na tarasie restauracji pod Panteonem. Eryk dostał na deser duże lody,

a matka wypiła lampkę czerwonego wina. Gdy wrócili do hotelu spędziła więcej czasu niż zwykle przed lustrem, z uwagą przyglądając się swojej twarzy. Na drugi dzień przyleciał kuzyn Tom. Zamieszkał w tym samym hotelu o dwa piętra wyżej i przez następne kilka dni towarzyszył im w zwiedzaniu miasta. Ponieważ większość rzymskich atrakcji widzieli już wcześniej, odwiedzali mniej znane miejsca. Dużo czasu spędzali w restauracjach i kawiarniach. Matka zajęta była całkowicie kuzynem Tomem i Eryk czuł się zupełnie opuszczony. Nigdy przedtem nie doznał takiego uczucia.

Podczas jednego ze spacerów zauważył, że Tom zbliżył się wyjątkowo blisko do jego matki. Zbyt blisko, żeby uznać to za zwykły przypadek, ale po przemyśleniu doszedł do przekonania, że wśród członków rodziny zdarzają się czasami tego rodzaju czułości. Niemniej jednak od tego momentu, w sposób dyskretny, żeby nie wzbudzić podejrzeń, zaczął obserwować ich zachowanie. Ta sytuacja wprowadziła go w stan przyjemnego podekscytowania. Na dwa dni przed wyjazdem odwiedzili mało uczęszczane przez turystów Muzeo del Palazzo di Venezia. Byli jedynymi osobami w środku. Muzeum było zupełnie puste. Kogo w Rzymie interesuje kilka obrazów z czternastego wieku, małe brązowe rzeźby, drobne przedmioty z kości słoniowej, złota, srebra i porcelany, w czasie kiedy wszyscy podziwiają potęgę Cesarstwa Rzymskiego i Watykanu? Po godzinnym oglądaniu eksponatów dotarli do ostatnich sal muzeum, które były istnym labiryntem utworzonym z wysokich szklanych gablot. Eryk zatrzymał się przy jednej z nich, udając że jest czymś bardzo zainteresowany. W tym samym czasie kuzyn Tom szeptał coś do ucha matki i czule pocałował ją w szyję. Matka uśmiechnęła się, kiwnęła głową jak gdyby na zgodę i lekko trąciła Toma w ramię. Kuzn Tom położył dłoń na jej brzuchu i powoli przesunął…

-Kawa czy soda? – zapytała głośno sewardesa, pochylając się w stronę Eryka.

Eryk otrząsnął się ze wspomnień.

-Proszę kawę.

-Już podaję – odpowiedziała sewardesa.

-Bez cukru – dodał Eryk.

 

Odruchowo popatrzył na zegarek. Zostało dwie godziny lotu. Jeszcze nigdy nie cieszył się z powrotu do domu tak jak dzisiaj. Obiecywał sobie, że za żadną cenę do dżungli już nie powróci. Życie w chatce z patyków zmęczyło go do ostateczności. Prowadził prace naukowe przez kilka lat. Zdobył sobie zaufanie miejscowych szamanów, którzy wtajemniczyli go w najskrytsze tajemnice obrzędów. Przesłał tony materiałów naukowych i eksponatów dla zbiorów uniwersyteckich. Opublikował kilkanaście artykułów w naukowych periodykach. To wystarczy. Przez całe lata zafascynowany był swoją pracą. Teraz poczuł się bardzo zmęczony. Nawet podróże samolotem stały się coraz bardziej uciążliwe. To ciągłe czekanie

w kolejce, sprawdzanie biletów, dokumentów, deklaracji celnych i rutynowe już zdejmowanie butów, nie było zbyt przyjemne. Wspominał stare, dobre czasy, kiedy do samolotu wsiadało się jak do miejskiego autobusu. Nikt niczego dokładnie nie sprawdzał. Wystarczyło okazać bilet i paszport. Wysyłane na adres uniwersytetu kufry mało kiedy ktoś otwierał. Dzięki temu Eryk często korzystał z okazji przemycenia do kraju rzeczy, które mogły postawić go dzisiaj w bardzo kłopotliwej sytuacji. Zartował, że gdyby tylko chciał, to mógłby przemycić w częściach cały czołg. Czasy się zmieniły, ale i on zmienił się również. Był znużony prymitywnym życiem w dżungli, obrzędami religijnymi i zwyczajowymi, cudownymi uzdrowieniami i plemiennymi sporami. A na dokładkę ten klimat! Zabójczy klimat tropikalnej dżungli. Nie! Nigdy więcej!

Przyszło mu na myśl gustownie urządzone mieszkanie Susan. Białe ściany z kolekcją impresjonistycznych obrazów. Starannie odrestaurowane antyczne meble i pod oknami rzędy kwiatów w całej gamie zieleni, od ciemnej, poprzez oliwkową, aż do bladożółtej. Kilka różnej wielkości lamp w stylu Tiffaniego wprowadzało ciepły, przyjemny nastrój. Do tego trzeba dołożyć dwie lub trzy świeczki w kolorowych słoiczkach na stoliku do kawy i   dwudziesty szósty koncert fortepianowy Mozarta w tle.

Eryk zawsze szanował, a czasami nawet podziwiał ludzi żyjących w tropikach, ale jak na razie nie zamierzał do nich powrócić. W tej chwili, oprócz spotkania z Susan, jedyną rzeczą której pragnął, było iść na mecz Seahawks, wypić piwo i krzyczeć wraz z innymi na całe gardło: De-Fence, De-Fence, De-Fence…

Wyjrzał przez okno i odszukał wzrokiem sterczący ponad chmurami wulkaniczny stożek Mt. Rainera.

Ten olbrzymi wulkan oglądany z ziemi, robi na każdym tak wielkie wrażenie, że Eryk nie dziwił się ludziom pierwotnym, że mogli modlić się do jakiejś tam olbrzymiej góry. Dzisiaj Mt. Rainer jest rodzajem drogowskazu, mówiącego o zbliżającym się za kilkanaście minut lądowaniu.

Jak zwykle przed samym lądowaniem w samolocie zamilkły wszelkie rozmowy, jakby ludzie obawiali się, że coś niedobrego może się za chwilę wydarzyć. Lecieli w kompletnej ciszy, aż Eryk poczuł łagodne uderzenie kół o powierzchnię pasa startowego i kiedy już wylądowali, w samolocie zapanował gwar jak w wypełnionej po brzegi tawernie. Padał deszcz.

W porównaniu z innymi lotniskami w dużych miastach, lotnisko w Seattle jest niewielkie, mało kiedy przepełnione ludźmi i łatwe do poruszania się zarówno dla tych, którzy przylatują jak i tych, którzy odlatują z miasta. Po załatwieniu formalności w urzędzie celnym i paszportowym, Eryk udał się w kierunku głównego holu, gdzie spodziewał się spotkać kuzyna Toma, który zawsze przy takich okazjach przyjeżdżał zabrać go z lotniska. Tom miał już siedemdziesiąt pięć lat, ale cieszył się jeszcze dobrym zdrowiem. Z powodzeniem mógł prowadzić samochód, a co najważniejsze, w czasie długich nieobecności Eryka opiekować się jego domostwem. Nie wymagało to dużej pracy. Wystarczyło co kilka dni sprawdzić czy wszystko jest w należytym porządku, przejrzeć pocztę i raz na dwa tygodnie przypilnować wynajętych do obcinania trawy ludzi. Pomimo że Eryk chciał mu zapłacić za tę przysługę, Tom zawsze odmawiał. Miał dobrą emeryturę i swoje własne komfortowe mieszkanie w centrum miasta. Eryk wiedział od dawna, że Tom zajmuje się jego sprawami ze względu na dawną znajomość z matką. Był zresztą jedyną osobą, poza nim samym, która regularnie odwiedzała i dbała o utrzymanie grobu jego tragicznie zmarłej matki.

Dom Eryka, a właściwie posiadłość do której dochodziło kilkanaście akrów ziemi, oddalony był około godziny drogi od miasta. Wybudowany w tysiąc dziewięćset dwunastym roku, był główną siedzibą rodu, zajmującego się produkcją wina we wschodniej części stanu Washington. Eryk odziedziczył całość majątku dziesięć lat temu. Po śmierci ojca nie był zainteresowany produkcją wina i wydzierżawił winnicę dalekiej rodzinie. Pozwalało mu to na prowadzenie w miarę wygodnego trybu życia, gdyż uniwersytecka pensja była dla niego zbyt mała, żeby zaspokoić wszystkie jego potrzeby. W przeszłości kilka razy myślał o sprzedaniu swoich posiadłości, ale teraz cieszył się, że tego nie zrobił. Dlatego doceniał uczynność Toma, który przez kilka lat pomagał mu utrzymać w posiadaniu majątek. Znalazł też zawsze czas, żeby zawieźć go na lotnisko lub przywieźć z powrotem do domu, kiedy tylko o to poprosił. Po odebraniu swoich bagaży, Eric wszedł do głównwgo holu i skierował się na umówione miejsce, gdzie na ławce przy oknie siedział Tom. Z głową opartą o ścianę, wyglądał jakby spał.

-Na pewno siedzi już tutaj od dwóch lub trzech godzin – pomyślał Eryk.

Wymienili kilka kurtuazyjnych zwrotów powitania, po czym wyjechali eskalatorem na poziom wejścia do garażu i za chwilę byli już przy samochodzie Toma, starym lecz utrzymanym w idealnym stanie Cadillacu. W drodze z lotniska do domu samochód zawsze prowadzil Eryk. Było zimno i padał deszcz. Jechali w milczeniu.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko