Julia Pieciułko (lat 17) – Dom na Zaklętym Wzgórzu (Fragment powieści debiutu książkowego)

0
421

 

   Julia Pieciułko (lat 17)            

 

 

 

Dom na Zaklętym Wzgórzu

(Fragment powieści debiutu książkowego)

 

dom na zakletym

 

…Szłam, biegłam. Szłam, biegłam. Szłam. W końcu dotarłam do celu osiągając to, co  chciałam, czyli utracony spokój. Usiadłam na puszystym mchu w pobliżu swojego ulubionego dębu. Mierzył około pięciu metrów. Jego pień oznaczony wyciętą literką D tonął w cieniu. Słońce padało na moją twarz. Nadal nie wiedziałam, czego tak naprawdę chcę, ale czułam się już o wiele lepiej. Po kilku minutach rozmyślania o przyszłości wstałam, zamknęłam oczy i delikatnie dotknęłam rany w korze drzewa. Była sucha i chropowata. Goiła się. Mogłam wracać.

              Pobiegłam. W sumie nie miałam daleko. Najpierw kilkaset kroków przez las, potem parę metrów do starego mostu i pozostawało już tylko dojście wąską dróżką pod drzwi domu. Stał na Przeklętym Wzgórzu. Każdy je tak nazywał. Dom był bowiem położony na skalnym klifie.

     A na dodatek legenda głosiła, że kiedyś był tu cmentarz po żołnierzach z Niemiec. I że oni wciąż tu są. Co prawda jakoś nigdy nie wierzyłam w bajki, ale z ciekawością słuchałam opowieści mojego ukochanego dziadka. Był na II wojnie światowej. Przeżył jako jeden z nielicznych. Jak się o tym dowiedziałam, miałam łzy w oczach. Nie przypuszczałam nawet, że człowiek może być aż tak odważny, silny i wytrwały.

              Nareszcie dobiegłam do mostu. Był naprawdę bardzo stary, a mimo to jeszcze się trzymał. Owszem, każde przejście mogło okazać się katastrofą, ale nie zwracałam na to uwagi.

     W życiu trzeba być odważnym, najważniejsza jest jednak umiejętność podejmowania właściwych decyzji.

              Przeszłam przez most. Pobiegłam wąską ścieżką i otworzyłam drzwi domu.

     Weszłam i poczułam to. Poczułam dotyk ciepła, troski i bezpieczeństwa. Zbliżał się wieczór.

     Za oknami, drzwiami i wokół ścian snuł się mrok. Miasteczkiem zaczynała rządzić ciemność i samotność. Poczułam odradzający się niepokój. Wprawdzie Seanvill nie miało nic złego do ukrycia, ludzie pomagali sobie i wspierali się w potrzebie, ale nigdy nie wiadomo, czy w szkole nie trafi się jakaś podła żmija próbująca cię zniszczyć. Nieraz miałam takie sytuacje, ale jakoś jeszcze żyję.

     – Już jesteś? – w drzwiach kuchni pojawił się dziadek Feliks.

     – Jak widzisz, wróciłam. Zaczęło się robić ciemno i nieprzyjemnie – odpowiedziałam ściągając moje ulubione czarne buty i to nie byle jakiej marki, bo Converse.

            Wstałam i poszłam za dziadkiem do kuchni. Była niewielka, ale na swój sposób bardzo ładna. Stylowa, trochę staroświecka lampa, nowoczesna lodówka, blaty z ciemnego drewna, czarna kuchenka gazowa i okap pod kolor blatów uzupełniały się wzajemnie.

     – Chcesz coś do jedzenia? Zrobiłem zapiekanki – uśmiechnął się dziadek.

     – Tak – odparłam i zamyślona rozsiadłam się wygodnie na narożnej kanapie.

     – Halo, śpisz? Ile chcesz? – zapytał chyba po raz trzeci. Ocknęłam się.

     – Dwie – odpowiedziałam po chwili.

     – Jak sobie życzysz Lores. Proszę, jedz – podał mi talerz – chcesz herbaty?

     – Tak, ale nie męcz się, naleję sobie – uśmiechnęłam się i wstałam z miejsca.

     – Ja? Ja miałbym się tym zmęczyć? Żartujesz sobie? – zaśmiał się dziadek, a ja wraz z nim.

     – No dobrze, dobrze, niech będzie, jak chcesz – usiadłam z powrotem.

              Eli podał mi herbatę w moim ulubionym, szarym kubku. Był on pomalowany  bardzo kreatywnie: po lewej stronie nad wzburzonym morzem kłębiły się czarne  chmury, pośrodku na szczycie skalnego klifu tkwił nasz domek, a po prawej stronie nad  wąskim paskiem plaży jaśniał błękit nieba z wielką kulą rozżarzonego słońca.

              Tak naprawdę, to niedawno wprowadziłam się do dziadka. Miałam problemy z matką.

     W końcu straciłam ją. Babcia mieszka ze swoim drugim mężem, a ja zostałam sama.

     Dziadek postanowił się mną zaopiekować. Nie chciałam mu sprawiać kłopotu, więc  początkowo się opierałam, ale dziadek się uparł i przywiózł mnie do siebie. Przyjął mnie bardzo serdecznie i jestem mu za to wdzięczna. Obiecałam sobie, że już nigdy nie będę zła dla innych ludzi. Nie będę się o byle co obrażała, nie będę się kłóciła, za to częściej będę się uśmiechała i pomagała rodzinie i znajomym. Na razie dobrze mi idzie, bo nie znam tu nikogo oprócz dziadka. A z nim od urodzenia miałam dobre kontakty. Teraz tak naprawdę jesteśmy  dla siebie niemal jak siostra i brat. On na mnie mówi Los, a ja na niego Eli.

     – Jedz, jedz, bo ci wystygnie – powiedział dziadek siadając obok mnie. Wziął swój kubek i  napił się ciepłej herbaty z cytryną.

     – Co mówisz? Aha, jedzenie – puknęłam się w głowę.

     – Co ci jest? Jesteś jakaś rozkojarzona. Dobrze się czujesz? – zapytał. Martwił się o mnie.

     To było miłe, bo mnie też na nim zależało.

     – To nic takiego. Mam w głowie zdjęcia, które chciałam zrobić.

             I taka była prawda. W drodze powrotnej wpadłam na świetny pomysł, ale zrobiło się ciemno i wszystko poszło na marne.

   – Ej, ty moja artystko, jedz nareszcie – powiedział sięgając po kubek z herbatą.

     – Dobrze – odparłam przyciszonym głosem.

     – A potem idź i się spakuj. To, że jesteś nowa w Seanvill nie oznacza wcale, że masz nie iść do  szkoły. 

     – Wiem przecież – wzięłam zapiekankę i ugryzłam.

     – Smacznego – uśmiechnął się dziadek i po chwili zniknął w ciemnym korytarzu prowadzącym do salonu. Zostałam sama. Westchnęłam.

                 W końcu zapiekanki zostały zjedzone. Wzięłam talerz i włożyłam do zlewu. Odkręciłam wodę, chwyciłam gąbkę i płyn do mycia naczyń. Z trudem zaczęłam zdrapywać roztopiony ser, który przylgnął do talerza. Gdy uznałam, że talerz jest dostatecznie czysty, odłożyłam go na suszarkę. Wypiłam ostatni łyk herbaty i umyłam kubek.

                Robota skończona – uśmiechnęłam się sama do siebie z dumą w sercu. Zgasiłam światło i  poszłam do swojego pokoju. Kiedyś to był pokój mamy, ale wyprowadziła się od dziadka do centrum, gdzie się wychowałam.

                Zapaliłam lampkę, podeszłam do starej szafy i wyciągnęłam z niej piżamę. Przebrałam się, brudne rzeczy wsadziłam do kosza na brudy i usiadłam na łóżku. Obok na szafce stał portret uśmiechniętej, młodej kobiety. To była moja mama. Uśmiechnęłam się ze łzami w oczach do jej ciemnych, prostych włosów, zielonych oczu i białych jak sznur pereł zębów. Dotknęłam delikatnie ramki tego pięknego zdjęcia. W moim sercu pojawił się promyk szczęścia, a jednocześnie bolesne cierpienie.

                Do pokoju wszedł Eli.

     – Co się stało? – zapytał siadając obok mnie na łóżku.

     – Nic takiego, to tylko wspomnienia – odparłam ocierając ukradkiem wolno spływającą łzę.

             Następna, niestety, zdążyła spaść mi na spodnie od piżamy.

             – Ej, Los, nie płacz. To nie ma sensu. Nie możesz płakać, płacz do niczego dobrego nie prowadzi, tylko osłabia. Ja nawet na wojnie nie płakałem. Wiem, że czasem trzeba sobie pozwolić na łzy, ale nie przez wspomnienia. Rozumiesz? – Eli przytulił mnie czule.

     – Rozumiem – wyszeptałam przez łzy, które nie miały zamiaru przestać płynąć.  

     – Rozumiesz? No to czemu płaczesz? Wiem, że Emily odeszła, ale nie możesz się z tego  powodu załamać. Weź się w garść.  

                Dziadek potrząsnął mną za ramiona. Otarłam łzy z twarzy.

     – No, a teraz uśmiech – Feliks zrobił minę, która zawsze wywoływała u mnie śmiech do łez. Teraz jednak tylko się uśmiechnęłam.

     – Dziękuję Eli – powiedziałam przytulając się do niego.

     – Nie ma za co, Lores – odparł wstając. – A teraz spać. Spakowałaś się? Umyłaś się? – zapytał.

     – O…nie…- zdziwiłam się, bo od dawna nie trzeba już było mi o tym przypominać.

     – No to raz, dwa – powiedział Eli wskazując palcem w kierunku łazienki.

     – Już idę, idę – powiedziałam z uśmiechem, bo to jego rozkazywanie trochę mnie rozbawiło.

                Szybko się umyłam i wróciłam do pokoju. Podeszłam do okna przy moim biurku.

     Musiałam je zamknąć, bo w razie nocnego sztormu, wszystko porozwiewałby wiatr i pozalewał  deszcz. Wzięłam swoją czarną, skórzaną torbę i włożyłam do niej duży, gruby notes, dwa czarne długopisy, jeden ołówek HB i legitymację. Nie wiedziałam, co mi będzie potrzebne, bo do tej  szkoły miałam iść pierwszy raz.

     – A teraz do łóżka – powiedział Eli.

     – Już, już – uśmiechnęłam się i wskoczyłam pod kołdrę. Eli nachylił się i pocałował mnie w czoło.

     Poczułam się tak, jakbym ciągle była tą małą dziewczynką, która tak lubiła odwiedzać dziadka.

     Nie wiem, skąd wiedziałam, że mnie bardzo kocha i zrobi wszystko, żebym była szczęśliwa.

     Tymczasem dziadek zgasił światło, wyszedł i zamknął drzwi. Znowu zostałam sama. Może to i dobrze. A może źle? Wiem, że tego bólu tkwiącego w sercu tak łatwo się nie pozbędę. Szybko

     okazało się jednak, że zmęczenie to najlepszy środek nasenny, bo po kilku minutach zasnęłam.

                 Rano obudził mnie powiew wiatru. Okazało się, że wieczorem źle zamknęłam okno i wiatr je w nocy otworzył. Ale nic złego się nie stało. Zerknęłam na zegarek w dotykowym telefonie. Była 6.30.

     -Spóźnię się- pomyślałam i w popłochu zerwałam się z łóżka. I jak zawsze sprawdziłam, którą nogą wstałam. Lewa oznaczała, że będę miała pecha. Tym razem jednak wstałam prawą, mogłam  się więc spodziewać, że spotka mnie dziś coś szczęśliwego.

     – No, gdzie ta cholerna bluzka – burknęłam pod nosem szperając w szafce.

     – Mam! – krzyknęłam uradowana na jej widok. Jednak w tej samej chwili przypomniało mi się, że Eli śpi za ścianą, a on przecież nie musiał jeszcze wstawać.

     -Ty idiotko – powiedziałam do lustra i poszłam do łazienki. Umyłam twarz, ręce i dokładnie wyczyściłam zęby. Były teraz bielutkie, co sprawiło, że się uśmiechnęłam. Wróciłam do  pokoju i zaczęłam się ubierać. Nałożyłam czarne skarpetki przed kostkę, ciemnogranatowe rurki, biały podkoszulek na ramiączkach z dużym dekoltem i ciemną, dżinsową koszulę. Oczywiście koszula była nałożona niedbale, całkowicie rozpięta, ale nie przeszkadzało mi to wcale. Jeszcze tylko delikatny makijaż i będę gotowa stawić czoło tej nowej szkole. Usiadłam przy toaletce, poprawiłam rzęsy, nałożyłam lekki cień na powieki i odrobinę błyszczyku na usta. Uczesałam swoje długie, kasztanowe włosy i spięłam je w niedbałego koka. Wyglądałam jak mama. Ehhh….

              Spojrzałam na zegarek: 7.15. O Boże! Nałożyłam swoje piękne Conversy i chwyciłam torbę.

     Na drodze stał już szkolny autobus! Narzuciłam na siebie cienką, brązową kurtkę i wybiegłam  z domu trzaskając niechcący drzwiami. No, cóż, dziadek musi mi wybaczyć, w końcu się spieszyłam.            

              Dopadłam otwartych drzwi autobusu i ledwo wsiadłam, ruszył. Ucieszyłam się, że  zdążyłam. Prowadzona wzrokiem kilkunastu dziewcząt i chłopców przeszłam do samego końca i usiadłam przy oknie. Wszyscy zaczęli jazgotać jak najęci, czego wręcz nie  znosiłam, postanowiłam więc posłuchać muzyki. Wyciągnęłam telefon i słuchawki, podpięłam kabel do aparatu i wsadziłam słuchawki do uszu. Ach, ten stary, dobry rock! Nie ma nic

     lepszego na początek dnia!

              Po trzech minutach autobus przystanął, żeby zabrać ostatniego ucznia. Spojrzałam z uwagą.

     Był to brązowowłosy, wysoki chłopak. Miał pewnie ładnych kilka centymetrów więcej niż moje 168 cm, z których byłam taka dumna. Szybko okazało się, że nie wiadomo dlaczego nie cieszy  się on sympatią obecnych.

     Ledwo wsiadł, podniosły się krzyki:

     – Patrzcie! Debil się w końcu zjawił!

     Prawie wszyscy zaczęli się śmiać. Miałam wielką ochotę powiedzieć im coś do słuchu, nie mogłam się jednak wychylać. Byłam nowa i nawet gdybym rzuciła wiązankę typu: „Ty deklu,  co sobie wyobrażasz? Myślisz, że tak można? Po co to robisz?” , to i tak nic by to nie dało.

     Mogłabym najwyżej za to oberwać.

     Chłopak usiadł tak jak ja na szarym końcu autobusu. Jak widać, było to jego stałe miejsce.

     – Cześć – odezwałam się wyjmując słuchawki z uszu. Wyłączyłam muzykę.

     – Cześć – odparł przygnębiony. Dosiadłam się do niego.

     – O co im chodzi? – spytałam nie ukrywając ciekawości.

     – Ty nowa jesteś? – spojrzał na mnie zdziwiony. Zamarłam. Jego oczy patrzyły prosto w moje,

             a moje w jego…

     – Mhm… – mruknęłam nie mogąc wydobyć głosu.

     – No cóż, w końcu usłyszysz całą historię o mnie i mojej rodzinie… – westchnął zrezygnowany.

     – Czemu nie możesz mi tego opowiedzieć osobiście? – spytałam.

     – Może kiedyś. Nie teraz, okey? Teraz by nas przyczaili na gadaniu i miałabyś przechlapane –

     dokończył cicho.

              Odsunęłam się na swoje miejsce. Przecież muszę coś z tym zrobić. Jak tylko się dowiem,  o co chodzi temu paskudnemu lalusiowi, to mu wygarnę. Taki mam plan. Siedział z przodu  z jakaś sztuczną lalą. Widziałam jego blond włosy, ale nie słyszałam, o czym rozmawiają.

   Gdyby teraz na mnie spojrzał, zniszczyłabym go swoim wzrokiem. Mam taką cechę, że jak mi się coś nie podoba, próbuję to zmienić. Tę sprawę też rozwiążę, a jego zniszczę.

              Spojrzałam na zegarek. Wyświetliła się 7.50. Zaraz będziemy na miejscu. Oparłam głowę  o szybę. Autobus się zatrzymał. Uczniowie wyszli, tylko ja i ten wyzywany przez innych chłopak siedzieliśmy na swoich miejscach. W końcu wstałam. Przecież musiałam iść do sekretariatu  powiadomić, że jestem nowa i wziąć plan lekcji.

              Chłopak wyszedł tuż za mną, ale po chwili mnie wyprzedził, a pod moimi nogami  wylądowała karteczka. Podniosłam ją, rozłożyłam i przeczytałam „Spotkajmy się za szkołą po  lekcjach. Mam nadzieję, że nie musisz od razu wracać do domu. Będę czekał w zaułku.”

     Uśmiechnęłam się radośnie. Zapowiadało się, że już pierwszego dnia zdobyłam przyjaźń tego  odrzuconego przez grupę chłopaka. Poczułam ciepło w sercu i podniecenie na myśl  o spotkaniu i możliwości odkrycia prawdy, dlaczego go atakują. Ucieszyłam się, ale w tej samej  chwili uświadomiłam sobie, że muszę się pospieszyć, bo inaczej się spóźnię na lekcje.

              Weszłam do szkoły równo z dzwonkiem. Pobiegłam do sekretariatu. Siedziała tam dość  jeszcze młoda i na swój sposób ładna kobieta. Miała na sobie czarny strój. Wyglądała jak w żałobie, ale może teraz każdy sekretarz szkolny tak się ubiera?

     – Dzień dobry – przywitałam się grzecznie.

     – Dzień dobry – usłyszałam poprzez odgłos drukarki. Co mogę dla ciebie zrobić? – zapytała spinając wydrukowane dokumenty.

     – Jestem nowa. Chciałam dostać plan lekcji – odparłam szybko.

     – Mhm… – odjechała krzesłem na kółkach w tył i odwróciła się w moją stronę.

   – Za chwilę ten swój upragniony plan dostaniesz, ale najpierw muszę cię zarejestrować.

     – Dobrze – uzbroiłam się w cierpliwość.

     – A więc… ty jesteś… – spojrzała na mnie niepewnie.

     – Lores Fire – mruknęłam. Sekretarka podpisała jakiś dokument.

     – Data urodzenia? – spytała.

     – Rok 1997, 13 czerwca – powiedziałam – Czy to ważne? – spytałam drepcząc niecierpliwie.

     – Tak, ważne. Spokojnie, zaraz cię wypuszczę – zaśmiała się. – Dobrze, to już wszystko. Należysz  do klasy 3A. Proszę, tu masz plan – wyciągnęła rękę z wydrukiem.

     – Dziękuję – odparłam zerkając na plan przelotnie. I od razu tego pożałowałam. W mojej głowie odezwał się znajomy brzęczyk: „ma-te-ma-ty-ka!”. A jednak ta prawa noga przy wstawaniu to  też pech!

     – Do widzenia – dodałam automatycznie, wyszłam z sekretariatu i pobiegłam pod salę nr 7.

     Wiedziałam, że jestem spóźniona. Spojrzałam na zegar na korytarzu: 8.15! Rany, jak ja tam  wejdę! Czułam, że robię się czerwona. Weszłam z hukiem, bo zbyt mocno trzasnęły drzwi.

     Nauczyciel spojrzał na mnie zaskoczony.

     – Dzień dobry. Przepraszam za spóźnienie. Musiałam wypełnić….Znaczy się podać pani sekretarce swoje dane osobowe. Jestem nowa… Lores Fire… – tłumaczyłam zacinając się z przejęcia. W sumie to sama siebie nie rozumiałam, ale jakoś dobrnęłam do końca. Klasa zachichotała.

     Zerknęłam na wszystkich ukradkiem. Był tam ten wysoki chłopak z autobusu, który mi dał karteczkę. On się nie śmiał. Dobrze wiedział, jak to jest być wyśmiewanym. Ale ten laluś widocznie tego jeszcze nie doświadczył, bo rechotał najgłośniej ze wszystkich.

     – Rozumiem… Usiądź obok Angeliki White – nauczyciel wskazał mi cichą dziewczynkę

siedzącą samotnie po prawej stronie. Miała na sobie niebieskie buty marki Vans, koszulę w

kratę w kolorze indygo i takie same rurki jak ja. Jej ciemnoblond włosy z prostą grzywką

z tyłu zakrywały jej plecy aż do pasa. W twarzy zwracały uwagę duże ciemnokasztanowe

oczy z turkusowymi przebłyskami. Na prawym nadgarstku od strony zewnętrznej miała

perfekcyjnie namalowane czarne kruki.

        Uśmiechnęłam się pod nosem. Od razu było widać, że to Strzelec, a Strzelce dogadują

się z Bliźniakami. Kiedyś mama uczyła mnie astrologii. Jeszcze trochę pamiętam i dosyć

często zauważam cechy charakteryzujące ludzi z poszczególnych znaków zodiaku .

         Podeszłam powoli do ławki. Klasa od minuty siedziała cicho lecz obserwowała mnie

uważnie. Usiadłam obok Angeliki. Nazwisko White coś mi przypominało. Teraz miałam całą

połowę lekcji, żeby przeszukać pamięć.

– White, do tablicy – rozległ się stanowczy głos nauczyciela. Angelika niechętnie wstała. Jej

szczupła postać na tle ogromnej tablicy wydawała się jeszcze drobniejsza.

– Rozwiąż zadanie trzecie, przykład C – zdecydowanie polecił matematyk. Widać, że jest ostry.

Mnie pewnie też tak będzie traktował – pomyślałam z drżeniem.

Angelika spokojnie wzięła kawałek białej kredy, podniosła rękę i postawiła pierwsze cyfry.

– Siedem razy… mruknęła pod nosem. Przyglądałam się jej z uwagą. Nagle spojrzałam na działanie,

które miała wykonać i doznałam lekkiego szoku: 7*(x+6)^2+5= 5. Ja mogłabym jedynie

postawić ze sto znaków zapytania. A ona zaczęła pisać 7*(-6 +6)^2+5= (-42+42)^2+5.

A potem pojawiło się 0^2+5= 0+5=5 i to był koniec zadania.

Byłam zdumiona zarówno tym, co napisała, jak i tempem jej pracy. Widać, że jest w tym dobra.

Może uda mi się załatwić u niej korepetycje z matmy? Angelika jakby wyczuwając, że

o niej myślę, odwróciła się w moją stronę i uśmiechnęła się serdecznie. W tym momencie w jej

oczach zobaczyłam naszą przyszłość. Spędzanie czasu razem i osobno, łzy i śmiech, dyskusje

i kłótnie, wspieranie się na co dzień i od święta…

        Ocknęłam się, gdy Angelika siadała obok na swoje miejsce w ławce. Jej zeszyt

był prowadzony bardzo starannie – linijka w linijkę, literka w literkę i równanie w równanie…

         Po około dwudziestu minutach rozległ się przeraźliwy dźwięk dzwonka na przerwę.

Musiałam odnieść swoje rzeczy do szafki i poszukać Angeli. Poszłam wzdłuż długiego

korytarza, ale przypomniałam sobie o kartce z kodem, więc zatrzymałam się i zaczęłam jej szukać.

– Gdzie to jest…- mruczałam sama do siebie grzebiąc w torbie. – Mam! – spojrzałam na cienki

pasek białego papieru z napisem: Szafka nr 337, kod: 6491240001. Przeraziłam się, bo nigdy w

życiu nie widziałam czegoś takiego. Zawsze była to po prostu szafka i już, czasem nawet

zwykła, wspólna dla wszystkich szatnia.

        Podeszłam do szafki numer 337 i zerknęłam na pokrętło. Podobne widziałam kiedyś w

banku. Patrzyłam na nie podejrzliwie nie wiedząc, jak się zabrać za otwieranie, gdy nagle

poczułam za swoimi plecami czyjś ciepły oddech.

– Cześć – usłyszałam dźwięczny, dziewczęcy głos. Odwróciłam się szybko. To była Angelika.

– Cześć – odpowiedziałam z radosnym uśmiechem.

– Zauważyłam, że jesteś nowa i … że masz problem z szafką – uśmiechnęła się życzliwie.

– No tak, ale skąd o tym wiesz? Nie mów, że mnie obserwowałaś – zerknęłam na nią podejrzliwie.

– Nie, no co ty! To znaczy… No bo… – zaczęła się tłumaczyć. Uśmiechnęłam się, co ją

wyraźnie uspokoiło.

– Ja po prostu akurat szłam za tobą i zauważyłam, że masz problem z otwieraniem szafki.

Wahałam się przez chwilę, ale w końcu zdobyłam się na odwagę, żeby do ciebie podejść –

zakończyła z zakłopotaniem.

– Aha… – mruknęłam pod nosem.

– A tak w ogóle, to ja jestem Angelika, a ty Lor…Es, tak?

– Tak, jestem Lores. A ty Angelika White?

– O, to już sporo o mnie wiesz – roześmiała się – A więc pomóc Ci? – spytała machnąwszy ręką

w stronę szafki.

– Naprawdę chcesz mi pomóc? – spojrzałam na nią zaskoczona.

– Jasne! A więc spójrz. Jak masz kod szafki, co nie?…to bierzesz to pokrętło…i wykręcasz po kolei

podane cyfry. Kumasz? – wyjaśniała wystukując numer kodu. W końcu okazało się to nie takie

znów skomplikowane.

        Patrzyłam na nią zaskoczona. Ledwo co się poznałyśmy, a ona już chciała mi pomagać.

To dziwne, ale w jej towarzystwie czułam się tak, jakbym ją znała od dawna. Jakbym ją

znała od urodzenia. Jakby była moją siostrą …

        Zamknęłam oczy. Poczułam zbierające się pod powiekami łzy. Tym razem nie były to

jednak łzy smutku. Byłam wzruszona. Jedna z łez wymknęła się mi spod powieki i zaczęła

spływać po policzku. Angela zaniepokoiła się:

– Ej! Nic ci nie jest? – zatroskana dotknęła delikatnie mego ramienia.

Nie, nic…- wytarłam ślady łez i uśmiechnęłam się uspokajająco.

        Zadzwonił dzwonek. – Co teraz mamy? – spytałam wkładając cienką kurtkę do szafki i

zostawiając torbę.

– Biologię- odparła. – Idziemy? Jeszcze się spóźnimy…

– Spokojnie – wyjęłam z torby duży, gruby notes, czarny długopis i telefon. Wyłączyłam

komórkę i schowałam ją do kieszeni spodni. Pobiegłyśmy w kierunku klasy.

– Kto pierwszy? – krzyknęłam radośnie.

– Ja! Ja będę pierwsza! – zaśmiała się Angela i mnie wyprzedziła.

– Ej, czekaj! Ałłaaa… – udałam, że coś mi się stało w kostkę u nogi. Angela od razu się zatrzymała,

zerwałam się, lekko popchnęłam i wyprzedziłam zaśmiewając się z udanego dowcipu.

Na schodach jednak odpuściłam i dałam jej wygrać. Pierwsza wbiegła do klasy. Ja zostałam,

żeby się uspokoić, bo mnie ta scena tak rozśmieszyła, że musiałam przykucnąć…

Byłam szczęśliwa. Koniec z samotnością. Koniec ze smutkami. Mam przyjaciół…

 

Julia Piciułko - portret wyk. Z. Kresowaty

Julia Pieciułko – autorka książki „Dom Na Zaklętym Wzgórzu” – portret wyk. Zbigniew Kresowaty

 

Julia Pieciułko urodzona 13.06.2000 roku we Wrocławiu. Jest osobą aktywną. Pisze od dwóch lat opowiadania i wiersze oraz typową prozę.

         Doma Na Zaklętym Wzgórzu jest jej debiutem książkowym. Powieść wydana została w wydawnictwie ATUT we Wrocławiu w 2015 roku. Jest oparta na własnych przeżyciach i dotychczas zdobytej wiedzy…

       W roku 2015 autorka została wyróżniona w Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Gustawa Herlinga Grudzińskiego za fragment tej powieści.

       Julka dużo rysuje, maluje i czyta oraz fotografuje. Interesuje sie grafiką komputerową, wybiera się na studia. Mieszka we Wrocławiu.

                    

           
           

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko