Piotr Wojciechowski – Linie Wichrowate. Wacław Holewiński – polemika z felietonem Piotra Wojciechowskiego

0
307

Piotr Wojciechowski – Linie Wichrowate

Wacław Holewiński – polemika z felietonem Piotra Wojciechowskiego
 

 

wojciechowski holewinski

 

W trakcie ostatniej Biesiady Literackiej wywiązała się dyskusja dotycząca treści felietonu Pana Piotra Wojciechowskiego. Pan Piotr Wojciechowski w swoim liście do redakcji chce wyjaśnienia sprawy, pisząc, że regulamin Biesiady Literackiej nie pozwala na polemiki. Zwróciliśmy się zatem do Pana Wacława Holewińskiego, który był dyskutantem w czasie imprezy, o przedstawienie swojego stanowiska. Dziś prezentujemy naszym Czytelnikom felieton i polemikę z jego treścią pióra Wacława Holewińskiego – redakcja

 

 

Piotr Wojciechowski

 Oto felieton, jaki napisałem był na na Biesiadę Literacką 28 listopada 2017. Kiedym go wygłosił, prowadzący Biesiadę kolega Wacław Holewiński, zasłużony wydawca i ceniony pisarz, krótko oświadczył, że to już drugi kolejny mój felieton, którego nie akceptuje. Teraz poprzedzam go paroma słowami wprowadzenia, aby zakomunikować, nie czuję się dotknięty, ale raczej zaciekawiony. Kolega Wacław odezwał się spontanicznie, ale nie wyjawił obecnym z jakim sformułowaniami, czy tezami się nie zgadza. Nie mógł tego uczynić, bo formuła Biesiad nie przewiduje dyskusji po wypowiedziach uczestników. Gdyby wychodziło pismo podobne do „Wiadomości Literackich” mógłbym oczekiwać, że pojawi się na jego łamach zaspakajająca moją ciekawość polemika. Tak, przydałoby się pismo dla twórców, krytyków, intelektualistów, inteligencji. Na razie co? Może kto się odezwie do mnie za pośrednictwem tego portalu czy Sekretariatu SPP.

 

 LINIE WICHROWATE

    Antosiowa była żebraczką. Zarabiała też sezonowo dostarczając do sklepu spożywczego mojej babci powiązaną słomianym powrósłem włoszczyznę w dwu asortymentach – z kapustą lub bez kapusty. Działo się to przed Pierwszą Wojną Światową, w Lublinie. Wuj Wacek, rocznik 1900, uczeń rosyjskojęzycznej gubernialnej lublinskoj gimnazji natknął się kiedyś w sklepie swojej matki na Antosiową, która przyszła z towarem.

   – Skąd pani bierze włoszczyznę?

   – Jak?  A! Z pola biorę!

   – To pani Antosiowa ma pole?

   – Ale też – mam! Każdy sobie ogrodził. To moje, to moje, to moje. No to pytam – gdzie jest moje?

    Przypomniałem sobie tę rodzinną anegdotę, gdy podniosła się fala dyskusji i komentarzy dotyczących pochodu w dniu 11 listopada i niesionych tam transparentów.

   Rozmawiając  z przyjaciółmi zażartowałem, że te transparenty o białej Europie, o czystej krwi, powinny być przed marszem wszystkie przetłumaczone na język głębszej prawdy – one wszystkie były niesione przez pra-prawnuków Antosiowej. Na transparentach powinny być wielkie litery, na wszystkich tylko jedno pytanie – a gdzie moje?

 Te slogany nie miały na celu głębszego podzielenia podzielonej społeczności. One były znakiem, że świętują swoją jedność i siłę ci odrzuceni, nie liczący na granty, na awanse, na stypendia. Zaniedbani, niekochani, skreśleni z rozdzielników, wyrzuceni poza los z komfortu centralnego ogrzewania, z przestrzeni toalet spłukiwanych, przegrani. Oni nie zwyciężają w konkursach, nie dla nich uroczyste promocje i rozmaite afterparty.

    Ach, jak zjeżyli się  na to moi przyjaciele.

    Tam nie tylko tacy szli! Rodziny z dziećmi też były – zawołali. – I nie usprawiedliwiaj faszystów i rasistów. Nie namówisz nas, żebyśmy się litowali.

Nic nie rozumiesz!

 Kropla dziegciu w beczce patriotyzmu!

   Chyba rzeczywiście nie wszystko zrozumiałem. Nie cieszą mnie jednak  słuszne racje oburzonych, przerażonych i piętnujących. Nie cieszą mnie też słuszne racje bagatelizujących, usprawiedliwiających, pomniejszających. Bo te racje łączą się w chór zgodny, który ma siłę poszerzania rowu między stronami sporu. Wydaje mi się nawet, że te strony sporu nie są tak naprawdę przeciw sobie. 

    Z poczciwej geometrii euklidesowej wynika, że linie na płaszczyźnie mogą być zbieżne, mogą się krzyżować, mogą być także równoległe. W przestrzeni trójwymiarowej dochodzi jeszcze kategoria linii wichrowatych. To są linie biegnące na różnych płaszczyznach. W jakimś punkcie są bliskie przecięcia, zderzenia, a potem  znowu rozchodzą się w nieskończone dale.

      O ile przecięcie się linii leżących na tej samej płaszczyźnie może być symbolem spotkania, o tyle układ linii wichrowatych symbolizuje rozminięcie się, także rozminięcie się z prawdą. Spotkanie może być braterskie, może też być negocjacyjne czy konfrontacyjne. Pozorne zmierzanie do spotkania z perspektywą oddalania się – to kłamstwo na temat spotkania.

   Można to określić jako spór wykluczający dialog.

   Parę dni temu, za pośrednictwem naszego Stowarzyszenia nadeszła do mnie – i do wielu z Państwa, prośba bibliotekarki z technikum na Ochocie. Zapraszała ona pisarzy na spotkania z uczniami i zarazem przepraszała za to, że nie ma ani grosza na wynagrodzenie pisarkom i pisarzom takiej żywej lekcji polskiego.

   Zgłosiłem chęć wizyty w szkole i przy okazji dowiedziałem się, że pewna grupa piszących zrobiła to także. To dobry znak. Znakiem niedobrym jest jednak to, że kraj, który kupuje system antyrakietowy „Patriot” za przeszło 10 miliardów dolarów, nie ma stu złotych, aby zafundować taksówkę do szkoły chodzącej o lasce pisarce. A ta pani chciałaby porozmawiać z młodzieżą o polskiej literaturze, o polskim języku, a może nawet o tym, kto jest patriotą. Jest tu jakaś czarna dziura w myśleniu.

   Wracam myślą do 11 listopada i myślę sobie, że szli w tym marszu ludzie obojętni na znaczenie słów, pewnie w większości należący do 65 % społeczeństwa, które przez cały ostatni rok nie przeczytało ani jednej książki. To nie szli czytelnicy Żeromskiego i Parnickiego, nie było wśród nich miłośników poezji Leśmiana czy Herberta, nie było smakoszy eseistyki Kuncewiczowej czy Kijowskiego. Sądzę, że takie wykorzenienie z odpowiedzialnego myślenia, kreuje ludzi obojętnych na słowa napisane na transparentach. Nieważne co tam jest! Idziemy za tym. Jesteśmy w grupie, jest fajnie, nikt nas nie zatrzyma, bo nas dużo. Coś tam napisane? Nieważne, będzie zadyma, bo to mocne. A jak się idzie za hasłem „śmierć wrogom Ojczyzny” to może trzeba będzie zabić. Niech no tylko nam wskażą kogo, gdzie ten wróg.

   Snuję te mroczne dywagacje i dochodzę do wniosku, że pochopnie określiłem uczestników marszu jako „pra-prawnuków Antosiowej”. Postawiłem się na tym samym poziomie, co osoby nazywające ich „faszystami”, na tym samym poziomie, co osoby nazywające ich „patriotami”.

  Takie sloganowe uproszczenia potrzebne są w walce politycznej, służą zdobywaniu władzy. Biegną po liniach wichrowatych.

   A prawda jest taka, że nie znam prawdy. Tam szło sześćdziesiąt tysięcy życiorysów, sześćdziesiąt  tysięcy odmian polskiego losu, rozmaitości drogi duchowego i intelektualnego rozwoju, tajemnice grzechu i świętości, uzależnień i degradacji. Szły tęsknoty, marzenia i rozpacze – sześćdziesiąt tysięcy. Nie znam prawdy, bo nie mam nawet szans przybliżyć się do niej.

     Inteligentni i sprytni reporterzy nie napisali reportaży o tych ludziach, o ich przywódcach, o tym, kto wymyślał hasła, kto malował transparenty, kto je niósł, gdzie teraz leżą zwinięte.

     Nie znam prawdy, bo ani posłowie, ani redaktorzy nie zorganizowali publicznych debat z udziałem organizatorów i uczestników tegorocznego Marszu Niepodległości, nie postawili im pytań o wizje Polski, o pomysł na ten kraj, o pomysł na życie.

   Jak ludzie na ten marsz patrzyli? Wielu ze skrywanym poczuciem winy. Nie wychowaliśmy tych dzieci. Wypadało jednak potępiać i oburzać się. Czyż nie było powodu?

 Oburzały się światłe elity, stronnicy Polski europejskiej, miłośnicy tradycji śródziemnomorskiej, humanistycznej, rzemieślnicy słowa. Oburzali się ci właśnie, którzy w „posłudze myśli” przez dziesięciolecia  obdarzali naród wykwintnymi wytworami kultury, arcydziełami, analizami, głębią duchową, mocną prawdą. Tak, o sobie też mówię, próbuję być takim obdarzającym.

    Coś się jednak nie udało. Przestają czytać. Wypatrują korzystnych wyprzedaży. Kibicują białoczerwonym. A potem idą za takimi transparentami.

   A my oburzamy się słusznie. A my dzielnie bronimy niesłusznie oskarżonych.

    A my pędzimy po liniach wichrowatych.

 


 

Wacław Holewiński

To ja, nazista z marginesu…

Zostałem przez Piotra Wojciechowskiego wywołany do tablicy. Zanim więc wytłumaczę moją niechęć do jego ostatniego felietonu, dwa krótkie cytaty. Pierwszy byłego rzecznika Hillary Clinton ds. zagranicznych. Jesse Lehrich, komentując Marsz Niepodległości, który 11 listopada przeszedł ulicami Warszawy, napisał: „60 tysięcy nazistów maszerowało w Warszawie”. I drugi, rzecznika Marszu Niepodległości, Damiana Kity, w odpowiedzi na dziennikarskie stwierdzenie, że pojawiły się transparenty nie do przyjęcia: „To prawda, pojawiły się również okrzyki. To skandal, jako organizatorzy jesteśmy zbulwersowani. Nie spodziewaliśmy się takiej oprawy. To było 50–60 osób, które chciały uzyskać efekt większej grupy poprzez rozciągnięcie transparentów. W przyszłym roku postaramy się, by konkretnie te osoby nie miały prawa wstępu na Marsz. Nie chciałbym też demonizować, ponieważ 50 osób w ujęciu ogółu nie robi większego wrażenia”.

Wracam do felietonu Wojciechowskiego, w którym, chcąc czy nie (chyba jednak chcąc), stanął po jednej ze stron w opisie ostatniego Marszu Niepodległości. „Te slogany nie miały na celu głębszego podzielenia podzielonej społeczności. One były znakiem, że świętują swoją jedność i siłę ci odrzuceni, nie liczący na granty, na awanse, na stypendia. Zaniedbani, niekochani, skreśleni z rozdzielników, wyrzuceni poza los z komfortu centralnego ogrzewania, z przestrzeni toalet spłukiwanych, przegrani. Oni nie zwyciężają w konkursach, nie dla nich uroczyste promocje i rozmaite afterparty”. Zdumiał mnie ten fragment felietonu i zasmucił. Odkąd Marsz jest organizowany, uczestniczyłem w każdym. W każdym, prócz ostatniego – obowiązki jurora Nagrody imienia Mackiewicza tym razem nie pozwoliły. Ale przecież emocje, epitety, wyzwiska pod adresem uczestników Marszu były w użyciu powszechnie. „Faszyści”, „kibole”, „tępaki” to było coś – dla nazwania nas, uczestników Marszu – tak oczywistego, jak wysoki stan Wisły po wiosennych roztopach. Maszerowałem kilka razy w towarzystwie przyjaciół, wspaniałych pisarzy, świetnych dziennikarzy, adwokatów, wydawców, aktorów, ale zdarzało mi się iść w tym pochodzie samotnie. Chciałem iść i szedłem nie dlatego, że ktoś mnie skreślił z rozdzielnika; odwrotnie,  z powodu braku czasu raczej nie jestem w stanie korzystać ze wszystkich zaproszeń. Stypendia, gdy już o nie występuję – dostaję, ogrzewanie mam w domu gazowe (częściej palę w kominku, ale to mój wybór), w konkursach nie startuję, ale nagrody i owszem, dostaję. Więc… A moi przyjaciele? Na pewno to margines? Zapytam szerzej: a na podstawie czego ten wniosek? Bo…? Zaniedbani? Wiem, wiem, lepiej, gdyby ubierali się w garnitury od Armaniego i pachnieli perfumami Givenchy za kilkaset złotych. Zapewniam, Piotrze, tacy, choć w mniejszości, też pojawiają się na Marszu. Więc dlaczego chodzimy na te Marsze?

Chodzimy, bo to to nasze, Polaków święto. Bo chcemy manifestować naszą jedność. Bo nie bawią nas różowe baloniki i czekoladowe nie-wiadomo-co. Bo spotykamy tam dziesiątki tysięcy ludzi zjednoczonych głęboką wiarą w to, że Polska jest wartością nadrzędną. Polska, dla jasności, a nie czarny, żółty albo biały obywatel.

Pisze Wojciechowski: „Wracam myślą do 11 listopada i myślę sobie, że szli w tym marszu ludzie obojętni na znaczenie słów, pewnie w większości należący do 65 % społeczeństwa, które przez cały ostatni rok nie przeczytało ani jednej książki. To nie szli czytelnicy Żeromskiego i Parnickiego, nie było wśród nich miłośników poezji Leśmiana czy Herberta, nie było smakoszy eseistyki Kuncewiczowej czy Kijowskiego. Sądzę, że takie wykorzenienie z odpowiedzialnego myślenia, kreuje ludzi obojętnych na słowa napisane na transparentach. Nieważne co tam jest! Idziemy za tym. Jesteśmy w grupie, jest fajnie, nikt nas nie zatrzyma, bo nas dużo. Coś tam napisane? Nieważne, będzie zadyma, bo to mocne. A jak się idzie za hasłem «śmierć wrogom Ojczyzny» to może trzeba będzie zabić. Niech no tylko nam wskażą kogo, gdzie ten wróg”. Znów chcę zapytać: a na jakiej podstawie te sądy, oceny, demagogiczne frazesy? Żeromskiego znam całego, przeczytałem siedząc w więzieniu na Rakowieckiej, Herberta też znam, może nie wszystko, ale na pewno najważniejsze książki; Parnickiego, Leśmiana, Kuncewiczowej i Kijowskiego też. A moi przyjaciele? A ci inni, którzy szli w Marszu? Jakoś mam głębokie przeświadczenie, że Marysia, która przyjeżdża na Marsz z Londynu, Rafał, który siedzi ze mną w jury, Tomek, który wydaje najciekawsze w Polsce komiksy, a  sam zbiera laury za swoje książki, Jacek, który jest tłumaczem, drugi Jacek, pisarz i podróżnik, który na terenie Rosji postawił więcej pomników ku czci Polaków niż wszystkie polskie rządy po ’89 roku, Paweł, który jest menadżerem wielkiej francuskiej korporacji, Darek, Janusz, drugi Tomek, Wiesiek, jeden z największych polskich wydawców, Sławek, rodzina naczelnego portalu pisarze.pl, oni wszyscy, jakoś jestem pewien – nie czytają mniej od Ciebie, Piotrze. A mąż Twojej wydawczyni? On też nie czyta? Inaczej niż Ty, jestem przekonany, że Ci którzy idą w Marszu Niepodległości – z cała pewnością spora ich część –  to Ci, którzy czytają, którzy są znacznie bardziej świadomi polskości od innych.

„Śmierć wrogom ojczyzny” – tu mnie masz. Zabolało, nie będę krył. Naprawdę wiesz skąd to zawołanie? A może raczej tekst wyszywany na mundurach. Wiesz, wiesz dobrze. Tak, mieli je wyhaftowane na ramieniu żołnierze Narodowych Sił Zbrojnych, potem Narodowego Zjednoczenia Wojskowego. Przez kilkadziesiąt lat PRL-u, a i kilkanaście lat wolnej Polski deptani, oskarżani o wszelkie grzech tego świata: faszyzm, antysemityzm… Więc Ci przypomnę tylko bohatera jednej z moich książek, majora Ostwinda, najwyższego rangą oficera w polskim podziemiu podczas II wojny światowej. Domyślasz się, prawda…? Tak, tak, był w Narodowych Siłach Zbrojnych. Rozumiem, że nie odpowiada Ci ta tradycja, do której dziś odwołują się setki, tysiące młodych ludzi. Mnie odpowiada. Bo zrobiłem sporo, aby tych ludzi, tak strasznie doświadczonych przez sowieckie bestialstwo, wyciągnąć na światło dzienne, opowiedzieć w swych książkach o ich heroizmie, odwadze, poświęceniu. Bogu. Polsce wreszcie. Miałem w tym rodzinny „interes”. Tadeusz Danilewicz, mój stryjeczny dziadek, był szefem sztabu Komendy Głównej NSZ, pierwszym Komendantem Głównym Narodowego Zjednoczenia Wojskowego. Przeżył, uciekł z Polski, nie uwierzył Sowietom, nie został „siedemnastym” (w słynnym procesie „szesnastu w Moskwie”). To moja tradycja. Ale wbrew temu, co napisałeś i co w Twoich, zwłaszcza Twoich, pisarza wybitnego, ustach zabrzmiało groteskowo nikt mnie, a – jestem przekonany – że i innym uczestnikom Marszu nie będzie wskazywał, kogo zabić.

Tak, szło pięćdziesięciu czy sześćdziesięciu debili, którzy krzyczeli o wyższości białej rasy. Rozciągnęli cztery transparenty. Potępili ich przedstawiciele rządu, głównej siły politycznej, organizatorzy Marszu. Zapewne toczą się w tej sprawie postępowania prokuratorskie (dzięki łatwości filmowania wiadomo, kto te transparenty niósł, kto wznosił te okrzyki). Nie wystarczy? Za mało? Tak, lepiej, jak Jesse Lehrich  krzyczeć, że szło sześćdziesiąt tysięcy faszystów. W końcu, cytują Göringa „o tym, kto w Lufftwafe jest Żydem, decyduję ja”.

Pisze pod koniec Wojciechowski, nie mam wątpliwości, aby rozbroić minę, którą wcześniej uzbroił: „A prawda jest taka, że nie znam prawdy. Tam szło sześćdziesiąt tysięcy życiorysów, sześćdziesiąt  tysięcy odmian polskiego losu, rozmaitości drogi duchowego i intelektualnego rozwoju, tajemnice grzechu i świętości, uzależnień i degradacji. Szły tęsknoty, marzenia i rozpacze – sześćdziesiąt tysięcy. Nie znam prawdy, bo nie mam nawet szans przybliżyć się do niej”. I tu się zgodzimy: nie znasz prawdy. Nawet nie starasz się do niej zbliżyć. Powtarzasz to, co napisały gazety i podały telewizje od lat kontestujące idee Marszu, od lat obrażające jej uczestników. Zadam więc retoryczne pytanie: gdzie byłeś, gdy bandyci z Antify atakowali uczestników Marszu? Tam były prawdziwe kastety, pałki, noże. Gdzie byłeś, gdy na jaw wyszło, że spalona budka w ambasadzie Rosji, która miała kompromitować uczestników Marszu była dziełem służb? Gdzie byłeś, gdy na poprzednich Marszach zezwierzęceni policjanci katowali spokojnych uczestników manifestacji? Napisałeś felieton? Niech będzie, z takim samym zakończeniem: „A prawda jest taka, że nie znam prawdy”?

 

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko