Józef Hen – JESTEM SZCZĘŚLIWIE ZAJĘTY

0
311

J ó z e f   H e n

                  

 JESTEM  SZCZĘŚLIWIE  ZAJĘTY

          Z Dziennika 2016

 

jozef hen              WŚRÓD TYCH POSZUKIWAŃ W STARYCH SZPARGAŁACH wpadł mi w ręce notes, o którym zupełnie zapomniałem. Znalazłem go na początku maja 1945 r.  w Neuhammer, po zachodniej stronie Nysy, w opustoszałych koszarach „SS”; obok leżał kalendarzyk SS-mana z portretem Himmlera (jacy jednak próżni są  zbrodniarze!), który wzbudził po latach zainteresowanie ubeków, kiedy robili u mnie rewizję , jednak ten trop, bojąc się może śmieszności,  w końcu porzucili. (Niektórzy moi czytelnicy pamiętają chyba, że wykorzystałem ten kalendarzyk w „Twarzy pokerzysty”).

 

         Znaleziony notes ma kształt małej książeczki, czarne okładki, pożółkłe od starości liniowane kartki. Kilkanaście kartek zapisałem, dobrym czarnym atramentem i dlatego wciąż jeszcze tekst jest czytelny.  Wypisałem też, jak się okazuje,  tytuł:  UWAGI  O BUDDENBROOKACH.  Ołówkiem dopisana data: styczeń 1953.  Tuż przed śmiercią Stalina. A więc u szczytu socrealizmu. To informacja ważna, bo w tekście nie ma śladu socrealizmu, żadnej walki klas. (A był to okres, w którym pewien znakomity  krytyk i redaktor pisma literackiego, opublikował artykuł, w którym twierdził, że smutek „Sonetów krymskich” Mickiewicza spowodowany został spadkiem cen na zboże w Odessie. Było, trzeba przyznać, sporo śmiechu))

     Więc ja coś  o „Buddenbrokach”  napisałem? Odczułem po lekturze (ponownej – czytałem tę powieść także  przed wojną) potrzebę  odnotowania swych wrażeń i myśli? (Jeszcze nie było moich „bezsennych nocy”).  Przypominam sobie teraz, że Marcel Reich-Ranicki, germanista, który pracował w wydawnictwie MON, kiedy usłyszał, że napisałem coś w rodzaju  szkicu o „Buddenbrokach”, prosił, żebym mu dał to przeczytać. Odmówiłem. Bo wtedy akurat pan Marcel wydał książkę o współczesnej prozie niemieckiej, bardzo klasowo ustawionej.

       

         Jest grudzień 2016 roku. Postanowiłem te swoje dawne rozważania o powieści Tomasza Manna włączyć do księgi moich dzienników. Może kogoś zainteresuje. No to proszę.

 „UWAGI O BUDDENBROOKACH”.  STYCZEŃ 1953.       .

  

                          Gdybyśmy próbowali szukać przyczyn „upadków rodziny” ( jak określa treść powieści jej podtytuł ), znaleźlibyśmy u Manna zaledwie kilka mglistych aluzji. Interesy po wojnie pruskiej nie szły gorzej niż w roku 1835. Można było zarobić na dostawach dla wojska, poza tym unia celna otwierała szerokie perspektywy handlowe. Wiadomo, że właśnie w tym czasie powstawały potężne banki. Byłoby jeszcze zrozumiałe, gdyby dom handlowy „Buddenbrook” upadł, bo nie wytrzymał konkurencji z drapieżnym i potężniejącym kapitałem przemysłowym. Lub też, gdyby upadek był następstwem szeregu nieudanych transakcji finansowych. Ale tak to u Manna nie wygląda, nieudane transakcje nie mają wpływu na upadek Buddenbroków.  Wpływ nowych czasów jest wprawdzie ukazany, ale raczej  aluzyjnie: Tomasz Buddenbrook nie ma już tej śmiałości, jaką miał dawniej i jaka tym bardziej potrzebna jest teraz, kiedy wielkie majątki szlacheckie (np. von Maibooma)  diabli biorą, a rodzą się potężne fortuny Kruppów i Stissenów. Stara rodzinna dewiza: „Pamiętaj, synu, byś nie robił za dnia interesów, które zamąciłyby ci twój sen w nocy” –  nie nadaje się do nowych czasów. Teraz trzeba być a interesach śmiałym i bezwzględnym.  Hageströmowie – mniej dostojni i dużo weselsi – lepiej się w tych nowych czasach czują. I oni zwyciężają. My,  czytelnicy wydanej w 1901 roku powieści, nie mamy wątpliwości, że kiedy nastanie Hitler, oni bez wahania go poprą. A Buddenbrokowie?  Nie próbujmy tego przeniknąć. Przyjmijmy, że gdy nastał Hitler, Buddenbrooków już nie było. Jakieś odpryski może zachowały tak zwaną „zbrojną neutralność”. Gorszyły się wszechwładztwem zbrodni i chamstwa, ale nie protestowały. O wiele bardziej przerażał je – lud.

      Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że gdyby 16-letni Jano   miał zamiłowanie do kupiectwa, tak jak jego poprzednicy, albo gdyby miał je choćby stryj Chrystian, firma by nie upadła. Tak, jak nam to przekazuje Mann, Buddenbrokowie upadają z przyczyn biologicznych.  Można się domyślić  degeneracji fizycznej. Na szczęście, sprawy te nie są uproszczone. Jano różnił się od poprzednich Buddenbrooków nie  tylko  tym, że był słaby fizycznie, ale także tym, że był muzykiem. Artystą. Chrystian był nie tylko hipochondrykiem, ale i zmarnowanym aktorem. Poznać u młodego autora pazur wielkiego pisarza. Chorobliwość tych dwóch artystów była wywołana nie tyle degeneracją fizyczną ( o której nie wolno nam  zapominać, gdyż Mann niewątpliwie ją podkreśla), ile sprzecznością między ich powołaniem a tym, czego żąda od nich „firma”. Urojone obowiązki wobec „firmy”, wobec „rodu” (liczącego nie więcej niż sto lat, ), wobec różnych wyspekulowanych „tradycji”, pętały dusze, wykoślawiały jednych (takich jak Chrystian), zabijały innych (takich jak Jano). I tak, według młodzieńca tworzącego tę powieść, należy pojmować śmierć  ostatniego z Buddenbrooków.

      A więc degeneracja biologiczna i przymus duchowy. Czy tylko to?  Na ostatnich stronicach powieści Mann zarysowuje kapitalny w swojej syntezie obraz szkoły niemieckiej po triumfach Bismarcka.:

         „Dyrektor Wulicke był… następcą  jowialnego i miłego starego jegomościa, pod którego dyrekcją studiowali ojciec i stryj , a który zmarł wkrótce po roku siedemdziesiątym pierwszym.  Wówczas to został naznaczony doktor Wulicke, dotychczasowy profesor  p r u s k i e g o  gimnazjum, a wraz z nim nadciągnął do szkoły inny, nowy duch. Tam gdzie niegdyś wykształcenie klasyczne uważane było za pogodny cel, do którego dążono ze spokojem, swobodą i radosnym idealizmem, obecnie najwyższego szacunku zażywały pojęcia autorytetu,  obowiązku, władzy, służby i kariery, a „kategoryczny imperatyw” naszego filozofa Kanta, był sztandarem, który dyrektor Wulicke  groźnie rozwijał podczas każdej uroczystej mowy. Szkoła stała się państwem w państwie, w którym pruska służbistość zapanowała tak mocno, że nie tylko nauczyciele, ale i uczniowie czuli się niby urzędnicy troszczący się o awans oraz o dobrą notę u potentatów…” (Tłum. Ewa Librowiczowa).

     Najbardziej charakterystycznym przejawem ducha nowych czasów, który przyszedł z pruskim militaryzmem, był Strach. „Boję się” – mówił Jano do Kaja przed lekcją łaciny. „Boję się szalenie, Kaju, aż do bólu”. Co było przyczyną tego strachu? Czy tylko ten ustęp z Owidiusza: „Aurea prima sata est aetas…”?  Tekst Owidiusza wprowadzony jest tu po to, by tym bardziej oskarżyć pruski militaryzm. Kiedy Jano na lekcji łaciny „ze ściągniętymi brwiami czytał o złotym wieku, który był na początku świata, gdy bez mścicieli, z wolnej woli, bez praw pisanych, czczono wolność i sprawiedliwość – czyż nie było w tym gorzkiej ironii, ach jakże gorzkiej?! – Kara ni bojaźń nie istniały – mówił po łacinie. – Nie czytano groźnych słów wypisanych na tablicach spiżowych, nie lękała się trwożliwa gromada oblicza sędziego” Tak może było za tamtych Buddenbrooków – mógł pomyśleć mały Jano. Wówczas, gdy młodzież niemiecka czytała Wertera, a uniwersytety niemieckie były awangardą wolnomyślicielstwa i romantyzmu.  Ale Jano nie miał nawet czasu o tym myśleć. „Czytał z umęczonym i pełnym wstrętu wyrazem, czytał umyślnie źle i bez związku…’        

           Mann daje „dzieje upadku rodziny” scenami: przeskakuje po kilka lat, wydawałoby się nieraz bardzo ważnych w czyimś życiu. I nagle – drobiazgowy opis całego dnia szkolnego, lekcja po lekcji. O, nie myli się mistrz taki. Ta szkoła mówi nam wszystko. Jest doskonałym komentarzem do tego, co się zdarzyło potem. Weźmy choćby profesora Marotzke; jakże typowy  w swoim prostactwie! To już nawet gotowy wzór późniejszego o ćwierć wieku hitlerowca: matematyk i filozof wpół mistyk, a zarazem oficer rezerwy „i to zapalony”, zaznacza młody autor.

        A kandydat Modersohn? Tu znów inna cecha właściwa dla  reżymu deptania ludzkiej godności. Kandydat Modersohn nie umie utrzymać klasy w ryzach, na jego lekcjach panuje hałas, rozwydrzenie, uczniowie ignorują go lub płatają złośliwe figle.

        Kandydat Modersohn udaje, ze tego nie widzi, nie pamięta nawet nazwisk uczniów. Ale pamięta nazwisko Jano Buddenbrooka:, ucznia, który wyróżniał się spokojnym zachowaniem. I jego właśnie Modersohn tyranizował, „przywoływał do porządku” i „okazywał mu bez przerwy swój autorytet”.          

           Ta sama klasa, która znęcała się tak nieludzko nad Modersohnem, wykazywała  żenującą karność (diabelnie przy tym zewnętrzną!) na lekcjach innych profesorów. „Jesteś pan zakałą klasy” – mówi profesor do ucznia. „Skazany Petersem usiadł. Można było zauważyć, że jego sąsiad odsunął się od niego. Wszyscy patrzyli na niego z mieszaniną wstrętu, współczucia i grozy. Był powalony, samotny i najzupełniej opuszczony – dlatego, ze został złapany”. Nie zapominajmy, że uczniami tej szkoły byli synkowie kupieccy, a lekcje te odbywają się w dniach młodości i prężności pruskiego militaryzmu. Wnukowie rówieśników Jano Buddenbrooka – zostali hitlerowcami.

        Jano był inny. Jano umarł. Oto trzecia nakreślona przez autora przyczyna śmierci najmłodszego z Buddenbrooków: triumf prusactwa. Jano nie chciał żyć. Przyszłość wydawała mu się ohydna. Nie tyfus go zabił – ale wstręt do życia.  Niemcy poezji i muzyki giną zdławione przez Niemcy militaryzmu.

           Rozegranie tych problemów właśnie na terenie szkoły (bo przecież można to było ukazać również na innym tle) nastąpiło chyba na skutek głębokiego przekonania Tomasza Manna – podziwiajmy 25-letniego prozaika! – że prusactwo to przede wszystkim system wychowawczy. Inna szkoła, inne  wychowanie – i mielibyśmy  innych Niemców. Przekonanie to, jak wynika z powieści „Poddany”, podzielał także jego brat Henryk.

           (…) (Tu trochę moich uwag o systemie wychowawczym brytyjskim,  kształcenie zimnych, zewnętrznie poprawnych  dżentelmenów w wysokich cylindrach, z poczuciem wyższości nad prymitywnymi ludami – tylko tak można rządzić. Opuszczę to. Bo dalej znowu o „dziejach  upadku rodziny”).

         Zastanawia, dlaczego Mann przypisał Buddenbrookom stopniową degenerację biologiczną. Czyżby odczuwało się brak przypływu świeżej, zdrowej  krwi?  A może nastąpiło zwyrodnienie na skutek bezczynności, lenistwa etc.? Nie, Buddenbrokowie są czynni i pracowici. A jednak w tej powieści, w której jest tyle opisów śmierci, każdy następny Buddenbrook żyje krócej. Od starego       pana Jana, który zmarł mając lat 76 – aż po jego prawnuka Jano, który żył tylko lat 16.  Autor zarysował tu świadomie matematyczną krzywą upadku sił witalnych rodziny.

         Ta krzywa, w zetknięciu z nowymi czasami – przemysłowego kapitalizmu – gwałtownie spada. Pochodzenie Buddenbrooków (tak jak Forsyte’ów Galsworthy’ego) jest plebejskie. Gdzieś w przeszłości był jakiś krawiec w Rostocku, „który miał się nieźle”. Stąd, według Manna, płynie ta zdrowa, witalna siła rodziny.  Praca fizyczna plus dobrobyt („dobrze się miał!” )  Dobrobyt był i potem, ale skończyła się praca fizyczna. Nie muszę akurat tego poglądu Manna podzielać; moje osobiste doświadczenia są inne. Byłoby głupstwem wysnuwać z tego jakieś wnioski.  Chodzi o co innego: wzbogaceni Buddenbrokowie zaczynają się kreować na arystokrację. Ta miejska arystokracja – w bogatych miastach hanzeatyckich – nie była mniej ekskluzywna niż  ziemiańska. Bardziej jeszcze niż tamta strzegła różnicy stanów. U Buddenbrooków nawet podczas nabożeństw służba stała w drugim pokoju. Nie będąc arystokracją z pochodzenia, Buddenbrokowie mieli nazwisko, dopóki byli „firmą”. Bez tej „firmy” – byli niczym. Stają się niewolnikami „firmy”. Poświęcają jej pamięć, nerwy, szczęście osobiste. Pobierają się wbrew swemu sercu, nie znając uczucia odwzajemnionej miłości, a może w ogóle jej nie znając. Mówią nie to, co by mówić chcieli, jedzą nawet tak, żeby było widać, iż są bogaci, gdyż tylko to daje im pozycję.  „Siedzieli na ciężkich, sztywnych krzesłach, jedli dobre, ciężkie potrawy z ciężkich, srebrnych talerzy, popijali ciężkie, dobre wina i wypowiadali swe zapatrywania”. Mann pisze też, jakie były skutki tego jedzenia: niestrawność, choroby gastryczne (cierpi na nie później Tonia).

        Przyczyn degeneracji biologicznej Buddenbrooków należałoby jednak szukać w sferze psychicznej.  Niepowodzenia „firmy” ciążyły i zabijały. Duch czasów był przeciw nim. Przerażała ich zarówno Wiosna Ludów, jak i ekspansywność nowoczesnego kapitalizmu.  Kiedy Jano, muzyk, się zbuntował i okazywał wyraźną niechęć do handlu – Tomasz, jego ojciec,  zrozumiał, że „firma” jest fikcją. Przestała go interesować. Budził się późno, wychodził z biura wśród pracy, żeby grabić żwir w ogrodzie. Stracił cel i życie straciło sens. Został tylko strach przed śmiercią. Strach przed śmiercią nie przedłuża życia. Wystarczyło błahego powodu, żeby Tomasz odszedł ze świata. Wszyscy się dziwili: „Ząb? Umrzeć z powodu zęba?”

       Ten związek „buddenbrookizmu”  z degeneracją wyraźnie widać w postaci wuja Chrystiana. Skłonności do hipochondrii (jak również talent aktorski) objawiał Chrystian już w dzieciństwie. W  ogóle Tomasz Mann bardzo chętnie pokazuje, jak w dzieciństwie   można dostrzec cechy właściwe tej postaci w jej dorosłości. (Chyba jeszcze bez wpływu Freuda).  Tomasz jest inny w dzieciństwie niż Chrystian, bardzo mało zmienia się Jano, a szczególnie Tyldzia. Ale predyspozycje psychiczne tych dzieciaków nie musiały decydować o ich późniejszych losach. Autor mówi: tacy oni są – od dalszego biegu życia zależy, jakie cechy wezmą górę. Kto wie, gdyby Chrystianowi pozwolono wygrać się w teatrze, może znikłaby jego hipochondria? Przecież ten przymus uczestnictwa w kupiectwie powoduje, że duszą go niespełnione pragnienia, każe mu wglądać w siebie i rejestrować – z jakimż upodobaniem! – swoje dolegliwości. Do dramatu Jano nie muszę powracać… Ale Tyldzia, wiecznie głodna Tyldzia, gdyby – wyposażona! – założyła swój dom, była gospodynią i sama dysponowała zasobami kuchni… Ach, biedna Tyldziu!  Że też tego nie dożyłaś! Że też nie wpadło im na myśl, by cię wyposażyć! A mogliby, mogliby. Dziesięć tysięcy ciepłą rączką – i  przestałabyś być dziwaczką. Przeszkodę stanowił tylko brak posagu, Mann wyraźnie to zaznacza. Dziesięć tysięcy marek, no, choćby pięć – Buddenbrokowie mogli sobie a to pozwolić. Ale „firma”?! Jak to zaksięgować, jak wytłumaczyć  stratę, jak ją pokryć w bilansie? I niby dlaczego, dlaczego, u licha, wyrzucać pieniądze za okno?   Co więcej, kiedy jest mowa o rencie  dla biednej, głodnej Klotyldy, okazuje się, że i tym razem nie stanie się to z uszczerbkiem dla kieszeni jej własnej rodziny: o rentę wystarają się Buddenbrokowie w pewnym towarzystwie dobroczynnym.

        Uczucie i serce, dobroć i ludzkość – wszystko składano w ofierze na ołtarzu pieniądza. Nie ma się co dziwić, że doprowadziło to do stopniowego zwyrodnienia.

        

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko