Andrzej Walter – Paranoja znieczulenia

0
47

Andrzej Walter

 

Paranoja znieczulenia

 

amsterdam   Lasciate ogni speranza, voi ch’entrate – Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy … Tu…wchodzicie … To jedno zdanie, fatalistyczne ostrzeżenie, mało kogo już  dziś przejmuje. Piekło, czyściec czy choćby raj stały się krainami z bajek dla niegrzecznych dzieci. Szkopuł w tym, że chyba już wszyscy obecnie staliśmy się właśnie niegrzecznymi dziećmi jakże skutecznie znieczulonymi na innych.

 

   Przekonuje nas o tym lektura manifestacyjnej wręcz książki Michała Puchalaka „Amsterdam Parano”. To istna bomba podłożona pod Twoją percepcję, Drogi Czytelniku. Lektura wstrząsająca, naruszająca poczucie dobrego smaku, lektura dla ludzi z ogromnymi pokładami tolerancji dla wszelkiej maści obsceniczności, dla bagna ludzkiego odczłowieczenia i zezwierzęcenia zarazem, jakkolwiek nie obrażałbym tu zwierząt, gdyż te uwzględniają w swym postępowaniu pewien kodeks, nazwijmy to – naturalny, zgodny z duchem przyrody, czy odwiecznie ustanowionych praw gatunków. W książce Puchalaka, choć jeden z recenzentów podnosił już kwestię pozytywu samoświadomości głównego bohatera (z czym się ewidentnie nie zgadzam), mamy do czynienia z totalną degrengoladą ludzką na przykładzie dorastającego chłopca (a właściwie już mężczyzny, gdyż ma on 19 lat), który zagnieździwszy się w roku 1999 w Amsterdamie opisuje swoje nędzne życie wypełnione całkowicie słynnym hasłem (z tytułu słynnej sztuki Erica Bogosiana) – seks, prochy i rock’n’roll…

   U Puchalaka jednak, odmiennie niż u Bogosiana, nie mamy tak jaskrawej polaryzacji postaw. Sztuka Bogosiana to mikro (bardzo mikro) obscena przy bombie Puchalaka. Amerykański aktor, dramaturg i pisarz pochodzenia ormiańskiego  w ironiczny sposób portretuje ludzi o różnym statusie społecznym i materialnym. Jego bohaterowie to jedynie żałośni frustraci, momentami odrażający, to znów budzący współczucie. Szukają własnego miejsca w brutalnej rzeczywistości, którą sami współtworzą. Czyniąc z pieniędzy, seksu, narkotyków współczesne fetysze, wpadają w sidła zastawione przez samych siebie. W pogoni za surogatem tracą z oczu autentyczne wartości. Życie jest namiastką życia, a oni sami stają się karykaturami ludzi. To tylko drobna niedyspozycja wobec całego wachlarza perfidii mentalnej bohaterów z krwi i kości Puchalaka.

   Puchalak portretuje nam ludzi, których znamy, albo co najmniej są nam bliscy. Istnieją jakby w otaczającej nas realności i decydują się po prostu na ucieczkę z tego piekła za rogiem do piekła innego – do prawdziwej namiastki i złudzenia życiem wypełnionym: seksem , nieustającą imprezą, szprycowaniem się niezliczoną ilością substancji odurzających oraz traktującym drugiego człowieka, jak i kasę, pieniądze czy materię wszelaką wyłącznie instrumentalnie. Stawia znak równości pomiędzy duszą, a materią. Pisze językiem otwartym, sugestywnym, dosłownym, nie sztucznym, nie przerysowanym czy moralizującym. Pisze tak uczciwie, że już uczciwiej się nie da, a przez to ukazuje z całą mocą miałkość tej doraźności, tej komponowanej „na kolanie” teraźniejszości oraz banalności życia ludzkiego „z dnia na dzień”, wypełnionego błyskotką wolności totalnej, tego mega wyzwolenia z wszelkich barier, granic i ograniczeń, ze wszystkich zniewoleń i okowów, ze wszystkich skrupułów oraz dylematów. Po seks sięga się jak po ręcznik po schlapaniu wodą twarzy, po ciągłej, permanentnej trzydobowej imprezie podkręcanej wszelkimi dostępnymi środkami halucynogennymi. Śmierć frajerom. I niechaj ściele się ziele, a ty się baw i nie myśl o tym, co wydarzy się jutro. Czy to już jest ideał tej perwersyjnej odmiany interpretacji hasła – kochaj i rób co chcesz, czy to tylko deformacja tego hasła, jego poroniona karykatura?

   Ten cudowny Amsterdam – symbol wolności totalnej, wyzwolenia wręcz z tych naszych judeochrześcijańskich bajek, z tej staromodnej miłości opartej na jakimś zobowiązaniu i dochowaniu wierności, z tej niczym niepopartej wiary w brednie o jakimś Jezusie, który najpewniej dziś, gdyby się zjawił rzekłby – make love, not war i dałby nam ziele z uśmiechem i radą – a róbta se wy, co chceta… ot tak…

   Książka ta poraża. Poraża pustką. Poraża zgnilizną. Perfidią. Poraża samoświadomością zniewolenia bezmyślnością sprowadzenia człowieka do najprymitywniejszego instynktu – ćpać, bawić się, srać (wybaczcie tę wulgarność – jakże celową) , jeść, folgować sobie sięganiem po jakże chętne i w jakiejż obfitości występujące dziewczyny, (kobiety!?), którym obojętne, kto je bierze, kiedy i gdzie. Nawet mało potem pamiętając. Z głębokim przesłaniem, że nic w tym złego. Mamy przecież do czynienia z aktem wolności, dwóch mega wolnych jednostek, z których każda ma do wszystkiego prawo, sama i autonomicznie dysponującymi swymi ciałami i obdarzającymi nimi współplemieńców pod hasłem róbmy sobie dobrze – ciągle, do woli, stale i bez oglądania się na cokolwiek. Czy to raj? Który krąg? A może piekło? To totalna hipnoza rzeczywistości przewróconej na drugą stronę. Amsterdam – ruja i wolność. Człowiek na wyższym poziomie wtajemniczenia. Cudowna kraina z niewypowiedzianych marzeń wszelkiej maści lewaków (nie mylić z lewicowcami, których lubię i szanuję). Może nawet to, co chcieliby nam stworzyć ze zdebilałej Unii postępowi komisarze von Parlament de Europa. W miejsce tej ohydnej, konserwatywnej Polski, która ich tak wkurza…

   A tak naprawdę? Co tu jest prawdą. Czy w takim świecie – opisanym perfekcyjnie – jest miejsce jeszcze na jakieś pojęcie prawdy? Czy choćby … zdrowego rozsądku – Czy jest on komuś jeszcze potrzebny?

   Puchalak obnaża granice naszej godności. Konfrontuje pojęcie przyjaźni z tym odhumanizowanym światem. Ukazuje ludzi ekstremalnych, otumanionych paranoją znieczulenia, żyjących w nieustannej ucieczce od świata i siebie samych. To jest i owszem karykatura, ale to karykatura przekroczenia wszelkich granic, karykatura karykatury, aby rzecz ująć totalnie. W takim świecie nie ma żadnych tabu. Nie ma żadnych hamulców. Nie ma żadnego sumienia. A jednak … nie do końca.

   I tutaj docieramy do sedna tej Puchalakowej opowieści z nad krawędzi. Tutaj ukazuje się cała wyrafinowana subtelność tej obleśniej historii. Cała jaskrawość ostrzeżenia. Choć czy to jest ostrzeżenie? Czy raczej przestroga poprzez świadectwo?

   Bohaterowie Puchalaka bowiem, w książce „Amsterdam Parano” mają wiele twarzy, wiele wymiarów. Od pustki po marzenia. A skoro pozostały w nich marzenia, być może jeszcze nie zeszli na całkowite dno? Ta samoświadomość niemożności uchwycenia wieczności, ta pustka sloganu, że nic nie jest wieczne, paradoksalnie z wiecznością ma bardzo wiele wspólnego. Potrzeba ekstremum świadcząca o ponadprzeciętnej tęsknocie za czymś … za Kimś… o Czymś… Bo przecież znaleźliśmy się w Matrixie tego parszywego świata, który degraduje nas do wymiaru komórki społecznej po manipulacji i w rydwanie wyścigu, kto z nas wydrapie się z tego bagna na brzeg śliski od nadmiaru wyrachowania i plastiku. Taka oto alternatywa. Szaleństwo złudzenia wolności kontra niewola globalnej wioski jakichś zombie współczesności.

   A może obydwie niewole – niewola wolności kontra wolność niewoli? Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy wchodzicie. Nie idźcie, nie wchodźcie, nie rzucajcie się na wiatr, na wiatraki, z motyką na słońce. Wy, którzy tu wchodzicie…

   Zatem jakie drogi zaprowadzą Cię, czytelniku, człowieku wolności … do Amsterdamu? Kręte, Zawiłe, Wyboiste? Czy autostraday, highwaye i utarte szlaki coraz większych mas łaknących „wolności” za wszelką cenę. To obłęd. I ten obłęd Puchalak przedstawia nad wyraz szczerze i sugestywnie. Warto się tu przejść. Wejść w tę opowieść. Zresztą ciężko się oderwać od tej książki. Choć wkurza, drażni, prowokuje – chcesz czytać dalej i zobaczyć jak to się skończy. Język? Taki zwyczajny, choć literacko – poprawny. Nie razi. Wciąga. Zajmuje i zmusza dotrzeć do mety. Co jest za jej linią? Otóż nic nie ma. Jest pusto. Kompletnie pusto. Wszystko zamarło. Zniknęło. Zaabsorbowało się. Zutylizowało. Matrix. Po prostu Matrix paranoi znieczulenia…

   Jest w tej książce jakaś nowoczesna abstrakcja. Nowy wyraz sztuki. Piękno w brzydocie. Ta wyeksponowana ekstremalność jakoś jest … nie do uwierzenia. Jakbyśmy wiedzieli, czuli podskórnie i podświadomie, że przecież człowiek, to coś więcej. Człowiek – to brzmi dumnie. Czyż nadal?

   Jest w tej książce również jakiś fałsz, samooszukiwanie się, jakieś echo cisnących się na usta pytań – dokąd prowadzi takie życie, co buduje, na czym się opiera? I ostatnie – najważniejsze – czy Puchalak świadomie chciał nas ostrzec, czy tylko „zdał relację” i nie mruga okiem, nie ostrzega … a po prostu ma nas w…, no tam, a opisał co przeżył, ba, wręcz to uwzniośla…? Pytanie bez odpowiedzi. I dobrze.

   Przecież wiem, że z drugiej strony możemy zapytać – dokąd prowadzi to życie uładzone, wygładzone, uporządkowane, życie w próżni cywilizacji, technicyzacji, w świecie poprawności zasad i prawa, w świecie manipulacji medialnej, posiadania poglądów i w świecie sztywnych zasad i reguł gry. Cóż to za gra? Zakład ze śmiercią i ze śmiertelnością. Pęd do wiecznej młodości i zaprzeczania prawom grawitacji. Destrukcyjnej wierze w naukę, dowód i materię? Czy jest jeszcze dokąd uciec?

   Tak. To przez to ważna książka. Potrzebna. Prowokacja mentalna do pytań. To pytania z dna. Z dna człowieczeństwa. Ekstremalne pytania do pytań ośmieszonych, wykpionych, wyśmianych, wyszydzonych. Po cóż pytać? Lepiej zaszaleć. Ecstasy, LSD, dzieci kwiaty nowego wieku. Do granic snów.

   Amsterdam Parano – kraina wiecznej szczęśliwości. Paranoja złudzeń, którymi karmimy się, aby przeżyć.

Andrzej Walter

 

Michał Puchalak „Amsterdam. Parano”.

Wydawnictwo COMM. Poznań, 2010. Stron 328. ISBN 978-83-625-1800-5

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko