Dariusz Pawlicki – Życie poza snem

0
66

DARIUSZ PAWLICKI

 

ŻYCIE POZA SNEM

 

,,(…) Abym w godzinie śmierci nie odkrył,

że nie żyłem”; Henry D. Thoreau

 

NAD STAWEM WALDEN

      Dopiero, mniej więcej, od pół godziny wiem, że chata stojąca nad stawem* Walden, w pobliżu Concord,  jest repliką tej jaką w 1845 r. zbudował Henry David Thoreau, eseista, poeta, filozof. Wcześniej jedynie podejrzewałem taką możliwość. Po tej oryginalnej (znajdowała się nieco bardziej na zachód) pozostała tylko sterta kamieni pochodzących z komina, kominka i fundamentów. Uwieczniono ją między innymi na zdjęciu wykonanym ok. 1908 r.

      Domyślam się, że owa sterta jest systematycznie uzupełniana. Część osób odwiedzających to miejsce,  pragnie bowiem mieć na pamiątkę pochodzący stąd kamień. Jeśli tak, to już tylko na samym dnie owej sterty można natrafić na takie, które Thoreau miał w rękach, gdy budował swoje niewielkie domostwo (3.05 m x 4.57 m).

 

      Zresztą owa chata nie istniała już w 1881 r., gdy nad stawem Walden zjawił się Walt Whitman. A jej wierna kopia została wzniesiona wiele dziesiątków lat po śmierci autora Waldenu, czyli życia w lesie (zmarł w 1862 r.).

 

Zrekonstruowana chata

Zrekonstruowana chata Henry’ego D. Thoreau

 

      Po obejrzeniu niedużego domu i naturalnej wielkości pomnika Thoreau, zabraniu kamienia bądź kamieni, można przejść się po dwu i pół akrowym (ok. 1 hektara) terenie będącym w latach 1845-1847 polem, na którym filozof uprawiał głównie fasolę. Poświęcał zresztą temu zajęciu tylko tyle czasu, ile potrzeba było dla uzyskania zbiorów umożliwiających wyżywienie się. Resztę czasu przeznaczał na ulubione lektury m. in. Iliady, Odysei, dramatów Szekspira; pisanie własnych tekstów, tłumaczenie utworów pisarzy starożytnych, wędrówki po okolicznych lasach i polach, odwiedziny w kilku concordzkich domach.

      Odnosząc się do bohatera niniejszego tekstu jako filozofa, warto wspomnieć, że nie jest w on żadnym razie przykładem tego typu filozofa, który zaczął zdecydowanie dominować od mniej więcej początku XIX w. – to znaczy myśliciela spekulatywnego. Thoreau kontynuował bowiem tradycję filozofii starożytnej. A dla starożytnych – jak napisał Pierre Hadot w Czym jest filozofia starożytna? – „ktoś jest filozofem nie wskutek oryginalności czy bogactwa dyskursu filozoficznego, jaki stworzył czy rozwinął, lecz z uwagi na sposób, w jaki żyje. Najważniejsza rzecz to to, by człowiek stał się lepszy. Jego dyskurs tylko wtedy jest filozoficzny, gdy zmienia się w sposób życia”.

      Na powyższy temat Henry D. Thoreau wyraził w Waldenie taki pogląd:

      „W dzisiejszych czasach istnieją profesorowie filozofii, a nie filozofowie”.

      Idąc w stronę brzegu pobliskiego Waldenu, można wypatrywać starych drzew. To znaczy takich, które mogły już rosnąć za życia Thoreau. I na które on mógł patrzeć. Można też pomyśleć, że we wdychanym powietrzu są jakieś „ślady” pochodzące z jego płuc (zmarł na gruźlicę, ale owe ślady będą już… niegroźne). A siedząc nad stawem i zanurzając w nim nogi bądź ręce, można wyobrażać sobie, że woda, która akurat je omywa, zawiera jakieś cząstki, z którymi dużo, dużo wcześniej miał kontakt ten, który napisał również Przylądek Cod.

*

      W samym Concord zachowały się dwa ślady po Thoreau, wyznaczające równocześnie dwa punkty, między którymi rozegrało się jego życie: dom, w którym urodził się, a także wychował, i jego grób. Ale w tym nowoangielskim miasteczku jest wiele miejsc związanych z nim pośrednio. Chociażby domy, w których bywał wielokrotnie, jak na przykład Ralpha Waldo Emersona (Thoreau mieszkał w nim zresztą dwa lata); Orchard House zamieszkiwany przez Louisę May Alcott; The Old Manse, domostwo Nathaniela Hawthorne’a.

      Ale w Concord jest tak wiele pamiątek po jego licznych sławnych dziewiętnastowiecznych mieszkańcach, że te Thoreauskie giną wśród nich. Trudno też w tym uroczym miasteczku mieć Henry’ego D. Thoreau, że tak powiem, wyłącznie dla siebie. Concord jest bowiem niewielkie, a tych, które ono przyciąga, szczególnie latem, jest wielu. Podobnie zresztą rzecz ma się z chatą nad Waldenem.

      Na szczęście w pobliżu Concord jest kilka innych miejsc, gdzie bycie „sam na sam” z „bakałarzem przyrody” jest również możliwe. Dzięki lekturze jego listów, dzienników, utworów literackich istnieje pewność, że w nich bywał; i to wielokrotnie. Nie znajdują się one na głównym szlaku turystycznym, więc łatwiej w nich o skupienie i, za sprawą wyobrażeń o ziemi, powietrzu, wodzie, drzewach, o „dotknięcie” Thoreau.

       Niedaleko stawu Walden znajduje się Farma Bakera, której nazwa pochodzi od nazwiska dawnego właściciela. Henry Thoreau często przechodził przez należące do tego gospodarstwa łąki i pola. Blisko jest stamtąd na Wzgórze Bristera. A w promieniu 1,5 km od  chaty Thoreau znajduje się Wrzące Źródło, staw Flinta (zwany także Sandy) i trzy inne stawy: Fair Haven, White, Goose. O wszystkich tych miejscach jest mowa na przykład w Waldenie.

*

      Mając na uwadze poglądy i życie Henry’ego D. Thoreau można zastanawiać się nad tym, czy coś go łączy z ludźmi chcącymi poznać miejsca z nim związane. A są to w ogromnej większości, jak najbardziej typowe osoby: mające posadę, pracujące 5-6 dni w tygodniu, posiadające samochód/samochody, dom zapełniony mnóstwem przedmiotów, konta bankowe, robiące w weekendy wielkie zakupy. Czy istnieją więc jakieś punkty styczne między nimi a człowiekiem uważającym, że powinno pracować się tylko w niedziele, przeznaczając pozostały czas na rozwój intelektualny czy też robienie tego, co po prostu sprawia przyjemność; przekonanym, że poświęcanie życia na zarabianie pieniędzy, a następnie wydawanie ich na zakup rzeczy, które w większości nie są potrzebne do życia, jest bezsensowne, jest tego życia marnotrawieniem?

       Z pewnością Thoreau nie byłby takim skrajnym minimalistą w kwestii gromadzenia rzeczy, gdyby nie wiązało się to z koniecznością poświęcenia znacznej części życia na zarobienie na nie. W rezultacie czego brakuje już czasu, który by można przeżywać zgodnie z indywidualnymi pragnieniami (przy założeniu, że ma się owe indywidualne pragnienia).

      Ale powracając do postawionych wyżej pytań, myślę, że autora Waldenu nic nie łączy z tymi ludźmi. Po prostu słyszeli o nim. Niewątpliwie niektórzy spośród nich czytali jego teksty, najczęściej Walden. I niewykluczone, że podczas lektury tej książki, myśleli: „Jak przyjemnie byłoby żyć, jak on żył. Ale w jego czasach nie było samochodów, kina domowego i tych wszystkich udogodnień. Jemu było o wiele łatwiej zrezygnować z posiadania rzeczy”.

       Niewykluczone że ci, którzy, na przykład, w środę przybyli do Concord, w czwartek odwiedzą Amherst. Zwiedzą tam dom, w którym Emily Dickinson spędziła prawie całe życie. Stamtąd skierują się może do Pittsfield, gdzie przez kilkanaście lat mieszkał Herman Melville. A w sobotę …

      Ktoś mógłby w tym momencie wspomnieć, że jest jednak kilka spraw, co do których poglądy Thoreau i osób przybywających nad staw Walden są zbieżne. Chociażby sprawa niewolnictwa i zbrodni wobec Indian w USA. Autor Waldenu, czyli życia w lesie, w obu tych sprawach głośno i zdecydowanie mówił: NIE! Ale w jego czasach, w przeciwieństwie do współczesnych (kiedy to nie wypada mieć innych), były to poglądy mniejszości. Kontaktów z Indianami nie miał wielu (bardzo nieliczni żyli już wówczas w okolicach Concord). Należał za to do nielegalnej organizacji pomagającej zbiegłym z Południa niewolnikom (niektórzy z nich nocowali w chacie nad Waldenem). Nakarmieni, zaopatrzeni w żywność i drobną kwotę pieniędzy, w towarzystwie przewodnika udawali się następnie ku granicy Kanady, która dla nich była krainą wolności.

      Pomagając tym uciekinierom, Thoreau łamał obowiązujące prawo. I czynił to świadomy kary, którą poniósłby, gdyby jego działalność została odkryta. Uważał jednak niewolnictwo za zbrodnię (tak jak eksterminację Indian). Odmówił też zapłacenia podatku w czasie trwania zbrojnego konfliktu między Meksykiem a USA. Jego zdaniem była to wojna niesprawiedliwa, mająca na celu zagrabienie części terytorium meksykańskiego. Henry D. Thoreau był zdania, że jako obywatel ma prawo wyrażać sprzeciw wobec polityki swego rządu, jeśli tej polityki nie akceptuje. Bezpośrednim rezultatem wspomnianej odmowy było uwięzienie Thoreau, a pośrednim – napisanie przez niego słynnego eseju Obywatelskie nieposłuszeństwo.

       Nadużyciem byłoby jednak mówienie o zgodności poglądów Henry’ego Thoreau i ludzi zamieszkujących USA półtora wieku po jego śmierci. Niektóre spośród nich kontrowersyjnymi są także na początku XXI wieku. Jak na przykład ten, że walka z niewolnictwem nie powinna ograniczać się tylko do uwolnienia niewolników. Powinna bowiem objąć także ludzi pozornie wolnych. To znaczy takich, którzy są niewolnikami pieniądza, jak również idei i poglądów odziedziczonych po przodkach. Nie chodziło mu o unicestwienie dorobku duchowego ludzkości. Nic z tych rzeczy. Pragnął jedynie, aby każdy człowiek miał możliwość dokonania wyboru własnej drogi, prezentowania swych poglądów, a także wcielania ich w życie. Było to przy tym równoznaczne z „eksperymentowaniem” wyłącznie na sobie. Nie mogło zresztą być inaczej w przypadku autora Waldenu, gdyż był on piewcą indywidualizmu.

      Mając na uwadze powyższe kwestie, ogromna większość ludzi przybywających do Concord zostałaby uznana przez Thoreau za niewolników. Może nietypowych, gdyż z życia zadowolonych (w Dziennikach Stefan Kisielewski poczynił i taką uwagę: „[…] najgorsza z niewoli jest ta, której już nikt nie dostrzega”). Wprawdzie często mających wolne tylko niedziele, ale posiadających mnóstwo przedmiotów. Do tego planujących nabycie kolejnych. To zadowolenie ma swoje źródło w „otrzymanym” w spadku, i ciągle „odświeżanym” przekonaniu, że szczęście każdego człowieka zależy od rozmiarów jego indywidualnej konsumpcji. To dlatego obywatele tego typu, a jest on dominujący, swemu rządowi sprzeciwią się w pierwszym rzędzie wtedy, gdy jego polityka będzie bezpośrednią lub pośrednią przyczyną wzrostu cen, zwłaszcza benzyny.

 

SPADKOBIERCY

      Williamsburg w Nowym Jorku, na pierwszy rzut oka, nie ma w sobie niczego wyjątkowego. Ot, po prostu kolejne wielkie osiedle zabudowane niewysokimi czynszowymi domami, z licznymi małymi sklepami spożywczymi. Można jeszcze dodać, że, na ogół, jest tu dosyć sennie. Całość zaś nie prezentuje się okazale. Ale wystarczy przejść się w dzień po Bedford Avenue i przyległych do niej ulicach, aby dostrzec wyraźne oznaki wskazujące na odmienność tego rejonu. I to nie tylko od reszty Williamsburga, ale także od wielu innych osiedli nowojorskich. Zauważy się bowiem obecność licznych galerii i księgarni oraz jeszcze liczniejszych pubów i restauracji. Odwiedzając te lokale, najczęściej stwierdzi się ze zdziwieniem, że zostały one urządzone za niewielkie pieniądze. A jednocześnie należą do przytulnych, z własną atmosferą.

 

      Gdy ktoś zjawi się tam późnym popołudniem, szczególny charakter tego miejsca zostanie jeszcze podkreślony uliczną sprzedażą starych książek, płyt, plakatów, także dzieł sztuki. Na chodnikach będzie widać bardzo wielu ludzi, rozmawiających, jedzących przy stolikach wystawionych na zewnątrz lokali.

      Jeśli przybysz z innych części Nowego Jorku czy też świata, zasiedzi się, w którymś z tutejszych pubów do późna, upewni się, co do odmienności tego zakątka. Ostatnie  wątpliwości znikną zaś po północy, w dzień roboczy: klientów myślących o udaniu się na spoczynek (z rana trzeba udać się przecież do pracy) nie będzie widać, i będą wciąż przybywać nowe twarze.

*

      Opisany pokrótce fragment Nowego Jorku przynależy do bohemy. Do początku lat 50. XX w., rejonem, gdzie skupiała się cyganeria nowojorska była Greenwich Village na Manhattanie. Przez kilka następnych dziesięcioleci znaczna jej część znalazła „schronienie” w sąsiedniej East Village. A od końca lat 90. miejscem coraz bardziej kojarzonym ze światem artystyczno-literackim (tym jednak mniej zamożnym – jego przedstawiciele nie trafiają na okładki czasopism bądź gazet) jest właśnie północno-wschodni fragment Williamsburga. Fakt ten należy wiązać z niskimi cenami wynajmu lokali (zarówno tych mieszkalnych, jak i przeznaczonych na cele komercyjne), a także z bliskością centrum Nowego Jorku – Manhattanu.

      Jednak to, że można mówić o pewnej sławie Bedford Ave. i sąsiednich ulic, sprawiło, iż niskie czynsze należą już do przeszłości. Bardzo wielu ludzi, w tym snobów, pragnie bowiem tam zamieszkać lub założyć jakiś interes. Sława tego niewielkiego fragmentu metropolii nowojorskiej, paradoksalnie, może spowodować jego zmierzch. Czynsze bowiem mogą stać się tak wysokie, że życie artystyczne przeniesie się w zupełnie inne rejony Nowego Jorku. Tak jak miało to już kilkakrotnie miejsce.

     To, co może stać się z opisywaną tu okolicą, jest jednak przyszłością. A ta nie ma wielkiego znaczenia dla tubylców. Dla nich, to, co wydarzy się w najbliższych dniach jest już nieodgadnioną przyszłością – ważny jest dzień dzisiejszy, co najwyżej, jutrzejszy. Bedfordczycy są bowiem ludźmi, którzy nie włączyli się do wyścigu szczurów bądź też szybko wycofali się z niego. Wskazuje na to ich wiek – około trzydziestki. Chodź nie brakuje osób starszych.

      Niedrogie sklepy z odzieżą i wyposażeniem mieszkań z drugiej ręki, są tu liczne, a w okolicznych knajpkach zjeść można stosunkowo tanio (ostatecznie posiłki można przygotowywać samemu). Wszystko to sprawia, że przedstawiciele tutejszej, coraz liczniejszej bohemy mogą funkcjonować zadowalając się niewielkimi dochodami

z działalności artystycznej, literackiej, dziennikarskiej. Niektórzy spośród nich pracują na  niepełnych etatach na „normalnych” posadach. Nie brakuje też osób utrzymujących się z wykonywania prac dorywczych; chociażby z wyprowadzania psów należących do bogatych manhattańczyków.

 *

      W tej części Nowego Jorku, to właśnie noc, i to każda, jest okresem szczególnej aktywności. To wtedy w tutejszych pubach odbywają się koncerty, występy kabaretowe i poetyckie. Wtedy też, i tylko wtedy, otwierają swoje podwoje niektóre galerie williamsburskie.

      O zmroku panuje tu na ulicach znaczny ruch (nie samochodowy jednak). I tak jest do świtu, kiedy bedfordczycy udają się na, mniej czy bardziej, zasłużony odpoczynek. To właśnie intensywne nocne życie jest przyczyną panującej tu w ciągu dnia sennej atmosfery.

*

      Bedfordczycy przywiązują wagę do zdrowego jedzenia. To dlatego nie napotka się tu lokali sprzedających fast food. Dbając o zdrowie, wyrażają też sprzeciw wobec wielkich korporacji, właścicieli sieci punktów oferujących tego typu produkty.

*

      Życie toczące się na Bedford Ave. i w jej sąsiedztwie, jest przeciwieństwem, i to w najczystszej postaci, tego, co nazywa się amerykańskim snem. A sen ten, mówiąc w skrócie, sprowadza się do gromadzenia rzeczy. Zaś bedfordczycy zarabiają tylko tyle, aby zaspokoić podstawowe potrzeby. A ponieważ do tych podstawowych, ich zdaniem, nie należy posiadanie, przykładowo, samochodu, więc swój czas mogą spędzać w taki sposób, jaki najbardziej im odpowiada. Można więc powiedzieć, że ich życie jest świadomym przebudzeniem się z amerykańskiego snu i podjęciem próby życia na jawie. Jak ową próbę oceniłby Henry Thoreau, to już inna sprawa. Ale fakt jest faktem – w opisanym zakątku Stanów Zjednoczonych skupiła się, niewielka wprawdzie, grupa ludzi, którzy dokonali wyboru. A możliwość wyboru była niezmiernie ważna dla autora Waldenu.    

      Niewątpliwie opisane powyżej zjawisko socjologiczne jest nietypowym, wręcz marginalnym fragmentem rzeczywistości amerykańskiej. Dowodzi tego chociażby fakt, że poza Nowym Jorkiem i San Francisco dzielnice artystyczne praktycznie nie istnieją.

Należy jednak wspomnieć o trwałości tego zjawiska, którego początki należy chyba wywodzić od Ralpha Waldo Emersona, który wywarł znaczący wpływ także na Thoreau.

To właśnie Mędrzec z Concord, filozof, poeta, człowiek z charyzmą, doskonały mówca, podjął próbę przewartościowania amerykańskiego życia. Postawienia na pierwszym planie kultury, a zdetronizowania ekonomicznej działalności człowieka. I w latach 1830-1860, w okresie silnych wpływów transcendentalizmu, wiele wskazywało na to, że duch wprawdzie nie odniesie zwycięstwa nad materią, ale będzie „zauważalny i słyszalny”. Tak się jednak nie stało.

       Na terenie Ameryki Północnej, na długo przed narodzinami Emersona (1803 r.), niektórzy ludzie funkcjonowali poza głównym nurtem życia. Byli to jednak członkowie kilku wspólnot wyznaniowych, jak też osoby pragnące żyć na łonie natury czy też chcące uniknąć kontaktu z wymiarem sprawiedliwości. Była to więc „ucieczka” od cywilizacji. Nie zaś, jak miało to miejsce w przypadku Thoreau, „ucieczka” w szeroko rozumianą kulturę. 

 

NA ZAKOŃCZENIE

      To Beniamin Franklin wypowiedział myśl, która przez bardzo wielu ludzi została uznana (niemal) za prawdę objawioną: „Czas to pieniądz”. Na ten temat Henry Thoreau miał zdecydowanie inny pogląd: „Czas to jedynie strumień, w którym łowię ryby”.

 

 

* Walden i pozostałe akweny wymienione w niniejszym szkicu zwyczajowo nazywa się stawami.

    W rzeczywistości są to jeziora polodowcowe.

_______________________________

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko