Monika Sznaucner – Telka – Latawiec

0
210
Franciszek Maśluszczak

Monika Sznaucner-Telka

 

Latawiec

 

Franciszek MaśluszczakMiał rozbiegane oczy. Chodził w przekrzywionych na lewy policzek okularach.

Krzywo się podpisywał. Chorobliwie szczupły – Patyczak. Z trudem przychodziło mu utrzymywanie równowagi na nierównościach miasta. Zsuwał się z krawężników. Odczuwał ogromną ulgę, od kiedy skończył szkołę średnią. Przestali oglądać go piękni i idealni rówieśnicy. Właściwie, to nie wiadomo, ile miał lat. Miał twarz dziecka. Wykrzywioną. Oczy z wyblakłego błękitu. Wargi okrojone tylko do niezbędnych słów. Prostych. Niewyszukanych.

Miał też brata. Filipka- dziecko aniołka. Wyglądał jak mały cherubinek. Śliczny i tak bardzo do niego niepodobny. Tak nie pasujący do baraku, w którym mieszkali. Chłopczyk ze zdrową, białą cerą, z rumieńcami jak na zawołanie. Z jasnymi loczkami. Z pragnieniem życia.

Rosnące na ziemi ubogich baraki, pulchne i nabrzmiałe jak purchawki były domem braci. Rozdęte otuliną z płyt pilśniowych. Starych, rozeschniętych desek. Na krańcu miasta; miasta z przerywanymi chodnikami, dziurawymi ulicami. Domy stojące w wysokiej, nie ścinanej prawie nigdy trawie; wysuszonej latem a potem jesienią, w końcu zimą, Domy osadzone nisko przy ziemi. Ludzie tam mieszkający nierzadko pochyleni do niej, zachwiani gęstym powietrzem i własną niemocą.

.

Chłopak sprzątał w miejscowym muzeum techniki i przyrody. Przy starej hucie. Pewnego dnia przyszedł do baraku jego ojciec chrzestny, chwycił chłopaka za ramię i wyprowadził z pokoju:

– Załatwiłem ci pracę. Będziesz mógł oglądać witryny muzeum. Przyglądać się dinozaurom. Lubiłeś je w dzieciństwie… – mężczyzna zamyślił się. – Będziesz mógł trochę pomóc matce. Może znajdziesz sobie jakąś dziewczynę – powiedział zawadiacko – jeśli wrodziłeś się do wuja, to będziesz miał niejedną – zaśmiał się Bogdan. Mężczyzna z bujnym wąsem i piwnym brzuchem.

Chłopak uśmiechnął się, ale nie czuł nic. Po prostu tam poszedł z wujem, przedstawił się i kazali mu przyjść następnego dnia o szóstej rano.

„Uczciwy, dobry i trochę ograniczony…” – Tak Bogdan zwrócił się parę dni wstecz do dyrektora muzeum w sprawie chrześniaka.

Patyczakowi najczęściej śnili się umarli. Nie bliscy. Ale jakieś zmory i nienazwane kształty

nieszczęść. Czarne i ciężkie. Kładły cień na nowych dniach. Nie dawały dobrych rad i życzliwych uśmiechów. Strzygi wraz z nędznymi mieszkańcami tworzyły własne miasto umarłych. Spali razem i jedli razem. Bez wizji wieczności, na jednym poziomie, teraz, tutaj. W ich ciałach wszystko gniło i fermentowało. Twarze, jakby bezwolnie wyrażały przesyt tanimi winami, głodowymi porankami, nocowaniem na zimnej ziemi. Poruszali się najczęściej w grupach, pełzali w jednym kierunku, na ślepo, jak robactwo.

Gdy chłopak wychodził do pracy, mijał ledwie patrzących na oczy Romków i Mietków, dzieci z plecakami i świeżym snem na ładnych buziach. Chłopak opuszczał dom z pragnieniem zniknięcia ze świata, takim podskórnym. Zwartym z rytmem jego żył. Właściwie, to nigdy nie czuł, że jest kimś ważnym, znaczącym. Jego ciężar był zupełnie nieznaczący dla matki ziemi. Dla ludzi żyjących obok. Był. To wszystko. Gdy chodził zbierać złom, spotykał okolicznych pijaczków, chciał być taki jak oni. Bez domu, niepotrzebny, jak wesz, którą strzepuje się z ubrania i rozgniata mimochodem. Bez zastanowienia nad jej wszechświatem. Czy duszą.

Obok muzeum była huta. W godzinach miejskiego szczytu, po czternastej, wysypywali się zza bram zakładu głośni i głodni mężczyźni. Tacy wielcy i postawni; przerażali Patyczaka. Czuł się przy nich jak bezbronna mysz, która potrafi tylko uciekać. Kulił się cały w środku, gdy widział samców alfa, i tych, którzy chociaż raz spali z kobietą. W takich momentach miał nadzieje, że zabierze go silniejszy wiatr. Zsiecze z powierzchni mocniejsze, nieżyczliwe spojrzenie.

Jego oczy wypowiadały wielka pustkę. Brak miłości matki, palącą rękę ojca, którego nigdy nie było w domu. Była tylko ciągła obawa, która krążyła jak nieznośny smród w powietrzu, o jego powrót i potłuczone nerki. Wybite okna. Mały braciszek zawsze był szybszy. Chował się tak doskonale, znikał bez śladu, jakby nigdy go w tym domu nie było. Patyczak obrywał zawsze. Chciał, żeby Filipek uciekł i już nigdy nie wrócił do domu. Żeby był z dala od wszystkiego, co złe. Przed czym on sam nie potrafi go obronić. Trochę mu nawet zazdrościł sprytu. Ale chyba tak musiało być. On by tak nie umiał – myślał często i paraliżowała go ta myśl. Bo czy to oznaczało, że urodził się po to, żeby go bić?… Milkły jego myśli. Czerniały. Zaciskał w sobie wszystkie niedoszłe chęci na cokolwiek, na co mógł mieć wpływ. Gdy wychodził z domu, zaczynał wierzyć, że coś może zmienić. Uczył się podnosić wzrok. Uczył się patrzeć na ludzi.

Z dnia na dzień, coraz bardziej uzbrajał się w skorupę bezpiecznej rutyny. By potem znów wrócić do swojego pokoju i poczucia zbitego psa. Dziecka bez pochodzenia. Bez przywiązania do kogokolwiek. Wstydził się za myśli, że nie byłby zdolny zrobić ojcu krzywdy. Dlaczego? Tak bardzo nie potrafił być odważny, postawić się. Albo uciec. Z zażenowaniem słuchał historii o zabójstwie w sąsiednim baraku ojca-pijaka.

„ Z ostateczności, rozpaczy, z nerwów, bo to było bydle” – słyszał głosy usprawiedliwień, nawet policjant z interwencji po prostu zabrał winnego do aresztu z wyrozumiałym wyrazem twarzy, tak mówili; ale on by tak nie potrafił…

Kiedyś mieli dziadków. Domek na wąskiej, zadrzewionej uliczce. Wiosną często przechodzili tamtędy zakochani, trzymali się za ręce. Dawali sobie czułe pocałunki w przerwach kroków. Otaczały ich kwitnące grusze i wiśnie wychylające obfite gałęzie zza ogrodzeń. Patyczak pamięta tamten dom, z gęsto tkanymi, krochmalonymi, białymi firankami, werandą, która była jego jaskinią niedźwiedzią, centrum obserwacyjnym, wehikułem stamtąd w świat bajek. Obserwował ulicę i sąsiednie domki. Przyglądał się starym ludziom grabiącym jesienią liście. Pijącym poranną herbatę w ogrodzie. Kiedyś widział też śliczne malutkie bliźniaczki. Przekrzykujące się nawzajem. Przewracające na trawie u dziadków w bujnym ogrodzie. Ubrane identycznie. Jednakowo piszczały, gdy bawiły się w berka z rodzicami. Filipek był wtedy malutki. A ojciec wracał na noc do domu. Kłócił się z dziadkiem. Aż nagle Patyczak obudził się w baraku. W brudnym pokoju. Pośród niedbale obielonych ścian, zza których przebijał się grzyb. Zatykający uszy od wrzasków.

Wspomnienie domu dziadków wracało w chwilach najgłośniejszych krzyków i w chwilach wielkiej ciszy. Wtedy było najmniej znośnie. Gdy zdarzało mu się nie myśleć o niczym, wydawało mu się, ze tkwi w tym momencie, kiedy jeszcze go nie było, zanim znalazł się w łonie matki. Uwielbiał to uczucie. Linia jego spojrzenia prostowała się. Prostowały się jego  zgarbione plecy. Czuł się tak dobrze. Nie rozmawiał z nikim o swoim domu. Kipiał od środka bólem, żalem i gniewem. Chwilami bardzo mocno zaciskał kościste pięści, a żyła na środku czoła wydymała się niebezpiecznie. Ale nie mówił nic.

Ostatnia zima przeciągała się do kwietnia, babrała się w deszczu i plusze, a miasto coraz bardziej nurzało się w tej mazi. Patyczak tarzał swoje spojrzenie po chodnikach i bajorach kałuż.  W szkole wołano na niego „chłopak ze streetem”, więc wolał nie podnosić wzroku.

Któregoś dnia, wysłano chłopaka  do pobliskiego kiosku. Małgosia, młoda, śliczna dziewczyna, może dziewiętnastoletnia, pomagała rodzicom w sklepie. Gdy przyjrzał się lepiej, dojrzał mocno przerzedzone włosy i bladą cerę. Ale nadal była bardzo ładna, jasna i radosna. Potem w pracy usłyszał, że jest chora, że to jedno z ostatnich stadiów, że rodzice są załamani, ale ona nie daje za wygraną; będzie latem puszczać latawce. Klei ogromny w wolnych chwilach, gdy nie jest na chemii.

Następnym razem poszedł do kiosku już z własnej woli. Nie mógł przestać myśleć o dziewczynie. Przyniósł jej stokrotki. Zerwał je przy muzeum. Dziewczyna, zdziwiona, uśmiechnęła się i podziękowała.

– Aha, zna pan moich rodziców? – powiedziała śmiejąc się.

Patyczak zmieszany, próbował cos tłumaczyć, ale wydukał tylko swoje imię. Słońce grzało bardzo mocno tego dnia.

 – Piękną mamy dziś pogodę, prawda? – niemal wykrzyczała z uśmiechem dziewczyna. Po tych słowach zamknęła kiosk. Chwyciła Patyczaka za rękę. Szli tak chwilę w milczeniu. Dziewczyna zauważyła, że Patyczak nie patrzy przed siebie, jest pokrzywiony. Małgosia stanęła naprzeciw chłopaka i wpatrzona w niebo powiedziała:

 – Słońce jest bóstwem dla duszy… To takie „oczko”, które puszcza nam Bóg; trzeba tylko uważnie patrzeć…– mówiła dziewczyna – To taka moja obietnica, ten latawiec, pewnie o nim już słyszałeś… a właściwie, to sygnał, który sobie wymyśliłam; mówi, że tu jestem; że wierzę i, że jest mi dobrze. Jak chińskie lampiony z życzeniami. A może japońskie? Tyle, że ja o nic nie proszę… A dziękuję…   –  powiedziała na jednym oddechu.

Poszli nad pobliski staw. Usiedli na nadłamanej, zielonej ławce. Patyczak nie mógł oderwać wzroku od dziewczyny. Ale jej to nie przeszkadzało. Całą sobą, jak natchniona, wdychała ciepłe wiosenne powietrze, zapach unoszący się nad stawem; chłonęła strumienie słońca. Bez słowa. Patyczak tropem oczu dziewczyny, patrzył na wysokie niebo i marzył. Było mu tak lekko. Chyba dostrzegł je takim dopiero wtedy. Niebo zawsze było w jego stronach za daleko i za wysoko…

Patyczak wrócił do domu zupełnie nieobecny, nie zamienił z nikim ani słowa. Położył się na łóżku i rozmyślał. Uśmiechał się do siebie jak nigdy przedtem. Już nawet grzyb na ścianie go nie raził. Już niczego się nie bał. Obmyślał plan na następny dzień. Pójdzie do Gosi-niczego nie był tak pewien, jak tej myśli. Czuwał w takim stanie prawie do świtu.

Rano przed pracą szedł już w kierunku kiosku, ale zauważył tylko mężczyznę wieszającego kartkę: „Nieczynne. Przepraszamy”. To był ojciec Małgosi.

 – Zmarła dziś w nocy – powiedział zapłakany. – Obiecałem jej puścić latawiec. Skończyła go…Znał ja pan? – mężczyzna powiedział już do siebie. Patyczak niepostrzeżenie gdzieś zniknął.

Był nad stawem. Siedział przy tamtej ławce ze wzrokiem wbitym w ziemię. Ławka jeszcze pachniała wczorajszym słońcem…

Chłopak nie wrócił tego dnia do domu. Spał nad stawem. Nagle, obudziło go chłodne powietrze, odwrócił się i zobaczył w górze kolorowy latawiec. Ze wstążkami. Tęczowymi, wybuchającymi kolorami. I działo się to naprawdę. Jak zaczarowany, patrzył na falujący w powietrzu latawiec. Było bardzo wietrznie.

Chłopak zrozumiał, że i on może być wolny i, że ten stan może zatrzymać na zawsze. Od tej pory, patrzył w niebo i widział tylko słońce. Przez  mgiełkę łez przebijała się też tęcza.

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko