Andrzej Gronczewski – Domowe drzewa

0
143

Esej Andrzeja  Gronczewskiego o mordercach  drzew   raz  już  publikowany  był

w  naszym tygodniku. Teraz  niech  pojawi  się  znowu – jako  alarm – dla  jego

przejmującej  aktualności.

 

Andrzej  Gronczewski

                               D  o  m  o  w  e    d  r  z  e  w  a

                               

                                                                Dla  Marii  Mamczur

                                                 

                                         Panie: już  czas. Tak  długo  lato  trwało.

                                         Rzuć  na  zegary  słoneczne  twój  cień.

                                         ————————————————————-

                                         Kto  teraz  nie  ma  domu, nigdy  mieć  nie będzie.             

                                         Kto  teraz  sam  jest, długo  pozostanie  sam

                                         I  będzie  czuwał, czytał, długie  listy  będzie

                                         pisał  i  niespokojnie  tu i tam

                                         błądził  w  alejach, gdy  wiatr  liście  pędzi.

                                                Rainer  Maria  Rilke, Dzień jesienny, tłum.

                                                Mieczysław  Jastrun.

  

              Egzekucje  są  nagłe, szybkie. Dokonują  się  z  okrutną  precyzją. Wystarczy  minuta, by – dzięki  sprawnym  maszynom – obalić  to, co  trwało  dziesiątki  i  setki  lat.

              Agonia  drzewa  jest  więc  krótka, gdy  ogarnie  się  całe  jego  bytowanie. To  nikła  chwila, drobina  czasu  w  niespiesznej, statycznej  biografii  dębów, sosen  czy  brzóz.

              Jak  inna  śmierć, i  ta  śmierć  może  się  pojawić, gdy  wspólne  niebo – nad  nami  i  drzewem – pełne  jest  błękitnego  światła. „Powrócili  <specjaliści>. –napisał  Eliade  takiego  właśnie  dnia, ku  dalekim  obrazom  kierując  najpierw  oczy, nasycone  darem  światła  i  błękitu. – <Specjaliści > – notuje  Mircea  Eliade – kręcą  się  wokół  drzewa, przywiązują  do  gałęzi  liny, przystępują  do  ćwiartowania. Wysoki, drażniący  jęk  maszyny. Potem  zbiera  się  gałęzie  i  wrzuca  do  pyska  innej  maszyny, która  wchłania  je  i  trawi  w  ciągu  paru  sekund. Patrzę  zafascynowany  na  tego  Molocha”.

              Uczony  nie  skąpi  czasu, by  mówić  o  zabijaniu  starych  drzew. O  śmierci  jednego  drzewa. Opowiada  o  niej  z  widomym  przerażeniem. Apeluje  do  słów, dzięki  którym  odsłania  się  mękę  skazańca  i  ofiary. Ścinanie, ćwiartowanie, miażdżenie. Te  słowa  wyjęte  zostały  z  odwiecznej  księgi  przemocy, ze  słownika  tortur, z  obszaru  kaźni.

              Kto  słyszał  dźwięki, jakie  towarzyszą  ścinanemu  drzewu, pamięta  zawsze, że  nie  chodzi  jedynie  o  zgrzyt  piły, której  ostrze  wdziera  się  między słoje  czasu, zmaterializowane  w  pniu  starego  drzewa. Chodzi  o  dźwięk  bez  imienia. O  głos  starego  drzewa. O  jęk – w  innych, nieludzkich  miarach  płaczu  i  lamentu. Nie  znam  słów  dla  „usłowienia”  tej  skargi. Nie  znalazł  ich  Eliade, tak  biegły  w  szukaniu  słów  o  najstarszym, świętym  blasku.

              Wiem  natomiast, że  głos  drzewa  miażdżonego  na  długo  zabija  we  mnie  możliwość  słuchania  dźwięków  muzycznych. Czyni  mnie  głuchym  wobec  kwartetów  Beethovena. Wypiera  z  mojego  ucha  dźwięki  skrzypiec  i  wiolonczeli.

              Odczuwamy  gorzką  bezradność. Doznajemy  bezsiły  o  dwoistej  naturze. Buntujemy  się  przeciwko  fachowym  uzurpatorom. Akt  morderstwa  osłaniają  oni  argumentami  konieczności. Odwołują  się  do  haseł  potrzeby  i  bezpieczeństwa. Działają  w  imię  troski  o  życie  ludzi, o  życie  innych  drzew.

              Doprawdy, przykry  to, wstydliwy, podejrzany, nieco  żałosny, lecz  także  swoiście  twardy, „wojenny”  i  męski  rodzaj  fachu, jakiemu  oddają  się  ci, którzy  w  tłumie  drzew  szukać  muszą  drzewa  właściwego, by  je  potem  zabić.

              Krążąc  po  Łosiowych  Błotach, śledzę  niekiedy  ruchy  i  działania  owych  lustratorów. Mało  wiem  o  duchowych  kosztach  wyboru, jaki  musi  być  dokonany. Widzę  tylko, że  czerwoną  lub  żółtą  farbą  znaczą  ofiary. Każdego  dnia  ogłaszają  liczne  wyroki.

              Nie  do  końca  potrafią  chyba  wyjaśnić, dlaczego  jedno  drzewo  oszczędzili, a  drugie  skazali. Tak  wiele  zależy  od  przygodnych  humorów  ludzkich. Od  woli  doraźnej. Od  życzliwego  uśmiechu  albo  grymasu  niechęci  i  pogardy.

              Jeśli  w  ich  mowie  żyje  nadal  termin „selekcja”, to  winien  być  starannie  wygaszony. Las  może  spłonąć  od  nonszalanckiej  iskry. Ale  może  zapalić  się  również  od  groźnego  słowa. Wielu  słów  zatrutych  i  złowrogich  musimy  wyrzec  się  po  doświadczeniach  ubiegłego  wieku. Nie  tylko  wówczas, gdy  chodzi  o  cierpienia  ludzi, lecz  także  o  ostateczne  przygody  dębów, świerków  i  sosen.

              Humanista, który  widzi  drzewa  w  duchowym  kręgu  ludzi, byłby  tu  mazgajem, płaczką, kalekim  sędzią. Byłby  Hamletem  zawieszonych  decyzji  i  mnożących  się  pytań. Nie  umiem  przecież  ustalić  ścisłej  granicy  między  zdrowiem  i  chorobą. Nie  potrafię  mówić  jednoznacznie  o  istocie  szkodliwości, o  całkowitym  jej  braku. Waham  się  ciągle  między  szansą  łaski  a  grozą  potępienia.

              Nie  wolno  mi  utwierdzać  takich  różnic  w  płynnym  świecie  zła  i  dobra. Czy  mógłbym  zatem  widzieć  je  w  lesie  najbliższym, sąsiedzkim, który  każdego  poranka  otwiera  się  przede  mną – jako  las  drzew  dantejskich ?

              Gdy  Eliade  patrzy  na  śmierć  drzewa  przed  swoim  oknem, to  zabójstwo  owo  odsłania  nagle  inny  rytm, jakby  cała  akcja  składała  się  z  obrazów  dotkniętych  chorobliwą  powolnością, z  obrazów  sparaliżowanych. Do  takiego  chwytu  sięgają  zresztą  filmowcy, sądząc, że  realny  czas  zabijania  jest  zbyt  nikły  w  porównaniu  z   czasem, jakiego  żąda  obraz  egzekucji, oglądany  przez  widzów.

              A  samo  zdarzenie, jeśli  o  drzewo  chodzi, o   jego  śmierć  w  świetle  słońca, ujawnia  wtórą, bolesną  daremność, jaką  wespół  z  Eliadem  dźwigamy, nasilając ją – w  sobie: „Nie da  się  oddać – rozpacza  myśliciel – fundamentalnej  sprzeczności  między  powolną, systematyczną, naukową  egzekucją  skazanego  drzewa  i  tym  boskim  światłem, które  zdaje  się  dochodzić  do  nas  z  jakiegoś  innego  świata, światłem  zaledwie  dostrzeżonym  w  dzieciństwie  lub  odgadnionym  czasem  we  śnie.”[tłum. I. Kania ].

              Obrażamy  to  światło  wieloimienne, niosąc  śmierć  starym  drzewom. Zabijanie  ma  wiele  odmian  i  form  nazbyt  ukrytych, bezkarnych, by  lekceważyć  jakąkolwiek. By  w  każdej  z  nich  nie  widzieć  szczeliny, dziury, luki, przez  którą  wedrze  się  kiedyś  Tanatos  groźniejszy  i  bardziej  dla  nas  dotkliwy. Dłonie  z  siekierą  lub  mechaniczną  piłą  naruszają  tę  sumę  bólu, której  musimy  być  żywą, solidarną  cząstką – we  wspólnym  losie  drzew  i  ludzi.

              Drzewo  nie  ucieka  przed  sędzią  i  mordercą. Nie  rozumie  w  ogóle  idei  ucieczki. Nie  korzysta  z  ludzkiej  chytrości, z  człowieczej  ambicji  w  szukaniu  miejsca  bardziej  doskonałego, przyjaznego. Jedyne  to  chyba  stworzenie, które  podróżuje  tylko  w  czasie, nie  znając  słodyczy  i  piołunu  wędrówek – w  przestrzeni.

              Mało  wiemy  o  marzeniach  roślin. O  snach  drzew. O  podziemnych  dialogach  i  paktach  korzeni. Może  kiedyś  języki  tych  marzeń  staną  się  dla  nas  zrozumiałe, wyraziste ? Może  dowiemy  się  wtedy, czy  północna  sosna –    jak  uważał  Heine – zazdrości  palmie  ? Marzy  o  losie  siostrzanej  pinii ?  O  łagodnym  powietrzu ? O  słońcu, które  nie  chowa  się  tak  często  za  szarością  martwej  pogody ?

              Każdy  człowiek – między  obrazami  ludzi, domów  i  zwierząt –  winien  wspomnieć  w  swej  autobiografii  o kilku  drzewach, jakie  połączyły  się  z  jego  życiem, z  kulminacyjnym  doznaniem  życia  cudzego. Winien  wyłonić  te  drzewa  z  roślinnej  anonimowości, nadać  im  ukryte  imiona, uczynić  je  zwornikami  ścisłego, rodzinnego  obszaru. Chodzi  mi  o  „domowe  drzewa”. O  drzewa  Mickiewiczowskie. 

              W  tytułach  wielu  płócien  i  litografii  Wyczółkowski  wiąże  nazwy  drzew  z  imionami  miejsc, dzięki  którym  drzewa  bytują. Ten  biograf  dębów, cisów, świerków, brzóz, sosen  dał  nam  bezcenne  portrety  drzew. Jak  rzadko  kto, Wyczółkowski  znał  bowiem  humory  i  temperamenty  drzew. Wabiła  go  ich  młodość  i  starość. Śledził  ich  cierpliwe  błogostany, pojmował  widome  tragedie.

              Dopóki  nie  odczuwa  się, że  wszystkie  drzewa  należą  do  naszej  rodziny, nie  rozumie  się  zbyt  wiele – w  człowieczej  pysze  i  arogancji. Trzeba  ogarnąć  drzewa  miłością, jak  Żeromski  na  kartach  opowieści  o  Samborze  i  Mestwinie. Trzeba  pielęgnować  tajemnice, nie  do  końca  wypowiedziane  w  Żywotach  drzew  przez  Juliana  Ejsmonda. Trzeba – wzorem  Iwaszkiewicza –   wpisać  do  miłosnego  rejestru  brata – świerka  i  siostrę – sosnę. Trzeba  pamiętać  o  wierszach  Aleksandra  Rymkiewicza, które  wplątały  się  w  konary  polskich  drzew, naśladując  ich  rysunki  architektoniczne, powtarzając  wzór  i  ornament  ich  liści.

              Godzi  się  czytać  Sekretne  życie  drzew  Petera Wohllebena. Trzeba  myśleć  dalekosiężnie  o  czasie  drzew, o  czasie  ludzi, by  wiedzieć, z  jakich  drzew  formują  się  stoły  życia  i  stoły  śmierci.

              Kto  tak  miłośnie, tak  często  krąży  wśród  wysokich drzew, musi  w  końcu – jak  Tuwim  w  Nieznanym  drzewie, poświęconym  pamięci  Stefana  Żeromskiego – pytać  o  materię  ostatecznego  domu. Musi  wreszcie – błądząc  tak  mozolnie  pośród  milionów  drzew – dotknąć  tego  drzewa, z  którego  sporządzona  będzie  jego  trumna.

              Co  właściwie  zabijamy, mordując  stare  drzewo ?  Czy  także  sny  drzew, zawiłe  i szelestliwe ? Czy  nie  zabijamy  również  świadków  naszego  bytu ? Rzeczników  wiernych, uważnych  i  solennie  wyrozumiałych, bo  zawsze  milczących – wobec  naszej  nędzy, pychy, niewiedzy, braku  wiary ? Gdyby  ktoś  zaczął  opowieść  w  ten  sposób : „Moje  drzewo  zawstydziło  mnie  i  tym  wstydem  obdarowało…”

              Mordując  drzewo, unicestwiamy  w  zasięgu  oczu  to, co  nigdy  nie  obraziło  nas  widzialnym  gniewem. Co  od  początku  zaufało  sile  i  prawdzie  korzeni. Co  nie  złorzeczyło, nie  chciało  uciec, zdezerterować, dopuścić  się  zdrady. Co  nigdy  nie  buntowało  się  przeciwko  własnemu  „miejscu na  ziemi”, ani  też  nie  znało  bolesnego  śmiechu, wywołanego  przez  to  pojęcie.

              Co  nie  powtarzało  naszych  przekleństw  i  bluźnierstw. Co  nie  naśladowało  ludzkich  skarg  na  więzienie  domu  i  gorycz  bezdomności. Co  było  tak  cierpliwe  wobec  wszystkich  naszych  złudzeń. Wobec  marzeń  o  prawdziwym  szczęściu – za  drugim  drzewem, za  tamtym  i  jeszcze  innym  zakrętem, za  linią  horyzontu, w  innym  kraju, na  innym  kontynencie. Co  było  żyjącym  dowodem, rękojmią  zgody  całkowitej, zgody  kosztownej  i  dojrzałej. Zgody  na  czas  i  miejsce  trwania.

              Śmierć  starego  drzewa  musi  być  opłakana  w  jakiejś  trudnej, nieznanej  i  szczególnie  dyskretnej  odmianie  płaczu. Nie  wolno  zaufać  zwykłym  łzom. Nie  godzi  się  przecież, by  nową  kroplą  bólu  pomnażać  nieogarnięty, gniewny  ocean, po  którym  żeglujemy  w  rozpaczy, lęku  i  ludzkiej  żałobie.

              Swą  Próbę  całości  Julian  Przyboś  opatrzył  znamienną  dedykacją :

„Kazimierzowi  Wyce  zamiast  elegii  na  ścięcie  topoli  za  tym  samym  oknem. 24.IV.61”. Bo  krakowskie  okno  profesora  Wyki  było  wcześniej  oknem  Juliana  Przybosia. W  różnych  czasach  cieszyli  się  wspólnym  obrazem  okna  i  szumem  topoli.

              Niech  trwa, pozgonnie  szeleści  to  drzewo  z  nienapisanej  elegii. Trwa – zamiast  drzew  sąsiedzkich, zamordowanych  w  zgodzie  z  porządkiem  ludzkim. I  w  sporze  ze  światłem  innego  sensu, o  którym  poufnie  mówił  filozof.

                                                                           

                                                                      Andrzej  Gronczewski

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko