Piotr Wojciechowski – TRZY WIZYTY W ARKADII DZIECIŃSTWA

0
259

Piotr Wojciechowski

 

TRZY WIZYTY W ARKADII DZIECIŃSTWA

 

Piotr Wojciechowski      Najmocniej przepraszam osoby, które uczestniczyły Biesiadzie Literackiej  w czerwcu 2013 roku – bo będą  musiały usłyszeć ponownie coś sprzed czterech lat. Oczywiście nie powtarzam całego tekstu, kradnę przeszłości tylko sześć linijek, jakie zamykały tamten felieton. Potrzeba mi ich, aby otworzyć nimi coś całkiem nowego. Oto autocytat:

   Literatura jest krwiobiegiem kultury, nic też dziwnego, że dzieli losy kultury współczesnej. Malarstwu potrzebne są książki o malarstwie, teatrowi książki o teatrze, muzyce książki o muzyce. Gdy odpływa krew, odpływa życie. Kultura bez książek może żyć o tyle, o ile żyje wypchany orzeł. Wygląda dekoracyjnie przez pewien czas, ale nie zerwie się do lotu. A potem mole zrobią swoje.

    Tyle cytat. Dalej będzie płoszenie moli z nadzieją, że orzeł pofrunie.  Czas miejskiej zimy ze smogiem zamiast śniegu, z telewizorem zamiast nart, nie jest łatwy do przetrwania. Na szczęście są książki. Różne kategorie – książki na półkach, książki odłożone, książki w czytaniu, książki przybywające. Trzy teksty, do których dziś nawiązuję, pochodzą z różnych miejsc. Wybór prozy Juliusza Kaden Bandrowskiego właśnie z półki wzięty, od wczoraj stał się książką w czytaniu – i to w czytaniu nie byle jakim – głośnym wieczornym czytaniu rodzinnym. Szkic „Na wieś, na wieś!”, który właśnie został przeczytany rodzinnie. pochodzi z powstającej dopiero książki Staszka Jastrzębskiego, mojego wrocławskiego przyjaciela.

    Trzecia książka, „Une enfance sicilienne”, przyszła nie wiadomo skąd, anonimowy darczyńca posłużył się niemiecką firmą wysyłkową.  To dzieło osobliwe, bo to powieść wybitnej pisarki stanowiąca właściwie tłumaczenie tomu wspomnień opatrzone przypisami. Może się jeszcze dowiem, kto mi to dzieło przysłał, na razie wyszukałem trochę wiadomości o autorce i autorze pierwowzoru.

    Edmonda Charles-Roux była znana we francuskich elitach artystycznych i politycznych, miała za sobą piękną kartę żołnierza francuskiego ruchu oporu,  była potem laureatka nagrody Goncourtów, członkinią Akademii Goncourtów, odznaczoną Komandorią Legii Honorowej. Przełożyła na francuski wspomnienia, które napisał po angielsku Fulco di Verdura, głośny jubiler włoski, współpracownik Coco Chanel i Salwadora Dali, nosiciel wspaniale brzmiących tytułów Fulco Santostefano della Cerda, Książe  Verdura,   Markiz Murata la Cerda. Do tego bliski kuzyn Giuseppe Tomasi di Lampedusa, autora „Lamparta”. Snobistyczny zawrót głowy.  

     Wszystkie trzy teksty, które spotkały się właśnie w mojej lekturze, tyczą w mniejszym lub większym stopniu dzieciństwa, czasu wakacji spędzanych w otoczeniu przyjaznej natury,  wszystkie są grą z pamięcią.

Pamięć ma osobliwą strukturę. Rzadko chwyta rzeczywistość w skali i jeden do jednego. Tak się pamięta tabliczkę mnożenia, parę adresów i telefonów. Sprawy minione, a zwłaszcza te, które angażują emocje, oceny sumienia i skojarzenia kulturowe, pamięta się inaczej. Amerykański  psycholog Rollo May określił styl pamiętania rzeczy skomplikowanych jako prywatną mitologię. Mitologizując przeszłość skłonni jesteśmy do uproszczeń i przesady, często upiększamy etycznie i estetycznie. Sądowe powiedzenie „kłamie jak naoczny świadek” oddaje z grubsza skutki takiego mechanizmu. Nie trzeba tej mitologizacji potępiać, wynika ona z ratunkowych funkcji mózgu. Abyśmy mieli gdzie uciekać od zbyt trudnej teraźniejszości, przygotowujemy sobie coś, co jest dobrym wspomnieniem a także coś, co jest słodkim marzeniem. Budujemy krainę Złotego Wieku, Arkadię, projektujemy Utopię. Racją istnienie mitów pamięci jest to, że mogą służyć  budowaniu przytułku dla naszych nostalgicznych ucieczek.

    Kiedy wracam do wymienionych już tekstów, muszę jeszcze ocenić dystans, z którego patrzono na lata dziecinne. Fulco di Verdura o Sycylii i Staszek Jastrzębski o Zaklikowie pisali z dystansu siedemdziesięciu lat. Kaden Bandrowski pisał o swoim dzieciństwie z perspektywy paru dekad, o dzieciństwie swoich synów – niemal na bieżąco. On i Jastrzębski, obydwaj, pisali głównie dla rodzinnego kręgu – a jednak z myślą o wydaniu o czytelniku nieznanym. Książe-jubiler rodziny nie miał, dla kogo zaś pisał, jeszcze się nie doczytałem, czytanie po francusku idzie mi powoli. Podejrzewam jednak, że pisał dla siebie, tęskniąc za słońcem Sycylii w Nowym Jorku, gdzie w końcu założył sławną, istniejącą do dziś firmę.

     Zadziwiające jest,  jak ci trzej różnili się w stylu i taktyce  budowania  swoich trzech Arkadii. Fulco di Verdura jest mistrzem powściągliwego zachwytu – ale zapisy zachwycone budowli, parków, krajobrazów nie mają tej siły, co pełne przenikliwości portrety osób, rodziny, przyjaciół, służby. Jest w tych opisach zwięzły i plastyczny, potrafi  oceniać i komentować z palącą ironią, nawet złośliwie. Potrzebował ludzi i zawsze miał ich koło siebie. Rozdział „Guwernantki, nauczycielki, służące” to atlas malowanych słowem sylwetek, zarysowanych ostro, ale ogrzanych światłem życzliwych sentymentów. Poprzedza go rozdział „Rodzina patrycjuszy”, w którym osoby potraktowane są z bardziej gryzącą ironia i  chłodnym dystansem, najcieplejszy, rozedrgany nostalgią  jest rozdział pierwszy – „Ogród o trzech bramach” opisujący dom, ogrody i sady, domowe zwierzęta. Jak porównać egzotykę, bogactwo, różnorodność tego świata z dalekiego krańca Europy z opisem wakacji na polskiej wsi lat pięćdziesiątych przekazanym mi przez Staszka Jastrzębskiego? Jest coś co łączy te dwie rzeczywistości – fotograficzna precyzja pamięci połączona z intuicyjną rekonstrukcją chłopackiej psychiki – zbuntowanej, ale wiecznie szukającej uczucia, łasej na zabawę, przygodę, doznanie nowości. Banda małego Fulco to jego starsza siostra i jej rówieśniczka, córka ogrodnika. Banda Staszka to starszy brat i dwoje młodszego rodzeństwa. Żyje się przede wszystkim wobec swojej bandy – ucząc się, przyjaźniąc, konkurując. Ojciec Staszka, źle zarabiający urzędnik, wysłał swoją żonę i czworo dzieci z Lublina do Zaklikowa, miasteczka z nazwy, w istocie będącego wsią. Tak jak Fulco opisuje rezydencję Villa Niscemi na obrzeżach Palermo, tak Staszek opisuje Zaklików, dom pani Słapczyńskiej, podwórze ze studnią,  rynek, piekarnię, las, kąpiele w rzece Sannie, zbieranie jagód.

   Fulco jest jubilerem, celebrytą europejskich i amerykańskich elit, poza tomem wspomnień nie wydał innych książek.  Staszek jest inżynierem elektrykiem, działaczem turystycznym, fotografikiem, różdżkarzem, biegaczem maratonów i maratonów narciarskich. Pisarzem bywa na marginesie tych zatrudnień, pisywał przewodniki sudeckie i poradniki dla różdżkarzy. Obydwaj, Fulco i Staszek, wykazali się cudownym darem pamięci, ale także tym, że po siedemdziesiątce odnaleźli w sobie chłopaka. Co więcej. Staszek zrekonstruował jakoś nie tylko chłopackie myślenie ale i język, jakim mówił i myślał pół wieku temu. Angielski tekst wspomnień Fulco di Verdura roi się od cytatów i określeń w sycylijskiej odmianie języka włoskiego, opracowująca tę prozę Edmonda Charles-Roux szczęśliwie pozostawiła te wtręty w przekładzie i opatrzyła je objaśnieniami.

   Juliusz Kaden Bandrowski to wspaniały pisarz o legionowym stażu, żołnierz wojny z bolszewikami, autor politycznych powieści. Swoje opowiadania świadomie adresował do młodych, do rówieśników swoich dwu synów bliźniaków.

   Przypuścić muszę, że Kadenowi nie udało się powrócić w dzieciństwo, bo zagrodził mu drogę talent literacki, intelekt, świadomość, poczucie misji. Góruje nad tamtymi dwoma elegancją stylu, literackością i malarskością opisów, ale jednocześnie wlecze za sobą tren młodopolskiej sztuczności, afektacji. Ulega potrzebie dydaktycznej refleksji. Jego kraina dzieciństwa i malowana przezeń kraina dzieciństwa jego synów są piękne, ale pięknością operowych dekoracji. Czytam, smakuję. Fulco zostaje daleko, swój, bo europejski z zacnej katolickiej rodziny, obcy jednak, bo jubiler i książe,  gwiazda sfer wyższych. Zaklików widziany oczami Staszka Jastrzębskiego łączy się przedziwnie ze słonecznymi wakacjami na Helu synów Kadena, z jego własnym dzieciństwem w podkrakowskich plenerach. Razem opisują mi polskie Arkadie, los polski.

     Cytat z Kadena, z opowiadania „Kukułka”: .Już czas się między nami położył, rozciągnął i przepłynął. Tyle życia, wydarzeń, tyle przeróżnych dziejów. Ogień już czerwieni siwiejące skronie, co minęło nie wróci.

Wołać, wspominać?

Trwasz krócej, miły człowieku, niż strzęp dymu, zbłąkany dziś wieczorem pod gałęzie cienistej jabłoni. Obraz twój, nasze życie, stojących tu przy krzewie płomienistym, mniej waży niż nieznaczne drgnienie powiek!

   Mój czas i wasze dni najdroższe, synowie.

   Nie w tym sprawa najważniejsza. Rzecz w tym, iż z niewiadomych głosów powstają niewiadome dopusty, radość się poi piołunem, a znów z nieszczęścia doświadczenie wynika.

Tyle cytatu.

 Kaden zmarł z ran podczas Powstania Warszawskiego. Wiedział już wtedy o śmierci obydwu swoich osiemnastoletnich synów, obydwaj polegli jako żołnierze Armii Krajowej.

    

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko