Andrzej Wołosewicz – Kamyczek do własnego ogródka czyli o poezji i prozie ponownie

0
175

Andrzej Wołosewicz

 

Kamyczek do własnego ogródka czyli o poezji i prozie ponownie

 

Aleksander Gierymski            Pisałem już i pewnie jeszcze będę pisał wielokrotnie o różnicy między poezją a prozą. A będę pisał dlatego, że po pierwsze nie da się wszystkiego co się chce powiedzieć w jednym tekście, a – po drugie – temat jest chyba niezamykalny, także argumentacyjnie. Chciałbym więc dorzucić kolejne dwa argumenty różnicujące poezję i prozę. Otóż dla poezji ważna jest intonacja. Intonacja poezji jest zawsze inna niż prozy. Nie da się tego oczywiście zdefiniować, ale odczuć, odebrać, usłyszeć to już jak najbardziej da się. Zapewne są przypadki graniczne, niepewne, kiedy można mieć wątpliwości, ale na ogół różnicę intonacyjną potrafimy dość dobrze wychwytywać. Jeśli jesteśmy z nią obyci, osłuchani, czyli jeśli jesteśmy oczytani i w poezji i w prozie.

 

            A druga różnica to pewien swoisty dla poezji rodzaj kadencji znaczeniowej, który nie występuje w prozie. Tę kadencję można dobrze dostrzec, gdy np. operujemy przerzutnią, w prozie praktycznie nieobecną, bo nieważną, pozostającą bez znaczenia; zresztą sam zapis wersowy różnicuje tę kadencję, np. inny u Różewicza i jego naśladowców, inny u Białoszewskiego choć przecież wizualnie tak podobny! Podejrzewam, że dla osoby nie znającej języka polskiego wizualnie Różewicz niewiele różni się od Białoszewskiego. A zupełnie inaczej sprawa ma się choćby u Kazimierza Ratonia, Andrzeja Sosnowskiego czy Kazimierza Wierzyńskiego. Na pierwszy szybki rzut oka może się to wydawać jedynie wewnętrznymi dylematami badacza ale twierdzę, że nie do końca. To, co dla badających „podszewkę” literatury jest ciekawe, inspirujące, nie musi być w jakimkolwiek najmniejszym nawet stopniu zajmujące dla czytających. Ale idzie tu raczej nie o różnicę miedzy badaczem a czytelnikiem lecz o to, że język tak poezji jak i prozy, z którym obcujemy, pracuje na nas i z nami tak samo, nie różnicuje nas na znawców i dyletantów. Mówiąc jeszcze inaczej: język jest, zdaje się, najbardziej demokratycznym spośród narzędzi naszej ludzkiej aktywności. Doskonale obywamy się bez wysublimowanych narzędzi jego analizy, co nie znaczy, że postuluję postawę zupełnego „analfabetyzmu poznawczego” typu molierowskiego pana Jourdaina.

            Kolejna ważna różnica dotyczy kondensacji. W prozie można coś „nadrobić na dystansie” mówiąc językiem sportowym, w poezji raczej tego nie da się zrobić – wiersz to ledwie kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt wersów i koniec. Wszystko w nim zdecydowanie bardziej – w porównaniu z prozą – „ściśnięte”. I inaczej być nie może. By zakończyć wątek porównań sportowych: wiersz to sprint, proza to dłuższe dystanse.

            Oczywiście nie zapominamy o wersyfikacji, ale tyle pojawia się słabego pisania (bo nawet przy najlepszej woli trudno nazwać je literaturą), która chce być wierszem, że aż szkoda gadać. Kiedyś polecałem, więc tylko przypominam, by przy wątpliwościach zapisywać swój tekst lub spojrzeć na tekst obcy prozaicznie i wtedy naprawdę łatwo obnażyć, że czasami jedynym uzasadnieniem, że to ma być wiersz pozostaje przemożna wola piszącego. Ale też taka próba daje szansę zobaczenia, że czasami jest coś więcej – to sytuacja, gdy w zaproponowanym ćwiczeniu w zapisie prozą coś nam umyka, albo w ogóle nie da się tego zrobić, bo tekst ewidentnie rozpada się na wersy, czy to z powodu sensu poszczególnych fraz, czy obrazu, autorskich gier wyobraźni czy czegokolwiek innego (co mi w tej chwili nie przychodzi do głowy a Wam tak).

            I jeszcze jedna uwaga, historyczna poniekąd. Otóż bywa i tak, że poezja poezją będąc ewidentnie przebrzmiewa, słabnie do tego stopnia, że gdyby była pisana dziś, uznana by była słabą, bo wypada blado, przegrałaby w dowolnym konkursie, odrzucona byłaby przez większość redakcji dogorywających czasopism literackich. Takich wrażeń doznaję niestety czytając „Wiersze wybrane” Tadeusza Nowaka (Warszawa 1978), duży niemal 400 stronicowy tom. A czytałem jego wiersze w latach siedemdziesiątych z wypiekami na twarzy, były mi pomocą w miejskiej dżungli Warszawy, do której przybyłem ze swego wiejskiego ukochanego suwalskiego „zadupia”, z którego bliżej było mi do „litewskiego” Puńska niż „wielkomiejskich” Suwałk. Nowak spod drugiej, południowej granicy był mi prawdziwym oparciem i wspomożeniem ze swoją wiejskością, kiedy pisał w Balladzie ludowej:

– Pisarczyk, to mój zawód.

W mieście dano mi księgę

i pióro, i mój umysł

kaligraficznie prosty

A pochodzenie: chłop.

Stąd ta rzeczy mistyczność.

 

Tę mistyczność miasto wypłukuje skutecznie, kto doświadczył, ten wie.

 

 

 A dziś z Nowakiem u mnie dramat! Czytam i podoba mi się, i ledwie kilkanaście wierszy z kilkuset mi się podoba. Ale to już inny temat, być może trzeba by wrócić do tego, co Krzysztof Gąsiorowski określał jako horyzonty rozumienia (wymieniając ich kilka).

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko