Sławomir Majewski – Narrator

0
288

NARRATOR

fragment

SŁAWOMIR MAJEWSKI

 

narrator

Spał ze dwie godziny. W pobliskim kościele carillon wydzwonił piątą. Obudził się i słuchał ciszy zadowolony, że w budynku jeszcze nikt nie kaszle, nie kłoci się, nie wyprowadza skowyczących psów i że gwar ulicy nie rozjeżdża mu głowy a boli jak cholera. Leży tak, na zmianę pocąc się albo trzęsąc z zimna. Lęki poranne jak u Grochowiaka, myśli. Grochowiak, tak. Stoły z nieheblowanych desek, jakieś polne kamloty robiące za słowiańskich bogów, dzieciaki w lnianych giezłach. Jak to leciało? Ledwie wyszepta wiatr przez okiennice topolich puszków wietlisty różaniec. Cudeńko. Wietlisty różaniec… A ten z Burnsem, że niby czego nie było? No czego nie było? Aaa, lata nie było! Dnia piętnastego Burns pozbierał wiosła, zaszedł nad morze, zawrócił do karczmy. Ojezu, jak ja bym teraz zawrócił do karczmy! Dnia piętnastego Burns pozbierał wiosła,.. Piękne, kurwa, pięk-ne… Kto dziś tak pisze? No, Herbert tak pisze. I może jeszcze Kornhauser.

A gdzie tam. Kornhauser od lat nie żyje. A może żyje? Kurwa, muszę sprawdzić. No więc Kornhauser i może jeszcze Barańczak. I Zagajewski. Bo na emigracji to Taborski i Wirpsza ale u nas? Zaraz zaraz… a Wirpsza i Taborski żyją czy pagibli? Jezu, cholerna głowa… No to kto jeszcze? Nie ma żadnego jeszcze. Reszta to nie poeci, to wicechuje jak mówił Iredyński. Taaa… Burns pozbierał wiosła, zaszedł nad morze, zawrócił do karczmy. Bywa że komuś odbije, bywa. Ale poetą był wielkim. Jak cholera. Nie to co Świtaj albo ta stara rura Kozłowska. Od lat rządzi redakcją stalową łapa układów. Uchowała się przy każdym reżimie. I uchowa przy kolejnych. A ta młoda cipa, ta jak jej tam? A pies jebał jak jej! i tak broszka do literatury nie wejdzie. No, chyba że się będzie rżnąć z kim trzeba albo ma ukochanego tate w jakiejś sodalicji, jak ten pedał Derkacz, no to wtedy… ty, zaraz zaraz, jak to leciało? Dlaczego ona nie może zostać po prostu dziwką? Dlaczego musi jeszcze pisać? He he, miał poczucie humoru. To nie był tekst na potrzeby Pięknych dwudziestoletnich. Z życia był. Z jego. Tak jak łóżko Putramenta, który go wydymał na sam szczyt. Kurwa, przecież tak patrząc z dziś, to on pisał socreale jak ta lala. A wtedy, co to z tą młodą było, na kacu był jak ja dzisiaj. Nowakowski mi mówił. Gdzie to było? U Ekonomistów? Nie, tam nie… W koszernej, przy ozorach na słodko? Nie, przy ozorach to z Konwickim. O, mam! W Kameralnej mi to mówił. Tej obok kina Stolica czy na Foksal? Na Foksal nie. Teraz tam jakaś japońska oberża. Obok kina, jak Kameralna jeszcze była Kameralną a nie jakimś chuj wie czym o Jezu, jak mnie boli głowa! no i po cholerę tak leżę? Nie śpię, to równie dobrze mogę wstać. Ale po co mam wstać, żeby siedzieć i telewizor oglądać? Jak mówiła ciotka Danka? nigdy nie stój jak możesz usiąść i nigdy nie siedź, jak możesz leżeć. No to poleżę. Ojezu, ale mi się chce rzygać, żebym tak miał… ty! a może w lodówce coś jest? przecież nie wychlaliśmy wszystkiego, niemożliwe! Patrzy na jej piersi unoszące się z oddechami, Cycki ma naprawdę… I rżnie się, że ja cię… Nabrała wprawy. Wtedy nie za mocna w tym była. Rutynowa mężatka. No, ale przez tyle lat, to się można chińskiego nauczyć w dialekcie mandaryńskim a może w lodówce albo pod zlewem są jakieś resztki, w jakiejś flaszce którą wsadziłem pod zlew i teraz stoi pod zlewem nie całkiem pusta? A może jednak w lodówce, bo coś mi się… To kurwa wstań i idź, a nie – leżysz i jojczysz! Jeszcze raz w myślach To kurwa wstań i idź, może coś znajdziesz! a potem uniósł się powolutku, po cichutku, ostrożnie, żeby nie zbudzić Klary która cycki ma że ja cię i przyciskając palcem żyłę pulsującą na skroni, boso drepce do kuchni, walcząc z zawrotami głowy i mdłościami, otworzył lodówkę z nadzieją i jęknął, bo na pierwszym planie nic, tylko żółty ser, topiony serek, szprotki w otwartej puszce i jakieś zmarszczone coś w plastikowym flaku czego się przestraszył, ale tam, o tam, patrzaj no pod zamrażalnik – butelka z wódką na trzy palce a obok puszka piwa, o kurwa, Bóg jest wielki!

Wyciąga butelkę i piwo, łokciem zamyka lodówkę, człapie do pokoju wyczuwając pod stopami piasek ulic które przemierzył od ostatniego odkurzania. To było wtedy, gdy? Cholera, co to było wtedy? Przyjechał jakiś ktoś skądś? Nie, chyba nikt z nikąd. No to co było wtedy, gdy? A chuj z tym, na barykady ludu roboczy! Stawia na stole alkohol i wtedy noż kurwa! przecież nie mam… po co wszystko sprzątała? Wraca do kuchni, po kieliszek albo szklankę, bo nie wie jak wypić, oszczędnie czy od razu jeb! a potem aby do siódmej, bo o siódmej zejdzie do sklepu a to jeszcze całe dwie godziny długie jak anakonda, szmat czasu, ja pierniczę! trzeba się ubrać a jak się ubrać, jak nie mam sił, jak Cage w tym filmie Zostawić Las Vegas no ładnie, ładnie… no bardzo bardzo ładnie! ale nic, jak się napiję, jak się z lekka napierdolę jak Cage w tym tam, ooo, to zaraz mi przejdzie słabość i ta zieloność sprzed oczu zniknie i wtedy. No ale co to było wtedy?

Wziął dwie szklanki, nie zgasił światła, znowu pod stopami czuje piasek ulic które przemierzył od ostatniego sprzątania. Usiadł w fotelu przy ławie dla krasnali, bo chyba dla krasnali zrobiona, szwedzki wymysł, Ikea czy inna franca.

– Szklanki dwie… a po kiego mi wy dwie? Zapytał dwu szklanek ale machnął ręką, odkręcił i roztrzęsioną dłonią wlał połowę wódki, otworzył piwo, dolał do pełna. Zanurzając usta, pije z zamkniętymi oczyma czując odór wódy i piołunową gorycz piwa Jezu, myśli. Jezu frasobliwy! zaraz mnie strzeli i wszystko będzie alles gut jak mawiała Daria. O, toto było wtedy! Odeszła akurat wtedy, kiedy odkurzyłem dla niej całe mieszkanie! Toto było! Całe mieszkanie odkurzyłem, żeby jej było czysto, miło i schludnie, bo lubi żeby czysto i schludnie, pieprzona świnka-Dosia. Schludniutka, czyściutka a pachnąca jak drogeria Rossmanna. Za to sumienie jak smoła. O ile w ogóle ma sumienie. Ma, między nogami. Ja z alkoholikiem żyć nie będę! a jaki ze mnie alkoholik? Z alkoholikiem żyć nie będziesz? A to nie żyj, pies cię… Żadnego szacunku, nigdy dobrego słowa. Wyniosła jak kopiec gówna. A w redakcji każdy do mnie dzień dobry panie redaktorze, do widzenia panie redaktorze, kłaniam się redaktorze, no ale dla niej jestem tylko alkoholikiem. A ta druga szklanka to co? Dla Ashley Greene, koleżko. Tak, Ashley tak. Bogalusa. Tygrysie oczy Ashley Greene. I dla Tjingee, Małej Mary. jak ją nazywał tam, na pograniczu. Przypomina mu się Olek

JUDYTA

Tamtego wieczora na zamówienie Pawła malował akt jego brzydkiej, tłustej żony. Miał ją odrobić na ładną i szczupłą. Będziesz jak Cindy Crawford, krowo, pomyślał kładąc różową farbę i wtedy usłyszał dwa dzwonki i pomyślał, że to listonosz, jak w tym filmie z Jessicą Lange i z kim? Z Gere? Nie, z Gere nie. Z Nicholsonem! Odłożył pędzel, otwiera a tam niebieskooka dziewczyna na szpilach, w mini, dekolt po pępek zaprezentował baśniowe cycki: pod tytułem Witaj Rycerzu! Pomyślał wtedy noż, kurwa, Szeherezada, jak pragnę boga! a to nie była Szeherezada, tylko ona, Judyta.

– Ja w sprawie anonsu szukam modelki do aktów, to pan dawał? pyta niskim schrypniętym głosem, więc na dźwięk zmysłowego sznapsbarytonu czuje jak mu staje i jeszcze raz myśli, noż kurwa, Szeherezada i że jest posągowa i dokładnie taka, o jaką mu chodziło, posągowo posągowa, z Aten za sokatesoplatona, no w każdym razie mogłaby u Pasoliniego zagrać Medeę albo tę, jak jej tam… o, Jokastę.

– Tak, dawałem. Proszę, niech pani wejdzie, zaprasza i prowadzi ją do pracowni, gdzie wskazał fotel ale zaraz prosi żeby siadła tam, na kozetce, lewym bokiem do okna. Dobrze, idealnie, pomyślał i że światło jak u van Delfta, od lewej. Bardzo dobrze. Bajeczna dupa!

– Stawkę pani zna. Ma się rozumieć, stawka jest za dzień, nie za godzinę.

–  Przeczytałam dokładnie i wszystko jasne. I nie pani, jestem Judyta.

– Judyta? A ja Aleksander. Olek znaczy. Judyta? Piękne imię, antyczne, mówi i dodaje że takie biblijne. Tak, Judyta, pięknie. Pozowałaś już? Pytam, bo do aktu trzeba mieć cierpliwość. Tak, cierpliwość. No i zapomnieć o głupich plotkach, że malarz zatrudnia modelki po to żeby się z nimi przespać.

– Ja i tak sypiam z każdym, kto mnie maluje. Lubię pozować, rozumiesz?

Zrozumiał jak dziecko smak czekolady, przed oczyma zamigotały mu perwersyjne obrazki a w gardle pociekła mu ślina, jak dziecku na myśl o smaku czekolady.

– Taaak? Hm… No to wszystko jasne. Od kiedy możesz zacząć?

– Mogę od zaraz, jeśli ci pasuje.

Od zaraz mu ne pasowało, choć chciał od zaraz, ale nie miał czasu, bo się umówił z Mietkiem w sprawie rocznicowej wystawy w Brukseli.

-,Kurwa, Mietek, ty to w ogóle rozumiesz? Okrągły jubileusz Związku, trzeba nas wkręcić do międzynarodowego katalogu, rozumiesz? I na brukselskich ścianach powiesić. Weź i pomyśl: ty i ja, nie dość, że w Brukseli to jeszcze w katalogach w każdym języku świata. Tu Boznańska, Matejka, Mehoffery, Fałaty, Wyspiańskie a tu – ty i ja. O jaciępierdole, Stary, kapujesz?

Mietek skapował, więc się umówili właśnie na dziś żeby obgadać, co z tego kapowania wyszło i które kutasy będą pro a które kontra.

– Ojej, przykro mi, ale dzisiaj nie. Muszę parę spraw… A może być jutro, od rana, powiedzmy od dziesiątej?

– No nic, mówi się trudno, Od dziesiątej jutro? Niech będzie jutro od dziesiątej.

Pachnie śliwkami? Może śliwkami, zobaczył, że majtki też ma śliwkowe. Do kompletu? Uda opalone aż do samej cipy. Nago się opala, bo nigdzie bieli skóry. Fajnie. Pewnie się fajnie rżnie. Zobaczymy. Sypiam z każdym. Nimfomanka? Lubię pozować. Nimfomanka? Fajnie. Albo dziwka. Zobaczymy. Tak czy tak – fajnie. Trzasnęły drzwi Trelkowskich, ich pinczer zaskowyczał jak hiena a piętro wyżej, pani Lola nauczycielka czegoś-tam, zaczęła opieprzać męża. Przyjechał? Jak co kwartał, na krótki urlop. W tej Irlandii na pewno zapierdala na budowie. Widać po rękach jak u karateki. Na pewno budowlaniec. A kim ma być, neurochirurgiem? Neurochirurg i mówi cegój? Na ulicy pod sklepem niecierpliwy, ochrypły sznapsbaryton 

– Taaadeeek! Kopsnij szluga!

– A sypieryydalaj!

Praskie klimaty, myśli, wspomina jak zamieszkał z Judytą w stolycy, przy wielkim jak miasteczko Placu Hallera. Wynajmowali kawalerkę od jednej takiej z więziennictwa. Tam też mieszkała taka pani Lola, tleniona czterdziecha plus solidny VAT. Nogi długie i krzywe, ale jakie bufory! Pamiętasz ją w windzie? Masz, jak nie. Listopad, ona w futrze z nylonowych dalmatyńczyków a na krwistej smyczy, prawdziwy dalmatyńczyk o krwawych oczach wampira. Cruella de Mon i jej słoneczko. Pachniała dusznymi perfumami, chyba Amouage a u boku, patrzaj no tylko, łysy bysio w skórzanej kurtce, drogiej jak Porsche. Na pewno mu kupiła. Młodszy o dobre trzydzieści lat. Buhaj. A mąż w Irlandii. C’est la vie, myśli, taa…. Praskie klimaty. Judyta też jest ode mnie młodsza. Wtedy, w windzie, Lola na pewno się zastanawiała co taka młoda ze mną i jak to robimy. A ja się zastanawiałem, co taki młody z nią i jak ją rżnie. Jak ona to lubi. Bo to, jak on lubi, nie ma żadnego znaczenia. Dla niej, rzecz jasna. Nie po to go odziewa i futruje, żeby się nad nim zastanawiać. Puściłem wodze fantazji, Judyta pasuje do Bysia, ja do Loli. I jakby to było, gdyby Bysio rżnął Judytę a ja Lolę. Wymiana? Czemu nie? Teatrzyk Wesoła Czwórka – przedstawia! Tak, praskie klimaty… Za ścianą radio z nagła zaśpiewało Coffee black, cigarettes… Jak on się? Greckie takie, no ten łysy. O, Kojak. O, Savallas. Telly Savallas. Gdzieś zagwizdał czajnik a po paru minutach, przez uchylone okno wpłynął zapach świeżo parzonej kawy. Coffee black, cigarettes…

– Sealed with a kiss ty krowo, pomyślał mściwie o Judycie z portretu. Jakoś tak nie wiedzieć po co i na co przypomniał mu się Zbyszek, którego wołali Długi..(…)

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko