Wacław Holewiński – Mebluję głowę książkami

0
167

Wacław Holewiński

Mebluję głowę książkami

mebluje-glowe

 

 

Dać świadectwo. Zdążyć…

Dobranoc AuschwitzW latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych często zdarzało mi się natrafiać w czytanym przeze mnie „Życiu Warszawy” na nekrologi, w których rodzina albo przyjaciele żegnali zmarłego, a w opisie jego życia umieszczali zdanie, które wówczas, ale i dziś budzi we mnie przerażenie: „Były więzień obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu”. Bo wtedy nikt nie pisał „Auschwitz”. Był Oświęcim i tyle. Raz jeden, jako dzieciak, byłem w obozie koncentracyjnym – nie był to Oświęcim. Był za to wstrząs, poczucie jakiegoś nieprawdopodobnego okrucieństwa, nagromadzonego zła. Nie chciałem nigdy więcej pojechać do żadnego innego. A może powinienem? Bo przecież w Brzezince, w Auschwitz-Birkenau zamordowano i spalono moją babkę. Może choć symbolicznie powinienem być tam, gdzie skończyła życie?

Odchodzą, prawie ich już nie ma. No bo przecież nawet ci najmłodsi, tacy jak Lidia Rydzikowska, mają już grubo ponad siedemdziesiątkę. Odchodzą w ciszy. Nie, nie w zapomnieniu, po prostu czas robi swoje. Dla mojego pokolenia wojna, także obozy zagłady, była na wyciągnięcie ręki. Dla dzisiejszych dwudziestolatków to czas porównywalny z Powstaniem Styczniowym. Naturalna kolej rzeczy.

Ale przecież niektórzy wciąż żyją, wciąż są aktywni. O niektórych mówi się w wielu domach, piszą o nich w gazetach, w portalach społecznościowych. Choćby o Karolu Tenderze, więźniu Auschwitz o numerze 100430. Zbliża się do setki, ale postanowił stoczyć jeszcze jedną wojnę. Wojnę o pamięć. Wojnę z niemiecką stacją telewizyjną ZDF. Wojnę wygraną (w książce jeszcze nie, ale Sąd Apelacyjny w Krakowie w grudniu ubiegłego roku stanął po jego stronie). ZDF w programie dokumentalnym „Verschollene Filmschatze. 1945. Die Befreiung der Konzentrationslager” posłużyła się określeniem „polskie obozy zagłady Majdanek i Auschwitz”. Próbuję wczuć się w skórę byłego więźnia, człowieka, którego nie prześladują przecież Polacy, to nie oni wiozą go bydlęcym wagonem do Oświęcimia, to nie Polacy… Cóż tu tłumaczyć…

Aleksandra Wójcik i Maciej Zdziarski nie tworzą kolejnego raportu z piekła. Spotykają się z Józefem, Markiem, Lidią, Karolem, Stefanem. Rozmawiają o ich życiu. Tak naprawdę to nie jest opowieść o Auschwitz. Tak, wszyscy tam byli. Dla wszystkich było to najmocniejsze życiowe doświadczenie, trauma, którą noszą w sobie. Ale to też opowieść o życiu po… Po doświadczeniu odczłowieczenia.

Ma ta książka jeszcze jednego bohatera, Alicję Klich-Rączkę. Lekarkę oświęcimiaków. Tę, która poświęciła im kawał swego życia. Nie tylko medycznego. Lgną do niej. A może już nie? Prawda, coraz rzadziej mają siłę się spotykać. Już nie poproszą jej do tańca.

Nie zapomnieli. Jeżdżą – chyba powinienem jednak używać czasu przeszłego, w ich sytuacji każdy miesiąc od napisania „Dobranoc, Auschwitz” zmienia wszystko – do szkół, spotykają się z ludźmi, mają jakieś odczyty. Opowiadają.

Lidia miała trzy lata, gdy trafiła do obozu. Z matką i dziadkami. Gdzieś z Białorusi. Dziadkowie poszli od razu do gazu, na niej doktor Mengele, słynny doktor, będzie eksperymentować. Matka zginęła. Prosto z obozu zabrali ją dobrzy ludzie, adoptowali. Żyła, miała matkę i ojca. Potem męża, była w ciąży. I nagle się okazało, że gdzieś w Związku Radzieckim żyje ta prawdziwa matka, ta pierwsza…

Józef miał w Auschwitz numer 121. Przeżyć z takim numerem? Bez szans. A jednak. Jadł pomidory w Oświęcimiu. Ktoś w to uwierzy? Strzygł komendanta obozu, SS-Obersturmbannführera Rudolfa Hössa. Po wojnie świadczy w procesie na korzyść sanitariusza z SS-rewiru. Niemiec zostaje uniewinniony.

Marek nie lubi mówić o sobie „były więzień obozów koncentracyjnych”. W 2015 czeka już tylko na śmierć. „Naprawdę nie ma o czym gadać” – mówi. Nie ma o czym? Na pewno? Kedyw, likwidacja donosiciel. Pierwszy wyrok na koledze… Ucieczka z obozu… Nie ma o czym mówić? Więc może o tym, co zdarzyło się w PRL-u, o areszcie w 1974, wyroku… Nie, nie za politykę, za korupcję. Życie…

Stefan był statystą w filmie Andrzeja Wajdy… Do Oświęcimia trafia późno, w czerwcu 1944 roku. Trzy lata po aresztowaniu. „Najważniejsze, by nie stać się muzułmanem.” Najważniejsze. Niewiele brakowało… A w PRL-u każą strzelać do Ukraińców. „W pracy mówi o obozie tyle, ile trzeba, żeby skorzystać z przysługujących dziesięciu dodatkowych dni urlopu. W domu o Auschwitz nie opowiada, dziewczynki [córki Małgosia i Renata] nie muszą wiedzieć.” Rozpieszcza wnuczki…

Żyją, chodzą, umierają. Nie przeceniają swego życia. Tak się ułożyło. Wójcik i Zdziarski pozwalają im mówić. Spokojnie. Tyle, ile chcą powiedzieć. Pewnie nie wszystko. O żonach, mężach, dzieciach, wnukach, o chorobach. O pani doktor, która jest częścią ich życia. O wchodzeniu na wieżę kościoła Mariackiego, o „kundelku” – nie, nie, nie o psie, o czułości, o miłości, domach opieki, niemieckim konsulu i jego żonie, którzy czuli, że muszą zamieszkać w Krakowie i pomagać tym starym ludziom.

Nikt tak naprawdę nie wie, ilu ludzi straciło życie w Auschwitz, największej w dziejach „fabryce śmierci”. Im się udało, przeżyli. Mieli różne to życie. Nie ma w nich specjalnej goryczy. Byli tam, gdzie byli. Trochę to niesamowita książka. Bez epatowania okrucieństwem, bez martyrologii, bez stawiania pomników. Ale nie da się jej „nie przeżyć”, nie da się zamknąć po przeczytaniu i odstawić na półkę. Zostaje w nas. Kawał dobrej roboty reporterskiej. Na szczęście nie było za późno. Na szczęście Wójcik i Zdziarski zdążyli. Trzeba ich bohaterom i im, autorom, za tę książkę podziękować.

 

Aleksandra Wójcik, Maciej Zdziarski – Dobranoc, Auschwitz. Reportaż o byłych więźniach, Znak, Kraków 2016, str. 282.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko