Wacław Holewiński – Mebluję głowę książkami

0
44

Wacław Holewiński

Mebluję głowę książkami

mebluje-glowe

 

 

A może oni chcieli takiej prawdy? Tylko takiej!

oszustPiszę tę recenzję w dniu 72 rocznicy wyzwolenia Auschwitz. Zbieg okoliczności? Oczywiście. Ale pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to pytanie: czy taka historia, czy taka postać jak Enric Marco Batlle, miała szansę zaistnieć w Polsce? Albo gdziekolwiek indziej w Europie wschodniej? Szerzej – w jakimkolwiek państwie Europy, które znalazło się pod okupacją niemiecką? Chciałem napisać, że w żadnym wypadku. Nie? Na pewno? A Jerzy Kosiński i jego „Malowany Ptak”? Ktoś powie: To co innego, to artystyczna kreacja. Ale przecież Kosiński przez lata wmawiał/wmówił światu swoją straszną, a przecież zupełnie zmyśloną, historię. Dał radę!

Enric Marco Batlle przez kilka lat był hiszpańską ikoną oporu! Człowiekiem, który nie tylko walczył z reżimem Franco, także tym, który przeszedł przez piekło deportacji i niemieckich obozów koncentracyjnych. To prawda, Flossenbürg to nie Auschwitz, to nie obóz zagłady. Prawie sto tysięcy więźniów, ponad trzydzieści tysięcy ofiar (jak się zdawało, czternastu Hiszpanów, dziś wiadomo, że najprawdopodobniej dziesięć razy więcej). Stał na czele Amical de Mauthausen, najważniejszej hiszpańskiej organizacji byłych więźniów i deportowanych w czasie II wojny światowej, odebrał najwyższe odznaczenie katalońskie, 27 stycznia 2005 roku (w sześćdziesiątą rocznicę wyzwolenia Auschwitz) przemawiał w imieniu więźniów przed hiszpańskim Kongresem (owacje na stojąco), miał być głównym bohaterem przy pierwszym, historycznym wystąpieniu hiszpańskiego premiera, oddającego cześć więźniom hitlerowskich kacetów w jednym z tych obozów…

Nabrał wszystkich…

Wszyscy uwierzyli w jego historię.

Ba. Nie tylko w tę.

Kłamał, zmyślał, tworzył iluzję, a jednocześnie przyciągał ludzi jak magnes.

„Tak, trochę skłamałem” – przyznał, gdy prawda wyszła na jaw. „Ale przecież moje kłamstwo nikogo nie skrzywdziło. Odwrotnie, to kłamstwo pozwoliło młodym Hiszpanom poznać prawdę. O wojnie, jej okrucieństwie, ofiarach”.

Kiedy zaczął kłamać? Nie, nie kłamał od urodzenia, choć nawet datę tego urodzenia zmyślił (lepiej brzmiała, gdy mówił, że urodził się równe dziesięć lat od powstania II Republiki). Pewnie w latach siedemdziesiątych, gdy reżim Franco gnił już wyraźnie. Tak, jeszcze potrafił się odwinąć, to wtedy policja pobiła Marco (a zdjęcie posiniaczonego ciała tak bardzo mu się potem przydało). Rok po roku stwarzał siebie od nowa. Siebie jako żołnierza, anarchistę walczącego w obronie Republiki, siebie jako członka podziemia, siebie jako deportowanego, siebie jako więźnia obozu koncentracyjnego… Początkowo ostrożnie, niepewnie, z obawą, że ktoś go zdemaskuje, że znajdzie się jakiś świadek, jakiś dokument…

Javier Cercas, hiszpański powieściopisarz, napisał książkę rewelacyjną. Jej bohaterem jest Enric Marco Batlle. Ale czy na pewno? To opowieść bez fikcji. Przeprowadził z genialnym kłamcą dziesiątki rozmów, setki godzin. Spotkał się z tymi, którzy go znali i chcieli o nim mówić (także z tymi, którzy odmówili opowieści o Marco). Przewertował dziesiątki dokumentów podsuniętych mu przez historyka Benito Bermejo, tego który zdemaskował fałszerza i takich, które sam odnalazł. Obejrzał kilkadziesiąt godzin nagrań, które złożyły się na film dokumentalny o nim…

Kim był? Geniuszem manipulacji?

„Dziennikarze go uwielbiali, mieli fioła na jego punkcie, kłócili się o możliwość zrobienia z nim wywiadu.” Chcieli uwierzyć, że mieli przed sobą bohatera, a on się do tego świetnie nadawał! Świetnie! Mówił to, co chcieli usłyszeć. Zawsze zresztą stawał po stronie większości. Genialnie łączył prawdę z fałszem – tylko takie kłamstwo ma szansę oprzeć się faktom. Nikt nie mógł zaprzeczyć, że był w Niemczech, że siedział (siedem, a nie dziewięć miesięcy jak pisał) w niemieckim więzieniu, że pobiła go policja Franco (te cienkie, subtelne sugestie, że siedział w hiszpańskim więzieniu z powodów politycznych, gdy tymczasem… no tak, coś tam zdefraudował). Zagmatwał swoją historię, „zgubił” z życiorysu dwa małżeństwa, ale przecież stojąc przez krótki czas na czele największego hiszpańskiego związku zawodowego, pomógł wielu osobom. Miał „dojścia”, kiedy był wiceprzewodniczącym FAPAC, organizacji rodziców uczniów szkół hiszpańskich, miał swój gabinet w siedzibie rządu katalońskiego…

Był dobrze przygotowany do swego oszustwa. Mając pięćdziesiąt lat poszedł na studia. Nie byle jakie, historyczne. Wiedział gdzie i jak się odnaleźć, gdzie mogą na niego czyhać pułapki.

Pytanie, które samo się nasuwa: po co to robił? Chciał być kim innym, niż był. Chciał być podziwiany, doceniany, chciał uchodzić za wzór, za kogoś, kto się nigdy nie poddał, kto umiał powiedzieć „nie” wtedy, gdy należało powiedzieć „nie”.

Cercas „obierał” Batlle jak cebulę. Pokazywał mu jego kłamstwa, zdzierał maski, odbierał cudze zasługi, cudzą tożsamość. „Zostaw mi choć to”, powiedział w którymś momencie powieściopisarzowi. Przyznał się? No właśnie. Szkopuł w tym, że przyznając się, jednocześnie stawał do walki. Nie o swoje dobre imię, które mam wrażenie, traci się w takiej historii bezpowrotnie. Wyłudzał zrozumienie. Nie litość, zrozumienie.

Autor „Oszusta” chciał go zrozumieć. To właśnie zrozumienie i istotę kłamstwa uczynił osią swojej książki. Wydawało mu się, że w którymś momencie zrozumiał. Zrozumieć nie znaczy jednak przyjąć cudzy punkt widzenia. Nie znaczy rozgrzeszyć.

Polubił go, to dosyć prawdopodobne. Marco lubiło ogromnie dużo osób. Co z tego, na koniec okazało się, że i jego nabrał. Dla Enrica Marco Batlle prawda i kłamstwo nie były dwiema stronami medalu, były siostrami. Takimi, które mają trochę inne charaktery, ale przecież…

Cercas poznał swego „bohatera” w 2009 roku, cztery lata po zdemaskowaniu oszusta. Nie chciał pisać tej książki, bronił się przed nią, zasłaniał, szukał wymówek. Napisał ją zachęcany między innymi przez Mario Vargasa Llosę. Napisał bez okrucieństwa, bez wykorzystania łatwych przecież osądów, stosując jednak dozwolone podstępy. Także, w szerszym planie, uogólnienia, pozwalające zmierzyć się z samym sobą. To świetna książka!

Javier Cercas – Oszust, Noir sur blanc, przekład Ewa Zaleska, Warszawa 2016, str. 416.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko