Marian Lech Bednarek – W kształcie konia

0
278

Marian Lech Bednarek

W kształcie konia

Marc Chagall

 

        Napisać coś o życiu w kształcie konia. Nie o życie jednak konia chodzi , tylko o napisanie w kształcie konia. To samo w sobie powinno mi już właściwie wystarczyć,  nawet gdybym nic nie napisał,  sam kształt i samo chcenie, sam pomysł. Korci mnie jednak to rozwinąć, choćby o jedno kopyto, albo ogon.

 

 

       Tyle razy pisałem coś, ale zawsze w kształcie psa,  zająca,  kaczki,  kury,  węża,  żaby,  może i glizdy, padalca. Ach, w jakich to ja kształtach nie pisałem? Ale, Boże, tak chciałbym napisać coś w kształcie konia. Żeby to było silne i zarazem „niesilne” jakieś, takie tylko a la końskie, jakby trawiaste trochę, sianowate, słabe i giętkie, ale żeby jednak krył się w tym koń.

 

       Niech to będzie koń o wybuchach bombowych, nie tylko tych terrorystycznych w ostatnim czasie, lecz także tych które się z nimi splotły, wybuchach mikołajowych , bombach czerwonych jak ubranie Mikołaja, z pomponem białym na czapce jak ruchome oko figlarnego konia.

     

      Taki wybuch zmiótł mnie niemalże ze schodów pewnego domu kultury, gdy przeczytałem mikołajkowy program – grudzień 2015. W szary, ponury dzień, gdy jeszcze dymiły we mnie pogorzeliska niedawnych mordów dżihadystów,  pośród tej krwawej jatki codzienności terrorystyczno-emigracyjnej, w mgłach podmiejskiego krajobrazu, skrywających raczej gębę zamachowca niż coś przyjaznego, nagle ktoś chce komuś coś podarować. I to na dużą skalę. To mnie jakoś obudziło z tego letargu medialnego piekła.

      W programie tym na kredowym papierze, a potem już  na jawie, jak się okazało, podjechała dorożka z Mikołajem pod same schody, ciągnięta przez psy przebrane za renifery. Za plecami Mikołaja, na siedzisku pełno paczek. Ale wkrótce całe to przedstawienie przenosi się na scenę teatralną owej instytucji. Mikołaj siedzi na środku sceny, wokół leżą psy i prezenty. Porządku oczywiście strzeże odpicowana na całego, najpiękniejsza we wsi laska, czyli choinka. W kształcie konia powinno to bardziej wybuchnąć moim zdaniem, tyle świeżej energii świdruje oczkami po kątach i gdzie się da. Wybucha więc Mikołaj rozdający prezenty, wybucha publika dzieciarów i ich rodziców. Piosenki, wierszyki, ukryte łajania – kto był grzeczny a kto nie?, muzyczne przerywniki. Amok słodkiego dzieciństwa czy normalna rzeczywistość?

      Dzieci przechodzą do groty solnej, gdzie woluntariusze czytają im bajki. Potem przechodzą na mały basen, gdzie czekają je świąteczne animacje i wodne zabawy. Dupa wołowa w tym ukryta jest na pewno, bo nie do końca ten rwetes dziecko chce. Trochę za dużo tego, myślę,  trochę to na siłę. No, ale lepsze to niż odcinanie głów dzieciom. Dobra, czepiam się jak stary bajtel. Idźmy dalej.

     Po niebie lata lotnia udekorowana świecącymi reniferami. Zewsząd jakby nadlatują prezenty, z nieba i z ziemi. Na ulicach miasta małe orkiestry elfów w kolorowych strojach. Wszyscy ciągną na rynek, bo tam się będzie działo. Ja też tam ciągnę z moją córką, wnukiem i z moją Połówką, nie lubiącą od dzieciństwa czapek. Białe anioły, wielkie, na teatralnych szczudłach kroczą pośród uszczęśliwionej dzieciarni. Dorośli zadowoleni, wypchani tymi  codziennymi bombami  terrorystów, teraz przynajmniej mogą odetchnąć. Pogoda wietrzna, zimnawa, ale atmosfera ciepła.

    Na rynku miasta sceniczne występy miejscowych zespołów artystycznych. Ściemnia się. Wtem wszyscy głośno liczą do dziesięciu i pan prezydent miasta uroczyście odpala wielką choinę, która przemawia w miejscowej gwarze, że jak zwykle, tego, no, wszystko jest okej. Ale jakie to okej, dobrze wiemy. Konferansjer zaprasza na pokaz magii. Szum telebimów. Show magii unosi rozdygotany rynek w powietrze. Nikt nie chce sikać ze strachu, bo zimno. Trudno nie klaskać. Dzieci na barkach dorosłych podziwiają dwie połówki człowieka rozciętego piłą łańcuchową na pół. Jedna połówka kręci pedałami na rowerze w jednym rogu sceny, a druga  (sam tułów) w drugim rogu, uśmiecha się, obie żyją osobnym życiem.  Po wypowiedzianym  przez iluzjonistę „hokus pokus” połówki znowu łączą się w całość. I znów mamy człowieka witruwiańskiego , Homo ad circulum, a jakże Panie Leonardo da Vinci. I jak tu nie klaskać. Magia artystyczna to chyba jedyna dziedzina, niezależna od polityki, bo jaka partia może jej podskoczyć, by wniknąć w jej tajniki praw optyki i fizyki, by nią rządzić?

     Wnuk na moich barkach wciska mnie w ziemię. Uwolniła mnie córka. Pijemy grzane wino sprzedawane na stoiskach. Inni wolą gorącą czekoladę, maluchy też. Mały, wgnieciony w ziemię i zmarznięty, cieszyłem się mimo wszystko. Wszystko dla dzieci w tym dniu. Może za dużo tego? Może. Nie wiem. Na pewno nie za mało. Mój wybuch w kształcie konia pomieścił w sobie wybuch czerwonego Mikołaja jak w jakimś  zamkniętym obrazku. Tak mi się wydaje. Pełno wybuchów. Napisać coś w kształcie konia nie jest łatwo, jak widać, bo niewiele z niego mi tu wierzgnęło do tej pory pod piórem.

     Jeszcze przez kilka dni akcenty mikołajkowe wirowały w powietrzu i rządziły mediami i okolicą, wypełniały ją. Choć nieco dalej, za murami i rzekami, i za różnymi marketami nadal wybuchały bomby terrorystów, nadal trwały wojny o kształty. A dzieci, zamiast prezentów, dostawały kulkę w głowę, lub same strzelały do innych, bo tak im kazali tak zwani dorośli, z brodami.

     Jaka powinna być tutaj puenta w kształcie konia? Czy to jakaś małostkowość z mojej strony?, bo wokół tyle nieszczęścia, a ja się zajmuję jakąś formą artystyczną. Czekać na przypływ sił witalnych? A może kopyto? Tak, kopyto to najlepsza puenta. Każdy potrzebuje kopyta w życiu. Może to efekciarstwo jednak? Ale, jak widać, niezależnie od tego jaką tu tematykę bym nie podjął, mnie najbardziej ujęła forma konia w tym całym potoku nieszczęść, aby w tym kształcie konia wyzwolić się jako pisarz i jako człowiek, aby się poprzez nią wyrazić w tej wiecznej wojnie o kształty. O tym zaznaczyłem już na początku. Może to się komuś nie podobać. To naturalne. Ale człowiek rozerwany na kawałki przez bombę nie podoba mi się jak cholera i już. To brak formy ewidentny, karygodny, wiadomo, z całym szacunkiem. Wolę ten mój kształt konia, przynajmniej jest żywy.

grudzień 2015

 

Nazista

     Chcę bić, lać, kopać za byle co, za spojrzenie, za kolor skóry, oczu, za wygląd, za te odstające kości policzkowe i uszy, za łysy łeb podobny coraz bardziej do wytartej z szaty graficznej piłki nożnej, lecącej właśnie do bramki mojego narodu, do kuli ziemskiej, oblazłej przez 6 miliardów ludzików, które chcą żreć.

     Chcę walić w tę mordę obszczekującą codziennie co się da. Chcę bić za ten zadarty nos podobny do krokwi narciarskiej, która właśnie miała czelność pokonać Małysza bez pytania o jego zgodę. Chcę walić w te łuki brwiowe, aż tryśnie tryumfalnie krew i pierdolony, zramolały Paryż na zawsze zdechnie.

    Chcę w te zęby młócić moimi „Bizonami” ukrytymi w mięśniach, bo po to przez 30 już lat pompki robię. Robienie przez 30 lat pompek powinno być nominowane do nagrody Nobla., ponieważ cała literatura ukryta jest w pompkach. To stamtąd wypływa ten miód dla czytelników, te całe stronice pięknego, uduchowionego ogłupiania zapachem potu, który właśnie wydziela się przy regularnym robieniu pompek.

    Chcę lać za te włoski odstające w lewo, choć chciałoby się, żeby właśnie odstawały w prawo, jakby na prawicę a nie na lewicę.

    Chcę walić ile się da za to czoło zbyt niskie, w kształcie pustaka po świeżym odlewie. Ale muszę przyznać, że za te nochale najbardziej bym lał, a potem za ślepska i za pyskato wywinięte wargule. Nochal właściwie spośród wszystkich przeznaczonych do bicia najbardziej pod rękę się pcha i wciska wszędzie. Nawet jak stoi na uboczu, to zaraz widać, że nie stoi tam na próżno i przypadkiem, tylko że coś węszy, niucha, knuje, jakby to dopaść i skazić sobą, unochalić jednym słowem, zaciągnąć do swojego gniazdka, by stamtąd wydłubywać tę zdobycz.

     A ślepska? Ślepska bym młócił za jedną wielką bezczelność, za te ogniki śmierdzące w źrenicach jak muchy na gównie. Muchy!, muchy! – wołałbym – przylatujcie do tych kup w kształcie źrenic, przylatujcie, bo mi się jeszcze kopać chce, ach chce! Młócić takie ślepska, cóż za rozkosz, tak jak krzyczeć na obczyźnie po ciężkiej harówie przez megafon „Wąchaj dupę! Wąchaj dupę!”. I echo to niesie na pola Holandii, Niemiec, Szwecji, Grecji, Anglii, Irlandii i całej Zachodniej Europy. I wtedy jak te muchy na odgłos matecznika larwiastego jednoczą się w dzikiej solidarności całe chmary wygnanych z kraju za chlebem i jednym głosem rojowiska w marszu ryczą: „Wąchaj dupę! Wąchaj dupę! Wąchaj dupę!” Za to właśnie bym lał, za te muchy w źrenicach gmerające się..

     A za wargule rąbałbym szczególnie bezlitośnie, za te otwory obrazy srające a nie mówiące. Za to właśnie sranie rąbałbym, bo sranie jest na dole, w majtkach, a nie na górze. Gówna lecą z ust. Podchodzi taki wyelegantowany i sra na ciebie biegunką czystej klasy. Wycierasz się. Już ci brakuje chusteczek, a on dalej sra. Wreszcie cały obesrany, gdy masz trochę szczęścia, trafiasz pod kran, by się obmyć, przy okazji rzygasz na siebie. Ale gdy nie masz szczęścia, nie ma kranu, nie ma wody, więc idziesz przez całe miasto obesrany, śmierdzący i przez siebie zarzygany. Myślisz jedynie o wodzie, a usta, wargi mogą nie istnieć. Mogą być zaszyte grubą dratwą jak niechciane pękniecie, na zawsze. Niech nic już z tego ciemnego otworu nie wypada, z tej dupy pod nosem nie wycieka i nie niszczy godności gatunku ludzkiego, myślisz:

               Życie to fenomen rozkapryszonej rury kultury, cywilizacji i natury.

              Wszystko przelatuje przez rurę.

     Mając taką definicję życia wbitą do głowy, walisz jeszcze raz tego skurwysyna z glana w mordę i znikasz w ciemnym zaułku swojego grajdołka, w którym właśnie postanowiłeś zaprowadzić nowy ład.

1.02.2009

 

 

 

Wielka literatura

      Poszedłem za szopę po kawałek drewna do pieca, a znalazłem po drodze orzechy włoskie,  już bez skórki leżały między liśćmi świecąc. Pomyślałem, że to wielka literatura, znaleźć takie orzechy świecące i grzebać w tych liściach zaciekawionymi jak dzieci paluchami. Wkrótce spostrzegłem też poziomki, jeszcze żywe i czerwone, choć już był półmartwy październik. Skosztowałem. Tak mnie wciągnęły, że zapomniałem o drewnie do kominka. Może znacznie większą literaturą byłoby właśnie w ogóle o tym nie pisać?  Ale ja nie jestem wielkim pisarzem, więc mnie pokusiło, by skrobnąć coś o tym.  W końcu Orzechy i Poziomki to dwa główne filary Łuku Tryumfalnego  (może tylko mojego?) , pod którym codziennie przechodzę jako ludzkość i prykam ze strachu. Oficjalnie mówi się, że przechodzimy pod znacznie szlachetniejszym łukiem, łukiem z kamienia, bardziej artystycznym i tryumfalnym, patetycznym, pełni dumy, pychy, postępu, wolności, siły i innych wzniosłych uczuć, ale tak naprawdę przechodzimy pod nim prykając ze strachu, co ma akurat mało wspólnego z wyrafinowaną prostotą Orzechów i Poziomek. Łuk zbudowany na tych filarach wydał mi się bardziej sympatyczny i przekonujący, po prostu. Wziąłem klocek i poszedłem tam skąd przyszedłem, ale już nie do przeszłości, bo jej już nie było, ani do przyszłości , bo jedyną przyszłością była otaczająca mnie jesień. Glina z której mnie ulepiono w przeszłości była teraz bardzo smutna i nasączona, jak zauważyłem w przepływającej rzece cywilizacji, toksycznymi właściwościami Apokalipsy, skrótowo rzecz ujmując. Więc taki nadwątlony tym wszystkim i przygnieciony, poszedłem  do  tego mojego kołopiecka, gdzie codziennie obserwuję własną fermentację i jej wyziewy podkoloryzowane tak zwaną sztuką. Nie chciałbym być jednak gliną zmieszaną z gównem, jak makabrycznie podsumował wielkość człowieka ostatnich 5 wieków w Polsce Henryk Bereza, pod koniec swego życia ( eleWator, nr 17, 2016 ). I w sumie to imponujące, musze przyznać, że ja z gliny i z gówna wymieszany według ostrej krytyki tego zasłużonego pisarza, wracam do domu pod Łukiem Tryumfalnym z Orzechów i Poziomek.

     Niestety, to szczęście nie trwało zbyt długo. Nagle dzwonek u drzwi. Otwieram. – Szambo do opróżnienia, tu było zamówione? – zapytał ponury facet w berecie.  – Tak, odpowiedziałem. Spojrzał na mnie jak na gówno i poszedł montować rurę. Faktycznie spojrzał na mnie jak na gówno, tak to odczułem  i również zobaczyłem w nim samo gówno. Dwa gówna jak się spotkają, to doprawdy umykają człowiekowi  wszystkie  horyzonty. Nie wiedziałem że ten wymiar egzystencji tak bardzo jeszcze może zaskoczyć. Czy to jest kara za to, że nie jesteśmy wierni samemu sobie?

7.10..2016

 

 

Majtki teraźniejszości

 

      Naprawdę trzeba mieć notatnik ze sobą gdy człowiek żyje jak atrament, czyli leje się o to, o tamto, byle z dobrej litery przywalić tym porywającym mnie strumieniem. A pisać można  nawet o zapomnianych majtkach sąsiadki, że już nie pamięta jak w nich było w dzieciństwie świata. A przecież Polska i cały świat wyrósł z majtek, to znaczy na ich glebie. Także majtki na starcie pisania są niezłe. To powiewający sztandar że nam się jeszcze czegoś chce. Nie sądzę że bitwa pod Grunwaldem toczyła się w majtkach, raczej bez majtek. Majtkami pewnie był strach wiszący nad tymi polami przed rozpoczęciem bitwy. Już mało ważne czy w plamy były te majtochy, czy nie. Nikt tych majtek nie chciał. Do dzisiaj powiewają w historii i nadal wietrzą się, by chwałę ich użytkownikom przynosić, zwłaszcza zwycięzcom.  

     Stokroć uniwersalna jest gumka. Guma tu, guma tam. Naprawdę czuć jak się wzajemnie naciągamy. Czasem ktoś pęknie, no bo ile można naciągać? Na przykład polski sport pękł, bo starą gumę mieli, niewytrzymałą już na dzisiejsze czasy. Pękalizm to ostatnio cecha polskiego narodu. No, pomijając tych co po ósmej butelce toczą się beztrosko i żaden pękalizm do nich nie dochodzi, raczej wszystko wokół pęka w szwach –   no bo tyle kościołów idzie na marne – gdyż chce się zahartować ducha a tu nic. Nie chciałbym naciągać tej tematyki bo to siermięgą grozi. Lepiej lej się mój atramencie, lej w innych sprawach. Na przykład czy warto zostać linoskoczkiem między krucjatą technologiczną a bombastyczną? Widzę już te gały jak wychodzą przed pierwszym skokiem. Bo co by tu nie powiedzieć, wygodnictwo pożera nas a znieruchomiały absurd to rusztowanie platońskie, które się po tych wszystkich wiekach w końcu zawali. Komu się tam chce pomyśleć że lina to podstawa, że za powiewającymi majtkami ( miałem już nie wracać, to jakaś choroba) kryje się tyle tajemnic, że tajemnica w ogóle powiewa sobie tylko, że nie wspomnę o podgrzewaczach majtek, którzy tyle już wieków w nich spędzili, bijąc się o tak zwane lepsze czasy.

      Ponosi mnie atrament mentalny. Ale te majtki to tylko prowokacja, pretekst, symbol mojego chcenia i szerokiego oddechu, że mi się jeszcze chce coś robić, coś ponadmajtkowego. Bo z majtek trzeba w końcu wyrosnąć. Skaczę po trawie i między trawami ( nie chodzi o gandziowatą trawę). Choć czuję się dziś jakbym coś jarnął, coś co wisi w powietrzu mojej wioski  (żeby mnie tylko nie przyskrzynili jacyś nasłańcy)  i nosi mnie, ponosi. Konstruuję furtkę, taką drewnianą, a w przerwach notuję te yyy… myślowycieki.

sierpień 2012

Marian Lech Bednarek

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko