Krzysztof Kwasiżur – Elokwentny bełkot czyli Donkiszotria stosowana cz. 5

0
277

Krzysztof Kwasiżur

Elokwentny bełkot czyli Donkiszotria stosowana cz. 5

 

don kichot kwasizur

         W dobie Internetu, prywatnych blogów, własnych stron internetowych i marzeń o mirze, jakim się pozycja Krytyka, czy Recenzenta – póki co – cieszy, recenzenci każdej dziedziny sztuki wyrastają więc jak grzyby po deszczu, opisując filmy, książki, gry komputerowe, wydarzenia,  na własnych, albo cudzych stronach, czerpiąc przyjemność ze znalezienia własnego tekstu w intrenecie, a czasem i pieniądze. Nie baczą na to, że ich informacje są niefachowe, stronnicze, lub nierzetelne i często dezinformują, zamiast informować.

Służba i brzemię

            Przedsmak tego zjawiska miałem przy okazji przygotowywania tekstu dotyczącego filmu „Pod Mocnym Aniołem”. Wertując portale (nierzadko tematyczne, a więc dysponujące – zdawało by się – wyższym poziomem fachowości) napotykałem drastycznie sprzeczne informacje, czy wykluczające się opinie na  ten sam temat!

Osoby ze środowisk opiniotwórczych nawet (redaktorzy gazet, młodzi publicyści) wydają opinie na tematy, w których chcą zabierać głos bez znajomości tematu i bez zadania sobie trudu przygotowania się, czy zebrania chociaż opinii fachowców.

 

Przykładem tutaj niech będzie dziennikarz radiowy i publicysta – Grzegorz Chojnowski, który opiniuje w sprawie tomiku wierszy ks. Isakowicza-Zaleskiego.[1] Usiłując  w swej recenzji opisywać utwory daje dowód, iż nie ma pojęcia o recenzowaniu wierszy.

W tym miejscu nie sposób nie zgodzić się z L. Żulińskim, który w swym „Dekalogu dobrego recenzenta” uczulił na przygotowanie teoretyczne recenzentów.[2]

Ten jednak – jak się domyślam – swój Dekalog pisał nie po to, by nauczać, ale żeby ukazać, jak trudną sztuką jest Krytyka i by mu w drogę nie wchodzili. Poniekąd rozumiem, bo w dobie pojawiania się coraz to nowych domorosłych recenzentów i „krytyków-samorodków” jego obroty na pewno spadły.

            Paweł Piotrowicz – dziennikarz, redaktor działu muzycznego w piśmie kulturalnym, wypowiadając się na temat filmu (nie książki) „Pod Mocnym Aniołem” W. Smażowskiego w ogóle nie rozpatrywał merytorycznej wartości (czy też bezwartościowości) filmu, rozwodząc się nad domniemanymi błędami, jakie poczynił reżyser – bez przygotowania teoretycznego to robił, mogąc co najwyżej rozwodzić się nad artystyczną wartością, a i to jako niczym nie wyróżniający się widz.

Ten klasyczny przykład na niekompetencję środowiska opiniotwórczego podaję nieprzypadkowo; gdyż liczne stanowiska potencjalnych widzów „nie pójdę na ten film, zbyt dużo zebrał negatywnych opinii” ktoś wylansował. Niekompetencję, gdyż sam Smażowski wskazuje na pewne aspekty tego filmu, które są jego mocnym atutem: edukacyjny, przeciwalkoholowy, a dzięki recenzjom autorów kierującym się emocjami, czy animozjami – część widzów nie dostąpiła wiedzy o tym filmie innej, niż recenzja.

Nie twierdzę, iż krytyka nie powinna istnieć, bo na koniunkturę szkodzi! Ale jej miecz szkodzi tylko tworom kiepskim i niepotrzebnym, które skrytykowane – pozbawione dopływu gotówki – same obumrą. Taka jest rola recenzji, czy krytyki, a ta, która utrąca działające organy nie jest krytyką a SZKODNIKIEM, bo zaburza w miarę sprawnie działający mechanizm; dobre – poddane ocenie – pochwalone – konsumenci chętnie kupują, złe – poddane ocenie – napiętnowane – konsumenci nie kupują – nie ma pieniędzy na następny taki bubel.

Prosta zasada rynku? Tak, ale recenzent spełnia tu rolę próbnika, papierka lakmusowego i dopóki spełnia swe zadanie rzetelnie – całej paczce papierków lakmusowych nie szkodzi. Jeśli jeden nie wskazuje jak należy, to jest podejrzenie, że cała partia jest wadliwa. Stąd tak ważne jest, żeby krytycy swoją niewdzięczną robotę rzetelnie wykonywali.

Jeżeli recenzent, czy krytyk tej zasady nie rozumie – nie może spełniać podstawowej funkcji, którą mu wyznaczono (lub on sam sobie wyznaczył).

            P. Coehlo w książce „Zwycięzca jest sam” pisał: „Oto dewiza człowieka o wyszukanym smaku: znaleźć to, co najlepsze, a o czym inni nawet nie słyszeli”. Zważywszy, że wybitnych jednostek jest około 10 % w skali całego społeczeństwa, wyszukiwanie tego, co najlepsze przypada w udziale tej małej części – smakoszy. To nobilitacja, ale i trudna służba.

Bo czytelnik, należący do tych 90 %, sięgając po recenzję książki chce się dowiedzieć czegoś o autorze i czy warto ją przeczytać. Jeśli zaś przeczyta, że autor: „ stał się łagodnym hedonistą i „lubieżnikiem życia”, nie zdradzając wszak Boga. Nie ryzykowałbym twierdzenia, że stał się konwertytą, a już nie daj Bóg heretykiem, lecz wypowiedział umowę ortodoksji kościelnej i klasztornej. W jego filozofii życiowej i poetyckiej zauważalny jest stoicyzm, poszukiwanie ładu i horacjański ze swych korzeni zachwyt nad wszelkim dziełem Natury.”[3] to od lektury recenzji odejdzie tak samo głupi, jak przystąpił niezainteresowany recenzowaną książką, a co najwyżej upewniony o swoim dyletanctwie.

Elokwentny bełkot

            Tu, jak najbardziej wydaje się na miejscu spostrzeżenie Danuty Hasiak, która dostrzega powiększającą się przepaść pomiędzy „zwykłym czytelnikiem”, a ludźmi należącymi do klanu profesjonalistów; poetów, krytyków, recenzentów, profesorów literatury. Wskazuje ona, że profesjonaliści operują hermetycznym językiem, zaciemniają poetyckie sensy, przestają zabiegać, by wiersze były  pisane  nie  tylko  dla  siebie  i  garstki  kolegów  po  piórze z tego samego pokolenia.

Zauważam, że nie idzie tylko o wiersze, ale i profesjonalne teksty odtwórcze, recenzje. Nie jest to zaskakujące, bo każda grupa zawodowa wykształca swój slang, ale niepokojące, gdyż narzędziem pracy i warsztatem jest właśnie JĘZYK ergo – nie powinien on być oderwany od rzeczywistości, niezrozumiały dla czytelnika!

Służebna rola krytyka, recenzenta nie powinna schodzić z pierwszego planu, gdyż w tym momencie staje się on TWÓRCĄ nowych wartości – wartości odkrywczych.

Tak rozumiane zajęcie recenzenta, czy krytyka staje się służbą i brzemieniem.

Autorzy piszący recenzje zdają się  prześcigać w wyszukiwaniu coraz bardziej elokwentnych (czytaj: pokrętnych) form przekazywania własnych opinii na temat utworu, książki, filmu, innego recenzowanego dzieła licząc, że w niuansach języka zgubi się ich brak wiedzy fachowej, braki w nazewnictwie, czy zwykły brak empatii tak potrzebny w recenzowaniu np. poezji.

Niestety, czasem skutek jest odwrotny – przeładowanie tym pseudo-naukowym slangiem powoduje, iż uzyskujemy bełkot odstręczający i ogłupiający czytelnika.

Tymczasem powinniśmy zadać sobie pytanie: do kogo jest kierowana recenzja? Czy do fachowców, operujących tym samym językiem, czy do czytelnika, który przeczyta ją, ZROZUMIE i kupi książkę,  którą uznaliśmy za wartą polecenia?

Aby wyjść poza  te ramy trzeba by przestać ograniczać własną wiedzę do wąskiego wycinka zainteresowań i rozszerzyć go o wycinek wiedzy NIEZBĘDNEJ do wypowiadania się.

Tu zgodzę się i przytoczę Leszka Żulińskiego, który w „Dekalogu dobrego recenzenta” pisał:

„Dobry recenzent powinien być profesjonalny i kompetentny. Co to oznacza? To sprowadza się do umiejętności recenzenta. Aby oceniać jakąkolwiek książkę, trzeba mieć wiedzę o literaturze. O jej historii i współczesności, o jej tradycji i nowatorstwie, o klasyce i trendach najnowszych. Dobry recenzent powinien także posiadać sporą wiedzę humanistyczną, pozaliteracką, np. z zakresu filozofii, mitologii czy historii sztuki. Powinien być oczytany, bowiem ocena recenzowanej książki musi pośrednio wynikać z ogromnego kontekstu porównawczego wobec wszystkiego, co przed tą książką powstało.”[4]

Nawet nie przyszło mi do głowy posądzić Leszka Żulińskiego o tak powszechne wady młodych autorów tekstów krytyczno-literackich jak brak obiektywizmu, czy traktowanie badanego tematu (książki) „po łebkach”. Profesjonalizm jednak niekoniecznie musi się wiązać z maksymalną elokwencją, raczej z maksymalną prostotą, związana z maksymalnym trafieniem w sedno sprawy. Nie popisywaniem się znajomością języków, umiejętnością nawiązań i błyskotliwością porównań.

Potoczne rozumienie krytyki

            Oczywiście – nie powinno być tajemnicą dla nikogo, że encyklopedycznie „krytyka” to analiza i ocena dobrych i złych stron z punktu widzenia określonych wartości (np. praktycznych, etycznych, poznawczych, naukowych, estetycznych, poprawnych) jako niezbędny element myślenia.

Może dotyczyć wielu dziedzin np. nauki (krytyka naukowa), poprawności formalnej (krytyka logiczna), poprawności merytorycznej (krytyka merytoryczna czy krytyka empiryczna).

Jednak potoczne rozumienie tego wyrażenia jest bliższe „krytykanctwu”.

W mowie potocznej wyraz krytyka oznacza zwykle wystąpienie (słowne lub pisemne) PRZECIWKO jakiemuś zjawisku, osobie, faktowi lub sposobowi rozwiązania problemu i jest powiązane z negatywną oceną tych faktów.[5] Tak rozumiane pojęcie przybiera wydźwięk pejoratywny.

            Z kolei przeświadczenie, iż najważniejszym zadaniem krytyka i jego misją priorytetową jest wyszukiwanie talentów i promowanie ich kończy się zazwyczaj tym, że znajdujemy recenzje słodkie niczym miód, albo antyrecenzje – nic pomiędzy!

A przecież wszyscy czytamy książki świetne, kiepskie i takie sobie…

Zachwyty nad książkami kolegów z sąsiedztwa, umieszczone na blogu, opatrzonym nagłówkiem: „Słowo pisane jest przecież potęgą”[6] może i zwiększą sprzedaż książek jednej autorce, ale jednocześnie podkopią zaufanie do idei recenzji i krytyków z krwi i kości, gdyż pod tym adresem żadnej „potężnej” książki nie znajdziemy.

Zatem; pisarze niech piszą, malarze – malują, muzycy niech muzykują, a krytycy niech nie robią kreciej roboty swoim kolegom, bo każdy powinien robić, co umie najlepiej.

 



[3] L. Żuliński, „Zielone wzgórza stoicyzmu”, 2013, pisarze.pl/recenzje/6401-leszek-zulinski-zielone-wzgorza-stoicyzmu.html (stan na dzień 02.04.2014 r.)

[4] pisarze.pl//publicystyka/6273-leszek-zulinski-dekalog-dobrego-recenzenta.html (stan na dzień 26.04.2014 r.)

[5] „Mała Encyklopedia PWN. A-Z”, praca zbiorowa pod redakcją: M. Sajko, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa, 2000, ISBN: 83-01-13971-4

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko