Jacek Bocheński – Melancholia, Multitasking

0
218

Jacek Bocheński – Melancholia, Multitasking

 bochenski2

 

MELANCHOLIA

– Wie pani, ja się cieszę, że już jestem stara. Już nikt mnie głupio nie podrywa, nikomu się nie podobam. Nie muszę się podobać. Nic nie muszę. Nawet myśleć, co inni o mnie myślą. Nie muszę się bać, że się w kimś zakocham. Czuję, że pani chyba też jest melancholiczką, prawda? No, to pani wie – powiedziała do Justyny osoba oznaczona literą E. , ostatnia, która tego dnia zasięgała u niej porady psychologicznej. Ale ta starsza pani postawiła mimochodem diagnozę Justynie. Postawiła i wyszła. A Justyna wróciła do domu “jak w transie”.

To było jeszcze przed Charkowem, kiedyś w Chełmie. Ale dawno po ucieczce Justyny z wirtualnej kozetki i już po naszym lubelskim realu, pięknym, czerwcowym, nigdy nie powtórzonym mimo pożegnania, zdawało się, tylko na chwilę.

A jednak ja wiem, co osoba oznaczona literą E. powiedziała potem w pewien jesienny dzień Justynie i wiem o transie. Skąd wiem? Bo Justyna między zniknięciami objawia się sporadycznie w Internecie. Nie telefonuje do mnie, nigdy nie oddzwania, moje zaproszenia przemilcza, nigdy nie odwiedza mnie w realu. Gdy natomiast ja do niej po długim braku kontaktów decyduję się mimo wszystko zadzwonić i ona odbierze telefon, wtedy tak się cieszy i tak cała rozjaśnia, że w telefonie to widzę i czuję wręcz fizyczne. A potem znów przepada. Nagle przysyła mejl z informacjami. Na przykład takimi:

“Pakuję do niebieskiej przepastnej torby długopisy, notes, okulary, a na końcu wsadzę mały netbook, z którego teraz piszę. Poprawię w lusterku makijaż, przeczeszę włosy, uśmiechnę się do siebie i zamknę za sobą drzwi. Wsiądę do czarnego samochodu, w którym coś mi stuka od miesiąca, ale nie mam kiedy zajechać do mechanika. Zmienię szpilki na płaskie, wygodne buty. I pojadę do domu. Tam jest gruby koc i gorąca herbata. Może tam nie będę marznąć”.

Zatem chłód melancholiczki bywa niekoniecznie wewnętrzny, bywa i zewnętrzny.

Nim tamtego dnia wsiadła z netbookiem do czarnego samochodu, pracowała przez dwa tygodnie “w starym, dużym domu, w którym ciepło nie chciało się gromadzić”. Powodu pracowania w takim domu ani żadnych innych okoliczności tej sprawy nie zdradziła. Tylko marzła tam i w pewnej chwili pomyślała, że chyba jej “prywatne solary zaczęły szwankować”. Prywatne solary czyli, jak rozumiem, osobiste zbieracze energii słonecznej funkcjonujące w organizmie dzięki heliotropizmowi jednak. A może to wtedy heliotropizm przestawił się na geograficzny w kierunku Charkowa? Bądź co bądź jeszcze w Polsce Justyna zapisała się na podyplomowe studium polonistyczne nauczania języka polskiego jako obcego. Pomysł był, zdaje się, taki, że będzie uczyła w rosyjskojęzycznym głównie Charkowie polskiego, bo chętni są. A praca w lubelskiej redakcji z siedemnastoma koleżankami przyprawiała o melancholię. Od młodszej koleżanki w pokoju obok można się było dowiedzieć, że ktoś między dwudziestym piątym a trzydziestym rokiem życia jest już w zaawansowanym wieku. Takie uwagi w w rozmowach. Jedna z pań mając dwadzieścia dwa lata wychodziła za mąż i stwierdziła, że już najwyższy czas. A Justynę opanowywało wtedy coś, co nazwała refleksjami nad własnym PESEL-em. Te refleksje raz po raz wracały. Ale przecież ona musi pokazywać dowód osobisty, kiedy chce kupić papierosy. Chyba więc – dochodziła na koniec do wniosku – nie jest z nią jeszcze tak źle.

MULTITASKING

Z tą łacińsko-angielską hybrydą językową stykam się po raz pierwszy dzięki Justynie. Ale wystarczy wiedzieć, że “task” znaczy “zadanie”, żeby zgadnąć, co to jest “multitasking”. Wykonywanie wielu zadań. Aż trzy słowa po polsku albo jeden obcojęzyczny potworek. Nasuwa się wprawdzie pojedyncza “wielozadaniowość”, jednak wyraz tak utworzony w polszczyźnie brzmi sztucznie. A gdyby się chciało oddać w pełni sens rzeczy, należałoby jeszcze do trzech słów polskich dołożyć czwarte. Wykonywanie wielu zadań naraz. Tym jest multitasking Justyny.

Dobrze, a mój? Te różne jednoczesne cele, które ja sobie stawiam pisząc Blog Drugi, to nie multitasking? Policzmy. Cel pierwszy: rozwiązać zagadkę, czy Justyna mnie kocha, czy przestała. Następny: opisać tło czyli zdarzenia, bo to one, te tak zwane zdarzenia, są tłem romansu, nie romans ich tłem, jak wymyśliła Justyna.

Ale tu już otwiera się istny worek z dalszymi ewentualnymi celami. Ilość zdarzeń jest nieprzebrana, każde mogłoby się stać zadaniem dla blogera, jednak więc trzeba je przebrać, gdy wszystkie się naraz tłoczą.

Oto bieżące zdarzenie polityczne w polskim Sejmie, które ma szansę przejścia do historii: reprezentacja mniejszości parlamentarnej czuwa dniem i nocą w Sali Posiedzeń, protestując przeciw karnemu wykluczeniu jednego jej posła z obrad i przeciw uchwaleniu budżetu państwa w innej sali przez problematyczną większość, bez opozycji. Posłowi wolno mówić, co chce, a odebrano mu głos. Dziennikarzom uniemożliwiono wstęp do Sejmu. Mam to opisać? Czy raczej zdarzenie wojenne: zagładę syryjskiego miasta Aleppo i towarzyszące temu okrucieństwa? A może za radą doktora Szczerbakiewicza ratować się od piekła polityki i w ogóle takich tematów nie dotykać? Piszący próbowali nieraz ocalać tak siebie i twórczość. Z rozmaitym skutkiem. Ja już nie obiecuję sobie, że mi się uda. Jest jeszcze przyszłość, która ocenia skutek. Jej wyroki, a zwłaszcza uzasadnienia wyroków, zdumiewają. W dodatku okazują się zmienne, nie są wcale wydawane raz na zawsze.

Właśnie przyszłość świata i pozostawiony z tą otwartą kwestią doktor Mizera wciąż czekają, żebym się jednak wywiązał w Blogu Drugim z napoczętego w zakopiańskim teatrze zadania. Czujecie, jaki multitaskimg zaczyna mi się piętrzyć na plecach?

Artystom Teatru Witkacego, zatroskanym nie bez powodu o wolność, powiedziałem, że sam uważam się za artystę i też jestem zatroskany o wolność. Ale jak przyszłość oceni tę naszą troskę? Przyjmujemy za oczywistość, że z aprobatą, bo przecież dla artystów sztuka jest współistotna wolności, jak Jezus Ojcu, jest jej córką i nią samą. Może powinienem więc przede wszystkim napisać o naruszonym w Sejmie prawie posła do wolności słowa. A przyszłość-potomność z całego olbrzymiego cmentarzyska literatury wygrzebie i uzna za wart uwagi tylko ten jeden rzadki objaw zaangażowania w sprawy dziś uchodzące za nieciekawe dla sztuk pięknych.

Potomność decyduje arbitralne. Dopatrywała się już różnych wartości, które absolutyzowała jako jedynie ważne.

Bertolt Brechy przepowiadał, że najważniejsze nie będą wzniosłe myśli pisarzy, lecz ich przypadkowe wzmianki o ludziach, którzy tkali ubrania siedzącym na złotych krzesłach autorom. Tylko takich wzmianek będzie się z uwagą szukać w ich dziełach. Za moich czasów szuka się w dawnej literaturze choćby maleńkiej wzmianki o gejach lub wyzwoleniu kobiet. A w Polsce nalegano, żeby sztuka zajmowała się niepodległością Polski. I ona to robiła.

Tymczasem w plastikowych torebkach, z którymi kobiety po zakupach wracają do domów, konają powoli karpie. Zarazem słyszę w sąsiedztwie gwałtowne skrzeczenie srok. Nie wiem, w jakiej sprawie skrzeczą. Czy jednym z moich zadań, w istocie najważniejszym na planecie Ziemi, nie byłoby zrozumienie i wyrażenie tego, czego doznają karpie i sroki?

W Zakopanem powiedziałem, że przyszłość będzie może najbardziej zainteresowana stosunkiem sztuki do wyzwolenia zwierząt. Na to publiczność w Teatrze Witkacego odpowiedziała oklaskami. Ale jakaś inna publiczność gdzieindziej wolałaby usłyszeć głos w obronie demokracji i posłów mniejszości w Sejmie, nie mówiąc o jeszcze innej publiczności, która wciąż nie wierzy w odzyskaną niepodległość Polski, teraz dopiero, jej zdaniem, odzyskiwaną, lecz wymagającą obrony przed zamachami krajowych wrogów. Bo to jest polska natura i to jest moja ojczyzna. To jest jej tradycja. Tak czy owak chce się mnie zapędzić, jak zawsze, do piekła polityki. Bo to jest mój psi obowiązek w Polsce, dziś może powie się multitasking.

Ale ja piszę romans. Każdy widzi. Lub raczej każdemu to mówię. Gdzieś tam wewnątrz mnie odzywa się egoizm, nie mój właściwie, odzywa się egoizm samej sztuki. W sztuce nie ma nic ważniejszego, bardziej samolubnego, bezwzględniejszego i bardziej uświęcającego środki, no i artystę osobiście, niż właśnie sztuka per se, że posłużę się łaciną. Opisałem to w drugim tomie Trylogii Rzymskiej na przykładzie mojego mistrza Owidiusza, jak już będę go zawsze nazywał, od kiedy zrozumiałem, że jestem jego uczniem.

Otóż egoizm sztuki nie liczący się z niczym poza romansem jako sztuką gdzieś tam wewnątrz mnie kwili, buntuje się przeciw multitaskingowi, zepchnąłby zdarzenia i zadania na samo dno tła i zajął się tylko romansem. A tu z coraz innej strony atakuje multitasking i przeszkadza w romansie.

Tak też Justynie przeszkadza multitasking w miłości, przynajmniej według Justyny, jeśli ją rozumiem. Na miłość brak czasu, sił i temperatury, bo ktoś ostatnio zarzucił jej – rzecz znamienna – chłód, a nie byłem to ja. Trzeba więc ten zarzut, cokolwiek się za nim kryje, brać pod uwagę.

Nie! To chyba jakoś nie tak. Chyba wszystko razem jest multitaskingiem, romans jest jego częścią, a ty musisz się z tym pogodzić – mówię sobie. -. Multitasking to świat, jaki jest. Całe twoje życie to multitasking. Nie wydzielisz romansu z reszty bytu, jak chciałbyś, nie zrobisz z niego wartości absolutnej i osobnej, artysto, taka wolność nie jest ci dana. Romans, jak wszystko na świecie, będzie cię rozczarowywał, będzie ci stawiał opór, będzie się głupio toczył po wybojach i niedorzecznie zacinał, a w końcu okaże jeszcze jednym twoim błędem.

W Blogu Drugim może banałem.

Jacek Bocheński blog II

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko