Zdzisław Antolski – Najpiękniejsze nogi świata

0
273

Zdzisław Antolski


Najpiękniejsze nogi świata

 

 

Aleksander Gierymski      W chłodnym, marmurowo-lustrzanym holu Wojewódzkiego Domu Kultury imieniem Józefa Piłsudskiego, kupiłem w stojącym tam automacie kubek kawy z czekoladą i usiadłem przy stojącym nieopodal stole. Dawno tu nie byłem i jakoś niechcący przypomniałem sobie moje pierwsze kroki w tym gmachu, po przeprowadzce ze wsi, kiedy jako uczeń wracałem w gronie kilku kolegów do domu z zajęć w liceum imieniem Stefana Żeromskiego i zachodziliśmy tu, żeby spokojnie pogadać. Było to niemal pół wieku temu. Pewnego dnia szatniarz Domu Kultury (wówczas, w PRL-u, nie noszącego oczywiście imienia Marszałka), zabrał nam tornistry, podejrzewając, że jesteśmy na wagarach i groził wezwaniem milicji oraz powiadomieniem rodziców. Na szczęście jakoś uprosiliśmy srogiego władcę o wypuszczenie nas, z naszymi szkolnymi rzeczami, na wolność.

      W starszych klasach już nie taszczyliśmy do szkoły tornistrów ani charakterystycznych worków z kapciami, tylko skórzane torby na ramię, jakie wtedy prawie wszyscy nosili, bez względu na wiek, i wkraczając na błyszczące posadzki, pomykaliśmy rączo na piętro, do Klubu „Wiedza”, gdzie zapadaliśmy w głębokie klubowe fotele, racząc się winem albo piwem, co zależało od stanu naszych kieszeni. W tym samy Klubie „Wiedza” świętowałem mój książkowy debiut poetycki w 1979 roku. Później, już jako literat z legitymacją, nieraz spotykałem się z dyrektorem przy różnych okazjach, nawet na małej wódce, ale jakoś nigdy nie wypomniałem mu tego naszego szkolnego aresztowania.

      Klub „Wiedza” to nie było byle co, miał w mieście renomę, występowali tu sławni aktorzy: Jan Łomnicki, Gustaw Holoubek, Andrzej Łapicki. Z literatów: Stefania Grodzieńska i Jan Sztaudynger. A także pamiętam Jerzego Harasymowicza, czytającego swój poemat „Ruski lichtarz”. Wyraźnie stawiano na humor i rozrywkę, działał tu sławny kabaret „Yeti”. W pracowni fotograficznej, twórcy Kieleckiej Szkoły Krajobrazu: Jan Siudowskii Paweł Pierściński. No i dla mnie najważniejsze, tu mieściła się redakcja pisma „Ziemia Kielecka”, której redaktorem naczelnym był sławny nasz pisarz, Waldemar Babinicz.

      .Kawa z automatu była smaczna, obok mnie przechodziła grupa młodych dziewcząt, wiek, a bo ja wiem, od piętnastu do osiemnastu lat? Były różnego wzrostu i postury, chude i przy kości, włosy też, od jasnych blond do kruczoczarnych. Minęły mnie i dopiero wtedy zauważyłem, że jedna z nich, najwyższa, mogła mieć ze sto siedemdziesiąt pięć wzrostu, ma bardzo zgrabne nogi, jakich w życiu nie widziałem, aż serce zaczęło mi żwawiej bić, co mogło też być spowodowane wypitą właśnie kawą, która okazała się dosyć mocna.

      Trudno jest opisać słowami, na czym polega piękno nóg kobiecych. Po pierwsze te, które teraz obserwowałem, były bardzo proporcjonalne, ani za długie, ani za krótkie, w sam raz. Mocne, to było widać, jędrne, dziewczyna stąpała bardzo pewnie, ale jednocześnie lekko. Skóra była trochę opalona, bo to przecież dopiero czerwiec, ale tam, gdzie kończyła się niebieska, w kratę spódniczka, rozpoczynał się obszar bieli, co budziło we mnie dziwne jakieś wzruszenie chwytające za gardło.

      Bo często bywa tak, że uda są cudownie i proporcjonalnie sklepione, ale łydki do tego jakaś przykrótkie i umięśnione jak u atlety, jakby od innej  pary nóg, albo odwrotnie, łydki długie, takie jak trzeba, smukłe  w miarę, a udo nagle krótkie i chude, nijak nie pasujące do reszty. Kilku facetów tak się nabrało, kiedy moda pozwalała odsłaniać tylko pół łydki.

      Dziewczyny próbowały się dostać do jakiejś sali, chyba na zajęcia taneczne, ale tam trwały jeszcze wcześniejsze warsztaty, nie wiem, może również tańca, słychać było dźwięki fortepianu, wobec czego grupa przysiadła na schodach. „Moja” usiadła na najniższym stopniu i te jej cudowne nogi kolanami wspięły się aż do podbródka, co jeszcze bardziej Uwidoczniła się ich boską pełność, kształtność i zgrabność. Znów serce zaczęło mi walić z całej  siły. Odczułem falę pożądania, ale takiego czułego, podszytego sentymentalizmem i rozrzewnieniem. Pomyślałem, że widocznie te nogi, ich kształt, mają jakąś magiczną moc w sobie, że tak na mnie działają. Nie rozumiałem, skąd się to brało, przecież widziałem w swoim życiu mnóstwo zgrabnych kobiet, a nie czułem nigdy takiej przemożnej wiary, że są dla mnie, nigdy nie  napawały mnie kobiece kształty taką radością życia i entuzjazmem. I wiedziałem przecież doskonale, że są gdzieś nogi piękniejsze i zgrabniejsze, ale tylko te pasowały właśnie do mnie, do mojej wrażliwości i mojego poczucia piękna, że były tylko dla mnie stworzone. I gdybym był szczęśliwym kochankiem tej dziewczyny, to nigdy nie zapragnąłbym innej, ani piękniejszej, ani zgrabniejszej, ani bogatszej, ani mądrzejszej, ani bardziej wpływowej czy sławnej.

      Zastanawiałem się, jak to możliwe, żebym ja, stary dziad, tak mógł się zakochać w młodziutkiej dziewczynie z powodu jej zgrabnych nóg?  Ale z drugiej strony to niemożliwe, nie mógłby sobie przecież Bóg ze mnie tak zakpić, żeby pokazywać mi dziewczynę mnie przeznaczoną, która mogłaby być moją córką, a nawet wnuczką. Poczułem jakiś dziwny przypływ sił fizycznych i duchowych. Inne dziewczyny też nie były brzydkie ani niezgrabne, a jednak przy mojej wydawały się szare, nieciekawe i nudne. Już ponosiła mnie wyobraźnia, że właścicielka takich nóg musi być istotą wielce inteligentną i wrażliwą. Zresztą, to nieważne, nieistotne, entuzjazm, jaki we mnie budzą jej nogi sprawi, że ja będę wrażliwy i energiczny za nas dwoje, ona niech tylko będzie, niech będzie przy mnie, a wtedy zdobędę wszystko, bogactwo i sławę i szczęśliwe życie dla nas dwojga, abyśmy tylko się śmiali i cieszyli z każdej chwili. I nie będzie złych momentów, znikną wątpliwości, rozterki, klęski, będzie tylko szczęście.

      Patrzyłem na jej twarz, nie była brzydka, choć nie jakaś piękność, podobna trochę do młodej Kaliny Jędrusik, duże zamyślone czy rozmarzone oczy, ale, co najważniejsze, miała w sobie pewną powagę, jakby oznakę szlachetności i mądrości, a to właśnie lubię u kobiet. Nie znoszę alergicznie chichotów z byle czego, głupich żartów, złośliwości i szyderstw. Odpycha mnie to, szczęście trzeba czerpać z podróży, z przyrody, dobrych książek i muzyki, a nie z wygłupów i błahych rozrywek. …I chyba nie mogła się zbyt łatwo złościć na innych, a zwłaszcza na partnera. Była zbyt silna wewnętrznie, co widać było w jej oczach. Takie silne spojrzenie miała kiedyś dziewczyna, w której kochałem się w liceum. Zawsze ta wewnętrzna determinacja kobiet robiła na mnie duże wrażenie, miękłem wobec niej jak wosk, chociaż później zdałem sobie sprawę, że może ona oznaczać apodyktyczność i brak empatii. Natomiast nie cierpię u kobiet ataków złości i gdyby ta właścicielka najpiękniejszych nóg świata, miała się na mnie gniewać o coś nieistotnego, to magia jej urody, przestałyby mieć jakiekolwiek znaczenie.

Jakiś młody człowiek z bródką podszedł do gromadki dziewczyn i oparłszy się o poręcz schodów, rozpoczął z nimi rozmowę. Widziałem stąd, gdzie siedziałem nad moim plastikowym kubkiem z kawą, że patrzy na odsłonięte mocno nogi „mojej” dziewczyny. Od razu zawrzałem wewnętrznym gniewem, oburzeniem i zazdrością, przez co moja miłość do właścicielki zgrabnych nóg jeszcze się powiększyła. Widziałem twarz „mojej” z profilu, kiedy odpowiadała temu młodzieńcowi, opadające na plecy ciemne włosy związane w kucyk, grzywka nad oczami.

      Ale przecież wiedziałem, że to tylko moje marzenia, konfabulacje starszego pana, po sześćdziesiątce, który przyszedł do Domu Kultury załatwić spotkanie autorskie jeszcze starszemu koledze poecie z Warszawy, który kiedyś uczęszczał do naszego sławnego WDK-u im Józefa Piłsudskiego na zajęcia Dyskusyjnego Klubu Filmowego „Gong”. O tym Klubie opowiadał o nim także mój kumpel od kieliszka Wiesiek, z którym przyjaźniłem się podczas szalonych lat ery środkowego Gierka, kiedy całe dnie i noce szaleliśmy w osławionym Klubie Dziennikarza. Wiesiek, jako starszy ode mnie i rodowity kielczanin, a nie element napływowy, pamiętał piwo sprzedawane z saturatora oraz zespół bigbitowy „Bezimienni”. Bo za moich czasów panowali niepodzielnie „Arianie”, wokół których kręcił się jako tekściarz mój przyjaciel, poeta Józek Grochowina.

      A takie fantazje erotyczne, jak obserwacja najpiękniejszych nóg świata, cóż, zostaną moją tajemnicą. Czuję się wewnętrznie tak samo jak przed laty, Kiedy blisko pół wieku temu bywałem tu z kolegami ze szkoły, najpierw w holu na wagarach, a później w Klubie „Wiedza” na piętrze, a dzisiaj po dziesięcioleciach, odczuwam tak samo piękno dziewcząt, jakbym miał osiemnaście lat. To niesprawiedliwe, powinienem być całkiem zobojętniały na kobiece wdzięki. Zawsze myślałem, że z wiekiem człowiek tępieje umysłowo i emocjonalnie, a po sześćdziesiątce jest już tylko wydmuszką emocjonalną, a tu proszę, ja, już niemal staruszek, zakochuję się jak licealista i wypada mi tylko westchnąć nad własną naiwnością. Od dawna nie podobała mi się żadna kobieta i nie chodzi tylko o sprawy erotyczne, ale jakoś wszystkie mi znajome panie były wulgarne, płytkie, zero romantyzmu, tylko pieniądze i stanowiska, ordynarne w odczuwaniu świata, nawet chyba bardziej niż mężczyźni .

      Kolega Stanisław, poeta, który obecnie mieszkał w Warszawie wracał w swoich wierszach pamięcią do naszego miasta z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, kiedy właśnie tu zamieszkałem, wyprowadziwszy się wraz z rodzicami z głębokiego zadupia w powiecie pińczowskim. Wspominał wyprawy z kolegami pod szkolę pielęgniarską, w celu poznania młodych panienek, seanse w kinie „Letnim”, tuż przy rzeczce Silnicy, przesiadywanie w czytelni klubu Międzynarodowej Prasy i Książki, w celach samokształceniowych i oczywiście w poszukiwaniu flirtów. Mnie bardziej ciągnęło do akademika na ulic Krakowskiej, gdzie kwaterowały samotne przyszłe nauczycielki od polskiego, studentki Wyższej Szkoły Pedagogicznej.

      Siedzę naprzeciw otwartych drzwi kina, trwa tam jakiś remont, widzę robotników w kombinezonach, w latach mojej młodości miało nazwę „Robotnik”, teraz zmieniono na… Tu obejrzałem film „Ojciec chrzestny”, ale na koncercie Czesława Niemena nie byłem, bo za duży tłok i wolałem piosenki „Czerwonych Gitar” – byłem bowiem nieznośnie sentymentalny, co zapewne wynikało z mojej słabości charakteru. Zawsze szukałem w kobiecie wsparcia emocjonalnego, żeby sobie radzić z rzeczywistością, która wydawała mi się wroga i niebezpieczna.

……………………………………………………………………..

Załatwiłem swoje sprawy i wychodząc, na schodach zobaczyłem moje „najpiękniejsze nogi świata” jak biegły przed siebie w kierunku przystanku miejskiego autobusu. Widziałem pomnik „czwórki legionowej”, Katedrę na wzgórzu i park, w którym na ławce przesiadywała Biruta z powieści Żeromskiego. Wszystko się ze sobą cudownie łączyło i poczułem jakąś falę otuchy i wiary w sens życia. Po niebie sunęły bezszelestnie olbrzymie białe cumulusy zmieniając w locie swoje kształty; zawsze inne, a przecież takie same.

 

.

Zdzisław Antolski

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko