Zygmunt Janikowski – Sześć miniatur

0
182

Zygmunt Janikowski  –  Sześć miniatur

 

 

Zaginiony list Cristobala Martina de Gamboa

 

Jacek DurskiNie było czasu żałować zabitych i zaginionych. W pośpiechu policzyliśmy to, co zostało: ludzi, konie, arkebuzy i kusze. Bracia Alvarado, Sandoval, Ortaz, Tapia, Avila i Grado uszli z życiem, lecz trudno ich było rozpoznać pod warstwą błota i krwi. Przez kilka dni maszerowaliśmy pod bezustannym gradem kamieni i strzał z łuków, zmuszeni do ciągłej walki wręcz. Prawie każdy z nas był ranny i osłabiony głodem. Czasami jedliśmy tylko trawę i jedynie nasze psy potrafiły zaciekle odpierać ataki licznych nieprzyjaciół. Tych kilku Tlaskalanów, którzy pozostali z nami, żyło w śmiertelnym strachu. W piątym dniu marszu zabito mi konia, ale ja zabiłem wielu z nich. Po południu przystanęliśmy, żeby pogrzebać poległych i chwilę odpocząć. Leżąc na plecach wpatrywałem się w jasnobłękitne niebo i nagle zapragnąłem wrócić do Navarry, żywy lub umarły. W tym samym czasie Caudillo pisał kolejny raport do Jego Królewskiej Mości.

……………………………………..

Cristobal Martin de Gamboa  –  koniuszy w wyprawie do Meksyku.

psy                                          –  trenowane specjalnie do walki z ludźmi.

 

 

 

 

Cios wymierzony prosto w serce

 

Zeus miał powody do niezadowolenia. Jego ulubiony syn, Hermes, popadł w stan obłąkania. Zaczęło się całkiem niewinnie, od jakiegoś starego manuskryptu wygrzebanego gdzieś na Capri, a dotyczącego zeznań egipskiego sternika imieniem Thamus. Hermes natychmiast docenił wartość dokumentu i chciał go niezwłocznie dostarczyć do domu, lecz utrudzony podróżą zasnął pod gołym niebem na skraju małej winnicy, gdzieś w okolicy Brindisi, a może nawet już w samej Grecji (nie chce powiedzieć lub  nie pamięta) i jakiś rolnik, zupełnie przypadkowo, opryskał go nad ranem mocnym środkiem owadobójczym. Był to początek końca. Dawniej nadzwyczaj sprytny i wszędobylski, stracił pewność siebie i poczucie orientacji. Od tej pory zawsze spóźniony, przemyka się po dworcach podziemnych kolejek w przebraniu sprzedawcy używanych samochodów. Półbuty z jeleniej skóry, solidnej firmy Brass, obgryzają mu pięty. Pasek do spodni przyprawia o mdłości, zaciśnięty pod szyją krawat utrudnia oddychanie i wybałusza oczy, a wymięta do granic możliwości marynarka odstrasza ludzi. Zeus jest zrozpaczony. Na dokładkę cała rodzina pogłębia i tak już złą sytuację. Taki Apollo! Ileż razy można go prosić, żeby nie wiązał wieńca laurowego starą, wyświechtaną sznurówką, a chiton prał przynajmniej raz w tygodniu? Albo Artemida! Notorycznie skarży się, że tyje i wygląda jak klucha. Niech przestanie obżerać się jak świnia, to schudnie. Ze się starzeje? A cóż on, Zeus, na to poradzi? Przecież nie jest chirurgiem plastycznym ani salonem piękności. Ma swoje, jeszcze większe zmartwienia. W ostatnich dniach rada miejska wydała nakaz likwidacji jego ukochanej hodowli zwierząt. Nic nadzwyczajnego, kilka łabędzi i trochę rogacizny na niewielkim kawałku ziemi za domem. Niby zupełnie błaha sprawa, a jednak był to cios wymierzony prosto w serce. Na szczęście lato w tym roku jest na ogół suche i słoneczne. Wieczorne cykady koją nerwy i dają chwilę zapomnienia. W dni deszczowe Zeus myśli o samobójstwie.

 

 

 

W południe jest cieplej

 

Pewien rzeźnik, człowiek obdarzony posturą kolosa i grubym, donośnym głosem śpiewaka operowego, skarżył mi się na uciążliwy ból artretyczny, którego nabawił się, jak twierdził, w małej rzeźni zapomnianego miasteczka na wschodnich peryferiach kraju. Całe lata pracował tam w temperaturze poniżej zera, co niewątpliwie miało doprowadzić go do tak opłakanego stanu. Najgorsza była zima. Z trudnością znosił pierwsze dwie godziny pracy. Ból w ramionach ograniczał ruchy. Ostry jak brzytwa nóż, w zesztywniałej ręce zamieniał się w tępe narzędzie, które raczej kaleczyło niż cięło, zatrzymując się w połowie drogi, gdyż brakowało mu siły i zręczności prowadzącej dłoni. A przecież jeszcze nie tak dawno  była to dłoń o precyzji chirurga, szlifierza diamentów, cyrkowca rzucającego nożami albo co najmniej wprawnego w walkach na noże rzezimieszka. Po kilku godzinach porannej gehenny, około południa, czuł się znacznie lepiej. Temperatura w nieogrzewanym baraku podnosiła się od ciepła świeżej krwi i wypatroszonych wnętrzności.

 

 

 

G r a m o f o n

 

Uciekali w panice, zostawiając za sobą wszystko co posiadali. Komfortowe mieszkania w ocalałych od bomb kamienicach i jednorodzinnych domkach na przedmieściach, pełne były ciężkich, solidnych mebli, kuchennych sprzętów, zegarów z kukułką i dużych olejnych obrazów obfitujących w owoce, ciasta, wina, kryształy i dziczyznę. Nie brakło nawet zabawek dla dzieci, a w co bogatszych domach znajdowano czasami niewielki projektor filmowy wraz z kompletem kolorowych filmów animowanych z uroczą Mickey Mouse i zabawnym Pluto.

Ludzie którzy tu przyszli, przeżyli koszmarne okrucieństwo wojny, doznane od tych, którzy uciekli.

Ciała poległych i pomordowanych pogrzebali, a za zaginionych ciągle jeszcze się modlili, w nadziei że powrócą. Cały ich dobytek pozostał w obcym teraz kraju. Kiedy zdążyli się już zadomowić na nowym miejscu, życie wróciło do normy. Mężczyźni codziennie wychodzili do pracy, a kobiety zajmowały się domem. Usuwano ruiny domów i naprawiano szkody. My, dzieci nie znające wojny, o tragicznej przeszłości słyszeliśmy w każdą sobotę lub niedzielę w czasie rodzinnych spotkań, kiedy to wszyscy zbierali się razem, żeby porozmawiać, powspominać i zabawić się przy wspólnym stole. Chociaż na co dzień cierpieliśmy biedę, na sobotnich spotkaniach, jak na olejnych obrazach zawieszonych wokół stołu, niczego nie brakowało. Specjalnością naszego domu były wędzone węgorze. Wszyscy się nimi delektowali i zakrapiali je alkoholem. Stareńka ciocia Renia, zachwalając słodkim głosem, podsuwała je każdemu pod nos. Nawet ja, uczeń siódmej klasy szkoły podstawowej, narażony byłem na jej „ataki”.

 – Tadzio, uśmiechnij się, pokaż dołeczki na policzkach – mówiła z uśmiechem i palcami tarmosiła moją twarz. Chcąc nie chcąc musiałem to jakoś przetrzymać, ale wiedziałem, że od węgorzy już się nie wykręcę.

 – A może zjadłbyś węgorza? No, śmiało, nie wstydź się, tylko jeden kawałeczek! – i podsuwała mi  talerz z węgorzami, które wyglądały jak pokrojony zaskroniec. Wybierałem najmniejszy kawałek, ugryzłem żeby ją uspokoić i resztę cichaczem wyrzucałem do śmietnika. Ohyda!

Spotkania zwykle zaczynały się od wymiany bieżących wiadomości, plotek i przepowiedni, w których prawie zawsze wymieniano generała na białym koniu, a wiekowa ciocia Renia ni stąd, ni zowąd oświadczała, że wszystkie honory i zaszczyty należały się Hallerowi.

 Późnym wieczorem, gdy węgorze dobrze już pływały, wyciągano z szafy gramofon i niezliczoną ilość     płyt z przedwojennymi piosenkami. Na tę chwilę czekałem cały wieczór, powierzano mi bowiem funkcję operatora tego budzącego we mnie do dzisiaj zachwyt urządzenia. Okazałe czarne pudło wyłożone było wewnątrz czerwonym aksamitem, a metalowe części pokryte matową czernią lub lśniącym niklem. Cóż za precyzja wykonania! Wszystko dopasowane jak w szwajcarskim zegarku. Akcesoria wraz z kompletem ostrych, błyszczących igieł, poukładane były w kilku małych szufladkach i pudełeczkach. Każda rzecz miała tu swoje miejsce i swoją funkcję. Ordnung muss sein!

 Wraz z pojawieniem się gramofonu zaczynała się prawdziwa zabawa. Przesuwano stoły, krzesła i kanapy, żeby zrobić miejsce do tańca. Zaczynał wujek Julo, który pierwszy zapraszał panią Zosię, atrakcyjną blondynkę z wymalowanymi na czerwono ustami, w luźnej, spiętej wąskim paskiem sukience w kwiaty. Za nimi szli inni. Wyciągano zza stołu nawet tych najstarszych. Byłem tak zajęty obsługą gramofonu i doborem płyt z naklejkami, których nie umiałem odczytać, że nigdy nie zwracałem uwagi na tańczących, aż któregoś wieczoru zupełnie przypadkowo przyłapałem wujka Julka jak tańcząc w ciemnym kącie pokoju, delikatnie głaskał panią Zosię po tyłku, czemu przytulona do niego pani Zosia, wcale nie była przeciwna. Trwało to tylko przez chwilę, gdyż rozbawione towarzystwo postanowiło zrobić krótką przerwę, żeby złapać drugi oddech. Wujek Julek ciężko usiadł na krześle i głośno westchnął – Och… jak ja kocham te niemieckie piosenki!

 Nikogo to specjalnie nie zdziwiło, tym bardziej, że jego starsza siostra, która od dawna obiecywała wytłuc wszystkie szwabskie płyty na drobne kawałki, drzemała w wygodnym fotelu po przeciwnej stronie stołu.

  – Julo miał dzisiaj szczęście – pomyślałem – I to z dwóch powodów.

 Popatrzyłem na zegar na ścianie. Dochodziła dwunasta. O północy kończyła się moja funkcja operatora gramofonu. Musiałem iść spać.

 

 

 

Portret  cesarza

 

Musisz zobaczyć tę monetę. Na niewielkim, wyświeconym szmatkami kolekcjonerów srebrnym krążku, widnieje atletyczna postać Jupitera wyciągającego opiekuńczą dłoń nad niepozornym, małym jak dziecko, cesarzem Trajanem. Władca Rzymu wygląda tu jak drobna marionetka, zawieszona na niewidzialnych niteczkach przyczepionych do potężnego przedramienia wszechwładnego boga. Słynny zdobywca, Optimus Princeps, Pater Pateriae, wielki budowniczy i szlachetny opiekun sierot, nagle zamienił się w pokornego czciciela boga, który uratował mu życie w Antioch, pomimo tego, że sam szczycił się boskim pochodzeniem. Wraz z monetą wizerunek ten dotarł do najdalszych zakątków cesarstwa. Ten, który teraz oglądam jest jednym z nich. Moneta ma znaczne ślady zużycia. Fragmenty rysunku są mało czytelne. Muskuły Jupitera zatarte i niewyraźne. Fałdy togi Trajana niewidoczne, a skrzydlata postać Wiktorii, którą cesarz trzyma w dłoni raczej przypomina muchę. Portret Trajana na odwrocie jest równie wytarty i niewyraźny. Tylko związana z tyłu głowy wstążka wieńca laurowego i niektóre litery legendy zachowały świeżość uderzenia młotka. Lubię patrzeć na zużyte monety. Wiem, że dokładne rysy twarzy cesarza, pozostały na palcach mieszkańców Cesarstwa Rzymskiego.

 

 

 

Pilnujcie  kanarka

 

– A może coś Babci zaśpiewamy?  –  zaproponowała pani Hania, jedna z jej serdecznych przyjaciółek.

Wszyscy obecni na sali jednomyślnie zaakceptowali ten pomysł i pani Hania zaintonowała jakąś powszechnie znaną religijną pieśń. Ponieważ śpiewaliśmy dość ochoczo, nie skończyło się tylko na jednej pieśni. Nasze popisy wokalne trwały przez dobrą godzinę, co sprawiło, że smutna uroczystość pogrzebowa zupełnie niespodziewanie zamieniła się w dość wesołą imprezę rozrywkową. Wszyscy wyglądali na zadowolonych. Zauważyłem, że nawet Babcia kilka razy się uśmiechnęła. Dzisiaj, po latach, wiem, że takie było jej ciche życzenie. Wskazywało na to wydarzenie poprzedzające ten uroczysty pogrzeb. Otóż na kilka dni przed śmiercią mojej matki, a było to dokładnie w niedzielę, odwiedziłem ją w jej mieszkaniu, aby pomóc przy pracach domowych i chwilę porozmawiać.  Przy pożegnaniu poprosiła mnie, żebym przyszedł do niej w piątek. Była uśmiechnięta i najwyraźniej w dobrym humorze, jak gdyby ten dzień miał dla niej jakieś specjalne znaczenie.

– Odwiedź mnie w piątek. Pamiętaj. W piątek. Będę na ciebie czekała. Tylko nie zapomnij – powtarzała. Byłem zdziwiony, gdyż nigdy tego nie robiła, ale zapewniłem ją, że na pewno nie zapomnę.

Umarła w środę. Odwiedziłem ją w piątek w domu pogrzebowym. Przekonałem się jak bardzo ważnym był dla niej ten dzień i jak nikła jest granica między światem widzialnym i niewidzialnym.

Podobno tuż przed śmiercią odzyskała na chwilę przytomność, zgarnęła ze stolika album z malarstwem impresjonistów i zdecydowanym ruchem dłoni zaczęła przewracać kartki.

– Proszę, to jest Monet. Impresjonista. Od niego należy uczyć się malowania obrazów na płótnie – powiedziała. I były to jej ostatnie słowa.

W kilka lat później umarł mój ojczym. Był już dobrze po dziewięćdziesiątce i prawie w każdym tygodniu odwożono go do szpitala. W czasie jednej z takich podróży poruszył sprawę, która nurtowała go już od dłuższego czasu.

– Pilnujcie kanarka, bo kot go zje – powiedział wyraźnie zatroskany. I były to jego ostatnie słowa.

Niestety nie mogłem przybyć na jego pogrzeb, ale mam nadzieję, że był równie interesujący jak pogrzeb mojej matki, który należał do najbardziej udanych uroczystości żałobnych w jakich uczestniczyłem.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko