Krystyna Habrat – Rozmyślania o szczęściu w czas jesiennej szarugi

0
216

  Krystyna HABRAT



ROZMYŚLANIA O SZCZĘŚCIU W CZAS JESIENNEJ SZARUGI.

 

Jacek Durski  Nastała paskudna jesień. Czasem cały, króciutki już dzień  skrywa się  w mgłach i szarości. Ale dziś świeci słońce. Zacina wprawdzie coraz to ostry wiatr, ale w domu jest przytulnie. Pozałatwiawszy co trzeba poza domem i uporawszy się z codziennymi obowiązkami w domu, będzie można spokojnie zasiąść w fotelu i czytać sobie rozkosznie książkę. Czasem tak niewiele  potrzeba do dobrego  samopoczucia.

  Wystarczy, że czytana powieść okaże się zajmująca, a dobra kawa na stoliku obok podniesie zdolności umysłu do wnikliwego przeżywania lektury. Świadomość, że  w domu ciepło i spokojnie, choć za oknem szaruga, ziąb, że psa by na dwór nie wygonił, utwierdza nasz  błogostan.  Nic nie mąci  tego odczucia.

  Dopóki wzrok nie padnie na grube tomiszcza ksiąg na półkach, gdzie stoi Tatarkiewicz, Ossowski, Conrad, Proust, Mann… DZIEJE LITERATUR EUROPEJSKICH w wielu tomach, trzytomowe: HISTORIA FILOZOFII i HISTORIA ESTETYKI… i całe ściany z półkami innych, poważnych  i mniej poważnych…  Wtedy na dnie serca rodzi się niepokój: i cóż mi dały te mądre księgi? Czy ich przestudiowanie przyczyniło się do spełnienia życzeń dorosłych: obyś zaszedł daleko; obyś zawsze wysoko latał. Czy samemu zaspokoiło się niegdysiejsze ambicje i marzenia? Teraz  nazywa się to robieniem kariery i nie zawsze ładnie się kojarzy. Dawniej określano to bardziej wzniośle: należy zawsze dążyć do czegoś wielkiego! Nigdy nie poprzestawać na  małym.

  No i masz. Kiedy przychodzą takie myśli, nastrój błogości  od razu pryska.

Szczególnie, gdy  przyjdzie jeszcze  do głowy, że nadmiar kawy szkodzi  zdrowiu, a ciastka tuczą i zaraz: czy nie należałoby znowu z czymś iść do lekarza. Może to albo tamto jest nie tak?

  I jak tu cieszyć się życiem? Już spokój domu nie cieszy. Czytana powieść wydaje się mdła. Trudno skupić się na zadrukowanych stronach. Przecież należałoby coś przedsiębrać dla spełniania swoich dawnych zamierzeń, gdzieś wyjść, z kimś pogadać, spotykać się z tymi, którzy wiele mogą… I coś pisać, czytać materiały na ten temat, a nie lekką powieść dla dobrego nastroju.

  Czy w nieustannym poczuciu, że można coś więcej, lepiej, wyżej, w nieustannej świadomości niespełnienia, można być   szczęśliwym?

 

  Podobno Duńczycy uchodzą za mistrzów w byciu szczęśliwym. Tłumaczy się to ich historią oraz poziomem życia. Co do historii głosu nie zabiorę. A poziom życia czyli dobrobyt to rzecz względna. Według Huizingi biedne społeczności, ludy dzikie, potrafią  bez reszty oddać się beztroskiej zabawie i bardzo tego potrzebują. Stąd ich żywiołowe tańce w  barwnych pióropuszach, spódniczkach z traw; stąd określona estetyka otoczenia, zdobnictwo przedmiotów codziennego użytku. Nasza ludność wiejska też potrafi się bawić wesoło do upadłego choćby na weselach, gdzie sprasza się wszystkich sąsiadów. A jak potrafią pięknie wyśpiewywać!

  Czemu jednak Duńczycy uchodzą za najszczęśliwszy naród na świecie? Podobno ich sekret tkwi w umiejętności cieszenia się drobiazgami,  unikaniu pospiechu i kultywowaniu życia rodzinnego.

   Mam przed oczami dwa zdjęcia z książki o Danii. Nie będę sięgać po nią na półkę, żeby sprawdzić, bo wiele razy  je oglądałam. Coś mnie w nich  pociągało. 

   Na pierwszym zdjęciu siedzą wokół stołu na leżakach w przydomowym ogródku kobiety w pozach lekkiego rozleniwienia, z rękami wygodnie założonymi na piersiach. Nikt nie gestykuluje, twarze pogodne. Czuje się tu błogi spokój  popołudnia i  poczucie sympatycznej więzi towarzyskiej. Chciałoby się tam z nimi usiąść pośród zieleni i raczyć się miłą, a beztroską, pogawędką.

  Kiedyś i ja bywałam w podobnych ogródkach koło mojego bloku. Czasem  towarzystwo milkło odurzone zapachem białych lilii, to zapatrzone w róże,  których hodowli dwóch  sąsiadów się oddawało dla przyjemności. Ale czasem i tam, a częściej w innym ogródku, rozmowy cichły i panowie, rozglądając się bacznie wkoło,  rozważali tematy polityczne. Jakże tego nie lubiłam! Już jako dziecko, zanim odesłano mnie bym nie słyszała, miałam okazję dowiedzieć się, że potrzebna będzie III wojna światowa i trochę innych przerażających rzeczy, których się bałam.

  Otóż to! My Polacy mamy taką historię, że nie da się posiedzieć beztrosko z sąsiadami, żeby nie zboczyć ku polityce. Szczególnie ostatnio prowadzi to do ostrych sporów.

  Ale wracam do Duńczyków. Na drugiej fotografii ze wspomnianej wcześniej książki jest  duńskie wnętrze. Na nim , co doskonale pamiętam, są półki z książkami, a pomiędzy nimi na ścianie mapa Danii i obok wygodny, a lekki, fotel. Książki estetycznie oprawione, na podłodze dywanik.  Oglądałam to często w latach osiemdziesiątych, gdy nasze księgarnie, jak i wszystkie inne sklepy, świeciły nagością półek. I zazdrościłam. A teraz moje książki już mi się w domu nie mieszczą, a  mnie czasem  dopada rozterka: i co mi studiowanie tych ksiąg dało? Raz nawet pani od WF-u zarzuciła mi, że przemawiam nazbyt trudnym językiem. Uczniowie mnie bardziej doceniali. Może dlatego, że nie byłam belfrem z grona pedagogicznego, a… no nieważne. To ma być nie o mnie, a o szczęściu.

  Mam już kilka odpowiedzi na pytanie, dlaczego Duńczycy są szczęśliwi, a my tak nie potrafimy.

  Nie potrafimy nawet cieszyć się drobiazgami, choć tego uczył Tatarkiewicz, określając je w książce O SZCZĘŚCIU jako “małe przyjemności życia”.

  Każdy zna takie chwile, takie rzeczy, które wzbudzają w nim poczucie zadowolenia a nawet  szczęścia.  Co do szczęścia to wiadomo, ono nie przychodzi, gdy się za nim goni. Czasem zaskakuje. A tak w ogóle to lepiej o nim za dużo nie rozmyślać. Tylko czasem przy jesiennej pogodzie. Tak dla kontrastu, by i taką szarugę polubić. Bo jakże nie zachwycić się, gdy z szarości przymglenia wyłaniają się  gdzieniegdzie żółte światła samochodów i oświetlonych okien. Sama takie oświetlone w mroku okna nazwałam w pewnej powieści: okna, jak szklanki herbaty. Tak myślą moi bohaterowie, dwoje starszych ludzi, którzy lubią sobie popatrzeć na zapadający za oknem zmierzch i wyłaniające się z niego światła.

   A o brzydkim, zadeszczonym dniu usłyszałam kiedyś:

   – Ale śląkwa!

   Nigdzie nie znalazłam tego określenia. Może tylko osoba, która tak powiedziała, miała poetyckie usposobienie do takiego słowotwórstwa? Ciekawe?

  Czemu my, Polacy, za mało doceniamy drobne przyjemności życia? Oczywiście są tacy, co je doceniają. Jako dziecko znałam panią, która odkąd wieczory stawały się coraz dłuższe wyciągała z szuflad kolorowe papiery, bibułki, złotka, nożyczki, wydmuszki jajek, i wyklejała z tego prześliczne ozdoby na choinkę. Lubiła to robić. Rozdawała  je potem dzieciom znajomych i łobuziakom z podwórka, bo jej choinka tylu ozdób  nie pomieściła. W inne pory roku haftowała,  robiła lalki i wiele, wiele innych pięknych przedmiotów. Radość, z jaką  oddawała się tym przyjemnościom, wpłynęła pewnie na jej zdrowie i długowieczność, bo już kilka lat temu  przekroczyła piękny wiek: setkę.

  Drobne przyjemności życia? W naszych umysłach  mamy tego przykłady, choćby kremówki, jakie w młodości lubił Jan Paweł II. I chyba proustowskie magdalenki. Przynajmniej dla jako tako oczytanych. Wkrótce mamy wesołe Andrzejki, potem Mikołaja, a wreszcie wielki repertuar uroczych obrzędów Bożego Narodzenia z Wigilią na czele. Ubierając choinkę, łamiąc się z bliskimi opłatkiem, śpiewając kolędy, zapominamy o wszystkim innym, nie zawsze dobrym i przeżywamy wielką radość. Potem przychodzi karnawał, wreszcie Wielkanoc z barankiem i pisankami…

  Coś jednak w dni pomiędzy świętami, pomiędzy wzniosłymi datami, jak to z 11 Listopada, przeszkadza nam cieszyć się życiem.

  To głownie dwie sprawy: za bardzo pcha się nam do głowy polityka z jej negatywnymi stronami i po drugie: nie cieszymy się wystarczająco sprawami małymi, bo nas długo wychowywano do spraw wielkich. Należało się dużo uczyć, żeby coś osiągnąć. Poświęcać się w imię spraw wzniosłych.  Dokonywać różnych rzeczy, żeby piąć się w górę. Stąd frustracja niejednego Polaka, że właściwie osiągnął nie tak wiele. Wcześniej dla kariery należało zapisać się do partii, wtedy jedynej. Kto nie chciał, pozostawał na uboczu. Należało jeszcze… ach, po co się bardziej frustrować, myśląc o tym?

  Lepiej powrócę do Duńczyków.

  Szłam kiedyś z mężem do Tivoli, kopenhaskiego parku rozrywki. Bardzo nas to nie ciągnęło, bo podobne wesołe miasteczko z diabelskim młynem i karuzelami mamy kilkaset metrów od miejsca, gdzie mieszkamy i bywaliśmy tam rzadko, kiedyś tylko dla dzieci. Zanim dotarliśmy do miejsc z  podobnymi urządzeniami w Tivoli, na alejce pośród drzew zobaczyłam panią, lat około 40, która szła sobie tanecznym krokiem, podśpiewując. Nikt prócz mnie się za nią nie oglądał. Dalej widać było więcej tak rozbawionych osób. Nie pijani. Nie chorzy. Ciekawe.  A pod estradą, gdzie grała wesoło orkiestra utworzył się z widzów pociąg. Opierają ręce na ramionach poprzednika,  wszyscy w rytm muzyki wyrzucali wysoko to nogę lewą, to prawą. Przypominali wielką, różnobarwną gąsienicę. Tak tam się wszyscy radośnie bawili.

   U nas tak nie bardzo by wypadało. A jeszcze wtedy w te karuzele i muzyki wkroczyła  dyskretnie ochrona, bo nowy szef Unii Europejskiej przyjechał też się pobawić. Tego dnia Kopenhaga przejęła na pół roku  obowiązki przewodniczącej Unii. Ważna grupa przemknęła szybko alejkami pośród kwiatów i karuzel, że nawet nie zdążyłam wypatrzyć owego ważnego fizyka – przewodniczącego. Nazwiska zapomniałam.

  My, jako naród, jesteśmy zbyt poważni. Tak nas ukształtowała historia. To Duńczycy mają na naczelnym placu pomnik wielkiego bajkopisarza. Andersen nie miał wesołego życia. Jego bajki też mało radosne. Czasem może w nich śmiech poprzez łzy.

  A jednak Duńczycy są podobno najszczęśliwsi.


  Krystyna HABRAT


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko