Jan Stanisław Smalewski – Uzależnienia A.D. 2016 (vel: Czy koniec demokracji klasycznej?)

0
90

Jan Stanisław Smalewski



Uzależnienia A.D. 2016 (vel: Czy koniec demokracji klasycznej?)


 

smalewski-kompWiększość Czytelników na dźwięk słowa uzależnienie zapewne wzdraga się i zaraz myśli o czymś z pogranicza naszych złych przyzwyczajeń. Z odrazą myśli o nałogowych alkoholikach, palaczach tytoniu i ćpunach. Po krótkim zastanowieniu się może jeszcze do tego dorzucić rozmaitych hazardzistów, seksoholików i tych, którzy nadużywają leków, zwłaszcza suplementów diety.

            No, o czym jeszcze lub o kim można powiedzieć, używając słowa uzależnienie? Od czasów, gdy zapanowała moda na powszechną komputeryzację i telefonię komórkową, coraz częściej narzekamy na uzależnianie się od tego rodzaju środków przekazu, które – jak pamiętamy – wcześniej wyparły telewizję.

            Uzależnienie naszych dzieci i wnuków od wielogodzinnego chodzenia ze słuchawkami na uszach i słuchania muzyki oraz ślęczenia przed ekranami komputerów, laptopów i tabletów szkodzi zdrowiu, osłabia słuch i wzrok, a tematyka i charakter uwielbianych przez młodzież gier komputerowych wpędza w rozmaite kompleksy jej rodziców, nauczycieli i wychowawców, powoduje zaburzenia i rozchwiania psychiki, na które młode organizmy biologicznie nie były wcześniej przygotowane.

            Tak, to szalenie trudne, ale i znane współcześnie tematy, z którymi wielu z nas boryka się na co dzień. O których często się pisze. O ich negatywnych skutkach alarmują nas psycholodzy i psychoterapeuci, ale długo jeszcze będziemy szukać skutecznych środków zaradczych.

            Gwoli ścisłości w tym miejscu należy się Czytelnikowi wyjaśnienie, że uzależnienie staje się czymś, bez czego nie możemy się obejść. Stopień nasilenia tych potrzeb określa jednocześnie poziom owego uzależnienia i obszar problemu.

            Pisząc o uzależnieniach, chciałbym skupić uwagę Czytelnika na dwóch kolejnych problemach, a mianowicie na pracy i polityce.

Pracoholicy to ludzie, którym przypisuje się wiele kolejnych wad, którzy nie wyobrażają sobie życia bez pracy, którym czynności związane z wykonywaniem zawodu, lub jakiejkolwiek innej pracy pochłaniają bez reszty czas, są w stanie poświęcić na nie wiele ze swego życia, często nie potrafiąc wartościować, co jest ważniejsze; praca, czy życie rodzinne? Praca, czy przyjemności dnia codziennego?

Pracoholik nie dba o zdrowie, bo… nie ma na to czasu. Bo nie ma nawet kiedy pomyśleć o sobie, nie mówiąc już o innych – najbliższych ze swego otoczenia.

Wiemy, że na kuli ziemskiej istnieją nawet całe populacje, narody, którym przypisuje się wieczne przywiązanie do pracy, którzy pracują na okrągło. Z pracą są związani od dzieciństwa po starość. O kim myślę? Na przykład o Japończykach, czy też Chińczykach. Ale… hola, hola. To nie jest ich własny, pojedynczych Chińczyków, czy Japończyków wybór. To przymus polityczny, który spowodowało państwo wobec swego narodu, czyniąc go swymi niewolnikami. To masowy pracoholizm wywołany przez politykę.

Polityka – tu dochodzimy do sedna, to znaczy jako autor tego felietonu dochodzę do meritum tego wywodu, pochłaniającego w ostatnich miesiącach tego roku uwagę Polaków. Ba, żeby tylko rodaków. Przecież wybory kolejnego 45-go w historii Ameryki prezydenta Stanów Zjednoczonych skupiały na sobie uwagę całego świata.

Zanim jednak przejdę do wyborów w USA, zamknijmy temat pracoholików. Zwłaszcza tych związanych politycznie z państwem, czyli z przymusu politycznego (uzależnionych od państwa). Poprzednie rządy Platformy Obywatelskiej i PSL wbrew wielu znaczącym zresztą oporom społecznym podniosły Polakom wiek emerytalny. Dla kobiet szczególnie znacząco, bo o 5 lat, dla mężczyzn o dwa lata.

Świadomość zagrożeń, jakie niesie za sobą praca do późnej starości, budziła i wciąż budzi opory społeczne na tyle silne i skuteczne zarazem, że startujący w kolejnych wyborach parlamentarnych PiS włączył je w swój program, słusznie przewidując, że zyska w ten sposób stosowną większość, by przejąć władzę w Polsce. O tym, że podbudowa każdego programu politycznego sprawami socjalnymi (słynne 500 plus) i oparcie go o podstawy trwałego – utrwalonego w ostatnim czasie przez papieża Polaka – katolicyzmu narodowego, może zagwarantować mu zwrot w dotychczasowej polityce kraju, przekonywać Czytelnika nie muszę. Bystrzy analitycy współpracujący z politykami PiS potrafili to przewidzieć.

Polska, nie czarujmy się, do gospodarczych gigantów nie należy. Na wiele jeszcze nas nie stać, często marzenia nadal pozostają w sferze marzeń, a dobrobyt na miarę Zachodu mimo pozostawania w zasięgu ręki, jak przysłowiowa marchewka na kiju wciąż pozostaje nie do uchwycenia.

Czy nas stać na wcześniejsze emerytury, do których ustawowo rząd PiS powrócił w połowie listopada, a realnie zapowiedział wejście ich od 1 października 2017 roku, to już inna sprawa. Wielu polityków uważa, w tym niemal cała opozycja parlamentarna, że nas nie stać. Zużyci pracą robotnicy dłużej będą cieszyć się swobodami płynącymi z wieku emerytalnego, ale za to będą ubożsi, trudno będzie im z tej rzekomej dobroci w pełni skorzystać.

Pracoholikami z przymusu politycznego zatem nie będziemy, ale czy z tego powodu będziemy szczęśliwsi, przyszłość pokaże. Przyszłość ta byłaby zapewne bardziej pewna i dostatnia, gdyby nasi politycy grali do jednej bramki. Gdyby wspólnie jednoczyli swe wysiłki w ustalaniu priorytetów gospodarczych i życia społecznego. Gdyby wspólnie chcieli angażować się w tworzenie majątku narodowego, rozwiazywanie spraw wagi państwowej dotyczących obrony narodowej, przemysłu, szkolnictwa, służby zdrowia itd. Gdyby więcej uwagi poświęcali zapobieganiu marnotrawienia funduszy unijnych… O rozkradaniu państwa już nie wspomnę, czego dowiodły afery prywatyzacyjne, bankowe, hazardowe, itp.

Póki co nie mamy w Polsce elit politycznych, którym bez reszty można by było zaufać. Wielu polityków, którzy po transformacji ustrojowej dostało się do Sejmu, Senatu, do władz samorządowych, traktuje politykę jako źródło własnych korzyści, możliwość urządzenia na przyszłość siebie, rodziny i – często – znajomych z ugrupowania politycznego. Popada w uzależnienie od polityki, które nakazuje sprawy narodowe i sprawy społeczne oceniać i traktować nie w kategoriach dobra ogółu, ale w kategoriach politycznych, to znaczy racji, lub tylko założeń partii politycznej, ugrupowania, z którym się związało.

Z rozgoryczeniem piszę o tym, bo ostatnie miesiące br. dobitnie pokazały, jak daleko wzajemnie zwalczające się ugrupowania polityczne; to znaczy ci, co przed rokiem stracili władzę, i ci co ją przejęli, zapędziły się w kozi róg, jak głęboko cofnęły się do narożników ringowych we wzajemnym boksowaniu się na pomówienia i obelgi. Przeciętnemu wyborcy nie trudno jest dostrzec manipulacji propagandowych, wzajemnego potępiania się i niszczenia. Widać to przysłowiowym gołym okiem, wystarczy tylko codziennie obejrzeć wieczorem dwa kolejne dzienniki informacyjne: programu TVN TVP1.

Świat się radykalizuje, radykalizuje się nasze społeczeństwo. Napastliwa polityka z którą na swych sztandarach idą politycy, musi budzić opór. Budzi go nie tylko wśród przeciwników, ale i zdroworozsądkowej części społeczeństwa, które dotychczas ceniło sobie spokój. Radykalizowanie się młodzieży, chociażby pod hasłami narodowców, czy zwolenników przywracania tradycji narodowych z odwoływaniem się do żołnierzy wyklętych, ma też i tę negatywną stronę, że sieje chęć odwetu i zemsty, których nie ma współcześnie już wobec kogo kierować. Młodzież często tego nie rozumie, kierując je po prostu przeciwko przeciwnikom politycznym, co wydaje się być na rękę niektórym działaczom społecznym i politykom.

Kiedy piszę te słowa w Warszawie akurat odbywa się kolejny protest antyrządowy. Kilkunastotysięczny tłum rodziców, nauczycieli i związkowców sprzeciwia się zatwierdzonej przed kilkoma dniami przez Sejm ustawie likwidującej gimnazja i przywracającej stare zasady szkolnictwa średniego. W tym samym czasie stara się zwierać swe rozproszone szeregi opozycja parlamentarna. Ponownie na swego przewodniczącego Kongres PSL w Jachrance pod Warszawą wybiera posła Kosiniaka – Kamysza, który ogłasza publicznie, że „posłowie Prawa i Sprawiedliwości to przebierańcy, a strój ludowy nie jest uszyty na ich miarę”. „Peeselowcy chcą być gospodarzami Polski, a nie niewolnikami, czy najemnikami władzy”.

SLD, to znaczy lewica ściąga posiłki spośród starych, wydawałoby się wypalonych już polityków. Ktoś z boku kamer dziennikarskich podpowiada, że liczy się każdy człowiek, każdy głos w walce z PiS-em, z jego decyzjami sprawczymi mijającego akurat roku rządów w kraju.

Już nie z boku kamer, ale oficjalnie na wiecach, publicznie, były prezydent Bronisław Komorowski nawołuje do… walki na sztachety.– Były prezes Trybunału Konstytucyjnego mecenas Stępień wygłasza teorię o potrzebie użycia wobec rządzących siły, twierdząc, że „gdy zawodzi prawo, należy użyć pięści”. W ślad za nimi idą zresztą inni politycy i działacze KOD oraz Nowoczesnej.

Jak nienaturalnie zderza się to wszystko z drugim obliczem Polski, Polski katolickiej, która z okazji tegorocznego święta niepodległości radowała się z otwarcia w Warszawie-Wilanowie Świątyni Opatrzności Bożej, a 19 listopada br. w Krakowie-Łagiewnikach dokonała kolejnego historycznego Aktu Przyjęcia Jezusa za Króla i Pana.

Czy to kres demokracji klasycznej? Demokracji, w której nawet nieznaczna większość (51%) „wybrańców narodu” zawłaszcza sobie wszystkie prawa do decydowania o wszystkim. Czy tak powinna wyglądać współczesna demokracja?  Pół pokoju – pół wojny, pół bogactwa – pół biedy. Pół zła – pół dobra, pół prawdy – pół kłamstwa?..

Ostatnie wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych ujawniły, że nawet w skali takiego mocarstwa światowego, jakim jest Ameryka, prawdziwa klasyczna demokracja schodzi na psy, praktycznie już nie istnieje. Nie było dotychczas w historii Ameryki tak ostrej, a zarazem plugawej i brzydkiej kampanii wyborczej, jak obecna, która przyniosła zwycięstwo republikanina, miliardera Donalda Trampa. Zwycięstwo nad demokratką, doświadczoną przecież polityk i żoną byłego prezydenta USA Hilary Clinton.

Tak, cóż to za demokracja, w której kandydaci na najwyższy urząd w państwie mogą stosować w kampanii wyborczej chwyty poniżej pasa, obnażać się wzajemnie z prywatności, uciekać do największych podłości w pomówieniach i oskarżeniach o wszystko, co tylko mediom brukowym i służbom specjalnym da się na ich temat wygrzebać w ich życiorysach, i przeszłości?

Cóż to za demokracja, jak jej sztandarowe hasła nowoczesności na miarę współczesnych czasów mają się do tego, że wszystkie formy walki są w polityce dozwolone?

Do czego prowadzą daleko posunięte uzależnienia od polityki, uzależnienia od żądzy władzy i od manii posiadania wyłączności w decydowaniu o losach narodu, historia świata przykładów dostarczyła mnóstwo, znamy je wszyscy.

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko