Michał Piętniewicz – Świeczka samotności

0
352

Michał Piętniewicz


Świeczka samotności
[Rafał Domagalski, Ślady, Miniatura 2016, liczba stron: 63, grafiki Ryszard Sziler).

sladyKsiążka poetycka Rafała Domagalskiego, Ślady, jest lekturą intrygującą z wielu przyczyn. Pierwsza i podstawowa to taka, że tom ten, owa dykcja poetycka w nim obecna, nikogo ani niczego nie naśladuje, nawet nie stara się o to. Druga przyczyna, również zachęcająca do sięgnięcia po tę książkę, jest taka, że autor nie próbuje się nikomu ani niczemu podobać, żadnym prądom, izmom, itp.
W tomie poetyckim Ślady, wyraźnie widać własny, bardzo ciekawy, autorski, poetycki głos.
Jest to głos podmiotu w świecie osamotnionego, nawet wyobcowanego, dla którego jednym z niewielu recept na przetrwanie, jest poezja. Zarówno jej zapis, jak i lektura do kawy czy herbaty przed kominkiem. Niby niewiele, ale jednak mamy tutaj do czynienia z przejmującym świadectwem bardzo ciekawego dojrzewania intelektualnego, które nie boi się wyznać prawdy, które nie boi się szczerości po prostu, strojąc się w jakieś piórka, ozdóbki, kostiumy, miny, pozy czy maski. Tom ten bowiem opowiada o bardzo specyficznym i niepodrabialnym właściwie, bo idiomatycznym doświadczeniu bólu samotności, przemijania, odrzucenia przez świat, który nie rozumie poezji, zwłaszcza tego typu, nawet nie stara się jej zrozumieć, wysuwając na pierwszy plan aspekt utylitarny czy pragmatyczny, pytając wpierw, czy taka a nie inna poezja, może do czegoś się przydać, czy wydawca na takiej czy innej poezji się wzbogaci, czy książka ta będzie hitem wydawniczym, itp. Tak czy inaczej, w dobie bardzo poważnego kryzysu poezji i w ogóle literatury, głos, który wydobywa się z tomu Ślady, uważam za bardzo istotny. Nie jest to tom buntowniczy w sensie społecznego nawoływania do przeobrażenia pewnych struktur, dzięki czemu byłoby możliwe budowanie poezji w jej sensie najbardziej właściwym i prymarnym (skądinąd tom taki byłby ciekawy pod innym względem). Jest to raczej głos pojedynczy, głos kogoś, kto chciałby się z czytelnikiem zaprzyjaźnić, może iść z nim na piwo, czy na kawę, zagrać z nim w szachy w kawiarni, kiedy zaczyna zmierzchać i zapalają się pierwsze latarnie. Tom ten interpretuję, jaki inny rodzaj apelu: mianowicie apelu o przyjaźń w świecie, gdzie tak o nią trudno, gdzie ludzie nie mają zwyczajnie czasu, aby ze sobą spotkać się, a jeżeli już taki czas znajdują, nie omieszkają sobie w sposób mniej lub bardziej subtelny dokuczyć, jakby z pretensją czy oskarżeniem swojego znajomego za los, który przypadł im w udziale. Właśnie chyba tego dotyczy między innymi tomik Domagalskiego w warstwie treściowej. Poszukiwania przyjaciela, z którym można byłoby szczerze, dobrze i prawdziwie porozmawiać, nie tylko o pogodzie, ale także na tematy głębokie, filozoficzne: czym jest świat? po co tutaj jestem? jakie jest moje zadanie, jako człowieka i jako poety? co mogę dać ludziom? co mogę otrzymać w zamian?
Podmiot tomu Rafała Domagalskiego, zastanawia się właściwie przez cały czas trwania tej poetyckiej opowieści, w sposób bardzo subtelny, delikatny, czasami poetycko wyrafinowany, w wierszach, które niekiedy zawierają w sobie bardzo piękne, poetyckie obrazy, co jest jego przeznaczeniem jako tego uczestnika świata, który niejako, został weń wrzucony, a jego odpowiedzią na to wrzucenie, jest próba mowy poetyckiej, próba, która dodam, jest udana.
Są tomy poetyckie, które czasem są po prostu zbiorem wierszy, zbiorem mniej lub bardziej przypadkowym. W tym wypadku, tom liczy przeszło 60 wierszy, które pod względem tematycznym, jak i pewniej linii przewodniej, która biegnie przez niego, są uporządkowane, tworzą spójną całość poetycką. Osią tego tomu jest w pierwszym rzędzie jego liryczność. Liryczność, która nieco obawia się obszarów otwartych, albo obszarów świątecznych, o dużym nasyceniu zbiorowisk ludzkich.
Jest to bowiem raczej liryczność kameralna, zamknięta w czterech kątach własnego pokoju, czasem wychodząca, aby spotkać się na kawę z przyjacielem czy piwo, czasem grająca w szachy przed kawiarnią. Ale nawet w tych pojedynczych otwarciach i prześwitach, chwilach pewnego odsłonięcia tego, co przed światem zakryte, ujawnia się jednak tendencja podmiotu lirycznego do pewnej izolacji, zamknięcia we własnym terytorium wewnętrznym, strzeżonym przez anioły poezji.
W tomie Ślady, niewiele właściwe dzieje się w sensie wydarzeń. O wiele więcej dzieje się w zakresie języka poetyckiego, który choć pozornie prosty, odsłania jakby drugie dno lirycznego wyznania, pozornie oparte jedynie na prostym zabiegu szczerości. W istocie języka poetyckiego Domagalskiego, tkwi usilne poszukiwanie tego w świecie, co poezją nasiąknięte, nawet w rzeczach najbardziej zwyczajnych czy banalnych, z pozoru oczywistych. Pewne zabiegi, które odświeżają tradycję haiku, są jedynie pozorną repetycją gestu starych mistrzów; w istocie język poetycki Domagalskiego aż prosi się o to, aby go określić mianem sugestywnego oraz oryginalnego, a zatem będącego na antypodach tego, co epigońskie i wtórne. Zobaczmy, jak to działa na przykładzie pewnych wierszy w tomie pomieszczonych:

Spokój

Przyjaciel pokazał mi kiedyś
ścieżkę porośniętą krzakami i chwastem
po czym odszedł
Pieliłem ją sumiennie
dzień po dniu
Dziś siedzę na samym jej końcu
słucham szumu rzeki
zachodzi słońce
Pierwszy biały kwiat
opada z gałązki wiśni

Rzecz niby nienowa, ot kwiat, który opada i jeszcze do tego z gałązki wiśni. Rzecz jednak broni się mocno poprzez usytuowanie w „twardym” kontekście poetyckim, mocnej, oraz silnie skondensowanej mini narracji, która opowiada o czymś bardzo prostym, a jednak sens tej opowieści, poprzez bardzo dobre poetyckie spuentowanie, staje się sensem metafizycznym, otwierającym świat spokoju i świat przyjaźni na transcendencję.
Zastrzegam jednak, że tom Domagalskiego traktuję raczej jako bardzo obiecującą próbę własnego oraz niepodrabialnego języka poetyckiego, aniżeli pewien efekt skończony w postaci, dajmy na to, domniemanego arcydzieła. Na takie wnioski jeszcze tutaj o wiele za wcześnie.
 A jednak ten tom urzeka i przyciąga. Jest w nim jakaś świeżość odkrycia, coś nowego w języku poetyckim. Jakby w tych wersach, czasem mocno zapętlonych, choć zawsze przecież dążących do kondensacji, oraz poetyckiego skrótu, wybrzmiewała mimowolnie, dziwna tajemnica, tajemnica talentu poetyckiego?
Jakiś jungowski cień gdzieś tkwi między tymi wersami, które pozornie jedynie konstatują fakty świata przedstawionego i (nie)przedstawionego. Ktoś lub coś bowiem w tym tomie stale domaga się głosu, wybrzmienia, jakby nie mógł ustać w poszukiwaniu tego, co święte, co jest tajemnicą życia i tajemnicą poezji.
A przecież z drugiej strony to wiersze nieco sztubackie, młodzieńcze. Ot, kawa, papieros, piwo, telewizor, samotne śniadanie, fasolka w pomidorach, jajka na twardo i tosty, ta relacja z życia spędzanego samotnie, życia, które chce się z kimś sobą podzielić, życia, które potrzebuje po pierwsze zrozumienia (przyjaciela), a po drugie odskoczni od niego, w co? Chyba w poezję, w język, na pewno w jakiś język, bo nie wiadomo do końca, czy to o poetycki język chodzi, czy on będzie tutaj w możliwie pełnym wymiarze adekwatną wykładnią prywatności.
Niemniej, wnioskuję, po pewnym namyśle, że w wierszach Domagalskiego, widać nie tylko prosty zapis tego, co jest (siedzę, piję, rozmyślam), ale po pierwsze próbę oddania krajobrazu wewnętrznego, owego terytorium duszy, o którym już mówiłem, a po drugie, dość mocne zabiegi kondensujące poetycki język, świadczą również o pewnej pracy włożonej w kształt słowa, kształt wiersza.
Zatem jest to tom z jednej strony, opowiadający o samotności, z drugiej o pragnieniu przyjaźni, tej, po ludzku pojętej, z trzeciej zaś jest to również tom o przyjacielu, którego podmiot mówiący jakby posiada. Tym przyjacielem jest chyba jego „cień”, jungowski animus i anima, siły poetyckiej podświadomości, które wychodzą na świat, ukazując to specyficzne, nasycone samotnością i smutkiem przemijania, ocienione terytorium poetyckie, terytorium wewnętrzne, którego strzegą czarne i białe anioły poezji.
Celowo używam tutaj takiej kolorystki, ponieważ tom Ślady, w zasadzie pozbawiony jest kolorów.
Wszystko tam rozpięte jest jakby między cień a pewien rodzaj prześwitującego światła, czy to świeczki, czy ognia z kominka, czy światełka lampki nad łóżkiem. Zawieszony jest pod względem kolorystycznym ten tom między czernią nocy a pewną szarością poranka w mieście, w którym podmiot mówiący czuje się obco ( Obcy)  i którego wręcz nienawidzi, co przyznaje w wierszu Niepokój (nic nie rozumiem, nienawidzę świata, miasto wykrzywia gębę).
Receptą na ten obcy, wrogi świat, jest próba wytworzenia sobie własnej prywatności, którą wypełniają przede wszystkim kolejne, wypite kawy, piwa, wypalone papierosy, sporadyczne spotkania z przyjaciółmi, które jednak kończą się pewnym bólem, jakby żalem po tym, co odeszło, zostało stracone, ponieważ rzeka czasu zagarnia nawet diamenty, również młodzieńcze przyjaźnie, które wydawało się, nie skończą się nigdy (Jajka na twardo i tosty).
Zatem jest w tomie Ślady zawarty pewien ból egzystencjalny, wynikający z niemożliwej do odzyskania przeszłości, która jak możemy domniemywać jedynie, była piękna, całkiem różna od nieco zgruchotanej i zdewastowanej teraźniejszości. Jednak tom ten nie jest tęsknotą za światem, który minął, ale raczej pewnego rodzaju, poetycką wiwisekcją świata zastanego i próbą poradzenia sobie i dogadania się z tym, co jest.
Dla mnie ten tom jest w tym sensie przejmujący, nie tylko jako pojedynczy głos, ale również jako pewne exemplum socjologiczne, ukazujące jałowość i ubóstwo teraźniejszych czasów.
Autor przyznaje się w krótkiej notce na końcu książki, że wiersze pisze od 2010 roku, głównie zamieszczając je na portalach poetyckich w Internecie. O specyfice tego świata, mógłbym napisać osobny esej, zresztą już kiedyś napisałem szkic konferencyjny, opowiadający o pewnych mechanizmach oraz izmach internetowego uwikłania.
Niemniej nie czas na tego rodzaju rozważania. Ważne wydaje się to, że autor jakby samodzielnie doszedł do wstępnego etapu projektu swojego poetyckiego języka, który dla piszącego te słowa, wydaje się po pierwsze samodzielny a po drugie obiecujący. Jego obietnica polega na tym, że podmiot wiersza Domagalskiego jest jakby w języku, czy nawet jest językiem, a sam autor, Rafał Domagalski, naprawdę języka poetyckiego potrzebuje, aby wyrazić coś prawdziwego, własnego, osobnego: swoją prywatność, samotność, izolację, opuszczenie, brak zrozumienia ze strony współczesnego świata.
Pewien projekt, który na potrzeby tego krótkiego tekstu, nazwałbym nową prywatnością w poezji, która w odróżnieniu od tego, co proponował brulion, nie jest wymierzony w żadną tradycję, ale raczej stoi obok, osobno w stosunku do wielu tradycji, w tym tradycji brulionowej, wobec której stanowi propozycję całkowicie odmienną moim zdaniem.
Odmienną w sensie braku jakiegokolwiek zaangażowania społecznego w sprawy aktualne, bieżące, polityczne (poetyka brulionu była rewersem tego zaangażowania, więc odnosiła się jednak w mocny sposób do swojego przeciwnika). W przypadku tomu Ślady, jest to bowiem  zaangażowanie w siebie, we własne bycie, które nie jest uwikłane w żaden, światopoglądowy spór o to, czym jest lub powinna być poezja. Praca, polegająca na pozornie prostym przebywaniu ze sobą przy pomocy medium poezji, wcale nie jest taka łatwa i prosta, jakby mogło się to wydawać specjalistom od poezji, która odniosła społeczny, oraz komercyjny sukces.
Znowuż piszę o tym celowo, ponieważ mam wrażenie, że tego rodzaju poezja, niesłusznie skądinąd zupełnie, nie odniesie wielkiego sukcesu. Nie odniesie, ponieważ ona jakby stoi wbrew temu światu, opartemu na pragmatyzmie oraz utylitaryzmie, że wszystko do wszystkiego musi pasować i kolejne części tego świata muszą się koniecznie do czegoś przydać, być użyteczne.
Natomiast pewna pożyteczność poezji Domagalskiego na czym innym polega. Autor ma do zaoferowania poetycką opowieść o sobie, rzuconym w świat, którego nie rozumie. Opowieść ta ma chyba na celu próbę zastanowienia się, czy współczesność, tak pewna siebie, tak bardzo nastawiona merkantylnie i siłowo, przypadkiem nie traci z oczu czegoś niezwykle ważnego, czyli prawdy pojedynczej egzystencji, prawdy pojedynczego doświadczenia, w końcu prawdy pojedynczego, idiomatycznego głosu, który ze wszystkich sił stara się wytłumić, jakby ten głos był zupełnie niepotrzebny i z pewnych względów również niewygodny, burzący dyskretnie bezpieczne i sprawdzone przyzwyczajenia.
Tytuł Ślady, który ma przebogatą tradycję semantyczną, interpretuję bardzo prosto:
są to ślady odciśnięte w błocie albo na śniegu. Czarne ślady na białym tle, albo białe ślady na czarnym tle, jak zresztą sugeruje okładka (projekt graficzny Ryszarda Szilera).
Jest to również coś ulotnego, co szybko może być zapomniane przez świat, który myśli chwilą i tym tylko, co może przydać się w codziennym życiu.
Reszta, jak smutna, ale i ciekawa opowieść o tej codzienności, wydaje się zbędna. Nie dla wszystkich jednak, którzy wobec tej codzienności zajmują albo zajmowali kiedyś zbliżone może stanowisko, zapalając w wieczorach zimowych, swoje małe, własne świeczki samotności, jak w ostatniej, pomieszczonej w tomie miniaturze Domagalskiego, Tako rzecze paczka zapałek:

Zapal świeczkę
a nastrój zrobi się
sam

Samemu przez świat, paląc swoją pojedynczą świeczkę samotności, krocząc po śladach przeszłości, wypełniając czarne dziury teraźniejszości, podmiot wierszy Domagalskiego zmaga się z czasem, przemijalnością, własną śmiertelnością w końcu, która pomału zaczyna dochodzić do głosu.
Czyni to samodzielnie, zapraszając nas, czytelników, do swojego świata, który możemy polubić bądź nie. Ja ten świat polubiłem, czego i życzę pozostałym czytelnikom tomu Ślady. 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko